ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Three.

Wizja śmierci ciążyła nad ludźmi jak burzowa chmura chwilę przed zarwaniem. Powietrze było ciężkie, oddychanie nim graniczyło z cudem. Żałobnicy stojący nad trumną składaną do świeżo wykopanego grobu szlochali głośno, żegnając swojego brata, przyjaciela, męża, czy syna — właściwie wszystko jedno. Po śmierci jego rola i tak przestawała mieć znaczenie. I tak miał zostać już na zawsze w czyjejś pamięci — nieważne jako kto. Na pewno zostanie zapamiętany. Południe było chłodne. Niebo zaszło szarością, choć nie zapowiadało się na silne opady deszczu. Najwidoczniej pogoda uznała, że okaże trochę litości — płaczący ludzie odpowiednio nawilżali glebę słonymi łzami. Kobiety ubrane poubierane w czarne sukienki i toczki z woalkami w tym samym kolorze starały się ukrywać twarze w chusteczkach. Mężczyźni próbowali się trzymać, choć niektórzy załamywali się równie mocno. Żal unoszący się na cmentarzu przecinał powietrze, nasączając je przytłaczającymi emocjami. Lawrence nie rozumiał działania tego schematu. Współczuł bliskim straty, lecz nie do końca utożsamiał się z poczuciem rozgoryczenia. Nie widział w śmierci niczego niesprawiedliwego — z tego składał się cykl życia. Jak na ironię przystało, każdy rok życia przybliżał do śmierci. Ludzie zużywali się jak sprzęty. Wszyscy mieli wyznaczoną ilość lat do przeżycia, jeśli ich przeznaczeniem było umrzeć w wieku dwudziestu lat — tak musiało po prostu być. Niezależnie od tego, czy miałby to być wypadek, śmierć naturalna czy morderstwo. Należało się z tym pogodzić, choć czasem wydawało się to niemożliwe. W chwili, w której umierał ktoś bliski, świat nagle się załamywał. Ptaki przestawały śpiewać. Kolory blakły. Życie traciło na wartości. Członkowie rodziny zmarłego spotykali się nad grobem, rozchodzili i próbowali powoli wracać do normalnego życia.
Enzo pojawiał się na pogrzebach nieproszony. Lubił obserwować ludzi i poznawać ich emocje. Nie wiedzieć czemu odnajdywał w tym dziwny... Spokój. W codzienności przepełnionej fałszem i obawą przed kolejnym dniem żałobnicy wydawali się cholernie prawdziwi. Może, dlatego że ludziom po prostu było łatwiej okazywać negatywne emocje. Niesamowite, co śmierć potrafiła zrobić z człowiekiem. Wydobywała z nich prawdziwe uczucia — dlatego wydawała mu się fascynująca. Za każdym razem stał gdzieś na końcu, pod samotnym drzewem, które czekało na kogoś, kto dotrzyma mu towarzystwa. Tego dnia nie było inaczej. Nie spodziewał się tylko, że poza nim, pojawi się tutaj ktoś jeszcze. Kobietę w czerni stojącą nieopodal zauważył chwilę po wejściu na cmentarz. Gdyby śmierć miała fizyczną formę, mogłaby wyglądać jak Ruelle — tanatopraktorka z jednego z tych domów pogrzebowych, które mijało się, idąc ulicą. Z reguły nie zwracało się uwagi na tego typu budynki. Zaglądało się do nich, gdy było to konieczne. Ruelle poznał w dzień, w którym musiał omówić z nią przygotowanie ciała do pogrzebu. Za życia kochał szybkie samochody i wyścigi; zmarł w jednym z nich, biorąc udział w jednym z tych nie do końca legalnych sparingów. Miał plany, miał ambicje — ale co komu po ambicjach, skoro umiera się niemal na własne życzenie? Lawrence mógł spełnić jego ostatnią prośbę. Poprosić pracowników domu pogrzebowego o ubranie go w ulubioną koszulkę z podpisem Hamiltona.
— To część twojej pracy, czy raczej hobby? — zagadał, zatrzymując się tuż obok Ruelle. Oczy bruneta skierowane były w stronę ciemnej trumny. Z tej odległości wydawało mu się, że był to jakiś ciemny dąb, lub orzech. Nieważne. Bardziej zastanawiał się nad tym, kogo właśnie chowali. Sądząc po ilości zgromadzonych osób, mężczyzna musiał być rozpoznawalny w którymś kręgu społecznym. Pytanie, którym?

