-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Cokolwiek to było, sprawiło że całkowicie naturalnie zaczęli się systematycznie spotykać na terapię. Nie zawsze przy alkoholu i oczywiście bez rachunku na koniec, ponieważ większość spotkania odbywała się w łóżku. Gdyby Mara brała za to pieniądze, nie mogłaby się raczej wtedy nazywać psychoterapeutką. Nie robiła tego dla korzyści finansowych, a po prostu z czystej przyjemności i tęsknoty za pewną więzią fizyczną. Nie przeszkadzał jej ten układ ani trochę i miała nadzieję, że Michael również nie czuje się w nim pokrzywdzony, bo naprawdę skupiała się na rozmowie i próbowała mu pomóc. Przynajmniej wtedy, kiedy nie starał się jej rozproszyć bądź ukarać za niekomfortowe pytanie, które mu zadawała.
Nie zawsze wymieniali wiadomości ze sobą, skoro i tak się systematycznie spotykali. Po prostu środa była ich. Mara sobie odpowiednio ułożyła grafik na wypadek, gdyby znowu zdarzyło im się otworzyć butelkę tequili i uczyć nawzajem odpowiedniego picia. Zaparkowała auto na podjeździe i zapukała do drzwi przestępując z nogi na nogę. Na dworze oczywiście było zimno, a ona miała pod sobą tylko cienką bordową bluzkę. Ściągnęła brwi, gdy mężczyzna wciąż jej nie otworzył drzwi. Zapukała ponownie. Potem użyła dzwonka do drzwi. Wciąż nic, więc Mara niewiele myśląc uznała, że to dobry pomysł, by obejść dom naokoło i sprawdzić przez okno czy może nie zemdlał albo usnął na kanapie? Kiedy zaglądała do okna od strony kuchni, nagle usłyszała za plecami jakieś szmery, a potem donośny głos.
- Czego pani tutaj szuka?- Mara aż odskoczyła jakby została przyłapana na gorącym uczynku. Odwróciła się i spojrzała na kobietę w oknie w domu obok. Czy to wścibska sąsiadka o której jej wspominał Graham?
- Dzień dobry. Jestem Mara, znajoma Michaela. Byliśmy umówieni, ale niestety nie otwiera drzwi, więc trochę się zmartwiłam, bo to do niego niepodobne. Nie dał mi wcześniej znać, że spotkanie jest nieaktualne- rudowłosa uśmiechnęła się przyjaźnie, starając się nie spłoszyć i nie wkurzyć kobiety.
- Nie widzi pani, że auta jego nie ma? Więc nie ma go w domu- odpowiedziała bez cienia uśmiechu. Mara spojrzała w kierunku podjazdu i faktycznie - było tylko jej auto. Chyba pora przefarbować się na blond. Aż się roześmiała z własnej nieuwagi.- Faktycznie, nie zauważyłam. Wciąż zapominam jakim autem jeździ. Gdy byliśmy nastolatkami , to poruszał się znacznie starszym autem- próbowała zagadać sąsiadkę i chyba to był dobry ruch, bo kobieta wyraźnie się zainteresowała dopytując o historię ich poznania. Mara korzystając z okazji nieco jej opowiedziała o ich związku z dawnych lat, wyjeździe Michaela i rozstaniu. Nie były to raczej żadne tajemnice, nic co dotyczyło tylko i zupełnie niego. Ot, zwykła rozmowa o dawnych czasach, która trwała dobre kilkanaście minut, aż nawet kobieta podała Marze gorący kubek z herbatą i zaproponowała jej wejście do środka, ale odmówiła chcąc zaczekać na Graham tutaj.
Po pewnym czasie do ich uszu dobiegł głośny i wyraźny dźwięk silnika. Mara spojrzała w tamtym kierunku i zobaczyła Michaela, który po wyjściu z auta i zauważeniu ich, zaczął iść w ich kierunku.
- O w końcu wrócił do domu, pan zapominalski- pani Margaret, jak ruda się już zdążyła dowiedzieć, zaśmiała się na widok sąsiada. - Jak to tak można umawiać się z kobietą i potem kazać jej tyle czekać na mrozie?- dodała niby z uśmiechem, ale pokręciła głową. - Pani Margaret, najważniejsze ze czekałam w takim miłym towarzystwie- Mara posłała jej wdzięczne spojrzenie, ale zaraz przeniosła wzrok na mężczyznę i przyglądając mu się uważnie, chcąc odczytać czy wszystko w porządku, dlatego też póki co stała w miejscu.
Michael Graham
-
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Na zapleczu nie było niczego, czego by się nie spodziewał. Jeden z ich ludzi pochwalił się problemem, z miejsca plasującym się gdzieś pomiędzy zaniedbaniem a głupotą. Michael bez słowa obejrzał źle zszytą ranę, która zdążyła się już odezwać stanem zapalnym. Krótko skomentował, co poszło nie tak i co należałoby zrobić, nie szczędząc przy tym ironicznych komentarzy, po czym zajął się powierzchownym oczyszczeniem, jednym uchem słuchając prowadzonej przy nim rozmowy.
