ODPOWIEDZ
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Matheo Bachmann

Szczerze nawet nie wiedziała, dlaczego czas z Matheo mijał jej tak szybko. Nieważne, czy rozmawiali, czy oglądali wspólnie film, czy wpatrywał się w nią, kiedy czytała w książkę. Po prostu był. To wydawało się dla niej najważniejszym punktem, w który mogła się zaczepić. Zwyczajnie by przy niej trwał, niezależnie od tego, co działo się dookoła niej, niezależnie od tego jak pesymistyczne były jej myśli. Tamtego wieczoru jak wróciła z pracy, była kompletnie wypruta emocjonalnie. Na co dzień stawiała przed innymi wielki mur, ale obejrzenie zgwałconej kobiety, zbadanie jej ciała, wydawało się dla niej całkowitą abstrakcją. Nic wtedy nie powiedziała, a jedynie ukryła się w jego ramionach. Zdając sobie pierwszy raz sprawę, że nie chciała być sama.
Może dlatego zabrała go do jej miejsca. Rzadko kiedy Ward wychodziła z domu. Mieszkanie było fortecą, w której ukrywała się przed całym światem. Jedynym punktem, gdzie mogła się ukryć, zniknąć i przetrawić wszystko, co się w niej znajdowało. Czasami wychodziła. To było jedno z tych miejsc, ukrytych w lasach okalających Toronto. Ptaki zaczynały śpiewać, a rośliny budzić się do życia. Wydawało się, że wszystko współgrało z emocjami powoli kiełkującymi w Cynthii. W trakcie spaceru mocno trzymała jego dłoń, splatając jego palce ze swoimi. Nie chciała puszczać, potrzebowała raz jeszcze oczyścić całkowicie umysł ze zmartwień.
Podoba Ci się to miejsce? — zagadnęła, kiedy wchodzili na polankę. Na jej środku znajdowała się altanka. Promienie słońca przedzierały się przez gałęzie z już zawiązanymi pąkami liściowymi. Od czasu do czasu widać było ptaki przeskakujące między drzewami. Za to Ward w jednej z dłoni trzymała koszyk z przekąskami przygotowanymi przez Matheo. Mogłaby się do tego przyzwyczaić.
Jest cicho, spokojnie i... — zaczęła Cynthia, unosząc na moment wzrok na tęczówki Theo — moje myśli same z siebie się tu wyłączają — przyznała bez bicia całkowicie szczerze. To było jedno z tych miejsc, w których czuła się bezpiecznie. Żadna negatywna myśl się tu jej nie pojawiała, a kiedy przychodziła wiosna, miejsce to zamieniało się w jeszcze bardziej magiczne niż wcześniej.
To moje miejsce przy Toronto — i zdecydowała się mu je pokazać.
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
robi dyplom pomiędzy pracami
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wiedział, czego chciał, okay? W teorii, człowiek w jego wieku miał za sobą lata doświadczenia bawienia się w mniejsze i większe związki, wyrabiając sobie jakiś... typ? Typ osoby, z którą chcieli być, którą widzieli w swoim życiu na dłużej niż chwilę? Theo nie miał pojęcia, wszystko to było dla niego obce i nowe, ale z drugiej strony.. Były takie rzeczy, które rzeczywiście chciał mieć w swoim życiu. Oczywiście brał pod uwagę tą poprawkę, że rzadko się zdarzało trafić na osobę idealną i zwykle ludzie się docierali... Ale są takie rzeczy, których nie dało się przeskoczyć prawda? Jakkolwiek lubił naprawiać wszystko wokół siebie; naprawianie ludzi pod kątem osobowości czy emocjonalności, przerabianie z nimi ich przeszłości, by zrozumieć kontekst, bez którego nie był w stanie zrozumieć konkretnego zachowania? To było trochę ponad jego kwalifikacje.
Wspomniał o zmianie pracy, w ten czy inny sposób się przestraszyła i, zamiast wpuścić go, pozwolić poznać swoją opinię i swoje myśli, zrobiła to, co, jak zaczynało mu się całkiem wyraźnie pokazywać, robiła zawsze. Odsuwała się, ukrywała w swoim kącie, stawiała między nimi barierę, nie pozwalając mu zajrzeć do środka. Brak komunikacji, brak emocjonalnej dojrzałości; wszystko to pozostawiło go dreptając po rozbitym szkle, zastanawiając się, czy na pewno chce się w to głębiej pakować. Był cierpliwy i to przecież po to się ludzie spotykali, prawda? Żeby stwierdzić, czy do siebie pasują na dłuższą metę? Czy te zgodne cechy przeważały te brzydkie i całkiem niekompatybilne? Nie miał pojęcia.
