-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Wszystkie znaki na niebie wskazywały, że nie będzie im dane zjeść tego obiadu przyniesionego przez chłopaka. Najpierw sama z niego zrezygnowała, aby wymasować mu głowę, potem można by rzec, że mieli dużo ciekawsze rzeczy do zrobienia, a może raczej do nadrobienia. A kiedy wydawało się, że już nic nie może im przeszkodzić w napełnieniu żołądków, o to pojawiła się Elsa, cała na biała, i udowodniła, że niemożliwe w jej przypadku było do zrobienia w niecałe dwie minuty.
Na szczęście kubek tylko pękł, a nie dosłownie wybuchł. Dzięki temu jego szczątki nie wbiły się w dłoń Norweżki, kalecząc ją do krwi. Gdyby jednak miało to miejsce, wówczas Dante na pewno przybyłby na zaplecze zwabiony potężnymi krzykami paniki i histerii, a nie tylko tą norweską kurwą.
Buziak w skroń i zapewnienie, oczywiście ubrane w żart, bo jakżeby inaczej, że nigdzie się nie wybierał, zdawały się naprawdę działać przeciwbólowo. Uspokoiła się i wtulona w jego bok, pozwalała chłodnemu strumieniowi wody otulać jej poparzoną łapkę.
Słuchała się grzecznie i nawet gdy wspomniał o odwoływaniu klientów to nie wchodziła z nim w dyskusję, bo dobrze wiedziała, że miał rację. Może umyłaby włosy jedną ręką, ale ścinania czy farbowania już by się nie podjęła. Na szczęście nie miała zaplanowanych na najbliższe dni żadnych fryzur okolicznościowych ani pokazów, więc miała nadzieję, że klientki okażą zrozumienie i nie wysmarują jej negatywnych opinii na Google.
W samochodzie poinstruowała go jak zapiąć psa w pasy, które kupiła specjalnie dla Olive, aby nie musiała siedzieć zamknięta w transporterze, a żeby nadal była bezpieczna. Murphy na szczęście był niewiele większy od jej suczki, więc wystarczyło je tylko lekko wyregulować.
I gdy byli już pod jej domem, najwyraźniej oboje zaczęli bić się z własnymi myślami. Co dalej?
Stała na podjeździe, wpatrując się w swoją opatrzoną dłoń. Nie chciała go do niczego zmuszać. Być może nie planował spędzić z nią całego wieczoru w salonie, więc czy miała prawo chcieć, aby został jeszcze dłużej? I to nie tyle na Netflix and chill co żeby po prostu był i faktycznie pilnował. Jej, jej głupich pomysłów… znowu jej… i znowu jej głupich pomysłów, bo tych miała naprawdę wiele, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy nie powinna czegoś robić i to pod żadnym pozorem.
Dlatego kiedy zadał jej to dosyć istotne pytanie, chciała powiedzieć, żeby się nie przejmował, że przecież była dużą dziewczynką. Ale inny głosik z tyłu głowy podszeptywał, że przecież się nim nie nacieszyła i że pewnie kiedy wreszcie uda jej się ogarnąć i położyć spać, on zniknie, a cały dzień okaże się być jedynie pięknym snem.
— Nie — odparła w końcu. Zbliżyła się do niego i bez żadnych ceregieli złapała zdrową dłonią za rękę i pociągnęła w stronę domu , pozwalając, aby Murphy skakał między nimi. Na szczęście żadne z nich nie zabiło się podczas drogi o smycz. Klucze miała w kieszeni od płaszcza, więc przynajmniej nie musiała ich szukać w czarnej dziurze zwanej damską torebką. Popchnęła drzwi, nie przejmując się tym, że puchaty stworek wbiegł jak błyskawica do nowego miejsca. Sama jednak nie wchodziła jeszcze do środka. Oparła się ścianę i przejechała palcami zabandażowanej łapki po klatce piersiowej chłopaka.
— Zostaniecie na noc…? Rodziców nie ma… Larsa też nie… — wymruczała z niewinnym uśmiechem na ustach. Nie raz podobnymi słowami zapraszała go do swojego rodzinnego domu i jeśli ją pamięć nie myliła to nigdy chyba nie odmówił. Co najwyżej stawiał warunek, żeby nie robiła już tostów. A najlepiej, to żeby w ogóle nie wchodziła do kuchni.
— Jak chcesz to możesz pojechać do domu autem i wziąć jakieś rzeczy dla siebie i Murphy’ego. Chociaż myślę, że Olive się z nim podzieli kanapą. A ja się podzielę z tobą łóżkiem… — Przesunęła dłoń odrobinę wyżej po jego klatce piersiowej, czując pod palcami ciepło jego ciała przez materiał. To było takie… realne. Zbyt realne, żeby było tylko jednym z jej głupich, pięknych snów.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I chociaż jej ostateczna decyzja była zgodna z tym, co rzeczywiście wolał, wciąż w jakimś stopniu zaskakiwała. Nie na tyle jednak, by próbował jakkolwiek zaprotestować, kiedy chwyciła go za rękę prowadząc w stronę domu. I zdecydowanie nie na tyle, by nie móc pozwolić sobie na szczery uśmiech wywołany jej krótką odpowiedzią.
– I rano nie będziesz próbowała spalić domu? Ani nie okaże się, że twoi rodzice jednak wracają wcześniej niż myślałaś? – oczywiście, że tak samo jak w czasach licealnych, tak i teraz nie miał zamiaru odrzucać tego zaproszenia. Choć mimo wszystko trudno byłoby obejść się bez nawiązania do tych nieszczęsnych zwęglonych tostów. A także tego dość stresującego poranka, kiedy rzeczywiście okazało się, że jej rodzice mieli pojawić się w domu znacznie szybciej niż którekolwiek z nich zakładało. I kiedy konieczne okazało się pospieszne ulotnienie się z niego, zanim musiałby próbować tłumaczyć jej ojcu, co robił tam o tak wczesnej porze i liczyć na to, że jakimś cudem Eriksen miałby uwierzyć w zapewne niezbyt przekonujące wyjaśnienia…
– Zaraz wrócę – chociaż wcale nie spieszyło mu się do tego, by zostawiać ją nawet na tę chwilę. Zanim więc miałby wrócić do samochodu, przysunął się bliżej niej, dłońmi obejmując jej talię i nachylając się, żeby złączyć ich wargi w kolejnym już tego wieczora pocałunku. Niespiesznym, chyba całkiem jasno sugerującym, że wcale nie zamierzał ruszać się stamtąd przynajmniej jeszcze przez chwilę lub dwie. – Postaraj się przez ten czas nie dotykać niczego ostrego, czy gorącego… Może po prostu usiądź i nic nie rób.