— Zostań, Graham. Będziesz nam później potrzebny — padło z ust jednego z mężczyzn, kiedy Michael chował narzędzia i zamykał torbę. Krótka wymiana zdań i próba wymigania się spełzły na niczym, a dalsze drążenie mogło go wiele kosztować. Czy warto było zacisnąć zęby i krótko skinąć głową? Może lepiej byłoby postawić na swoim i się wycofać, zamiast przesiadywać z gangusami do późnych godzin wieczornych? Wrócić do domu, pobiegać, wziąć zimny prysznic, zamiast gnać za adrenaliną, której tak pragnął i usilnie poszukiwał? Graham zwykł trzymać nerwy na wodzy, ale często dawał się znęcić pokusom.
Magazyn przy bocznej ulicy wyglądał dokładnie tak, jak powinien — pusty, chłodny i wystarczająco na uboczu, by nikt nie zadawał zbędnych pytań. Wymiana miała pójść szybko, niemal bezszelestnie, ograniczona do kilku ruchów i krótkich zdań, ale przecież nic nie mogło iść gładko. Pękło napięcie, ktoś podniósł głos, ktoś ruszył się gwałtownie i błysnęło ostrze noża. Przepychanka przerodziła się w chaotyczne, brudne kilkadziesiąt sekund, w których wszystko działo się naraz — ktoś krzyknął, ktoś inny sięgnął po broń, padł strzał. Michael zdążył jeszcze złapać jednego z nich za ramię i odepchnąć go z linii ostrza, zanim wszystko się rozsypało i poczuł szarpnięcie wraz z rozlewającym się pod żebrami ciepłem. Mimo zamieszania jego ekipa opanowała sytuację na tyle, by wyjść z niej bez strat i rozpłynąć się w mroku bocznych ulic, dla niego zaś wizyta w szpitalu nie wchodziła w grę. Wszelkie pytania o okoliczności zdarzenia niosły za sobą ryzyko dociekań i niedopowiedzeń, wymownych spojrzeń. Kwadrans w samochodzie, to żadna cena za możliwość dotarcia do domu, do świętego spokoju, gdzie będzie mógł zająć się sobą w bezpiecznych dla siebie warunkach.
Myśli układały się w krótkie, rzeczowe komunikaty — ocena rany, kontrola krwawienia, plan działania po wejściu do domu. Adrenalina trzymała go w ryzach, tłumiąc ból do poziomu, który pozwalał skupić się na prowadzeniu, choć każdy głębszy oddech przypominał o sobie ostrym, pulsującym ukłuciem brzucha. Ulice migały za szybą w rozciągniętych smugach światła, a kiedy w końcu skręcił w znajomą ulicę, było już dawno po zmroku. Zwolnił odruchowo, marszcząc brwi na widok obcego samochodu stojącego na jego podjeździe. Przesłonił mocniej bok kurtką, gasząc silnik i ostrożnie wysiadł z auta. Przez chwilę stał w miejscu, rozglądając się po półmroku, aż do jego uszu dotarły przytłumione głosy dobiegające z boku domu. Skrzywił się i ruszył w tamtym kierunku, już wiedząc, że nie spodoba mu się to, co zobaczy.
— Mara? Co ty… — urwał wpół zdania, kiedy w myślach osadziło się tłuste przekleństwo, gdy odcięta od wydarzeń z magazynów rzeczywistość zaczęła do niego wracać. Dopiero teraz dotarło do niego, jaki dziś był dzień tygodnia. Czy jakiekolwiek wymówki zdałyby tu egzamin? Nie powinna go widzieć w takim stanie. Lakefield była zbyt sprytna i zbyt dociekliwa, nie dało się jej zbyć byle hasłem. — Karygodne zaniedbanie, wiem — podjął ironicznie, posyłając pani Margaret krótkie, przelotne spojrzenie. Jego głos był nieco cichszy, niż zwykle, czego sąsiadka raczej na pewno nie wychwyciła, za to Lakefield mogła. — Postaram się tego nie powtarzać. — Jasne tęczówki przeniosły się na rudowłosą, kiedy powoli wziął nieco głębszy wdech. — Mara, wejdziemy do środka. — To nie była prośba, ani pytanie, a rzucona napiętym tonem decyzja. Odruchowo próbował wykonać gest ręką, wskazując drzwi wejściowe, lecz dłoń drgnęła tylko minimalnie, kiedy przeszył go ból. Na męskiej twarzy pojawił się cień grymasu, wyraźnie podkreślający traconą cierpliwość.
— Mam nadzieję, młody człowieku! — wtrąciła się jeszcze kobieta, przyglądając się sylwetce skąpanej w półmroku ulicznych latarni. — Wszystko u pana w porządku? Jakiś pan blady… Nie przemęcza się pan za bardzo?
