-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Wendy Gardner
-
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy sie przytulił oparła swoją głowę o jego i westchnęła ciężko. Jego pytanie zawisło w powietrzu, a ona nie była pewna, czy chce mówić o tym, co jako pierwsze przyszło jej do głowy. Mówienie o tym na głos sprawiało, że stawało się to wszystko zbyt realne, a wtedy mechanizmy jej wyparcia nie pracują już tak sprawnie. Jednak William był jedyną osobą, przy której nie musiała niczego udawać, bo podobnie jak ona miał skłonność do niekiedy nieodpowiednich decyzji, a tym samym nigdy nie czuła się przez niego oceniana.
— Co u mnie? — powtórzyła, a jej głos brzmiał teraz jakoś cienko. — U mnie trwa właśnie festiwal hipokryzji, Will… co tu dużo mówić — wyznała kradnąc butelkę, w której już nie zostało zbyt wiele wina. Upiła łyka i po chwili ciszy wyznała. — Bo… ja siedzę tutaj i rugam ciebie za tchórzostwo, podczas gdy sama jestem mistrzynią świata w udawaniu, że nie pamiętam rzeczy, które śnią mi się co drugą noc — wyznała wzdrygając się lekko, choć wcale nie było jej zimno. Wciąż czuła jeszcze na policzkach tamto parzące gorąco, które biło od Petera, gdy leżała na nim, uwięziona między lodem a jego klatką piersiową… ale to chyba był sen. Wypiła wtedy tak wiele, że połowy rzeczy nie pamięta, a jednak ta scena nawiedza ją w snach i miesza jej w głowie od ich kebabowego starcia.
Prychnęła cicho pod nosem, jakby chciała zrugać samą siebie. Absurdalne było to, że siedzieli sobie na dziecięcej wieży we dwoje, niby dorośli - on prawnik, ona przedszkolanka - i udawali, że mają jakąkolwiek kontrolę nad swoimi sercami.
— Wiesz, że on mi zaczął nawijać o chińskim nowym roku i zmianach, a ja zamiast udawać, że tego nie słyszę to ja… ja zaproponowałam mu, żeby sobie z Kristin mieszkanie obok mnie obejrzeli, bo podobno szukają — zaczęła zupełnie bez ładu i składu, od dupy strony, bo kontynuowała swoje myśli, a nie historię wypowiadaną na głos, więc nawet nie zdziwiłaby się, gdyby nie miał pojęcia o czym mówi. — Rozumiesz to? Sama mu to, kurwa, zasugerowałam — westchnęła bezradnie. — Chiński rok ssie, wielkie zmiany też są do bani. Pewnie się wprowadzą razem do jakiegoś mieszkania, kupi jej pierścionek, a ja zostanę starą dobrą przyjaciółką, do której wpada się na ananasową wódkę, gdy dorosłość ssie, i która może sobie cmoknąć zbyt blisko ust na pożegnanie, bo jest tylko pijaną Wendy — a ona chyba nie tego chciała. I prawie się zapowietrzyła jak szybko to wszystko mówiła wraz z narastającym napięciem w jej głosie. Podniosła głowę, patrząc na Williama z mieszanką przerażenia i ironii. No tak, zapomniała wspomnieć, że chodzi o Petera.
William N. Patel-Noriega
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Wendy Gardner
-
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
No tak, sama im to zaproponowała. Dlaczego? A no może dlatego, że bycie tylko przyjaciółką z sąsiedztwa wydawało się lepsze niż niebycie w jego dorosłym i poukładanym życiu.
— Tak, o Peterze — potwierdziła nieśmiało wbijając wzrok w swoje buty. — I choć Ottawa zaczyna brzmieć w mojej głowie całkiem logicznie to ja jednak nie wyjadę, bo jestem emocjonalną masochistką. Zostanę i będę obserwować jak wnosi jej walizki do sąsiedniego mieszkania, a potem będę płakać wam przez telefon po dwóch lampkach wina, które uderzą mi do głowy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej — też brzmiało jak plan. Genialny plan, doprawdy.
A może tak naprawdę nie była masochistką, przecież zawsze szła w wyparcie jak już coś...
Może jeszcze wciąż liczyła, że coś się zmieni, że jest dla nich jakaś nadzieja.
Co cię tak wzięło?
Wzruszyła bezradnie ramionami, na tyle ją było stać. — Nie wiem, nie planowałam tego, a już na pewno nie obudziłam się nagle stwierdzając: Hej Wendy, wiesz co byłoby super? Jakbyś zakochała się w swoim kumplu, co to jest od ciebie młodszy, a ma bardziej poukładane życie niż ty i całkiem fajną dziewczynę — dostawała zgagi na samą myśl o tym jaka jest niepoważna. — Nie wiem kiedy to się stało, ale stało się i na pewno nie powiem mu jak jest bo to jak jest brzmi strasznie żałośnie. Zamiast tego pozwolę mu się wprowadzić. Będę najlepszą sąsiadką na świecie. Będę pożyczać im cukier i uśmiechać się do Kristin, dopóki mi twarz nie zdrętwieje… — spojrzała na Williama, uśmiechając się blado w głębi ciesząc się, że ma jego oraz, że im coś równie absurdalnego nie grozi. Na szczęście!