Uśmiechnął się, odsuwając się tylko odrobinę. I tylko po to, by po chwili namysłu pocałować ją raz jeszcze, zanim rzeczywiście zdecydował się wreszcie wrócić do jej samochodu, żeby podjechać do swojego mieszkania i zabrać z niego tych parę niezbędnych rzeczy. Zebranych na tyle pospiesznie, by niedługo mógł ponownie zaparkować na jej podjeździe i… raz jeszcze pozwolić sobie na moment zawahania. Myśl o tym, czy aby na pewno powinien zostawać u niej na noc, pojawiła się jeszcze zanim miałby w ogóle wysiąść z samochodu. Teoretycznie… absolutnie nic nie powinno świadczyć o tym, że miałby to być jeden z tych nie najlepszych pomysłów. Ale z drugiej strony… gdyby zastanowić się nad tym dłużej, prawdopodobnie znalazłoby się przynajmniej kilka powodów – w tym co najmniej parę całkiem logicznych – dla których może lepiej byłoby wrócić na noc do siebie. A on spędził w tym zaparkowanym samochodzie dostatecznie wiele czasu, by móc pomyśleć przynajmniej o części z nich… Nie chciał, żeby była chwilową zabawą, czy pocieszeniem po zakończonym związku. Co do tego nadal nie miał żadnych wątpliwości. Tylko… wciąż nie był chyba w stanie jednoznacznie stwierdzić, czego wobec tego chciał. Powrotu do tego, co było między nimi tych parę lat temu…? O ile mogło wydawać się to całkiem realne i możliwe do osiągnięcia w momencie, kiedy znajdowała się dość blisko, by czuć ciepło jej ciała i oddech na własnej skórze, tak zdecydowanie traciło na realności, kiedy nie miał jej nawet w zasięgu wzroku. Tamto było przecież dawno temu. I prawdopodobnie zbyt wiele zdążyło się w tym czasie zmienić, by można było do tego tak po prostu wrócić…
A jednak wciąż musiał przecież wysiąść z samochodu, choćby po to, żeby oddać jej kluczyki i zabrać zamiast tego psa.
I… mimo wszystko nadal chciał upewnić się, że miała poradzić sobie z tą poparzoną ręką. Oraz że miałaby wreszcie coś zjeść, nie ryzykując przy tym, że znów miałaby się przy tym w jakiś sposób uszkodzić… Chciał znowu ją objąć, móc pocałować i… zdecydowanie chciał zostać na noc.
Odsuwając od siebie wszelkie te natrętne wątpliwości, wysiadł wreszcie z samochodu, zabierając z niego swoje rzeczy i w kilku szybkich krokach przeszedł przez podjazd do jej domu. Jakby bał się, że jeśli pozwoli sobie na jeszcze chwilę zwłoki, wątpliwości wrócą i tym razem nie dadzą się odegnać tak łatwo.
– Jeżeli Murphy zdążył ci już zeżreć ulubione buty, to mogę go jeszcze odwieźć do Stonesa… – rzucił od progu, po jej odpowiedzi chcąc przy okazji zorientować się, gdzie zamierzała siedzieć i nic nie robić i gdzie w związku z tym powinien się skierować. A także – czy faktycznie nie było konieczne odwiezienie psa gdzieś, gdzie mógłby siać trochę mniejsze zniszczenie niż na co dzień…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Wypuściła jednak powietrze z policzków, gdy wspomniał o jej rodzicach i poczuła jak buźka zalewa jej się rumieńcem. Oj tak, tamtego poranka Dante ewakuował się wyjątkowo szybko, bo nawet jeśli Casper kochał swoją córkę to raczej ciężko byłoby mu uwierzyć, że ten przyszedł z samego rana na korepetycje. W sobotę. Zwłaszcza, że Elsa podczas ich przyjazdu, nadal paradowała w jedwabnej koszuli nocnej.
— Uważaj na drodze. Nie musisz się aż tak spieszyć — wymruczała mu tuż przy ustach, nim ten zdecydował się na złożenie nimi pocałunku na jej wargach. Zdrową rękę zarzuciła mu na kark, jakby chciała go przyciągnąć jeszcze bliżej siebie. Bo nic innego już się nie liczyło. Ani psy, które zostały w domu i niewiadomo jak na siebie zareagowały, ani dłoń, która, łagodnie mówiąc, napierdzielała. Tylko on. Znowu przy niej.
Kiedy się odsunął, jęknęła żałośnie , tęskniąc na nowo za jego smakiem, co chyba skutecznie zadziałało, bo zaraz dostała nagrodę pocieszenia w postaci kolejnego buziaka.
—Zobaczę co da się zrobić — odparła z delikatnym uśmiechem i gdy tylko Dante wsiadł do auta, weszła do domu, zamykając za sobą drzwi. Zsunęła z siebie płaszczyk i od razu skierowała kroki do salonu, gdzie zastała leżącą na huśtawce kokonie Olive i stojącego na przeciwko niej Murphy’ego. Szczeniak wydawał się być wielce zaskoczony, że w nowym miejscu był jeszcze jeden pies i to jeszcze suczka.
