Wizja śmierci ciążyła nad ludźmi jak burzowa chmura chwilę przed zarwaniem. Powietrze było ciężkie, oddychanie nim graniczyło z cudem. Żałobnicy stojący nad trumną składaną do świeżo wykopanego grobu szlochali głośno, żegnając swojego brata, przyjaciela, męża, czy syna — właściwie wszystko jedno. Po śmierci jego rola i tak przestawała mieć znaczenie. I tak miał zostać już na zawsze w czyjejś pamięci — nieważne jako kto. Na pewno zostanie zapamiętany. Południe było chłodne. Niebo zaszło szarością, choć nie zapowiadało się na silne opady deszczu. Najwidoczniej pogoda uznała, że okaże trochę litości — płaczący ludzie odpowiednio nawilżali glebę słonymi łzami. Kobiety ubrane poubierane w czarne sukienki i toczki z woalkami w tym samym kolorze starały się ukrywać twarze w chusteczkach. Mężczyźni próbowali się trzymać, choć niektórzy załamywali się równie mocno. Żal unoszący się na cmentarzu przecinał powietrze, nasączając je przytłaczającymi emocjami. Lawrence nie rozumiał działania tego schematu. Współczuł bliskim straty, lecz nie do końca utożsamiał się z poczuciem rozgoryczenia. Nie widział w śmierci niczego niesprawiedliwego — z tego składał się cykl życia. Jak na ironię przystało, każdy rok życia przybliżał do śmierci. Ludzie zużywali się jak sprzęty. Wszyscy mieli wyznaczoną ilość lat do przeżycia, jeśli ich przeznaczeniem było umrzeć w wieku dwudziestu lat — tak musiało po prostu być. Niezależnie od tego, czy miałby to być wypadek, śmierć naturalna czy morderstwo. Należało się z tym pogodzić, choć czasem wydawało się to niemożliwe. W chwili, w której umierał ktoś bliski, świat nagle się załamywał. Ptaki przestawały śpiewać. Kolory blakły. Życie traciło na wartości. Członkowie rodziny zmarłego spotykali się nad grobem, rozchodzili i próbowali powoli wracać do normalnego życia.
Enzo pojawiał się na pogrzebach nieproszony. Lubił obserwować ludzi i poznawać ich emocje. Nie wiedzieć czemu odnajdywał w tym dziwny... Spokój. W codzienności przepełnionej fałszem i obawą przed kolejnym dniem żałobnicy wydawali się cholernie prawdziwi. Może, dlatego że ludziom po prostu było łatwiej okazywać negatywne emocje. Niesamowite, co śmierć potrafiła zrobić z człowiekiem. Wydobywała z nich prawdziwe uczucia — dlatego wydawała mu się fascynująca. Za każdym razem stał gdzieś na końcu, pod samotnym drzewem, które czekało na kogoś, kto dotrzyma mu towarzystwa. Tego dnia nie było inaczej. Nie spodziewał się tylko, że poza nim, pojawi się tutaj ktoś jeszcze. Kobietę w czerni stojącą nieopodal zauważył chwilę po wejściu na cmentarz. Gdyby śmierć miała fizyczną formę, mogłaby wyglądać jak Ruelle — tanatopraktorka z jednego z tych domów pogrzebowych, które mijało się, idąc ulicą. Z reguły nie zwracało się uwagi na tego typu budynki. Zaglądało się do nich, gdy było to konieczne. Ruelle poznał w dzień, w którym musiał omówić z nią przygotowanie ciała do pogrzebu. Za życia kochał szybkie samochody i wyścigi; zmarł w jednym z nich, biorąc udział w jednym z tych nie do końca legalnych sparingów. Miał plany, miał ambicje — ale co komu po ambicjach, skoro umiera się niemal na własne życzenie? Lawrence mógł spełnić jego ostatnią prośbę. Poprosić pracowników domu pogrzebowego o ubranie go w ulubioną koszulkę z podpisem Hamiltona.
— To część twojej pracy, czy raczej hobby? — zagadał, zatrzymując się tuż obok Ruelle. Oczy bruneta skierowane były w stronę ciemnej trumny. Z tej odległości wydawało mu się, że był to jakiś ciemny dąb, lub orzech. Nieważne. Bardziej zastanawiał się nad tym, kogo właśnie chowali. Sądząc po ilości zgromadzonych osób, mężczyzna musiał być rozpoznawalny w którymś kręgu społecznym. Pytanie, którym?
Ruelle I. Prescott