Propozycję wyjścia do parku przyjął chętnie. Wydawało mu się, że w jego DNA był ruch, a siedzenie w czterech ścianach przez dłużej niż dobę działało tylko wtedy, kiedy rzeczywiście miał coś do zrobienia. Coś ponad siedzeniu na kanapie, nawet jeśli robienie dokładniejszego wywiadu w temacie jego może-przyszłej kariery całkiem się przydawało.. podobnie jak z siedzeniem i oglądaniem czegoś dłuższego niż pół godziny było realnym wyzwaniem dla jego skupienia. Nerwowa energia dawała o sobie znać dość szybko, musiał co jakiś czas się podnosić i znajdować sobie zajęcie, tracąc tak czy siak wątek i... Wow, naprawdę się do tego nie nadawał, hm?
- Yeah. Dużo miejsca... Totalnie mógłbym tu ćwiczyć. - rzucił pół-żartem, pół-serio, mogąc sobie z łatwością wyobrazić własnoręcznie zbudowany tor przeszkód. Właściwie wystarczyłoby mu przytaszczyć ze sobą kilka pachołków, może coś ciężkiego i niezręcznego do przenoszenia i przepychania.. O, albo mógł kupić taką ogromną oponę, jak od ciężarówek? Musiał zapamiętać, żeby zagadnąć swoich nowych, strażackich znajomych o polecajki.. Jego myśli pognały w stronę przyszłych treningów, do których zarówno jego serce jak i mięśnie wyrywały się tęskno. Chciał się przetestować. Sprawdzić swoje limity. Zobaczyć co rzeczywiście był w stanie osiągnąć i jak mógł się przydać w przyszłym zawodzie... Strażackim? Może policja..? Ah, byłoby łatwiej, gdyby decyzje ktoś podejmował za niego.
- Tak, widzę to. - spokojne i wydające się być w swojego rodzaju zastoju.. Zupełne przeciwieństwo tego, do czego osobiście go ciągnęło. Hm. - Pewnie dostałbym szału na dłuższą metę. - dodał, marszcząc lekko brwi, rozglądając się lekko po otoczeniu. Preferował.. Powiedziałby, że bardziej żywe otoczenie, ale tak naprawdę zależało mu tylko na tym, by móc sobie znaleźć zajęcie. Nawet czas wolny oddawał w wolontariacie i, szczerze, preferował to ponad marnowaniem czasu na kanapie, jeśli tylko jego ciało i samopoczucie tego nie wymagało. - Pytałaś mnie ostatnio, co lubię robić w wolnym czasie.. A ty? - poza czytaniem i spędzaniem czasu w mieszkaniu, sącząc wino, bo to już wiedział.
LemonSpice
none
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Matheo Bachmann

Przechyliła delikatnie głowę, wpatrując się w Theo. Wiele rzeczy chodziło po jej głowie, momentami zdawała sobie sprawę z tego, że nadmiernie analizuje sytuację. Został przy niej, obiecał być, a ona i tak cały czas poszukiwała różnych wątpliwości. W końcu kto chciałby z nią być? Lodowa królowa nie wzięła się znikąd, przy niewielu osobach była w stanie faktycznie się otworzyć. Robiła to za każdym razem bardzo powoli, bo to co w niej siedziało, było wręcz irracjonalne.
Jak chcesz, to możesz zacząć — stwierdziła, unosząc delikatnie kąciki ust. O ile sama Cynthia nie przerzucałaby żadnych opon, nie wykonywałaby ekstremalnych ćwiczeń, to oglądanie Bachmanna absolutnie by jej nie przeszkadzało. Ba, odnalazła by w tym przedziwny rodzaj spokoju. Może dodatkowo taki, w którym wpatrywanie się w kogoś bardziej aktywnego przyniosłoby jej spokój.