Czy Elsa potrafiła posłuchać się chłopaka i faktycznie usiąść na tyłku w oczekiwaniu na jego powrót? Ha. Dobry żart. Podczas kiedy ich psie dzieci uskuteczniły zwierzęcy wrestling, ona znalazła dwie zapasowe miski i uzupełniła je wodą oraz karmą, podobnie czyniąc z tymi należącymi do jej shorkie. A potem? Potem wpadła na genialny pomysł i zabrała zwierzaki do ogrodu. Wzięła ze sobą szarpak z owczej wełny i postanowiła, że tak zmęczy Murphy’ego, że ten nie będzie miał siły broić. Domyślała się, że to zadanie nie będzie należało do najłatwiejszych. Zdecydowanie wygodniej byłoby to zrobić w parku, gdzie powierzchnia zdawała się być praktycznie nieograniczona, więc nawet zwykłe rzucanie piłki mogło sprawić, że pies po którymś z kolei aport wróci do niej z wywalonym na wierzch językiem. W ogrodzie owe zmęczenie wymagało od niej o wiele większego zaangażowania, nie wspominając o sile. Co prawda, nie przewidziała początkowo, że jedną ręką może mieć problem w operowaniu szarpakiem i siłowaniem się nim, przez co musiała być w pełni skoncentrowana, aby czasem nie zaliczyć gleby, ani jeszcze bardziej się uszkodzić.
Ale to dobrze. Dzięki temu nie miała czasu myśleć o tym, że Dante długo nie wracał, że mógł zostawić u niej psa na przechowanie, a samemu pójść na kolejną imprezę, tak jak to do tej pory robił, jednak za hotel wybierał mieszkanie Erica. A skoro o tym nie myślała to przez chwilę w jej głowie panowała totalna cisza. Wreszcie.
Murphy szarpał się z całych sił, warcząc zabawnie przez zaciśnięte na szarpaku zęby, a Olive - jak na prawdziwą królową dramatu przystało - najpierw obserwowała wszystko z dystansem i po chwili włączyła się do zabawy, jakby nagle przypomniała sobie, że też jest psem, a nie tylko ozdobą do noszenia na rękach. I w którymś momencie zwierzaki wygrały, wyrywając jej szarpak z ręki i robiąc honorową rundkę wokół ogrodu.
Nie próbowała ich gonić. Z uśmiechem przymknęła na moment oczy i wtedy niepokój wrócił. Bo się spóźniał. O tej godzinie nie powinien napotkać na swojej drodze korków, ale może nieco dłużej zajęło mu pakowanie niezbędnych rzeczy? Ale może jednak coś lub ktoś go zatrzymał? Może spotkał byłą i właśnie zamieniał z nią kilka zdań, a te zdania przerodziły się w prawdziwą i szczerą rozmowę, która doprowadzała ich do porozumienia i stwierdzenia, że…
Nie. Stop. Elsa… stop, ganiała się w myślach za wymyślanie głupiego scenariusza do jeszcze głupszego filmu. Ale gdyby nie Murphy to była gotowa uwierzyć, że to wszystko to sobie sama wyobraziła, że spała przez chwilę na jawie i to wszystko, co się wydarzyło w jej studio było tylko głupim snem. Ale nie mogło. Przecież właśnie Olive zdzieliła swojego nowego kolegę po łbie, a lewa dłoń nadal piekła, pamiętaj zarówno rozlewający się po skórze wrzątek jak i czuły dotyk palców, które owijały jej bandaż i zawiązywały uroczą kokardkę.
W takim razie…
Drgnęła gwałtownie, słysząc jego głos. Od razu odwróciła się w stronę drzwi balkonowych i pomachała mu, gdy tylko pojawił się w salonie.
— Jesteśmy tutaj! Świetnie się bawimy, a buty mam całe. Wiedziałam co robię, chowając wszystkie do szafki. — Uśmiechnęła się szeroko tak jakby po jej czarnych myślach nie pozostał nawet ślad. Maska z uśmiechem numer trzy została właśnie przywdziana i nie należało jej ściągać.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Czyli to jest ten moment, kiedy miałem czekać przed wejściem i tylko słuchać, jak dobrze bawicie się beze mnie? – zapytał ze śmiechem, przypominając sobie jej wcześniejszą zapowiedź tego, jak podobno miała wyglądać jego wizyta u niej następnym razem. I chociaż naprawdę kusiło, by znaleźć się znów jak najbliżej Elsy, tym samym na dobre rozwiewając już jakiekolwiek wątpliwości, prawdopodobnie warto było przypomnieć sobie o całym tym nieszczęsnym obiedzie – który najpewniej zdążył zmienić się już w kolację… – którego żadne z nich wciąż jeszcze nie miało okazji tknąć. Tylko na moment oparł się więc o framugę drzwi, na krótko kierując spojrzenie na bawiące się ze sobą psy, by następnie na dłużej już zatrzymać wzrok na Elsie.
– Dalej nic jeszcze nie jadłaś, prawda…? – choć na odpowiedź chyba nawet nie musiał czekać, żeby się jej domyślić. Zresztą, najwyraźniej do takiego właśnie wniosku musiał dojść, skoro rzeczywiście nie czekając na tę odpowiedź, odwrócił się po prostu i przeszedł do kuchni, żeby zająć się odgrzaniem jedzenia. Wprawdzie mikrofala była dość kuszącą opcją, jeśli chodziło o szybkość, ale… dość łatwo można było domyślić się, że ponowne wrzucenie do niej raz już odgrzewanego jedzenia najpewniej doprowadziłoby do tego, że to stałoby się kompletnie niejadalne. Po krótkim namyśle – a także zajrzeniu do kilku nietrafionych szafek oraz stosując się wreszcie do podpowiedzi Elsy – sięgnął więc ostatecznie po patelnię, stawiając na może i nieco bardziej czasochłonne, ale zdecydowanie bardziej zjadliwe rozwiązanie.
– Właściwie… jakim cudem udało ci się jeszcze zachować wszystkie palce i przy okazji nie umrzeć z głodu? – przekładając gotowe jedzenie na talerze, zerknął w jej kierunku, nie mogąc przy okazji powstrzymać się, by wciąż nieco rozbawionym tonem nie zadać jej pytania, które rzeczywiście jakoś tak mimowolnie nasuwało się na myśl. Kiedy widzieli się ostatnim razem, wciąż mieszkała z rodzicami i oczywiste było, że nawet jako absolutne kulinarne beztalencie mogła poradzić sobie bez większego trudu, skoro jej ojciec nie zamierzał raczej dopuścić do śmierci głodowej własnej córki. A jednak teraz, kiedy musiała radzić sobie samodzielnie… chyba nie było to już tak bardzo oczywiste. Zwłaszcza, że wciąż wyglądała przecież zbyt dobrze, by można było posądzać ją o żywienie się od dobrych paru lat jedynie zupkami z proszku i innymi gotowymi posiłkami.