Ruelle I. Prescott
24 y/o
Enjoy the simplest things
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
Cae la madrugada
Y la noche acaba de empezar
La energía está elevada
Luces apagadas, solo la luna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przed śmiercią nie było ucieczki. Była wiecznie obecna. Zwłaszcza w życiu kogoś takiego jak Ruelle. Przylgnęła do niej niemal całkowicie. Obcowała ze zmarłymi niezwykle często przez swoją pracę i studia, które niekiedy kierowały ją do prosektoriów, gdzie odbywały się praktyczne zajęcia lub wykłady. Widok martwego ciała był dla niej czymś zwyczajnym. Nie budził sensacji. Budził raczej... spokój.
Było jednak coś niezwykle mocno intrygującego w widoku żałobników tłoczących się na zwykle opustoszałym cmentarzu. Dzwony kościelne biły w jednostajnym rytmie, niosąc donośną melodię świadczącą o tym, że właśnie ktoś chował do grobu kogoś bliskiego.
To był znany dla niej schemat. Bywało, że faktycznie znajdowała się blisko trumny, aby pożegnać kogoś z własnej rodziny, ale tym razem było inaczej. Po prostu stała z tyłu i obserwowała to jak rozwijała się cała sytuacja. Słyszała ten szloch, który momentami przedzierał się przez głos kapłana, który odprawiał modły nad trumną. Chłodny wiatr momentami szarpał jego szatą, która nagle zdawała się pęcznieć i nadawać mu jeszcze bardziej imponujących rozmiarów. Zupełnie jakby górował nad całym tłumem i był od nich o wiele większy.
Był w tym jak zawsze jakiś misterny element. Coś, co pozostawiało uczucie mrowienia pod skórą. Prescott przyglądała się temu. Stała z tyłu przy jednym ze starych nagrobków. Chociaż niebo zasnute było szarymi chmurami to nie zdjęła założonych okularów przeciwsłonecznych, które miały chronić jej wzrok przed zbyt intensywnymi promieniami padającymi z nieba. Zwłaszcza, że ostatniej nocy spała w najlepszym wypadku może z dwie i pół godziny. Wydawała się zatem niezwykle wrażliwa na wszelkie zbyt intensywne wizualne bodźce. Jednak nawet w takich okolicznościach nie potrafiła zrezygnować z udziału w uroczystości, na której nawet nie musiała się pojawiać. Wszak nie znała denata w żaden sposób. Poza tym, że pomagała przygotować go do ostatniej drogi.
Patrząc na tłoczących się wokół trumny ludzi zawsze miała wrażenie, że ogląda swego rodzaju spektakl. Być może dlatego, że nie wyobrażała sobie, aby sama była zdolna do tak wielkiej ekspresji swoich emocji. Te w większości zatrzymywała dla siebie. Nie wypuszczała ich na świat w tak głośny i widoczny sposób. Wszystko, co działo się w sferze emocjonalnej zostawiała w środku. Tylko dla siebie. Uczucia były dla niej prywatną kwestią, a często niezwykle też negowaną.
Nie spodziewała się tego, że ktoś pojawi się tuż obok niej. Większość znajomych i bliskich raczej zmierzała w kierunku tłumu, aby wysłuchać słów kapłana oraz najbliższej rodziny, ale była jedna osoba, która zdecydowała się stanąć przy niej o kilka alejek dalej od wszystkich. Obróciła w palcach czarny parasol rozłożony już uprzednio na wypadek nadciągającego deszczu i zerknęła w stronę młodego mężczyzny, który wydawał jej się znajomy, chociaż potrzebowała chwili, aby przypomnieć sobie skąd go zna i jak mogło brzmieć jego imię.
- Mogłabym powiedzieć, że hobby - odpowiedziała, podążając samej za jego spojrzeniem. - A ty go znałeś czy też przyszedłeś tu dla przyjemności?
Nie mogła wykluczyć możliwości, że jednak w jakoś sposób znał on mężczyznę. Choć wtedy zapewne znajdowałby się bliżej reszty żałobników. Chyba, że miał z kimś jakiś zatarg lub nie chciał być skojarzony ze zmarłym.

Enzo Lawrence
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kolejna modlitwa wzniesiona do Boga. Kolejne uderzenie kościelnego dzwona. Kolejne łzy. Kolejna nuta marszu żałobnego. Pogrzeb nie zbliżał się jeszcze do końca, lecz ciężka aura otulająca cmentarz sprawiała, że zapewne niejeden chciał, by ceremonia w tym momencie się zakończyła. Uważał ludzi za ciekawe istoty. Ich sposób przywiązywania się do innych był godny podziwu, niekiedy może im zazdrościł. Wiedział, że gdyby przyszło chować mu własnego ojca, nie uroniłby ani jednej łzy. Nie odczułby smutku, czy tęsknoty — być może doznałby ulgi. Przez całe życie zachowywał wobec niego dystans emocjonalny i wiedział, że w dniu śmierci tego mężczyzny, nic by się nie zmieniło. Dostrzegał plusy sytuacji. Gdyby znalazł się ktoś, kto zamachnąłby się na życie starego Fedrico, zrobiłby światu przysługę. Niektórzy po prostu nie powinni mieć dostępu do szybkiej, łatwej gotówki — bo od tego mieszało im się w głowach. Ojciec był idealnym przykładem. W pewnym momencie ludzkie życie przestało mieć dla niego inną wartość niż pieniężną. Relacje traktował jak transakcje. Jeśli znajomość z kimś mogła przynieść mu korzyści materialne, po prostu w to brnął. Jeśli czyjaś obecność była mu nie na rękę, wybierał przemoc. Przemoc fizyczną, która zawsze brzydziła Lorenzo. Śmierć była mu towarzyszem, zasiadała z nim przy rodzinnym stole i mieszkała pod tym samym dachem. Ignorowanie problemu wydawało się wtedy najlepszym wyjściem. Niejedna ofiara przemocy domowej po prostu udaje, że jej nie widzi, bo zgłoszenie się o pomoc do odpowiednich służb było tożsame ze wstydem. Wyciszenie emocji przychodziło łatwiej — dopóki członkowie rodziny nie byli zagrożeni, można było przejść z tym do porządku dziennego. I sprytnie udawać, że te karmazynowe kropelki na koszuli ojca to tylko konfitura, a nie coś, co każe uciekać do swojego pokoju. Trudno być dzieckiem, gdy na świat zsyła cię potwór.
Teraz strach i obawa przeminęły, zamiast nich pozostał ten dziwny uraz. Gdyby psychika miała formę fizyczną, ten uraz wizualnie przypominałby paskudną, zaróżowioną szramę. Niby domkniętą, niby wygojoną, lecz czekającą na moment, żeby się otworzyć. Gdyby chodził do psychologów, zapewne znaleźliby wytłumaczenie na cynizm i egoizm, z którymi Lorenzo podchodził do żalu i bólu. W jego przypadku obecność na pogrzebie nie była w żaden sposób ekscytująca. Impuls przebiegający tuż pod powierzchnią naskórka, gdy oglądał to całe widowisko, po prostu nie istniał. Oglądając ceremonię z tego miejsca, mógł porozważać nad przemijaniem, kruchością życia i liczyć na to, że w pewnym momencie czyjeś łzy tkną go na tyle, by dopuścił do siebie te uczucia, których się wyparł.
— Przychodzisz na pogrzeby dla przyjemności? Gdybym był terapeutą, właśnie zacząłbym się zastanawiać nad diagnozą — podszedł do tego wyznania z nutą sarkazmu i rozbawienia. Balansował na ich granicy. A jednak rozumiał odczucia Prescott. Również przyszedł tu dla przyjemności, może nawet nazwałby ceremonię pogrzebową formą terapii. Czy to sprawiało, że był podobny do ojca, skoro leczył własne niedoskonałości czyimiś łzami i smutkiem? — Nie znałem. Ja po prostu lubię pogrzeby. Ludzie są jakby szczersi — odsłonięci i bezbronni, krusi. Gdyby w tym momencie na cmentarz weszła osoba z zamiarem popełnienia zabójstwa, znalazłby nie jedną, a kilka potencjalnych ofiar. W końcu kto w chwili załamania potrafi patrzeć na własne życie z innej perspektywy niż tylko poprzez stratę?
— I bezbronni w sumie też. Tracą czujność — podzielił się tą myślą, zerkając jeszcze po zebranych. Nie dostrzegał zbyt wielu twarzy, większość osób stała z głową skierowaną w dół. Zdarzały się pojedyncze osoby, które po prostu patrzyły. Te osoby interesowały go najbardziej. — Nie jestem specjalistą od ludzi, ale to chyba był ktoś ważny. Ci faceci stojący z tyłu wyglądają jak jacyś biznesowcy — wytykanie ich palcami było niekulturalne, więc tylko skinął głową w kierunku tych ludzi. Szukanie rozrywki i przerywanie ciszy na cmentarzu również nie należało do najkulturalniejszych zachowań na świecie, ale słyszała go tylko Prescott. Być może błędem było założenie, że będzie chciała rozmawiać z nim o żywych, gdy byli na cmentarzu pośród zmarłych, ale co mu szkodziło spróbować?