Bo cały czas musisz działać? — zagadnęła Ward, spoglądając na Matheo. Tyle już zdążyła zauważyć. Kiedy ona była w stanie czytać książkę, Theo cały czas musiał działać. ADHD power, tak? Nawet przez moment nie pomyślałaby o tym, że mogłoby jej to przeszkadzać. Potrafiła odcinać się od świata, a miejsca z których wypływał spokój, były jednym z tych, które doceniała. Rzadko mówiła, że lubi przebywać na słońcu, ale... zamknęła się w sobie po nieudanym związku, a nikt wcześniej nie próbował wyciągnąć ją samą z mroku. Brat wyjechał z bratanicą, jej ukochana ciotka zmarła, a u dziadka pojawiała się coraz to głębsza demencja. O jakich pozytywach mogłaby mówić Cynthia?
O ironio, lubię jeździć autem, albo lubiłam? — zabrzmiała dość przekornie. Mimowolnie przejechała dłonią po własnych żebrach. Dalej momentami odczuwała dyskomfort, kiedy wracała do tamtych chwil — nie wsiadłam za kierownicę po wypadku — kolejny pesymistyczny akcent odhaczony — czasem rysuję, mam schowany w domu szkicownik i lubię doglądać moje rośliny — tego nawet nie miała, kiedy mu powiedzieć. Egzotyczne, zioła, a może na balkonie zacznie hodować własne warzywa. Proste czynności nie wymagające zbytniego myślenia oraz analizowania — na pewno nie lubię wody... — to przychodziło jej łatwiej. Myć się myła, ale do głębszych zbiorników wody weszła jako... małolata — jako dzieciak pływałam w jeziorze, złapał mnie skurcz, a mój brat musiał mnie ratować — spojrzała na błękitne tęczówki Bachmanna, by finalnie odwrócić gdzieś w bok głowę. Nie pamiętała, kiedy ostatnio komuś o tym mówiła — serce mi stanęło — za to Wyatt musiał ją uratować. Dlatego oboje zostali lekarzami, ale gdzieś pomiędzy tym wszystkim ich wspólna wizja na karierę wydawała się rozmijać.
Tak jak mówiłam, przynoszę pecha — mruknęła cicho Cynthia. Bo szczerze? Nie potrafiła uwierzyć, że mogłaby się uśmiechać.
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
robi dyplom pomiędzy pracami
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ta kwestia też trochę go irytowała, mimo że nie chciał o tym za bardzo myśleć. Jasne, mógłby zrozumieć, że przywykła do ludzi, którzy pojawiali się na moment i zaraz zmywali się bez słowa ostrzeżenia.. Tyle że ciągła niepewność, mimo kolejnych przykładów jego słowności nie przekonywały go wcale do tego, by zostać na dłużej? Już pomijając rozbieżność ich rodzajów spędzania czasu, bo to akurat mogło naprawdę ugryźć w dupę prędzej czy później. Nie miał tendencji do myślenia nadmiernie, ale mimo wszystko, jej niepewność dawała jemu niepewności, których nijak nie mógł strząsnąć.
- Pomyślę. - zamiast rzucać się w bieg czy padać do pompek, zaplótł palce za plecami, spinając mięśnie, by wyprężyć klatkę, stając przy tych na palcach stóp na moment. Zaraz potem zrobił to samo, tyle że ramiona wyciągając do przodu, a potem w górę, nad głowę; skrzywił się lekko na ciche, głuche stuknięcie w mięśniu prawego ramienia, gdy mięśnie przesunęły się po bliznowatym stwardnieniu. Bleh.
- Nie, że muszę.. Ale lepiej się czuję, nie siedząc na dupie? Nie wyobrażam sobie na przykład spędzania wolnego dnia w domu, chyba że byłbym, nie wiem, chory albo absolutnie wykończony po treningu. Ewentualnie gdybym miał kaca, ale to się rzadko zdarza. - odpowiedział, zamyślając się na moment. Właściwie tylko zdrowie mogło go zatrzymać w czterech ścianach.. W innym wypadku wołała go przygoda; albo w ogrodzie matki, albo zajmując sobie czas wolontariatem, czasami po prostu idąc, gdzie go nogi poniosły. A kiedy już siedział w mieszkaniu, zwykle grał w coś z kuzynami przy pomocy magii Internetu; przynajmniej nie czuł, że był sam i to mu wystarczało.