Zresztą, to pytanie wydawało się przynajmniej dużo wygodniejsze od tego, które przyszło mu na myśl chwilę wcześniej, a które nie zamierzało tak po prostu wyparować z umysłu tylko dlatego, że zdecydował się w pierwszej kolejności zadać na głos inne. Wróciło mniej więcej w momencie, kiedy otwierał kolejną szufladę w poszukiwaniu sztućców. I tym razem nie chciało tak łatwo dać się wyprzeć żadnemu innemu.
– I… jesteś pewna, że nie zmieniłaś zdania? W sensie… dalej chcesz, żebym został? – początkową część pytania skierował najwyraźniej do leżącej w szufladzie chochelki, przez dłuższą chwilę wpatrując się właśnie w nią. Dopiero po czasie odwrócił się w stronę Elsy, zawieszając spojrzenie na jej twarzy i opierając się plecami o kuchenny blat. – Bo mogę po prostu upewnić się, że nie zrobisz sobie nic więcej zanim nie położysz się spać, a później zabrać Murphy’ego i wrócić z nim do siebie…
Mogło przecież okazać się, że jej propozycja po prostu wymsknęła jej się zanim zdążyła ją faktycznie przemyśleć. A skoro jego zdążyły już najść wątpliwości co do tego, czy faktycznie był to najlepszy możliwy pomysł, wcale nie było wykluczone, że podobne pojawiły się również w jej głowie, a po prostu wciąż jeszcze nie wyraziła ich na głos. I chyba to właśnie chciał wyczytać w pierwszej kolejności z jej reakcji, nie odrywając od niej spojrzenia.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Może… i jak nam idzie? Wyglądamy jak wyjęci z kadru filmowego? — zapytała z rozbawieniem. Przeszło jej przez myśl, żeby zacząć już uczyć młodego podstawowych komend, ale uznała, że jednak to zabawą na świeżym powietrzu skradnie jego sympatię. Musiała mu pokazać, że u cioci Elsy było super i mógł liczyć na świetne atrakcje, a na pewno lepsze niż gryzienie mebli czy butów, których zapomniałaby schować do szafki w przedpokoju.
— Nie. Powiedziałeś, że mam nie robić sobie krzywdy, to grzecznie nie robiłam — odparła zgodnie z prawdą. I chyba gdzieś po cichu liczyła, że zaraz do niej podejdzie, że znów ją przytuli, da całusa w skroń albo w usta, może zapyta czy ręka przestała już boleć. On zamiast tego odepchnął się od framugi i poszedł do kuchni. Stała przez chwilę, wpatrując się w miejsce, gdzie te kilka sekund temu znajdował się Dante, a potem, po upewnieniu się, że psy dobrze się bawią, a ich wrestling nie przypomina za bardzo morderczych popędów, udała się za nim. Usiadła na blacie, bo przecież nie można było na stołku i obserwowała jak poszukuje naczyń i patelni. Gdy kończyła mu się cierpliwość, uprzejmie, bo w końcu była cholernie uprzejma, wskazywała mu na szafki, w których znajdowały się poszczególne rzeczy. Ale nie okazywała jakiegoś szczególnego entuzjazmu. Czuła, że coś było nie tak. Zachowywał się inaczej niż tuż przed wyjazdem do domu. Na szczęście, nim zdążyła pozwolić dziwnym myślom wrócić, Dante zapytał o jej paluchy i w sumieniu fakt, jakim cudem miała je jeszcze w komplecie. I wtedy jakoś tak nagle się rozchmurzyła. Zeskoczyła z blatu i otworzyła lodówkę, z której wyciągnęła kilka szklanych naczyń z wieczkami.
— Tata gotuje i mi przywozi. Zobacz, tu mam ciecierzycę w sosie curry, tutaj zapiekankę warzywną… a tutaj pokrojone w plasterki ogórki i pomidor… no a w piekarni sprzedają mi pokrojone już pieczywo, więc no… ach, no i dokarmia mnie oczywiście Sher i jej tata — wyjaśniła mu może z nadmierną ekscytacją jakby chciała przekonać nie tylko jego, ale też i siebie, że naprawdę nie miała źle i jadła pełnowartościowe posiłki. Ale czy prze to nie brzmiała jeszcze bardziej żałośnie? Dorosła kobieta, która nie potrafiła nic sobie ugotować i liczyła na dobre serce innych. Zawsze sobie powtarzała, że nie można było mieć samych zalet, ale chyba przestawało ją to bawić.
A gdy tak nagle zapytał czy nie zmieniła zdania, zamurowało ją. Podeszła do niego i choć prze chwilę chciała się przytulić, ostatecznie oparła tylko głowę o jego klatkę piersiową.
— Nie chcę Cię do niczego zmuszać, więc jeśli to Ty nie czujesz się swobodnie to przecież możesz w każdej chwili wyjść — powiedziała cicho, wpatrując się w ich skarpetki. Dopiero teraz zauważyła, że założyła do pracy jedną różową, a drugą fioletową. Ale nawet z własnej głupoty już nie chciało jej się śmiać. Bo dlaczego Dante tak nagle poruszył ten temat? Akurat po powrocie? Z jej perspektywy wyglądało to trochę tak jakby przez te kilkadziesiąt minut, kiedy go nie było, coś sobie uświadomił i w tej chwili, aby nie mieć wyrzutów sumienia, nie zrobił taktycznego angielskiego wyjścia, a po prostu szykował ją do tego, że zaraz opuści jej dom.
— Boję się, że to wszystko mi się śni… klub, ty na kanapie, potem twoja wizyta w salonie, nasza rozmowa, mizianie Cię po włosach, pocałunki… dlatego jeśli mogłabym być ten jeden raz egoistką… tak bardzo chciałabym, żebyś został… nie chcę tego snu kończyć w ten sposób. Jeśli mam się rano obudzić bez ciebie… jeśli rano oboje będziemy żyć dalej swoim życiem… to nie chcę się budzić z płaczem, że nawet w głupim śnie nie potrafiłam cię przy sobie zatrzymać… — Przez chwilę nie ruszała się wcale. Jej czoło wciąż opierało się o jego klatkę piersiową, a palce nieświadomie zacisnęły się lekko na materiale jego koszulki, jakby wbrew własnym słowom próbowała go zatrzymać dokładnie tu, gdzie był.
