-
Running with bulls
Working my miracles
Holding my world together with a boot string
Living the dream
Benzos and gasoline
Coffee and blue light screens till the morning
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkijakiekolwiektyp narracji3os.czas narracjiteraźniejszypostaćautor
Co za durny pomysł.
Stawia niespieszne, ale pewne kroki; pociąga za ciężkie drzwi apartamentowca. Ściska pasek torby, gdy winda podrywa się do góry. Przymyka powieki.
Pomysł jest durny, ale jakimś cudem jedynie rozmowa z Gardnerem może pomóc uciszyć intruzywne myśli o sprawie, którą przejęła po koledze na zwolnieniu w zasadzie tylko po to, by stanąć przed sądem i przedstawić metodologię pracy innego informatyka. To miał być czysto rutynowy, szybki i bezbolesny interwał pomiędzy godzinami pracy przy monitorze; sprawa, która sama się wygrywa.
A jednak gdy wczytywała się w akta coraz dokładniej, zmarszczka między brwiami Peregrine jedynie się pogłębiała, a żołądek opadał coraz niżej. Komendant o jej wątpliwościach wyraził się jasno, chociaż nie wprost: ma pójść do sądu, wyrecytować swoje formułki i nie rozgrzebywać zamkniętego śledztwa.
Ale Helena Peregrine nie potrafi odpuścić zwęszonej w sprawie nieścisłości – próbowała się do tego skłonić. Naprawdę próbowała.
Winda zatrzymuje się z szarpnięciem, a ona wypada z niej na piętro.
Odgłos obcasów odbija się od ścian. Peregrine ściąga słuchawki i wyciąga dłoń do dzwonka; ta zawisa tam przez parę sekund w pierwszym objawie wahania – potrzebuje głębszego oddechu w przygotowaniu na kolejne starcie z najbardziej irytującym człowiekiem pod słońcem.
Sprawie na pewno nie pomaga świeże wspomnienie treściwego spotkania rano w kancelarii. Być może przesadziła, przedstawiając się sekretarce Gardnera jako była premier Ontario, Kathleen Wynne. Dopiero wykonując telefon, zdała sobie sprawę z tego, że Percival raczej nie zechce udzielić jej audiencji. Ta improwizacja spotkała się z donośnym hukiem zamykanych przed nosem drzwi.
Ale przecież potrzebuje tylko kilku minut, by udowodnić mu, że nie ma zamiaru marnować jego czasu. Gdyby nie była pewna, że to wykonalne, nie ryzykowałaby potencjalnym pozwem o nękanie, przychodząc do jego drzwi.
Dlatego naciska dzwonek i taktycznie odsuwa się na kilka kroków, by zniknąć z zasięgu wizjera i sprowokować Percivala do wyjrzenia na korytarz.
Drzwi otwierają się, a Helena wita Gardnera krzywym uśmiechem, spod którego wyziera niechęć.
— To zawsze mogli być Jehowi — mówi, obserwując, jak jego twarz zmienia się na jej widok. — Przychodzę w pokoju, przysięgam — dodaje szybko, zanim element zaskoczenia przestanie działać, a Percival znów zatrzaśnie jej drzwi przed nosem. — A nawet, jakimś jebanym cudem... – tę część mamrocze pod nosem — przychodzę ci pomóc. Posłuchaj mnie przez minutę.
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bez rozgłosu.
Zero dram.
Chciał tylko dać jej czas.
Najbliższe miesiące miały zadecydować czy faktycznie postąpił słusznie.
Pieprzony egoista.
Czyż rozpadające się małżeństwo nie było wszak jego winą? Ona niczemu nie zawiniła. Odpuściła, po prostu. Tak jak i – najwyraźniej – zaczął odpuszczać on sam.
Powoli… to wszystko… do niego… docierało…
W tle leciał przyciszony film z telewizora. Zapalona lampa w rogu nadawała ciemnemu pomieszczeniu senny klimat. Nalewał sobie właśnie whisky i aż nim wzdrygnęło na głośny dźwięk dzwonka. Śpiąca przy kanapie suczka poderwała łeb do góry. Zawahał się raz – niby kto miałby się do niego dobijać o tak późnej godzinie? Podszedł do drzwi, w szarych dresach i czarnej koszulce na krótki rękaw; z lekko mokrymi włosami po prysznicu, niedbale zaczesanymi. Zawahał drugi – nikogo nie widział przez wizjer. Trzecie zawahanie, chwila ciszy; złapał za klamkę i…
— Nosz kurrw… — syknął, kiedy ujrzał Helenę. — Czego rano nie zrozumiałaś? Skąd wiesz, gdzie mieszkam? — Patrzył na nią z wyraźnym wkurwieniem. Z m ę c z e n i e m.
Dopiero co się tam wprowadził, nikt o tym nie wiedział, poza dwoma czy trzema osobami z pracy, które wiedzieć musiały. Ale miał przed sobą przecież panią informatyk. Żeby tego było mało, niezłą hakerkę.
„…przychodzę ci pomóc”.
Parsknął kpiąco, opierając się dłonią o framugę.
— Pomóc? W czym ty mi chcesz pomóc, Peregrine, co?
Nie wierzył w to, co słyszał, a jednak coś mu podpowiadało, żeby dać temu wkurzającemu stworzeniu kilka minut. Skoro po porannej szopce fatygowała się w jego prywatę, musiało to być coś ważnego, prawda?
Zagryzł na moment wargę, jakby bił się z myślami. W końcu sarknął:
— Masz minutę.
Odwrócił się, zostawiając otwarte drzwi, a ruszając w kierunku kuchni rzucił przez ramię:
— Właź i nie rób hałasu.