Pokiwał głową, słuchając uważnie czym, oprócz tego co już sam zauważył, zajmowała się w wolnej chwili. Samochód i nowa fobia miało sens, musiał stulić dziób, żeby w odruchu nie rzucić czymś głupim, porównując wypadku do upadku z konia.. Nawet jeśli sam to wyznawał. Po swoim własnym, jeździł dzień w dzień, non stop, póki nie poczuł się znów komfortowo za kółkiem. Po zranieniu przez kogoś, komu ufał, nie rzucił się w kolejny związek, ale.. No, rzucanie się w losowe kobiece ramiona wychodziło mu całkiem nieźle, więc może coś w tym było. Szkicowanie też miało sens; w rodzinie miał kilku lekarzy i każde stwierdzało, że łatwiej było coś zapamiętać, jeśli znaleźli sposób, by naszkicować proces na papierze. Rośliny może rzeczywiście trochę go zaskoczyły, nie wydawała mu się osobą, która znajdowałaby przyjemność w brudzeniu sobie rąk. Z drugiej strony, w mieszkaniu pewnie i tak mogła jedynie babrać się w doniczkach, więc może i to widział.. Yep, wszystko się zgadzało. Mógł jak najbardziej szanować pilnowanie swojego spokoju we własnej bańce w mieszkaniu, po prostu czuł, jakby nic z tych rzeczy nie była dla niego. Miała rację, gdy mu mówiła, że nie łączyło ich wiele.
- Oh, daj spokój. 80% populacji w trakcie życia doświadcza od jednego go trzech traumatycznych wydarzeń. 30% od czterech w górę. Zamykanie się na cztery spusty, stwierdzając, że życie nie jest dla ciebie "bo przynosisz pecha" brzmi trochę.. śmiesznie? Wiesz, jak lekka przesada. - po raz kolejny, koncept "pecha" wywołał w nim mocne wywrócenie oczami i złapanie głębszego oddechu. Nie mógłby się zdecydować, czy bardziej nie lubił mistycyzmu (z horoskopami i innymi bublami) czy wiary w to, że jakiś palant w niebiosach ustalił z góry ścieżkę, którym miało się toczyć ich życie; niektórym dawał sielanki, innych stawiał pod górkę. Kupa gówna. Tak, czasami było ciężko. Tak, traumy ssały. Może to kwestia wychowania, ale on od swoich starych wiecznie słyszał w odpowiedzi na swoje marudzenie "połóż się do trumny i czekaj na śmierć w takim razie" i.. Tak, przyznawał im rację. Oddawanie "szczęściu" czy "losowi" panowania nad swoim życiem, bez próby złapania nad nim kontroli, przyglądnięcia się własnym błędom, by odkryć, co można było zmienić? Nie, to nie było dla niego. Może to dlatego tak naprawdę poszła w pracę z martwymi osobami? To też by miało jakiś sens, gdyby swoją specjalizację wybrała, bo też była trochę martwa w środku i nie chciała niczego z tą kwestią zrobić? Może. Pokręcił lekko głową. - Wiara w pecha też ci nie pomaga z zaburzeniem lękowym. - podsycała tylko niepewności, myśli, nad którymi ciężko było zapanować i używała ich jako swojego rodzaju kulę, wymówki dla zastoju. Tego akurat szanować nie mógł, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że pewnie powinien stulić dziób. Nie pytała o opinię. Z drugiej strony on też nie prosił o użalanie się nad własnym losem, tak?

Cynthia A. Ward
LemonSpice
none
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Matheo Bachmann

To co robisz we wolne dni? — znaczy domyślała się pojawiania się w wolontariatach, ale chciała to usłyszeć. Matheo był w ciągłym ruchu, kiedy ona potrzebowała się zatrzymać, przystanąć, obserwować i dać wszystko przetrawić jej mózgowi — na siłownie bym się nie ruszyła, ale na poranne bieganie już prędzej — przypomniała się ich wspólna rozmowa. Wiedziała, że dla Bachmanna bieganie było nudne, za to dla niej było rutyną. Wybierała odpowiednio ładne trasy, by nie musieć biegać po zatłoczonym Toronto, a jedynie by rozkoszować się z jej ulubioną playlistą.