Serce biło jej szybciej niż powinno. Zdecydowanie szybciej. Bała się podnieść wzrok. Bo jeśli miałaby spojrzeć i zobaczyć w jego oczach zawahanie — choćby najmniejszy jego cień — to wszystko wówczas ległoby w gruzach. Cała ta niejasna konstrukcja, którą zbudowała z przypadkowych spojrzeń, dotyku i kilku niepewnych chwil.
Wszystko by się rozpadło. Z nią na czele.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak nawet mimo tego kolejnego pytania, które natrętnie krążyło gdzieś pod czaszką, zanim wreszcie zdecydował się zadać je na głos, nie sposób byłoby nie parsknąć krótkim śmiechem na widok wyciągniętych przez nią z lodówki pojemników i słuchając tych jej wyjaśnień. A jednak nawet jeśli faktycznie wolałby skupić się na temacie dokarmiania jej przez poszczególne osoby i pozostać przy tym swobodnym tonie, sam przecież czuł, że ten mimo wszystko musiałby w końcu zabrzmieć co najmniej fałszywie.
Zupełnie odruchowo, nawet nie musząc jakkolwiek zastanawiać się nad tym gestem, ułożył dłonie na jej biodrach, kiedy postanowiła podejść bliżej. Policzek na dłuższą chwilę wtulił w jej włosy, słuchając kolejnych jej słów i chyba coraz bardziej zdając sobie sprawę z tego, że najwyraźniej zarówno wszystkie te wątpliwości, które mogłyby przyjść mu na myśl, jak i zadane wreszcie pytanie, były zwyczajnie idiotyczne. Albo to on był idiotą. Jedno z dwóch albo oba na raz – trudno byłoby się zdecydować, co faktycznie miałoby być najbliższe prawdy. Ale… wszystko to faktycznie mogło przypominać jakiś pokręcony sen, z którego mógłby pewnie obudzić się z nieprzyjemnym bólem głowy i świadomością, że istniało naprawdę niewiele logicznych powodów, dla których jego nieplanowane spotkanie z Elsą po tak długim czasie miałoby się potoczyć w taki właśnie sposób.
Tylko… skoro to z całą pewnością nie był żaden sen, czemu by po prostu nie przestać wreszcie kwestionować wszystkiego co się działo i zwyczajnie tego nie zaakceptować…? Bez kolejnych niepotrzebnych wątpliwości, bez idiotycznych pytań i bez usilnych prób spieprzenia wszystkiego mimo wszystko.
– Nic ci się nie śni – odsuwając twarz od jej włosów, jedną ręką delikatnie podparł jej podbródek, by przekonać ją do uniesienia głowy i spojrzenia nie na niedobrane skarpetki, a na niego. – A rano obudzisz się z pogryzioną przez Murphy’ego nogą od stołu i ze mną obok siebie. Bo skoro nie zmieniłaś zdania, to na pewno nigdzie się nie wybieram. Ale zanim w ogóle pójdziesz spać, zjedz wreszcie ten cholerny obiad, bo po kolejnym odgrzaniu pewnie nawet żaden z psów nie będzie chciał go ruszyć.
Tym razem przynajmniej znów nie musiał się już zastanawiać, czy uśmiech, który pojawił się na jego twarzy wypadał jakkolwiek przekonująco. Przecież musiał taki być, skoro jak najbardziej jasne już było, że nic z jego wątpliwości nie powinno mieć nawet racji bytu. Uświadamiając to sobie – oby tym razem na dobre – mógł przynajmniej zwrócić uwagę na ten jeden szczegół, który najwyraźniej umknął mu wcześniej, przyćmiony prawdopodobnie przez to durne pytanie.
– Poczekaj… twój ojciec naprawdę kroi ci nawet warzywa, zanim ci je przywiezie…? – wprawdzie bardzo starał się nie roześmiać, ale i tak nijak nie dałoby się ukryć rozbawienia całkiem wyraźnie odbijającego się zarówno w spojrzeniu, jak i brzmieniu poszczególnych słów. Choć z drugiej strony… wciąż chyba całej tej jej kulinarnej nieporadności nie byłby w stanie określić inaczej, jak tylko jako rozbrajającą. Przynajmniej tak długo, jak długo nie stanowiła zagrożenia dla niej i najbliższego otoczenia, podczas ewentualnych prób przygotowania czegoś, co mogłoby uchodzić za jakkolwiek zjadliwe. Może więc fakt, że ojciec faktycznie przywoził jej nawet te pokrojone w plastry warzywa, nie powinien w żadnym stopniu zaskakiwać…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Czuła jego dłonie na swoich biodrach, jego policzek na włosach, tak samo wyraźnie czuła wcześniej te pocałunki, których krótkie wspomnienie sprawiało, że przez całe ciało przechodził ją przyjemny dreszcz. Czy wobec tego mogłaby zaryzykować stwierdzeniem, że to naprawdę była jawa? Że to nieprawdopodobne spotkanie w klubie zamieniło się w całkiem przyjemne i celowe zwiedzanie jej domu? Bardzo by tego chciała.
Poniesiona przez jego palce, posłusznie podniosła głowę, aby od razu spotkać na swojej drodze jego oczy, na które opadało kilka niesfornych loczków.
— To przestań tak mówić… przestań dopytywać, upewniać się… uwierz mi, że jakbym nie chciała cię widzieć to z klubu w najlepszym wypadku wiózłby Cię Uber. — odparła z lekkim uśmiechem, po chwili ciągnąc go za nos palcami uszkodzonej ręki, co skwitowała dosyć wyraźnym grymasem na dziobie. Tak, było zdecydowanie za wcześnie na takie forsowanie dłoni. Pamiętała, że Dante kupił w aptece kilka proszków przeciwbólowych i chyba przed snem będzie musiała kilka z nich łyknąć.