Ruelle I. Prescott
24 y/o
Enjoy the simplest things
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
Cae la madrugada
Y la noche acaba de empezar
La energía está elevada
Luces apagadas, solo la luna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pogrzeb był dopiero w rozkwicie. Przynajmniej tak mogłaby stwierdził Ruelle, która widziała ich... na tym etapie już dziesiątki. Nie chodziła przecież na każdy z nich. To zainteresowanie zrodziło się w niej dopiero w momencie, gdy zaczęła pracę w zakładzie pogrzebowym. Na pewno było coś wyjątkowego w podziwianiu tego jak ludzie, których pomogła przygotować do ostatniej drogi byli składani do grobu. W jakiś sposób przyczyniała się do tego całego momentu. Nie wspominając już o tym, że mimo wszystko potrafiła natrafić na ceremonie wzbogacone o pewne elementy, które dodawały im wyjątkowości.
Ten konkretny wydawał się wyjątkowo ciężki i przytłaczający. Lubiła takie. W wyjątkowy sposób zdawały się oddziaływać na obserwatorów. Były prawdziwą esencją tego, czym w zasadzie powinny być pogrzeby. Nie było wątpliwości, co do tego, że zostały one spowodowane przez pewną dosyć osobistą tragedię.
Potrafiła czuć to niezwykle dziwne uczucie. Jakby nostalgię. Być może w jakiś sposób też współodczuwała ich żal bez prawdziwego doświadczania go. Te uczucia w pewien sposób były już przefiltrowane i nie były aż tak osobiste. W ten sposób były o wiele bezpieczniejsze.
Nie miała pojęcia czy stojący obok niej młody mężczyzna uważał podobnie. Każdy w końcu widzieć, co innego. Zapewne oboje byli ukształtowani przez zupełnie inne doświadczenia, które sprawiały, że chociaż patrzyli na to samo to jednak odbierali zupełnie inne bodźce. Może to też było na swój sposób piękne? Nie zamierzała dyskutować.
Dla obojga z pewnością było to jednak bardziej... estetyczne doznanie. Może i intelektualne, ale czy duchowe lub emocjonalne? Nad tym można było dyskutować. Ruelle z pewnością przyznałaby, że robiło wrażenie.
- Czy ktokolwiek z nas nie jest godny jakiejś diagnozy? Rzuca się nimi teraz na prawo i lewo... - odparła, ale prawda była taka, że gdyby ktoś chciał to może by i u niej coś znalazł.
Na pewno jednak nie była kimś to przyjąłby wynik takiego badania tak po prostu. Nie sądziła, aby coś jej dolegało pod względem psychicznym chociaż zdecydowanie zdawała się różnić od innych ludzi.
- Skoro też po prostu lubisz na nie chodzić to chyba przyganiał kocioł garnkowi - oceniła bez cienia większej złośliwości.
Znajdowali się w podobnej sytuacji i połączyło ich patrzenie na to jak ktoś prowadzi obcego im człowieka na wieczny spoczynek. Rozumiała jak najbardziej to, co mówił i mogła się z tym zgodzić. Mimo wszystko dla wielu był to moment niewypowiedzianej słabości. Dla innych z kolei po prostu kolejna uroczystość, na której wypadało się zjawić, bo tak nakazywał obyczaj i dobre wychowanie.
- Brzmisz jakbyś chciał to wykorzystać. Planujesz kogoś zamordować czy raczej uwieść wdowę lub córkę dla ich fortuny? - zapytała bez większych emocji, spoglądając na chwilę w jego stronę.
Nie miała pojęcia, co takiego kryło się w jego głowie. Zresztą nie było to szczególnie istotne. Nie zamierzała go osądzać. Bardziej była ciekawa jego toku myślenia. Nie musiała też szczególnie się wysilać, aby dojrzeć osoby, o których wspomniał Enzo. Potrzebowała na to dłuższej chwili, ale nareszcie przypomniała sobie jego imię oraz to jak rozmawiał z nią w zakładzie pogrzebowym, gdy chodziło o zwłoki jego przyjaciela. Zrobił wtedy na niej dosyć dobre wrażenie. Przede wszystkim spokojnego i rzeczowego.
- Był właścicielem lokalnej przetwórni. Więc tak: był istotny. Oznacza to też, że w jego rodzinie faktycznie jest fortuna jakbyś chciał się wżenić i wykorzystać kogoś w momencie słabości - odpowiedziała i wcale nie oceniałaby go za to, gdyby faktycznie coś takiego przemknęło mu przez myśl.
Świat widział dostatecznie sporo okropieństw. Czy to byłoby takie najgorsze? Chłopak mógł zresztą marzyć o zostaniu magnatem przetwórstwa, więc to byłaby jego ogromna szansa życiowa, aby dotrzeć do tej branży. A jeśli chciał być utrzymankiem to również nie było w tym nic złego. Każdy miał jakieś swoje własne ambicje, a moralność była czymś, co mocno zależało od danej osoby.