Lekka przesada? Czuła, jak coś w niej wewnętrznie drgnęło. Kiedyś nie wierzyła w pecha, ale w momencie, w którym musiała walczyć o własne życie, próbując brać nerwowe oddechy jeden za drugim, coś finalnie w niej pękło. Raz na kilka raz musiało się coś stać. Jaki miałoby to sens, gdyby po prostu tak się działo? Potrzebowała jednego, rozsądnego wytłumaczenia. Łatwiej było udowodnić karmę, niż nieuzasadniony przypadek. Pewnie nie pomagała. Wiara w pecha. Nabrała powietrza do płuc, próbując rozłożyć wszystko na czynniki pierwsze. Cokolwiek się wydarzy, chyba musiała pierwszy raz postawić na szczerość.
No dobra, ale posłuchaj wpierw... — zaczęła, biorąc kolejny głęboki oddech, który dotarł do jej płuc, wypełniając ją całkowicie — pierwsza utonięcie jako dziecko, druga nowotwór i coroczne badania, czy nie wrócił, trzecia wypadek mojej bratowej, czwarta śmierć pacjenta, do którego przywiązałam się w trakcie stażu, piąta wypadek samochodowy — to już wiedział, o tym już mu powiedziała. Osiemdziesiąt procent populacji przeżyło od jednej do trzech, a ona już przewyższała tę liczbę — i o jednej Ci nie powiedziałam... — zaczęła, odwracając głowę przez chwilę w stronę lasu. Był tak spokojny, brakowało jedynie liści tańczących na wietrze, wiewiórek przebiegających z jednego drzewa na drugie. Życie leśne dopiero budziło się do życia, a ona... chciała opowiedzieć Matheo o jednym z większych lęków, który trzymała w sobie.
Szósta — głos jej przez moment zadrżał — wiesz... byłam kiedyś zaręczona — o ile w normalnych warunkach była ścianą, teraz coś wewnątrz się niej łamało. Z Lennoxem były związane jej najgorsze emocje, najgorsze lęki, które wpływały na kolejne jej relacji, ale też to on zamknął ją w domu — nawet częściej się wtedy uśmiechałam, bo naprawdę go kochałam całym sercem i miałam zostać chirurgiem jak mój brat — zajmować się ludźmi, którzy naprawdę tego potrzebowali. Jako lekarka sądowa widziała najróżniejsze sytuacje. Gwałty, pobicia, morderstwa, ale do nich zdążyła przywyknąć, przetrawić. Z kolei do tego co zrobił wobec niej Cassian nie — tylko kiedy wychodziłam już z nowotworu, to... — spuściła przez moment wzrok, zaciskając dłonie na kolanach, by być w stanie wypowiedzieć wszystko do końca — okazało się, że on mnie nie kochał — i raptem po paru sekundach dodała — cały okres mojej choroby udawał, że wszystko jest w porządku, a kiedy mi się polepszyło, to mnie zostawił — nie chciała na nowo zostać zranioną. Mogła się nad sobą użalać, ale w ten sposób chroniła samą siebie przed zranieniem. Nie wiedziała, czy byłaby w stanie znieść kolejny cios.
I siódma — siedem to podobno szczęśliwa liczba — odkąd zostałam lekarzem sądowym, to widywałam się z nim w prosektorium i rozprawie sądowej. Ostatnio jedna prawniczka wezwała mnie do zeznań, by udowodnić konflikt interesów — całą ich relację musiała zreferować na sali sądowej. Gdzieś między słowami jedna z łez jej spadła. Jasne, miała ciężko. Jak dotąd miała trzy osoby, na które mogła liczyć. Wyatt wyjechał, a zostali jej jedynie Mara i William. Wcześniej miała wrażenie, że znalazła kolejną, która mogłaby znaleźć się na ich miejscu. Chochliczego wielkoluda.
Leczę się Theo — tylko trudno jest wejść na pozytywną prostą, kiedy jedna przeszkoda wyskakuje ciągle za kolejną.
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
robi dyplom pomiędzy pracami
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zastanowił się przez moment, marszcząc brwi, gdzieś po drodze zerwał też przypadkowy patyczek, ot, by mieć czym zająć ręce. - Różnie, zależy czy jestem potrzebny rodzinie w jakikolwiek sposób. - wzruszył lekko ramionami, bo gdyby miał wymieniać wszystko, czym zajmował się w wolne dni, to musieliby spędzić znacznie więcej czasu przy tej rozmowie. Mógł nie mieć jakoś specjalnie dużo zainteresowań, prawda, ale nadrabiał sięganiem po nowe umiejętności i chętne wchodzenie w to, co akurat działo się w okolicy.. Rzadko planował, wolał spontaniczność w tym, co mógł danego dnia robić i tylko zastój mu przeszkadzał.