William N. Patel-Noriega
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Wendy Gardner
-
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdy Will zasugerował, że Peter może coś do niej czuć przez moment poczuła jak serce jej zamiera. Rozważała to w swoich myślach niejednokrotnie, często wracając do chwili, kiedy trzymał ją na lodzie i tak miło na nią patrzył, ale szybko też sprowadzała się na ziemię. Peter miał Kristin, która była częścią jego dorosłego planu i codzienności, a Wendy była tylko tą szaloną przyjaciółką, którą spotyka się nad ranem pod budką z kebabem po całonocnym melanżu albo zabiera na randomowe city brejki. Łatwiej było wypierać taką możliwość, niż brać pod uwagę. W wypieraniu była dobra, na tyle, że jak wróci z tego spotkania i odpali swoje mechanizmy to naprawdę zepchnie to na bok, by uderzyło w nią w randomowym momencie i tak w kółko.
— Błagam cię, że niby coś czuje? To niemożliwe, po prostu n i e m o ż l i w e. Ma plan, ma Kristin, jest poukładany, a ja choć starsza to… sam widzisz. Poza tym to i tak samo w sobie jest niepoważne, ja mam trzydzieści cztery lata, a jemu niewiele brakuje by dzieliła nas dekada. Nie wiem co ja sobie myślałam w ogóle. Nie ma sensu się łudzić, by na koniec zaliczyć spektakularne rozczarowanie. I tak ledwo zipię… — wyznała wzdychając ciężko spoglądając na przyjaciela i uśmiechając się delikatnie bo w całym tym bałaganie wciąż miała nie oceniającego jej Williama, który może nie ma magicznych rozwiązań na jej bolączki ale przynajmniej szuka jakiegokolwiek sposobu.
— W sumie to mam Tindera — odparła niepewnie, a przecież miała go w jednym paluszku, ale tinder miał taką wadę, że żaden dżolero nie był Peterem. Pomimo tego przytaknęła na propozycję Willa. — Ale z tym skrzydłowym chyba nawet bardziej się mi podoba — wyznała szturchając go lekko w bok, bo to brzmiało jak klasyczna Gardner - zagłuszanie bólu hałasem, nowymi ludźmi i jednonocnymi przygodami. — Musimy iść w tango Will, muszę spróbować wszystkich metod zanim ogłoszę upadłość i ucieknę do Ottawy. Powiedz mi tylko kiedy i gdzie — and I'll be there.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Wendy Gardner
-
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— No ale trudno — wzruszyła bezradnie ramionami oddając sprawy w ręce losu, a jak wiadomo ten nigdy nie był dla niej zbyt łaskawy. Pogodziła się ze swoją sromotną klęską, bo jej życie to ciąg niefortunnych zdarzeń więc tym razem nie mogłoby być inaczej.
— Moje to bywa zbyt przewrotne — zaśmiała się się cicho, ale szybko znów na jej twarzy pojawił się grymas. — Wiesz…Peter jest poukładany i lojalny — przynajmniej w to wierzyła, nie miała bladego pojęcia, że nie do końca tak jest — taki złoty chłopiec, a ja to ja — no w tym zestawieniu nie miała o sobie zbyt wielkiego mniemania, ona nie miała go wcale. Czuła, że wlecze za sobą bagaż rozczarowań, zapchaną szafę i tendencję do wypierania, choć to akurat ostatnio jej nie wychodzi. — Wiek sam w sobie może nie ma znaczenia, ale reszta już tak — a teraz nie była pewna kto w tej relacji jest większym dzieckiem.
Pomimo dołujących rozważań spojrzała na Williama z wdzięcznością, której nie potrafiła ubrać w słowa, ale ta ich wspólna dupa sprawiała, że nie czuła się w tym beznadziejstwie samotna i smutna. Miała swojego kompana i było tak jakoś raźniej. — Piękny toast, Will — przytaknęła, a kąciki jej ust znów drgnęły w uśmiechu. Przejęła puszkę i upiła łyka choć smak w dalszym ciągu nie powalał, ale z braku laku dobre było i to. — A to piwo… Smakuje dokładnie tak, jak moje ostatnie decyzje życiowe. Wybitnie chujowo — ale najwyraźniej się tym nie przejęła i raz jeszcze upiła łyka krzywiąc się już przy tym trochę mniej. I nawet zaśmiała się na to Williamowe peter kto? — No to jesteśmy umówieni — przytaknęła wiedząc, że na niego zawsze może liczyć.
— Aaa jeśli chodzi o tego tindera — zaczęła sięgając po telefon i wyciągając go kliknęła kilka razy w ekran, by w końcu przekazać mu telefon, a na wyświetlaczu mógł zobaczyć jej profil na portalu. Zdjęcie profilowe miała w niebieskiej peruce, zrobione na jakimś festiwalu, a na twarzy miała tyle brokatu, że wyglądała jak Culllen skąpany w promieniach słonecznych.