Enzo Lawrence
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Diagnozy — najłatwiej zrzucić wszystko na zaburzenia. Odnosił wrażenie, że w obecnym świecie ludzie dzielili się na dwie grupy. Na tych, którzy nie oczekiwali pomocy, bo uważali, iż nie nie jest im potrzebna i na tych, którzy potrzebowali jej aż za bardzo. Znajdywali w sobie problemy, doszukiwali się zaburzeń, diagnozowali się przy pomocy podręczników dostępnych w internecie i próbowali wmówić innym, że naprawdę są chorzy. Paradoksalnie okazywało się, że naprawdę tej diagnozy potrzebowali, bo już samo doszukiwanie się w sobie błędów powinno być znakiem ostrzegawczym i informacją, że najwyższa pora udać się do terapeuty. Ironicznie, nieszczególnie się do tych specjalistów spieszyli. Zrozumienie ludzi było twardym do przegryzienia orzechem. Pozwolił, by słowa wypowiedziane przez Ruelle rozpłynęły się w wilgotnym powietrzu. Zapach świeżo przekopanej gleby mieszał się z przesadnie słodką, niemal mdłą wonią kwiatów, które już za kilka dni miały zwiędnąć i stracić swoje znaczenie. Pod czyimiś butami zaszumiał żwir, ktoś inny kaszlnął, trzeci zaszlochał. Drobne dźwięki zdradzające więcej niż łzy. Ludzie stojący najbliżej trumny byli najsztywniejsi. Spodziewanie się po nich czegokolwiek, poza płaczem, było równoznaczne z naiwnością. Osoby stojące dalej były dużo ciekawsze. I to na nich się skupiał.
— Zamordować? — powtórzył cicho.
Gdyby nie to, że potrafił zachowywać się na cmentarzu i wiedział, że zmarłym należał się szacunek, prawdopodobnie by się zaśmiał. Zamiast tego uniósł delikatnie kąciki ust, ale wciąż ciężko było nazwać ten gest uśmiechem. Przysłonił usta wierzchem dłoni, pochylając nieco głowę, jakby próbował w ten sposób odciąć się od gapiów. Wiedział, że nie był tu gwiazdą i nikt, poza rozmówczynią, nie zwracał na niego uwagi, ale i tak to zrobił. Na w razie, gdyby ktoś jednak spojrzał.
— To wymagałoby wysiłku. A ludzie zazwyczaj robią więcej krzywdy sami sobie. Trzeba im tylko nie przeszkadzać — był pewien, że po stypie zaczną się problemy majątkowe, czy spadkowe. Wzajemne ciąganie się po sądach, wizyty u notariusza.
Stres był gorszy od morderstwa. Zabijał powoli, ze spokojem i atakował w chwilach załamania — nie jak zabójca, lecz trucizna pożerająca każdą słabszą komórkę. To, co obserwowali teraz, było końcem czyjegoś życia. Było też początkiem chaosu, który niebawem miał się rozpętać. Pieniądze. Wpływy. Fortuna. Enzo uważał, że to był tylko efekt uboczny. Najbardziej interesujące był przyczyny i skutki. Czyli to, co rozbrzmiewało pomiędzy. Żałoba nigdy nie jest czysta, tak naprawdę od momentu pogrzebu zaczyna się rozkład. I rozpad relacji.
Był przekonany, że wszyscy ci ludzie, którzy stali z zawieszonymi głowami, już dawno byli w swoim świecie. Przestali słuchać monotonnego tonu księdza. Jedno już przeliczało pieniądze. Drugie zaczynało się bać. Trzecie próbowało zgadnąć, komu przypadnie największa część spadku po zmarłym. Czwarte, czyli wdowa stojąca najbliżej grobu, której ręce drżały nerwowo, gdy nikt nie patrzył, zaczynała rozumieć, że bez męża będzie skazana na samotność.
— Uwodzenie wdowy byłoby banalne. Wystarczy być obecnym i nie zadawać pytań — wzruszył ramionami. — Nie lubię banalnych rzeczy. Wolałbym odczekać — o ile oczywiście na poważnie planowałby ożenek ze względu na pieniądze. Nie był to zły pomysł. Zapewne ktoś mógłby wykorzystać tę sprzyjającą sytuację i nie uważałby tego za coś złego. Moralność była indywidualna. Oznaczało to tylko tyle, że każdy podczas podejmowania decyzji kierował się własnymi przekonaniami i wybierał, to, co jego zdaniem było najlepsze. Ocenianie czyichś wyborów nie było domeną Enzo. Sam nie skorzystałby z takiej okazji, ale jeśli ktoś planował to zrobić, miał wolną drogę. Tylko Bóg może mnie sądzić — słyszał ten zwrot wystarczająco wiele razy, by zrozumieć, co miał na myśli autor — albo raczej osoba powtarzająca te słowa jak mantrę.
Właściciel przetwórni, a więc to tak...
Rozumiał, skąd wzięło się to towarzystwo z wyższych sfer.
— Szykowałaś go do pogrzebu? — wydawało mu się, że wiedziała dość dużo, jak na kogoś, kto przyszedł na losowy pogrzeb. On był tutaj z przyjemności. Nie zaczerpnął wcześniej z żądnego źródła informacji, kim był nieboszczyk składany w grobie. Ani czym się zajmował.
Z tyłu, w ostatnim rzędzie stało dwóch mężczyzn. Raz po raz nachylali się w swoją stronę, poszeptując coś do siebie. Czyżby zamierzali wygłaszać mowę pożegnalną? Sprawiali wrażenie osób, które tylko czekały na zakopywanie trumny i pożegnanie ze zmarłym. Ich zachowanie przyciągnęło uwagę Enzo, bo nie wyglądali na szczególnie załamanych — nazwałby ich interesantami. Planowali urozmaicić pogrzeb? Upokorzyć rodzinę zmarłego? Czyżby szykował się jakiś skandal?