Słuchał jej, podświadomie zakładając ramiona na klatkę i naprawdę musiał mocno ze sobą walczyć, by nie przewrócić oczami. Coś głęboko w nim się spięło, podnosząc mu lekko ciśnienie i przywołując na twarz nieprzekonany grymas. Przypominał sobie raz po raz, żeby powstrzymać przerywanie całego tego wyliczania, odnotowując tylko w głowie punkty, do których musiał się później odnieść. Trochę ich było? Zgrzytało, jak piasek w zębach. Krótkie, ciche parsknięcie pod nosem wyrwało mu się samo, ale na to już nie mógł nic poradzić.
- I... nie widzisz nic dziwnego w tym, że miałaś potrzebę wymienienia i wyliczenia wszystkich małych rzeczy, o które się potknęłaś po drodze w życiu? - zaczął, przechylając lekko głowę, przyglądając jej się z mieszanką rozbawienia i niedowierzania. - Bo brzmi trochę jakbyś bardzo próbowała udowodnić sobie i mnie, że jesteś bardziej, jak to nazywasz, pechowa, od innych ludzi. - jednym z wielu rzeczy, które naprawdę trudno mu było przetrawić, było stawianie swoich problemów na piedestale. Zamiast przeskakiwać nad nimi, obchodzić je, czy chociażby spędzić chwilę, żeby z nimi walczyć, niektórzy ludzie wydawali się... Kwitnąć w swojej niedoli? Trochę jak jakieś zwierzątko, które uściełało sobie legowisko, ale zamiast skrawków papieru, piórek i runa, używało mniejszych i większych krzywd. Zastanawiał się przy okazji, czy przymykał wcześniej na to oko, czy rzeczywiście alkohol świetnie ukrywał jej osobowość. - Jak dla mnie brzmi, jakbyś uniknęła znacznie więcej niedogodności, niż gdybyś rzeczywiście wyszła za gościa, który cię nie kochał, prawda? Przeżyłaś, raz, drugi, trzeci, to też nie jest nic. Utrata pacjenta brzmi jak coś nieuniknionego w zawodzie, nie? - tym razem to on wymienił, za każdym razem kiedy akcentował słowo, stukał patyczkiem o wnętrze własnej dłoni. Wzruszył lekko ramionami, zaraz pokiwał głową z kolejnym, suchym parsknięciem. - Po prostu mam problem ze sposobem jaki wybierasz patrzeć na wszystko, wiesz? Ponuro, beznadziejnie, "oh ja nieszczęśliwa", zwłaszcza to ostatnie, bo im bliżej się przyglądam, tym bardziej mam wrażenie, że to właśnie wybierasz dla siebie. - może jego ocena była surowa, właściwie wcale by się nie zdziwił, gdyby poczuła się absolutnie ugodzona tym nagłym chłodem, po prostu.. Niewiele było rzeczy, które wchodziły mu za skórę bardziej, niż trzymanie się z własnej woli w stagnacji. Nie chodziło wcale o bycie promyczkiem przez całą dobę; rozumiał, bywał nieszczęśliwy czasami nawet bez powodu, miewał gorsze dni i lękowe zjazdy.. Przez chwilę. Zanim trzepnął się sam w pysk i skupił na następnej rzeczy. Trwanie w izolujących objęciach depresji było całkiem komfortowe, ale też absolutnie samotne i nie dające żadnego prospektu na przyszłość.
- Czy ty mi sama nie powiedziałaś wczoraj, że preferujesz wino nad terapię? Bo wiesz, antydepresanty same w sobie nie działają, mają głównie wspomagać w terapii właśnie? Butelka z winem jest średnim terapeutą. - wytknął jeszcze, znów marszcząc brwi, bo to też wydawało mu się dziwne. Jej przyjaciółka była terapeutką, znała ludzi, znała miejsca, na sto procent mogła coś poradzić i nawet rekomendować specyficzny rodzaj terapii, prawda? Wybór, żeby z tego nie skorzystać.. Nie, też tego nie mógł zrozumieć.