— Pani Margaret, dziękuję za towarzystwo — wybrzmiał nieco ostrzej, korzystając z imienia, które podsunęła przed momentem Mara. Pomimo roku, jaki mieszkał w tej okolicy, nadal nie miał pojęcia, jakie personalia noszą sąsiedzi, co akurat w przypadku Grahama nie było niczym zaskakującym, skoro nigdy szczególnie nie przywiązywał się do tych określeń. — Dalej już sobie poradzimy. — Bez uśmiechu, ozdobników, ani dalszych wyjaśnień, zwyczajnie odwrócił się na pięcie i skierował swoje kroki ku głównemu wejściu. Jeszcze chwila w obecności osób trzecich i względnie neutralna fasada pójdzie się jebać.
— To nic, czym trzeba przejmować się tutaj — wyjaśnił krótko, czując na sobie palące spojrzenie Mary. Sceny w towarzystwie sąsiadki nie były mu na rękę i miał szczerą nadzieję, że to zrozumie.
Dotarłszy na ganek, precyzyjnym ruchem wolnej ręki otworzył zamek w drzwiach.
— Przepraszam za spóźnienie. Potrzebuję jeszcze chwili. — mówił szorstko, nie siląc się na uśmiech i wymuszone grzeczności. — Zamknij drzwi — polecił jeszcze, nim bezwiednie rzucił poplamione krwią klucze na blat w przedpokoju i ruszył do kuchni.
Mara Lakefield
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy Michael do nich podszedł, początkowo posyłała w jego kierunku uprzejmy uśmiech, nie przejmując się zbytnio jego dość sporym spóźnieniem, o którym dopiero właśnie teraz zdała sobie sprawę. Zapadał już zmrok, więc trochę się tutaj nastała, ale może zatrzymali go w pracy? Pilna operacja? Była córką lekarzy i takie sytuacje nie były jej obce, więc nie była zła. Przynajmniej na razie i po prostu obserwowała rozwój sytuacji, coraz mocniej marszcząc brwi. Zanim pani Margaret się odezwała, dostrzegła w nim zmiany - blada cera, niski i stanowczy ton. W takiej wersji jeszcze go nie widziała, co ją mocno zaniepokoiło .
- Dziękuję pani Margaret za herbatę i przemiłe towarzystwo. Bez pani to oczekiwanie by się dłużyło, a tak to spędziłam bardzo miło czas, który zleciał chwila moment- odwróciła się z powrotem do sąsiadki przywracając na ustach wdzięczny uśmiech. Chyba była z niej niezła aktorka? - Nie ma za co, Maro. Pamiętaj, aby następnym razem dodać do ciasta szczyptę soli. Zobaczysz, że będziesz znacznie le…- Mara już czuła jak kobieta zaraz znowu się rozgada, więc musiała jej przerwać, bo Michael już się odwracał w kierunku domu. - Na pewno skorzystam z rady. Do widzenia- wtrąciła się szybko i ruszyła za meżczyzną bez problemu go doganiając i licząc, że wyjaśni jej o co chodzi. Jednak widok krwi na kluczykach stworzył jeszcze więcej pytań w jej głowie.- Michael…- szepnęła cicho za nim wpatrując się przez chwilę w krwawy ślad, a następnie odwróciła się i tak jak poinstruował zamknęła drzwi.
Ruszyła za nim do kuchni i stanęła w progu, obserwując go uważnie - każdy jego ruch i bardzo szybko zlokalizowała ranę. Serce jej mocniej zabiło na ten widok. Nie musiała zadawać żadnych pytań, żeby szybko wydedukować, że tu już nie chodziło o bycie samodzielnym, a po prostu nie pojechał do szpitala, gdzie każdy mógłby go zszyć, bo nikt się nie mógł o tym dowiedzieć. Ponadto, czy teraz ważne były pytania jak do tego doszło? Nie. Najpierw trzeba było opanować sytuację.
- Tak wiem, że świetnie poradzisz sobie sam. Oczywiście jesteś cholernie samodzielny i nie potrzebujesz żadnej pomocy. Zdaję sobie z tego sprawę- nawet jeśli się nic nie odezwał, ona już wiedziała, co pewnie będzie chciał powiedzieć. Stojąc z założonymi rękoma, wciąż obserwowała jak daleko się posunie. - Ale ja mam syndrom bohatera, więc daj mi sobie pomóc, dobrze?- dopiero pod koniec podeszła do niego próbując złapać z nim kontakt wzrokowy. Jej głos nie był oceniający, wściekły czy przerażony. Był spokojny, opanowany, łagodny, lecz stanowczy. Zerknęła teraz z bliska na miejsce rany. Po tym , gdy zdjął kurtkę wszystko było bardziej widoczne. Przełknęła głośno ślinę i ponownie wróciła do niego spojrzeniem, lecz tym razem z lekkim, zadziornym uśmiechem. - W dodatku nie masz o tym pojęcia, ale tak bardzo rozpaczałam, gdy wyjechałeś z Toronto, że odnalazłam w sobie nową pasję, jaką jest szycie- i to była prawda. - I ja mam akurat stąd raczej lepsze dojście do tej rany- kiwnęła jeszcze głową w jej kierunku opierając dłonie na biodrach. Zaufa jej na tyle? Jak na razie wykazywała się opanowaniem i nie cisnęła w niego żadnymi pytaniami. NA RAZIE.
Michael Graham