Ruelle I. Prescott
24 y/o
Enjoy the simplest things
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
Cae la madrugada
Y la noche acaba de empezar
La energía está elevada
Luces apagadas, solo la luna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Być może Prescott powinna się udać do jakiegoś specjalisty. Może faktycznie coś było z nią nie tak, ale według niej wszystko było w jak najlepszym porządku i nawet jeśli nie do końca zachowywała się tak jak większość osób w jej wieku to jednak można było winę za to śmiało zrzucić na jej charakter. Nie wszystko było zaburzeniem. Niektóre rzeczy były po prostu wynikiem wielu nakładających się na siebie wypadkowych.
Nie sądziła, aby ich rozmowa należała do tych z gatunku takich, gdzie rozwija się szczególnie temat. Bardziej wyglądało to tak jakby mieli poniekąd na przemian rzucać pewne uwagi i zostawiać je nietknięte jeśli tylko nie wybrzmiało coś, co ich zdaniem faktycznie wymagało dodatkowego komentarza. Odpowiadało jej to w pełni. Na pewno było dużo lepsze niż niepotrzebne strzępienie języka.
Odwróciła wzrok w kierunku swojego towarzysza, gdy tylko usłyszała jego pytanie, które w zasadzie było jedynie powtórzeniem kluczowego słowa z jej wcześniejszej wypowiedzi. Ruelle przez moment zawiesiła na nim spojrzenie ciemnobrązowych oczu, czekając na to, aż uzyska od niego odpowiedź lub też nieco wyraźniejszą reakcję niż to lekkie uniesienie kącików ust.
- Czasem potrzebują też do tego drobnej zachęty. Tylko, że z tym pewnie dla ciebie byłoby nieco zbyt wiele zachodu jak mniemam - rzuciła ściszonym głosem, nie chcąc zakłócać swoją rozmową ceremonii pogrzebowej.
Modlitwy i religijne śpiewy z pewnością potrafiły przytłumić ich głosy na tyle, że musieli się wysilić, aby usłyszeć dokładnie, co takiego mówiła druga osoba. Może i odznaczali się w jakiś sposób na tle innych żałobników przez sam fakt, że trzymali się bardziej na uboczu, ale przynajmniej nie wzbudzali zainteresowania zachowaniem, które nie odbiegało zbytnio od tego, które było ogólnie przyjęte na takiego rodzaju uroczystościach.
Ruelle nie wybiegała zbytnio w przyszłość swoimi myślami. Nie analizowała tego wszystkiego jakoś szczególnie mocno. Być może zależało jej bardziej na ogólnym obrazie niż tych szczegółach, które były z nim związane. Chciała po prostu chłonąć emocje i obecny moment. Wychwytywała oziębłe spojrzenia czy szloch, który mógł być zarówno niezwykle szczerą reakcją jak i wymuszoną teatralnością, która miała postawić umęczoną kobietę w centrum uwagi. Nigdy nie było to wiadome dopóki się bliżej nie przyjrzało się owemu indywiduum.
Może również miała w sobie podobną dozę cynizmu, co Enzo, ale na tę chwilę jeszcze starała się nie doszukiwać jakiś konkretnych ukrytych schematów i zaglądać pod misternie rzeźbioną maskę żalu. Na razie wystarczało jej to, co znajdowało się na powierzchni. Żal, fałsz, wyrachowanie... Nie analizowała ich dogłębnie. Liczył się sam fakt, że istniały.
- Odczekać na co? - zapytała jeszcze, nieco zaintrygowana jego sowami.
Miał w sobie coś, co ją w pewien sposób fascynowało. Dlatego też przyglądała mu się przez moment, próbując go w jakiś sposób wyczuć oraz ocenić. Nie mieli okazji do tego, aby spędzić ze sobą zbyt wiele czasu. Ich interakcje nie wychodziły poza profesjonalny kontakt, więc wciąż pozostawał dla niej wielką zagadką. Zwłaszcza po tym jak również z pewnej ciekawości przyszedł na pogrzeb całkowicie nieznanego mu człowieka.
- Owszem. Dlatego wiedziałam, że to może być ciekawy pogrzeb - przyznała, spoglądając w kierunku trumny, która teraz całkowicie skrywała ciało zmarłego potentata branży spożywczej. - Przyjemnie się z nim pracowało. Bardzo dobra skóra.
Miała już na tym etapie okazję o tym, aby przekonać się jak prezentowała się współpraca z różnymi ciałami. Trafiały do zwłoki tych, którzy zmarli szczęśliwie śmiercią naturalną, ale zdarzali się też chorzy lub ofiary wypadków. Zmarły na skutek zawału prezes był wyjątkowo przyjemny i skory do współpracy.