Cynthia A. Ward
LemonSpice
none
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Matheo Bachmann

Potknęłam się w życiu? — powtórzyła za nim, unosząc zaledwie jedną ze swoich brwi ku górze. Potykała się cały czas, ale w pracy, kiedy napotykała problemy z denatem. Za to własne życie nazwałaby skokiem z klifu i dostawaniem raz, za razem z wielkiego kamienia prosto w głowę. Taka metafora zdecydowanie lepiej oddawała to, co czuła w tym momencie. Nabrała głębokiego oddechu, próbując wysłuchać to, co Bachmann próbował jej przekazać. Cynthia warzyła bardzo często wypowiadane słowa, analizowała każdy możliwy scenariusz, a życie z Marą nauczyło rozbierania wszystkiego na czynniki pierwsze. Rzadko kiedy kogoś do siebie dopuszczała, bo wcześniej czy później działo się to, co na załączonym przepięknie obrazku.
Theo — mruknęła, unosząc na niego wzrok. Miał rację. Tyle że nie zrozumiał, o co jej chodziło. Straciła zaufanie do ludzi, bo prawie półtora roku żyła w kłamstwie. To ono było dla niej największym problemem. Sposób, w jaki ludzie traktowali siebie nawzajem. Nie potrzebowała Lennoxa, by wygrać z nowotworem, ale przez jego strach była oszukiwania. To ją bolało. Podobnie jak oceniające słowa Bachmanna, bo... mało komu opowiadała historię Cassiana. Dwie osoby wiedziały. Mara i William. Oczywiście, poza jej rodziną.
Bagatelizujesz to, co próbowałam Ci przekazać — stwierdziła Ward, wzdychając ciężko. Cokolwiek mu dziś powiedziała, to miała wrażenie, że to podważał. Przymknęła na moment oczy. Utrata pacjenta, huh? Utrata pacjenta-dziecka, do którego udało się przywiązać, z którym bawiło się w przedziwne zabawy. To nie to samo, co zwykła utrata pacjenta. Dlatego postawiła na rezydenturę na patologii. Badania próbek było lżejsze, nie stresowało ją, a prawdopodobnie gdyby mogła zmienić szpital, to właśnie tam by pozostała.
Nie szukam problemów, to one znajdują mnie — zabrzmiała niczym Harry Potter w gabinecie profesor McGonagall — spytałeś mnie, dlaczego wczoraj wyszłam? — dopytała spokojnym głosem. Nie spytał ani razu. Mogła użalać się nad własnym losem. Nie wybierała sama dla siebie nieszczęścia, ale im bardziej się do kogoś zbliżała, tym bardziej bała się go stracić. Przyjaciele w jej życiu wydawali się stałą. Za to druga połówka? Cassian ją oszukiwał, Lawrence i Scott tak po prostu zniknęli, jak kamień rzucony do jeziora. Słuchała go w ciszy i spokoju, dając mu się wypowiedzieć. Chociaż kwestia o terapii ją zabolała. Ona nic jej nie dawała. Była na niej w trakcie leczenia nowotworowego, później tak samo. Nie bez powodu twierdziła, że lubi butelkę, ale dużo lepiej oceniać, nie?
Zabolało mnie to, co do mnie powiedziałeś, wiesz? — jej głos był spokojny, momentami cichy, ale wręcz łamiący się. Nie potrafiła zrozumieć, kiedy z wspierającego mężczyzny zamienił się... nawet nie wiedziała, w jaki sposób powinna to nazwać. Za to pociągnęła nosem, czując, jak do jej oczu napływają coraz bardziej łzy — bo pierwszy raz od dawna poczułam się przy kimś szczęśliwa i miałam nadzieję, że... — sama nie wiedziała, na co miała nadzieję. Naprawdę. Zaprosiła go do jej miejsca, próbowała opowiedzieć mu własną historię, a on odpychał ją. Aż... aż miała ochotę zasnąć na zawsze.