Spoiler


-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Wendy Gardner
-
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wiedziała, że jeśli na kogoś miała liczyć w tym swoim Zwariowanym Świecie Wedny, to właśnie na Williama. Miała przyjaciół, którzy świetnie się odnajdywali w jej rzeczywistości, ale on? On poruszał się w nim z taką gracją, że no naprawdę…Chapeau bas! Aaa przy tym potrafił wyczuć moment, kiedy zamiast kolejnej złotej rady powinien dać jej po prostu poczucie, że nie jest w tym bagnie sama. I właśnie to zrobił w chwili, kiedy ją przytulił i cmoknął w skroń. — Dzięki Will — mruknęła przymykając oczy i pozwalając, by ten pocieszający gest zadziałał jak plaster na ranę. Wiedziała, że William nie będzie nawijał jej makaronu na uszy dlatego, gdy powiedział jej o złotej dziewczynie to naprawde chciała mu uwierzyć. — Czuję się trochę bardziej jak pozłacana, a nie złota ale dobrze wiedzieć, że ty nie widzisz we mnie tylko chodzącej katastrofy — wyznała uśmiechając się przy tym tak wdzięcznie jak tylko potrafiła, choć mieszało się to z grymasem z powodu smaku piwa, które do najlepszych nie należało. Następnym razem jak gdzieś wyjdą wzniosą toast czymś zdecydowanie lepszym. Może winem z Mediolanu, heh. Po tej wycieczce będzie go potrzebowała w dużej ilości.
Cieszyła się, że mogła w końcu komuś o tym powiedzieć, nawet jeśli wcale nie roztaczała się przed nią wspaniała wizja rozwiązanych bolączek, a wręcz przeciwnie, chyba miała jeszcze większy bałagan w myślach. Jednak teraz nie chciała już dłużej o tym myśleć i analizować tego jak słabo ulokowała swoje uczucia. Musiała odwrócić uwagę, potrzebowała jakiegoś… może niekoniecznie Chada, ale innego Tytusa, Romka albo Atomka!
Spojrzała więc na swój telefon w rękach Williama i powoli czuła jak przygnębienie zaczyna być wypierane przez arenalinkę związaną z tinderem. — W sumie lubię w przebieranki — odparła beztrosko wzruszając bezradnie ramionami — buldogi też lubię, a co mi tam! Dawaj tego pająka w prawo — zarządziła radośnie i spoglądała dalej na telefon, ale gdy zobaczyła profil Williama to na moment otwarła szeroko usta, by po chwili wybuchnąć śmiechem. — William! Ty chory człowieku — skwitowała radośnie nie mogąc powstrzymać lekkiego smiechu — Ruchasz się czy trzeba z tobą pisać? Serio?! I to jeszcze z tym skrętem w ręku i miną jakbyś właśnie wygrał życie? Jezu, kocham to! — przytaknęła przyciągając jego rękę z jej telefonem bliżej swojego nosa, bo chciała bliżej przyjrzeć się temu zdjęciu w okularach. Wyglądał na nim tak niepoważnie… jak ona! Aż cieplutko się jej na sercu zrobiło, że ma takiego kompana u boku. Nic dziwnego, ze od razu prztyaknęła na jego słowa. — Oczywiście, że byśmy do siebie pasowali! — szturchnęła go lekko łokciem i machnęła energicznie ręką przed nimi jakby chciała roztoczyć wspaniałą wizję innego świata. — Bylibyśmy najbardziej absurdalną parą w Toronto! Ja ws wojej peruce, ty ze swoim skrętem i w tych radosnych okularach, a ludzie z czystego podziwu do naszego chaosu przechodziłby na drugą stronę ulicy, ale nie czarujmy się, ten świat by tego nie dźwignął… Jesteśmy zbyt dziwacznie fan-ta-sty-czni! W innym uniwersum pewnie rozwalamy system i tam pewnie nie podbiłam ci oka przy grze w butelkę — oznajmiła przechylając głowę nad jego ramieniem jak taki pocieszny kundelek co zagląda na swojego właściciela i uśmiechnęła się wesoło.
— Dawaj kolejnego — poleciła i od razu jej oczom ukazało się ciało greckiego boga, a oczy zaświeciły się jej jak pięciozłotówki. — City break? Chętnie, niech mnie zabierze g d z i e k o l w i e k, a to że nie pije? — wzruszyła bezradnie ramionami — Po nocy ze mną zacznie… — obietnica czy groźba? I guess we’ll never know, a raczej Will nigdy się nie dowie. — W prawo, raz się żyje — i wtedy wyskoczył kolejny. Barnaba, lat 30. Na jednym zdjęciu stał w samych lnianych gatkach z rękami skierowanymi do słońca, które notabene chowało się za chmurami ale najwyraźniej to nie miało znaczenia. Na kolejnym medytował na głowie na tle jakiegoś wodospadu, a ona od razu pomyślała, ze na niego najwyraźniej spadły wszystkie łaski równowagi, które jej odebrano. Chyba, ze ta równowaga ukryta jest we wzwodzie, który tez rzucał się w oczy na tym zdjęciu. To by wyjaśniało czemu ma z tym problem... ale najbardziej to ją chyba opis zmartwił.