Enzo Lawrence
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Enzo, wbrew pozorom myślał przyszłościowo. Rzadko zatrzymywał się w teraźniejszości na dłużej, niż powinien. Analizował zachowania, układał scenariusze, zastanawiał się, co będzie za niedługi czas. Żył w ciągłym wieku, jak zwierzę, którego życie zależało od polowania, albo tego, czy zostanie upolowane. W jego życiu nie było miejsca na chłonięcie emocji teraz. Szukał ciszy i spokoju w uroczystości tak eleganckiej i smutnej zarazem, lecz nawet na cmentarzu nie potrafił tego odnaleźć. Między ludźmi, którzy byli mu obcy, powinno być to łatwiejsze, ale nie. Komplikacje były częścią jego istnienia i porzucenie ich nie należało do łatwych rzeczy. Ale czy ktoś kazał mu je porzucać? Zaczepienie właściwie obcej kobiety, z którą nie wchodził w szczególnie bliskie interakcje, choć zdarzyło im się spotkać, było dużo prostsze. Rue sprawiała ważenie osoby spokojnej i powściągliwej. Wydawało mu się, że to on miał w sobie dużo spokoju — przynajmniej na zewnątrz. Wewnątrz mierzył się z myślami, które w teorii nie powinny były zawracać mu głowy. A jednak istniały. Istniały tak samo szczerze, jak ten smutek i wszechobecny fałsz, choć na pogrzebie powinno być miejsce przede wszystkim na szczerą rozpacz i żałobę. Nie oczekiwał zbyt wiele. Nauczył się, że wśród hierarchii ludzkich uczuć, dominowały głównie te negatywne. Rozczarowanie, wściekłość, gorycz, żal… Zazdrość niszcząca relacje, nim te na dobre zaczęły się rozwijać. Trochę jak wirus rozpoczynający ogólnoświatową epidemię.
— Masz rację. Nie chciałoby mi się bawić w podburzanie. Wolę jednak popatrzeć i zostawić to w rękach specjalistów — przyznał zupełnie szczerze, zauważając przy tym, że ludzie i tak potrafili doskonale podburzać się sami, bez żadnej zewnętrznej zachęty, często wystarczało kilka słów, źle zrozumiany gest albo zwykła potrzeba dopisania sobie reszty historii, by wszystko zaczęło żyć własnym, niekontrolowanym życiem. Na szczęście był cierpliwy. Niektórzy nie potrafili znaleźć sobie miejsca bez wcześniejszego zasiania ziarnka niepewności. To nie było zadanie Lorenzo, wolał zostawić to fachowcom, przypalić papierosa i poczekać na moment, w którym zaczną się rozszarpywać. Jak dzikie zwierzęta pozbawione uczuć wyższych.
— Na moment, aż pozbiera się z żałoby po mężu, żebym mógł działać. Widzisz, to trochę skomplikowane. Bo nie lubię nikogo podburzać, bo to wymaga za dużo wysiłku. Ale też nie lubię łatwych ofiar, bo nie daje mi to żadnej satysfakcji. Zrozpaczone kobiety szukają pocieszenia i oparcia, a później zaczynają się przywiązywać. Myślę, że z facetami jest podobnie. Dlatego wzajemne pocieszanie jest takie modne — Lawrence mówił spokojnie, jakby ten temat był dla niego intelektualną rozrywką, niż czymś bardziej osobistym. Stał swobodnie, ciężar ciała opierając lekko na jednej nodze z luźną ułożonymi dłońmi. Jedną z nich wsunął do kieszeni, drugą unosił od czasu do czasu, wykonując krótkie, oszczędne gesty, które bardziej podkreślały jego słowa, niż je ilustrowały. Nie patrzył bezpośrednio na rozmówczynię przez cały czas; jego wzrok co chwila uciekał gdzieś ponad głowami żałobników, jakby analizował cały ten obraz z dystansu, niemal naukowo. — Bo w gruncie rzeczy każdy szuka kogoś, kto wypełni mu pustkę — zakończył krótko. Podobno ludzie potrzebowali innych, by tworzyć społeczność i być szczęśliwym. Lęk przed samotnością leżał w ludzkiej podświadomości od wielu lat.
Tym razem to on spojrzał na nią z zaciekawieniem, ponaglając ją spojrzeniem ciemnych oczu do rozwinięcia tematu.
— Czym jest bardzo dobra skóra, skoro mówimy o zmarłym? Masz na myśli to, że nie była zniszczona, bo nie został przywieziony poszarpany, czy coś innego? — wciąż nie dowierzał, że kobieta o tak drobnej posturze i przyciągającej uwagę aparycji, pracowała w tak przygnębiającym miejscu. Kobiety, które znał, raczej unikały tego typu stanowisk, bo psychicznie nie były w stanie tego dźwignąć. Ruelle była dużo bardziej interesująca.

***


Mowę pożegnalną rozpoczęła wdowa. Stając nad grobem, wyciągnęła z garsonki pomiętoloną kartkę, na której zapisała słowa, którymi chciała pożegnać męża. Zapewniała go w tym ostatnim liście o wiecznej miłości i uczuciach. Głos kobiety drżał, była roztrzęsiona, lecz mimo to starała się oddać należyty hołd mężowi, opowiadając pokrótce o jego pozytywnych cechach. Żałobna muzyka przestała grać, pozwalając kobiecie pożegnać się z mężem. Nikt jej nie przerywał. Wszyscy stali w milczeniu; poza dwoma mężczyznami, którzy podeszli bliżej trumny. Wzrok kobiety, niepewny i pytający, powędrował w ich stronę, gdy kończyła mowę — nie patrzyła na nich zbyt długo. Odwróciła głowę, wracając na poprzednie miejsce — do pierwszego rzędu. Chwilę po niej na podest wszedł jeden z mężczyzn, odchrząkując głośno, nim rozpoczął przemowę.
— Szanowni Państwo… Żegnamy dziś człowieka, który przez lata był symbolem tej firmy. Wizjonerem. Liderem. Tak go zapamiętamy — przynajmniej oficjalnie. Bo oficjalne wersje zawsze brzmią najładniej. Prezes Bailey mówił o wartościach, o uczciwości, o przyszłości. Ale niektóre z tych słów były tylko… dobrze napisaną narracją — przerwał na moment, podnosząc spojrzenie na żałobników. Nie było już typowej ciszy. Między ludzi wdarł się gwarny szept. Pochylali się w stronę stojących obok osób, wyszeptując przepełnione niezadowoleniem słowa. Mężczyzna wywołał oburzenie wśród zgromadzonych i sądząc po jego minie, zależało mu na tym właśnie efekcie.

Zasiewał ziarno niepewności, ściągając na siebie uwagę Enzo, który odwrócił wzrok od Rue.
— Ciekawe… — wymamrotał, robiąc krok do przodu, by lepiej słyszeć.