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
robi dyplom pomiędzy pracami
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oceniał całą sytuację, bazując na tym, co mu mówiła i co widział sam; szczerze? Wystarczało. Jeśli chciała, żeby wziął pod uwagę więcej kontekstu, ale przy tym je ukrywała, to naprawdę nie mogła go winić, za bycie ostrym. Nie miał w zwyczaju przebierać w słowach, nawet jeśli raniły drugą osobę, a jego dobre serce miało swoje granice, bardzo mocno zarysowane z resztą. Tupanie nóżką, dziecinne zagrywki, użalanie się nad sobą jakby miało to cokolwiek rozwiązać czy naprawić i generalne siedzenie w kącie, czekając na.. Na co właściwie? Nie, nie mógł tego zrozumieć i cholera by go strzeliła, gdyby ktoś w jego otoczeniu wybierał taki zastój. Bez sensu, z wyboru. - Tak. Słyszałaś co powiedziałem. - odpowiedział oschle, kiedy za nim powtórzyła, dodatkowo rzucając jego imieniem jako.. Chyba jako coś, co miało zwrócić jego uwagę? Może w ramach jakiejś słabej skargi czy zganienia?
- Jeśli bagatelizuję, to dlatego, że informacje wyciągać z ciebie muszę siłą. Dajesz w większości pół-słówka, pół-historie, a cały ten front, o który tak się starasz, przypomina mi bardziej małe dziecko, tupiące nóżką. - zgrywała tajemniczą, zranioną losem, gonioną pechem, kogoś, kto mistycznie skazany był na porażkę.. I koniec końców sama ją na siebie ściągała. Za każdym razem, kiedy zamykała się przed wszystkimi i wszystkim, gdy odcinała się, izolowała i wybierała bezruch nad akcją; wykonywała minimum życia i naprawdę nie był w stanie tego akceptować. Nie był terapeutą, nie chciał być terapeutą, a branie na swoje barki tak dużego DIY? Tylko po to, że MOŻE się ogarnie i MOŻE zrobi coś ze sobą? Nie, to definitywnie nie była gra warta świeczki. Udowadniała mu to z każdym zdaniem wypływającym z jej ust. Naprawdę był ślepy, wierząc, że może gadanie o pierdołkach i lekkie uśmiechy rzucane pod wpływem alkoholu może były tego warte, co? Nie, nie były. Przypominała mu na tamtą chwilę trochę te scene dzieciaki, przyjmujące "depresję" jako część swojego charakteru, biorąc ludzi na litość, a jeśli nie działało to, właśnie, tupiąc nóżką i krzycząc, że to świat był zły. Oczywiście, że łatwiej obwiniało się los, świat, przeznaczenie i generalnie wszystko i wszystkich innych, zamiast zerknąć przez moment w lustro.
- Boo-ho. - nie mógł się powstrzymać, wywracając oczami i zaraz unosząc brwi, gdy wytknęła mu brak zainteresowania gdzie poszła dzień wcześniej. Pokręcił głową, roześmiał się nawet, po raz kolejny sucho, mimo że poczuł szczere rozbawienie, bo to powoli robiło się żałosne. - To twoja praca, nie spotkanie towarzyskie. Wiedziałaś na co się pisałaś, wybierając specjalizację. - a jeśli nie wiedziała, to może była mniej inteligentna, niż z początku założył. - Odpuść tej nadziei, nie mam czasu na życiowe projekty i zabawę w ciągłe sklejanie cię taśmą. To nigdy nie działa. Nikt nie może być odpowiedzialny za twoje własne szczęście. Jeśli potrzebujesz drugiej osoby, żeby czuć się szczęśliwą, to naprawdę nie wiem, co ci powiedzieć. - pokręcił głową, może nawet w lekkim szoku, że kobieta starsza od niego wydawała się brakować... rozsądku? Jakiegokolwiek życiowego doświadczenia? Mała dziewczynka, która nigdy nie dorosła, wciąż czekająca na księcia z bajki, który pozwoliłby jej zaznać życia. Wow.
Wyciągnął telefon, czując miarowe wibracje ustawionego cholera wie kiedy przypomnienia. No tak. Zapomniał, że tego konkretnego dnia miał pójść z Charliem na przymiarki.. Właściwie nie było lepszego momentu, jak tak się zastanowił. - Muszę iść. Odwieźć się gdzieś? - rzucił jej spojrzenie, wciąż z telefonem w ręku, ot, gdyby wolała jednak wezwać Ubera. Nie sądził też, by mogła powiedzieć cokolwiek, co byłoby w stanie zmienić jego zdanie.. A nawet jeśli, to tylko pogrążała się głębiej w jego oczach.

koniec?

Cynthia A. Ward
LemonSpice
none
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”