— A nogą od stołu się nie martwię, tutaj też mam plastry w pandy, więc się naklei i jakoś to będzie. — Parsknęła cichym śmiechem i zaraz wtuliła się w niego mocno, ukrywając buzię w zagłębieniu jego szyi. Wreszcie to powiedział, a w jego głosie nie wyczuwała już krzty wątpliwości. Zamierzał zostać. Przy niej. Nim zabrała się za jedzenie, cmoknęła go dosyć długo jak na zwykłego buziaka w skórę pod uchem, a potem jak gdyby nigdy nic sięgnęła po widelec, wybierając talerz, na którym królował kotlet buraczany. Tak naprawdę było jej wszystko jedno, co zje, bo przecież przy swoich umiejętnościach nie powinna wybrzydzać, ale kobiecy kaprys sprawił, że wybrała danie, które bardziej pasowało jej do tego fuksjowego kombinezonu. Nie poszła usiąść do stołu, a stanęła przy blacie i w takiej specyficznej pozycji, bo lekko wypiętej, kroiła kotleta widelcem, spoglądając przy tym na chłopaka.
— Widzisz tamten tasak? — zapytała spokojnie, ruchem głowy wskazując na stojak ze wszystkimi nożami do krojenia wszelakich produktów. Na samej górze znajdował się wspomniany przez Else ogromny tasak.
— No to chyba w trzeci dzień jak się tutaj wprowadziłam to uznałam, że świetnym pomysłem będzie pokrojenie nim pomidora. Poharatałam sobie rękę, a na widok krwi dostałam paniki i gdyby akurat Lars nie przyszedł to bym zeszła od hiperwentylacji… — Westchnęła ciężko. Czasem się zastanawiała czy może w poprzednim życiu nie była jakimś biznesmanem, który kupił teren z fabryką przyrządów kuchennych, a potem zrównał to wszystko z ziemią. To by przynajmniej wyjaśniało skąd ta niechęć noży czy też garnków bądź patelni do jej osoby. Na szczęście mikrofalówka jeszcze ją lubiła, w innym przypadku naprawdę musiałaby się przestawić na jedzenie zupek chińskich każdego dnia i to na każdy posiłek.
Talerz w końcu zrobił się pusty, co oznaczało, że Elsa naprawdę nie miała wybrednych kubków smakowych skoro pochłonęła dwukrotnie odgrzewany obiad. Z pewnością miał na to wpływ fakt, że Dante raczej wiedział jak długo trzymać na patelni jedzenie, aby nie przypominało wyglądem tamtych pamiętnych tostów, a jednocześnie, żeby po prostu nadawało się do zjedzenia. I teraz, kiedy brzuchy były pełne, a Elsa miała pewność, że on zostanie choćby niewiadomo co… musiała dowidzieć się jeszcze jednej rzeczy. Dlatego schowała naczynia do zmywarki i zbliżyła się do chłopaka, na nowo zatracając się w jego oczach.
— Powiesz mi czemu zerwaliście? — zapytała niemalże szeptem. To nie była zwykła ciekawość. Po prostu musiała wiedzieć czy to faktycznie już się skończyło i nie było szans na odbudowanie tej relacji choćby właśnie rozmową, którą sobie wyobrażała podczas jego nieobecności, czy może właśnie nadal to w nim siedziało i nie pozwalało na zrobienie choćby maleńkiego kroku na przód. Bo choć zapewniał ją, że nie miała być dla niego zabawką ani zastępstwem to gdzieś jednak w jej głowie kotłowało się jeszcze jedno określenie — przystanek.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Wierzę, tylko… – nie miał pojęcia, jak chciał dokończyć to zdanie. Ale chyba wcale nie musiał. Początkowy uśmiech, wywołany jej gestem, przerodził się całkiem szybko w lekkie zmarszczenie brwi, kiedy na jej twarzy pojawił się grymas. – Uważaj. Dalej dobrze by było, jakbyś spróbowała nie zrobić sobie jeszcze większej krzywdy…
Znów lekko uniósł kąciki ust, w kolejnej chwili nachylając się, żeby czule musnąć jej usta własnymi. I chociaż nie było łatwo powstrzymać się od zamienienia tego krótkiego gestu w pełnoprawny pocałunek, może jednak warto było tym razem nie rozpraszać się za bardzo. Wciąż nie zabrali się przecież za to nieszczęsne jedzenie, a naprawdę bardzo prawdopodobne wydawało się to, że po odgrzaniu go kolejny raz, mogliby co najwyżej wyrzucić je do kosza. Z tego też względu warto było powstrzymać się również chwilę później, kiedy odsunęła się od niego, by zabrać się za jedzenie, a kiedy w pierwszej chwili chciał mimo wszystko przyciągnąć ją ponownie do siebie i pozostać tak jeszcze nieco dłużej.
Dwukrotnie odgrzewany obiad wprawdzie wciąż był jadalny, choć pewnie zdążył stracić sporo swoich walorów smakowych gdzieś pomiędzy mikrofalą i patelnią. Najwyraźniej jednak obydwoje zdążyli już dostatecznie zgłodnieć, by obie wersje bezmięsnych dań zdążyły stosunkowo szybko zniknąć z talerzy. Odstawiając swój na blat, Dante powiódł spojrzeniem we wskazanym przez nią kierunku, w stronę wspomnianego tasaka. Nie dało się ukryć, że było to chyba ostatnie narzędzie, co do którego komukolwiek mogłoby przyjść na myśl, że mogło nadawać się do krojenia pomidorów… Chyba, że było się Elsą.
– Jasne, rano ogarnę śniadanie – stwierdził, przenosząc na nią ponownie spojrzenie, w którym rozbawienie mieszało się z niedowierzaniem. – Lepiej, żeby wszystkie twoje palce zostały na miejscu. Pewnie jeszcze ci się do czegoś przydadzą…
W końcu wciąż dość żywe było wspomnienie tego, jak sprawnie potrafiła nimi operować, choćby podczas masażu w salonie. Nawet więc jeśli chwilowo jedna jej ręka i tak już zdążyła ucierpieć i najpewniej musiało minąć trochę czasu, zanim będzie mogła posługiwać się nią w pełni swobodnie, nadal warto było zapobiegać sytuacjom, w których miałaby uszkodzić się nieco bardziej trwale.