Ruelle I. Prescott
24 y/o
Enjoy the simplest things
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
Cae la madrugada
Y la noche acaba de empezar
La energía está elevada
Luces apagadas, solo la luna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pogrzeby były wyjątkową okazją. One skupiały się głównie na tym teraźniejszym momencie oraz na przeszłości. Były okazją do tego, aby wspomnieć zmarłego oraz zatopić się w aktualnie przeżywanej stracie.
Ruelle najbardziej interesowało właśnie to, co działo się przed nią oraz to, co mogło doprowadzić do tego momentu. Rzadko wybiegała myślami w kierunku konsekwencji utraty danego człowieka lub zastanawiała się nad tym jakie kroki mogą dalej podjąć żałobnicy. Interesował ją sam pogrzeb, śmierć oraz wszystko, co ją otaczało. Wykraczanie poza nią nie było w jej stylu, ale każdy miał swoje własne potrzeby oraz sposób patrzenia zarówno na życie jak i to, co leżało poza nim.
Pozwalała sobie na to, aby zatopić się w obecnym momencie. Chciała, aby w pełni ją otoczył całą swoją symfonią barw, dźwięków oraz woni kadzidła, która wydawało jej się być wyczuwalne w powietrzu. Choć równie dobrze mogła to być jedynie jej wyobraźnia. Mimo wszystko podobne rytuały pobudzały ją w wyjątkowy sposób. Starała się przy tym zawsze trzymać z daleka od innych. Być niczym element w tle na melancholijnym obrazie. Stanowiła postać, która przykuwała wzrok i nakłaniała do refleksji, a jej rola kończyła się dokładnie w tamtym miejscu.
Zdążyła się już mniej więcej zorientować w tym, że jej rozmówca nie chciał podejmować niepotrzebnego trudu. Wystarczało jej kilka wymienionych zdań, aby powoli budować sobie jego wizerunek w głowie. Trochę jakby z nieoprawionego kawałka marmuru wykuwała coraz bardziej szczegółową rzeźbę.
Nie byłaby jednak taka pewna tego, że wydarzenia mogłyby się potoczyć właśnie tak jak Enzo mógłby to sobie upodobać. Istniało wiele zmiennych. Można było znać doskonale czyjąś psychikę, a i tak nagle pojawiał się jeden konkretny sposób na to, aby wszystko zboczyło na całkiem odmienne tory jakby ktoś niechcący trącił prowadnicę i zmienił kurs pociągu sunącego po szynach. Ktoś zatem musiał nad tym wszystkim czuwać, a w razie potrzeby reagować, aby pokierować wszystkim jak trzeba.
- Czyli nie lubisz wysiłku, ale równocześnie chcesz mieć pewne wyzwanie? Z pewnością jest ci ciężko dogodzić w tej kwestii - rzuciła z czymś, co mogło wydawać się lekką kpiną słyszalną w jej głosie.
Stała niemalże w całkowitym bezruchu. Niczym statua zaklęta w tym konkretnym miejscu. Mogła być wzięta za kolejną za nagrobnych figur, ale zamiast tego tkwiła pośrodku ścieżki z młodym mężczyzną, którego ledwie poznała u boku. Co ciekawe oboje zdawali się nie zwracać na siebie większej uwagi podczas prowadzenia rozmowy. Prescott również nie zaszczycała go częstymi spojrzeniami, a nawet jeśli jakieś kierowała w jego stronę to o ile nie odwróciła w jego stronę głowy to ciężko było to zauważyć prze okulary przeciwsłoneczne.
- Niekoniecznie - zaprzeczyła równie krótko, nie potrafiąc się z nim zgodzić. - Niektórzy po prostu przyzwyczajają się do nowej rzeczywistości. Nie potrzebują zastępstwa.
Nie mogła powiedzieć, aby sama to uskuteczniała, a przecież przechodziła już przez stratę. Może i z początku zachodząca w życiu zmiana była, co najmniej dziwna, ale każdy kolejny dzień zyskiwał na normalności, a ona nie szukała czegoś, co mogłoby jej służyć za wypełnienie tej powstałej gdzieś w głębi luki.
- Właśnie to. Przyjemna do pracy. Wiele zależy od stanu zmarłego: poziomu rozkładu, przyczyny śmierci i innych... Był świeży, struktura tkanek była nienaruszona. Brak przebarwień, które byłyby wyjątkowo uciążliwe do zamaskowania, a cera pozbawiona była większych skaz - wytłumaczyła, używając przy tym nieco większej ilości słów niż sam Enzo, który zdawał się rozumieć o co chodzi.
Sama miała nieco odmienne zdanie na temat kobiet w przemyśle pogrzebowym. Zajmowało się tym naprawdę sporo przedstawicielek płci pięknej. Często zakłady decydowały się wprost na zatrudnienie ich do pracy przy zwłokach, bo one były mniej skłonne do... dopuszczenia się pewnego rodzaju profanacji. Wciąż jednak głównie branża ta kojarzyła się w męskim wizerunkiem grabarza, który wykopywał dół w wyznaczonym miejscu, gdy tak naprawdę wielu ludzi zajmowało się kwestiami związanymi z pochówkiem.

***


Zabranie głosu przez wdowę nie było niczym dziwnym. To właśnie one wraz z dziećmi przejmowały rolę tych, którzy wygłaszali mowę o ile tylko byli w stanie. W przypadku młodych ludzi nieposiadających własnej rodziny rolę tę przejmowali często zrozpaczeni rodzice... Bywało jednak także tak, że w tę rolę wchodziło rodzeństwo. Tutaj jednak z pewnością mieli do czynienia z pewnym standardem.
Obserwowała jednak także to jak jeden z mężczyzn rusza, aby zabrać głos przed ostatecznym pożegnaniem zmarłego prezesa. Nikt ze zgromadzonych jednak nie mógł spodziewać się tego, że pogrzeb szanowanego biznesmena zamieni się w obnażanie jego brudnych sekretów na oczach jego najbliższych.
- Liczysz na dramę? - zapytała, spoglądając na to jak szepty przemykające przez tłum zamieniały się w coraz bardziej widoczne oburzenie.
Ktoś zaczął przepychać się do przodu. Ktoś krzyknął coś w kierunku wypowiadającego się mężczyzny i wszystko zdawało się prowadzić do rękoczynów, które lada chwila miały wybuchnąć tuż obok trumny zmarłego. Na takim pogrzebie jeszcze nie miała przyjemności się pojawić.

