Nadęła policzki,próbując udawać obrażona na wypominanie jej tych przeklętych tostów. Chciała mu pokazać, że będzie dobrą dziewczyną, że będzie mu robić pyszne śniadania, a tosty z masłem orzechowym i nutellą miały być przedsmakiem tego, co chciała, aby go czekało przy jej boku. Bo jak miała przewidzieć, że ustawienie tostera na najwyższą temperaturę i najdłuższy czas zamieni jej ambitne śniadanie w coś na granicy kulinarnej tragedii i… małego pożaru? Nadal twierdziła, że to nie była jej wina, a sabotaż producenta, systemu, ogólnie sprzętu. Jak nic zahaczało to o kryminał!
Wypuściła jednak powietrze z policzków, gdy wspomniał o jej rodzicach i poczuła jak buźka zalewa jej się rumieńcem. Oj tak, tamtego poranka Dante ewakuował się wyjątkowo szybko, bo nawet jeśli Casper kochał swoją córkę to raczej ciężko byłoby mu uwierzyć, że ten przyszedł z samego rana na korepetycje. W sobotę. Zwłaszcza, że Elsa podczas ich przyjazdu, nadal paradowała w jedwabnej koszuli nocnej.
— Uważaj na drodze. Nie musisz się aż tak spieszyć — wymruczała mu tuż przy ustach, nim ten zdecydował się na złożenie nimi pocałunku na jej wargach. Zdrową rękę zarzuciła mu na kark, jakby chciała go przyciągnąć jeszcze bliżej siebie. Bo nic innego już się nie liczyło. Ani psy, które zostały w domu i niewiadomo jak na siebie zareagowały, ani dłoń, która, łagodnie mówiąc, napierdzielała. Tylko on. Znowu przy niej.
Kiedy się odsunął, jęknęła żałośnie , tęskniąc na nowo za jego smakiem, co chyba skutecznie zadziałało, bo zaraz dostała nagrodę pocieszenia w postaci kolejnego buziaka.
—Zobaczę co da się zrobić — odparła z delikatnym uśmiechem i gdy tylko Dante wsiadł do auta, weszła do domu, zamykając za sobą drzwi. Zsunęła z siebie płaszczyk i od razu skierowała kroki do salonu, gdzie zastała leżącą na huśtawce
kokonie Olive i stojącego na przeciwko niej Murphy’ego. Szczeniak wydawał się być wielce zaskoczony, że w nowym miejscu był jeszcze jeden pies i to jeszcze suczka.
Czy Elsa potrafiła posłuchać się chłopaka i faktycznie usiąść na tyłku w oczekiwaniu na jego powrót? Ha. Dobry żart. Podczas kiedy ich psie dzieci uskuteczniły zwierzęcy wrestling, ona znalazła dwie zapasowe miski i uzupełniła je wodą oraz karmą, podobnie czyniąc z tymi należącymi do jej shorkie. A potem? Potem wpadła na genialny pomysł i zabrała zwierzaki do ogrodu. Wzięła ze sobą szarpak z owczej wełny i postanowiła, że tak zmęczy Murphy’ego, że ten nie będzie miał siły broić. Domyślała się, że to zadanie nie będzie należało do najłatwiejszych. Zdecydowanie wygodniej byłoby to zrobić w parku, gdzie powierzchnia zdawała się być praktycznie nieograniczona, więc nawet zwykłe rzucanie piłki mogło sprawić, że pies po którymś z kolei
aport wróci do niej z wywalonym na wierzch językiem. W ogrodzie owe zmęczenie wymagało od niej o wiele większego zaangażowania, nie wspominając o sile. Co prawda, nie przewidziała początkowo, że jedną ręką może mieć problem w operowaniu szarpakiem i siłowaniem się nim, przez co musiała być w pełni skoncentrowana, aby czasem nie zaliczyć gleby, ani jeszcze bardziej się uszkodzić.
Ale to dobrze. Dzięki temu nie miała czasu myśleć o tym, że Dante długo nie wracał, że mógł zostawić u niej psa na przechowanie, a samemu pójść na kolejną imprezę, tak jak to do tej pory robił, jednak za hotel wybierał mieszkanie Erica. A skoro o tym nie myślała to przez chwilę w jej głowie panowała totalna cisza. Wreszcie.
Murphy szarpał się z całych sił, warcząc zabawnie przez zaciśnięte na szarpaku zęby, a Olive - jak na prawdziwą królową dramatu przystało - najpierw obserwowała wszystko z dystansem i po chwili włączyła się do zabawy, jakby nagle przypomniała sobie, że też jest psem, a nie tylko ozdobą do noszenia na rękach. I w którymś momencie zwierzaki wygrały, wyrywając jej szarpak z ręki i robiąc honorową rundkę wokół ogrodu.
Nie próbowała ich gonić. Z uśmiechem przymknęła na moment oczy i wtedy niepokój wrócił. Bo się spóźniał. O tej godzinie nie powinien napotkać na swojej drodze korków, ale może nieco dłużej zajęło mu pakowanie niezbędnych rzeczy? Ale może jednak coś lub ktoś go zatrzymał? Może spotkał byłą i właśnie zamieniał z nią kilka zdań, a te zdania przerodziły się w prawdziwą i szczerą rozmowę, która doprowadzała ich do porozumienia i stwierdzenia, że…
Nie. Stop. Elsa… stop, ganiała się w myślach za wymyślanie głupiego scenariusza do jeszcze głupszego filmu. Ale gdyby nie Murphy to była gotowa uwierzyć, że to wszystko to sobie sama wyobraziła, że spała przez chwilę na jawie i to wszystko, co się wydarzyło w jej studio było tylko głupim snem. Ale nie mogło. Przecież właśnie Olive zdzieliła swojego nowego kolegę po łbie, a lewa dłoń nadal piekła, pamiętaj zarówno rozlewający się po skórze wrzątek jak i czuły dotyk palców, które owijały jej bandaż i zawiązywały uroczą kokardkę.
W takim razie…
Drgnęła gwałtownie, słysząc jego głos. Od razu odwróciła się w stronę drzwi balkonowych i pomachała mu, gdy tylko pojawił się w salonie.
— Jesteśmy tutaj! Świetnie się bawimy, a buty mam całe. Wiedziałam co robię, chowając wszystkie do szafki. — Uśmiechnęła się szeroko tak jakby po jej czarnych myślach nie pozostał nawet ślad. Maska z uśmiechem numer trzy została właśnie przywdziana i nie należało jej ściągać.
Dante Levasseur