Kiedy zadała swoje pytanie, pierwszą odruchową odpowiedzią mogłoby być nie. I może właśnie dlatego jego ręce zatrzymały się w połowie drogi, nawet jeśli rzeczywiście chciał ją objąć, gdy ponownie się zbliżyła. Nie chciał rozmawiać z nią na temat swojego rozstania – choćby dlatego, że jeszcze bardziej nie chciał wracać myślami do tego, jak głupi okazał się najpierw naiwnie wierząc w to, że cały ten nieidealny związek mógłby okazać się jakkolwiek trwały, a później równie naiwnie pozwalając sobie uwierzyć, że kolejna rozmowa miałaby przynieść coś pozytywnego.
Z drugiej strony… skoro naprawdę miał zamiar zostać z Elsą – być może nie tylko w kontekście tej jednej nocy, nawet jeśli ta perspektywa wciąż wydawała się w pewien sposób nierealna – chyba faktycznie wypadałoby w jakiś sposób domknąć to, co i tak już się wydarzyło i do czego nie miał ochoty wracać. Odpowiedź jej się należała, nawet jeśli temat nie był ani trochę wygodny, czy przyjemny.
– Znalazła sobie kogoś innego – stwierdził krótko, co w zasadzie było sporym uproszczeniem nieco bardziej złożonej sytuacji. – Właściwie… to chyba trochę bardziej skomplikowane, ale… chyba nie chcesz słuchać o tym aż tak bardzo szczegółowo.
Bardziej trafnym zakończeniem byłoby prawdopodobnie stwierdzenie, że to raczej on nie chciał wdawać się w szczegóły czegoś, co chyba nadal było zdecydowanie zbyt świeże.
– Zresztą, od dłuższego czasu chyba i tak nie potrafiliśmy się dogadać – dodał, zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, że znów bardziej trafne było to, co przyszło mu na myśl nieco później – nigdy nie potrafili się dogadać. I chociaż przez dłuższy czas można było oszukiwać się, że wszystkie te kłótnie wcale nie były żadną przeszkodą nie do przejścia… ostatecznie okazało się, że było inaczej.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Historii z tasakiem za bardzo nie pamiętała. Powtórzyła mniej więcej to, co usłyszała od Larsa, kiedy już się uspokoiła. Atak paniki sprawiał, ze traumatyczne wspomnienia rozmywały się jak obraz oglądany przez wodę. Dlatego nie pamiętała, że oczywiście uczyła się na egzamin na studia, więc jednym okiem patrzyła w notatki, a drugim sięgnęła po nóż, a że tasak był akurat pod ręką… nie wspominając o tym, że z jakiegoś powodu wpadła na genialny pomysł, aby kroić tego nieszczęsnego pomidora w powietrzu. Gdy jej brat przyszedł to zobaczył tylko leżące w kałuży krwi warzywo i narzędzie zbrodni. No i oczywiście siedzącą obok Else, z drgawkami jak przy wysokiej gorączce i oddechem tak szybkim, że aż urywanym, jakby każdy kolejny wdech był walką o przetrwanie. Ale z tych rzeczy… nie pamiętała kompletnie nic. Tak samo jak nie pamiętała strzelaniny w przedszkolu, w której brała udział, gdy była jeszcze maleńkim dzieckiem.
— Rozumiem, że moje kanapki ci wtedy nie smakowały? Chociaż byłeś w takim stanie, że nawet najlepsze jedzenie na świecie mógłbyś spokojnie wyrzygać, więc nie jesteś odpowiednim wyznacznikiem. — Wytknęła mu zaczepnie język jakby miała być wielce obrażona za dyskryminację jej jedzenia, ale czy mu się dziwiła? Ani trochę. Dlatego długo nie wytrzymała tej swojej niezadowolonej miny i po prostu parsknęła śmiechem.
— Tak, tak, a jesteś pewien, że to w trosce o moje paluszki czy raczej o twój żołądek? Ewentualnie życie? — I znów się zaśmiała, lekko, tak… dziewczęco, i choć bardzo to do niej pasowało, tak teraz chyba na siłę próbowała oddalić od siebie ciążące jej nad głową czarne chmury i to może aż nazbyt wścibskie pytanie. W końcu jednak przegrała, pozwalając, aby z jej ust padły słowa o powód rozpadu jego poprzedniego związku. Wszystko było takie świeże i gdzieś tam zdawała sobie sprawę, że jeśli Dante szczerze kochał tamtą dziewczynę to z dnia na dzień o niej nie zapomni, a uczucie po prostu nie wyparuje. Człowiek zazwyczaj potrzebował trochę czasu, aby miłość do konkretnej osoby wygasła. Czasem zajmowało to kilka dni, zwłaszcza jeśli pojawiała się niechęć związana ze zdradą bądź innymi przykrymi okolicznościami, a czasem… czasem to nigdy nie mijało. I wtedy szukało się tego uśmiechu, spojrzenia i dotyku w innych osobach. Ona nie znalazła dlatego dreptała swoją ścieżkę w samotni, pozwalając sobie czasem na małe odskocznie, jednak każda z nich kończyła się za każdym razem tak samo — rozczarowaniem.
Gdy usłyszała, że jego była znalazła sobie kogoś innego, zagryzła lekko dolną wargę, powstrzymując się przed zadaniem kolejnego pytania. Bo w głowie od razu pojawiła się następna wątpliwość — czy byłby w stanie jej to wybaczyć? Czy gdyby przyszła, wykazała chęć spokojnej rozmowy i powiedziała, że żałuje i chce spróbować jeszcze raz, to jakby zareagował? Mieli przecież wspólnego psa, który może nie był jak dziecko potrzebujące dwojga szczęśliwych rodziców, ale domyślała się, że Murphy przyzwyczaił się także i do niej, a ona mogła przyzwyczaić się do niego. Pies też był przecież żywym stworzeniem potrzebującym poczucia stabilności.
— Oglądałam milion filmów romantycznych czy tam innych dramatów, więc powiedziałabym, że nie mam nic przeciwko wysłuchania waszej fabuły… ale nie naciskam — odparła spokojnie zgodnie zresztą z prawdą. Chciała wysłuchać całej historii, choćby miała być ona tylko z perspektywy Dantego, aby móc sobie samej wyrobić zdanie. Nie po to, żeby go oceniać — raczej żeby zrozumieć. Bo im więcej wiedziała, tym mniej miejsca zostawało na domysły, które i tak potrafiły być znacznie gorsze od prawdy.