Enzo Lawrence
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy dogodzenie mu było trudne? Owszem. Bo choć normalnie starał się wszystko przeanalizować po kilka razy, tak niekiedy sam nie wiedział, czego oczekiwał. Na pewno cenił sobie stabilność i prostolinijność. Sinusoida emocjonalna, życiowa, finansowa, uczuciowa… Jakakolwiek, wprowadzała go w dyskomfort. Z reguły. Czasem cierpiał z powodu długotrwałej nudy. Potrzebował bodźców, żeby jakoś działać — albo raczej jego mózg tego potrzebował, jakby był uzależniony od działania na pełnych obrotach.
— Nie każde wyzwanie jest sobie równe. Mogę godzinami rozwiązywać problem, którego większość ludzi nawet nie zauważy, a jednocześnie stracić cierpliwość po pięciu minutach wykonywania czegoś banalnego — Jego spojrzenie przesunęło się po zgromadzonych. — Podejrzewam, że w tym momencie nie ona jedna została wdową.
Do tej pory nieczęsto spoglądał w stronę Prescott, lecz po usłyszeniu jej zaprzeczenia, zwrócił na nią więcej uwagi niż dotychczas. Zatrzymał wzrok na oprawkach okularów przeciwsłonecznych, jakby próbował samym spojrzeniem rozszyfrować, jakie spojrzenie i emocje kryły się pod nimi. Miał wgląd, tak naprawdę, głównie na jej usta — wystarczająco dużo, by zapoznać się z mimiką, lecz za mało, by odnaleźć pełną odpowiedź na pytania. On także, jak większość ludzi na tym cholernym świecie, musiał zmierzyć się ze stratą kogoś bliskiego. To był kolejny temat do rozważenia. Mogliby w tym momencie nawiązać całkiem ciekawą dyskusję. — To, w jaki sposób radzimy sobie ze stratą, zależy od wielu czynników. Charakteru, okoliczności i od tego, kto umiera — on na przykład szukał wymówek, by zajrzeć do kieliszka. Nie przypominał sobie, by z kimkolwiek miał na tyle głęboką więź, żeby faktycznie się załamywać. Zastępstwa również nie szukał, bo nie miał po kim tego zastępstwa szukać. I nie chciał generalizować, ani obrażać kobiet, ale wydawało mu się, że posiadały większe predyspozycje do szukania takiego zastępstwa. W końcu jako bardziej uczuciowe i emocjonalne dużo częściej szukały opieki, niż mężczyźni, którzy poprzez wychowanie typu: faceci nie płaczą i muszą być twardzi, byli nauczeni dystansu.
Ciało przyjemne do pracy — to było intrygujące. Wiedział, czyj zajmowała się ta drobna, niepozorna kobieta. Pierwsze spotkanie z nią było dość… Ciekawym doświadczeniem. Słysząc o tanatoprakserze, wyobrażał sobie kogoś po czterdziestce. Mężczyznę, niezbyt wysokiego o introwertycznym usposobieniu i spojrzeniu spaczeńca. Trochę taki Doktor Jekyll i Pan Hyde. Już samo imię przywołane przez rejestratorkę wywarło na nim niemałe wrażenie. Zmienił swoje wyobrażenie o niej. W jego myślach Estelle przybrała postać kobiety o zimnym spojrzeniu i przetłuszczających się włosach ściągniętych w wysoki kucyk. Rzeczywistość mocno go zaskoczyła, zakorzeniając w nim całkiem nową wizję balsamisty. Rozumiał z jej tłumaczenia więcej, niż mogłaby przypuszczać. Praca z ciałem wbrew pozorom nie różniła się dużo bardziej od pracy z innymi materiałami. Zdarzały się przyjemniejsze w dotyku i te mniej.
Przez chwilę nie odpowiedział na jej pytanie. Stał nieruchomo, obserwując rozwój sytuacji z uwagą człowieka, który nie tyle, co przejmował się ludzką tragedią, co próbował zrozumieć, co za nią stało. Dzięki swojej pracy zdążył poznać wielu ludzi; biznesmenów, polityków, sprzedawców. Niejednokrotnie tuszował zbrodnie rozgrywające się gdzieś za ścianą, na tej całej politycznej szachownicy. Rzadko pytał o cokolwiek, nie interesował się tym, w jaki sposób doszło do skandalu wywołanego wewnątrz firmy, ani tym, kto stał za całą sytuacją. Dopytywał głównie o pieniądze, powiązania i dowody obciążające klienta. Musiał wiedzieć, gdzie szukać, by nakierować sądowniczych na inny trop. Jego spojrzenie przesuwało się pomiędzy wdową, mężczyzną stojącym przy mównicy i coraz bardziej niespokojnym tłumem.
— W sumie nie wiem, czy nazwałbym to liczeniem na dramę. Chyba ludzie rozczarowują mnie do takiego stopnia, że po prostu czekam, żeby się przekonać czy znów to zrobią — nie wiedział, jak to inaczej nazwać. Ton mężczyzny nieco się zmienił, był nieco mniej znużony, bardziej zastanawiający. Zaczął rozmyślać nad całą sytuacją. Wraz z przemówieniem człowieka, który — najwidoczniej — nie był przyjaźnie nastawiony do zmarłego, ani do jego rodziny pogrążonej w żałobie.
Tymczasem sytuacja przy grobie zaczęła wymykać się niebezpiecznie szybko spod kontroli.
Mężczyzna, który przejął mikrofon, nie zamierzał wycofać się pod naporem oburzonych głosów. Wręcz przeciwnie. Patrząc na niego, nietrudno było odnieść wrażenie, że każda reakcja, napawała go coraz większą odwagą. Zaczął mówić głośniej, pewniej, a z jego ust padały coraz bardziej konkretne oskarżenia. Wraz z nazwiskami i datami. Wzmianki o przekrętach finansowych, korupcji i ludziach, których kariera miała zostać zniszczona przez zmarłego biznesmena. Coś, co zainteresowało Lorenzo na tyle, by zmniejszyć nieco dystans, wyłonić się z cienia i podejść bliżej. Oczywiście, że nie zamierzał się tam wpychać, ani tym bardziej się mieszać. Wychodził z założenia, że jeśli mieli się pozjadać, to i tak to zrobią, niezależnie od interwencji kogoś z zewnątrz.
Dwóch mężczyzn stojących nieopodal mówcy, wymieniło między sobą spojrzenia. Jeden z nich podszedł do człowieka wygłaszającego mowę, szepcząc mu coś na ucho. Ten pokiwał głową, przejmując teczkę z dokumentami o nieznanej nikomu zawartości. Nieprzyjemny uśmiech, który wykrzywił jego twarz, sugerował, że miał już wystarczająco dużo, żeby wdrożyć swój plan. Nie było lepszego miejsca do ogłoszenia, że policja wszczęła śledztwo w sprawie firmowych przekrętów. Wdowa, choć blada jak kostucha, w tamtym momencie sprawiała wrażenie niemal przezroczystej, jakby właśnie zrozumiała, że prawdopodobnie będzie musiała oddać pieniądze, albo znaleźć dobrego prawnika. Mężczyzna zszedł ze sceny, wyprostowany i dumny jak paw. W towarzystwie jednego mężczyzny odszedł od świeżo rozkopanego grobu. Drugi, ten co został, obejrzał się za szefem i zniknął za jedną z alejek, zerkając, czy nikt za nim nie szedł.
— Chyba tylko jego ciało nadawało się do współpracy… — podzielił się swoją opinią, przesuwając zewnętrzną stroną dłoni po czole, jakby zbierał nią niewidoczne kropelki potu.

Ciało złożono do grobu.


Ruelle I. Prescott
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”