Mimowolnie przez cały ten czas bawiła się jego ręką. Miziała ją opuszkami palców, w górę i dół, splatała ją ze swoją, żeby zaraz znów puścić i kontynuować czule głaskanie po skórze. Chyba robiła to po to, aby czasem nie dorwać się do swoich skórek przy paznokciach, które namiętnie skubała w stresujących sytuacjach. Musiała sobie w końcu znaleźć jakiś inny sposób…
— Długo nie wracałeś i myślałam, że może spotkaliście się w mieszkaniu, że rozmawialiście… i jak wróciłeś to… no pomyślałam sobie, że przyszedłeś tylko po Murphy’ego. Potem jeszcze powiedziałeś, że możesz w każdej chwili wyjść… i znów mi się mózg zagotował… — Westchnęła ciężko i podniosła głowę, a na jej buzi zagościł delikatny aczkolwiek szczery uśmiech. — Ale skoro jesteś i chcesz zostać, i jeszcze zrobić śniadanie… to chyba muszę przestać tyle myśleć.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Trudno byłoby jednak zapomnieć o tym, że jej wyjątkowość potrafiła w tych licealnych latach przysporzyć przynajmniej kilku problemów. Chociaż… tych może raczej przysparzało raczej impulsywne usposobienie Dantego… Jak choćby wtedy, gdy postanowił dosadnie wyjaśnić temu przygłupowi ze starszej klasy, że nie zamierzał wypożyczać mu dziewczyny do rozwiązania paru zadań. Szkoda tylko, że nie wziął wtedy pod uwagę, że przygłup od dobrych paru lat grał w szkolnej drużynie hokeja i był od niego zdecydowanie lepiej zbudowany. Ale nawet jeśli miał okazję dość porządnie wtedy oberwać… pewnie nawet po czasie mógłby stwierdzić, że mimo wszystko było warto.
– Jakoś się jednak utrzymały, więc może nie było aż tak źle. Z kanapkami albo ze mną, możesz sama wybrać co bardziej możliwe – zaśmiał się szczerze, widząc ten jej wytknięty język i niezbyt przekonujące oburzenie wymalowane na twarzy. – I co prawda nie brałem pod uwagę, że będziesz chciała mnie otruć, ale skoro już o tym wspominasz… tym bardziej nie próbuj nawet zabierać się za szykowanie jedzenia.
Nie zwrócił uwagi na tę pojedynczą fałszywą nutę w jej śmiechu. Może przez to, że sam ledwie przed paroma chwilami mógł wreszcie odpuścić sobie wszystkie te bezsensowne wątpliwości i… chyba po prostu nie chciał na siłę doszukiwać się kolejnych powodów, które mogłyby je przywołać.
A jednak ledwie chwilę później, kiedy już rzeczywiście zdecydowała się poruszyć temat jego rozstania, dotychczasowe rozbawienie musiało całkiem skutecznie się ulotnić. Choć pewnie i tak powinien być jej wdzięczny, że nie zadała pytania, które nasunęło jej się na myśl jako kolejne. Bo… prawdopodobnie nie potrafiłby jej na nie odpowiedzieć. Może i sądził, że przestał już łudzić się, że jakakolwiek spokojna i wyjaśniająca cokolwiek rozmowa pomiędzy nim i Ivy była jeszcze możliwa, ale… naprawdę nie miał pojęcia, jak zachowałby się, gdyby do takiej jakimś cudem doszło. Gdyby musiał, chciałby móc szczerze odpowiedzieć, że nie widział najmniejszych szans na to, żeby dojść do jakiegoś porozumienia.
Tyle, że sam nie wiedział, na ile faktycznie mogłoby to być szczere.
– To całkiem pokręcona fabuła i kiedyś pewnie ci ją opowiem. Ale… jeszcze nie teraz – naprawdę był jej wdzięczny za to, że nie zmierzała naciskać, by usłyszeć całą tę historię w tej właśnie chwili. Bo… najpierw chyba sam musiał sobie wszystko poukładać. A przede wszystkim wyjaśnić z samym sobą, czy wszystkie te pocałunki z Elsą, niechęć do wypuszczania jej z ramion choćby na chwilę, fakt, że bez grama sprzeciwu pozwalał jej się bawić własną ręką, z przyjemnością śledząc drogę jej palców po własnej skórze… czy miało to świadczyć o tym, że podświadomie faktycznie już pogodził się z całkowitym zakończeniem poprzedniego związku, czy może jednak dopiero zamierzał się w tym utwierdzić?
– Nie spotkaliśmy się. A gdyby nawet do tego doszło… pewnie i tak nie skończyłoby się inaczej, jak tylko kolejną kłótnią. Nie musisz się o to martwić i… tak, zdecydowanie powinnaś przestać tyle myśleć – zgodził się z nią, odwzajemniając jej uśmiech. Choć ten akurat na sekundę lub dwie mógł nieco przygasnąć, kiedy dotarło do niego, że prawdopodobnie nie tylko ona powinna przestać tyle myśleć… – Większość tego czasu siedziałem jak idiota w samochodzie i zastanawiałem się, czy faktycznie chcesz, żebym z tobą został, czy po prostu powiedziałaś to bez większego zastanowienia… Więc chyba obydwoje musimy przestać tyle myśleć.
Zwłaszcza, że tę kwestię mieli już przecież wyjaśnioną, teraz z całym przekonaniem mógł powiedzieć, że wszystkie te rozterki w samochodzie były po prostu durne – tak samo zresztą jak on, skoro przez nie stracił tam dostatecznie wiele czasu, by zacząć niepokoić również ją.
Skoro jednak faktycznie mieli odpuścić sobie cały ten nadmiar myślenia, nie zamierzał zastanawiać się niepotrzebnie, zanim znów nachylił się do jej warg, łącząc je na dłuższą chwilę z własnymi. Ani też wtedy, kiedy zdecydował się kolejnymi czułymi pocałunkami wyznaczyć na jej skórze ścieżkę od kącika ust, aż po zagłębienie przy obojczyku. Bo chyba żadne z nich nie chciało już dłużej roztrząsać kwestii jego zakończonego już związku, wspólnych rozterek, czy… czegokolwiek innego, co przynajmniej na kilka chwil można byłoby uznać za całkowicie nieistotne.
Elsa Eriksen