Enzo, wbrew pozorom myślał przyszłościowo. Rzadko zatrzymywał się w teraźniejszości na dłużej, niż powinien. Analizował zachowania, układał scenariusze, zastanawiał się, co będzie za niedługi czas. Żył w ciągłym wieku, jak zwierzę, którego życie zależało od polowania, albo tego, czy zostanie upolowane. W jego życiu nie było miejsca na chłonięcie emocji teraz. Szukał ciszy i spokoju w uroczystości tak eleganckiej i smutnej zarazem, lecz nawet na cmentarzu nie potrafił tego odnaleźć. Między ludźmi, którzy byli mu obcy, powinno być to łatwiejsze, ale nie. Komplikacje były częścią jego istnienia i porzucenie ich nie należało do łatwych rzeczy. Ale czy ktoś kazał mu je porzucać? Zaczepienie właściwie obcej kobiety, z którą nie wchodził w szczególnie bliskie interakcje, choć zdarzyło im się spotkać, było dużo prostsze. Rue sprawiała ważenie osoby spokojnej i powściągliwej. Wydawało mu się, że to on miał w sobie dużo spokoju — przynajmniej na zewnątrz. Wewnątrz mierzył się z myślami, które w teorii nie powinny były zawracać mu głowy. A jednak istniały. Istniały tak samo szczerze, jak ten smutek i wszechobecny fałsz, choć na pogrzebie powinno być miejsce przede wszystkim na szczerą rozpacz i żałobę. Nie oczekiwał zbyt wiele. Nauczył się, że wśród hierarchii ludzkich uczuć, dominowały głównie te negatywne. Rozczarowanie, wściekłość, gorycz, żal… Zazdrość niszcząca relacje, nim te na dobre zaczęły się rozwijać. Trochę jak wirus rozpoczynający ogólnoświatową epidemię.
— Masz rację. Nie chciałoby mi się bawić w podburzanie. Wolę jednak popatrzeć i zostawić to w rękach specjalistów — przyznał zupełnie szczerze, zauważając przy tym, że ludzie i tak potrafili doskonale podburzać się sami, bez żadnej zewnętrznej zachęty, często wystarczało kilka słów, źle zrozumiany gest albo zwykła potrzeba dopisania sobie reszty historii, by wszystko zaczęło żyć własnym, niekontrolowanym
życiem. Na szczęście był cierpliwy. Niektórzy nie potrafili znaleźć sobie miejsca bez wcześniejszego zasiania ziarnka niepewności. To nie było zadanie Lorenzo, wolał zostawić to fachowcom, przypalić papierosa i poczekać na moment, w którym zaczną się rozszarpywać.
Jak dzikie zwierzęta pozbawione uczuć wyższych.
— Na moment, aż pozbiera się z żałoby po mężu, żebym mógł działać. Widzisz, to trochę skomplikowane. Bo nie lubię nikogo podburzać, bo to wymaga za dużo wysiłku. Ale też nie lubię łatwych ofiar, bo nie daje mi to żadnej satysfakcji. Zrozpaczone kobiety szukają pocieszenia i oparcia, a później zaczynają się przywiązywać. Myślę, że z facetami jest podobnie. Dlatego wzajemne pocieszanie jest takie modne — Lawrence mówił spokojnie, jakby ten temat był dla niego intelektualną rozrywką, niż czymś bardziej osobistym. Stał swobodnie, ciężar ciała opierając lekko na jednej nodze z luźną ułożonymi dłońmi. Jedną z nich wsunął do kieszeni, drugą unosił od czasu do czasu, wykonując krótkie, oszczędne gesty, które bardziej podkreślały jego słowa, niż je ilustrowały. Nie patrzył bezpośrednio na rozmówczynię przez cały czas; jego wzrok co chwila uciekał gdzieś ponad głowami żałobników, jakby analizował cały ten obraz z dystansu, niemal naukowo.
— Bo w gruncie rzeczy każdy szuka kogoś, kto wypełni mu pustkę — zakończył krótko. Podobno ludzie potrzebowali innych, by tworzyć
społeczność i być szczęśliwym. Lęk przed samotnością leżał w ludzkiej podświadomości od wielu lat.
Tym razem to on spojrzał na nią z zaciekawieniem, ponaglając ją spojrzeniem ciemnych oczu do rozwinięcia tematu.
— Czym jest bardzo dobra skóra, skoro mówimy o zmarłym? Masz na myśli to, że nie była zniszczona, bo nie został przywieziony poszarpany, czy coś innego? — wciąż nie dowierzał, że kobieta o tak drobnej posturze i przyciągającej uwagę aparycji, pracowała w tak przygnębiającym miejscu. Kobiety, które znał, raczej unikały tego typu stanowisk, bo psychicznie nie były w stanie tego dźwignąć. Ruelle była dużo bardziej interesująca.
***
Mowę pożegnalną rozpoczęła wdowa. Stając nad grobem, wyciągnęła z garsonki pomiętoloną kartkę, na której zapisała słowa, którymi chciała pożegnać męża. Zapewniała go w tym ostatnim liście o wiecznej miłości i uczuciach. Głos kobiety drżał, była roztrzęsiona, lecz mimo to starała się oddać należyty hołd mężowi, opowiadając pokrótce o jego pozytywnych cechach. Żałobna muzyka przestała grać, pozwalając kobiecie pożegnać się z mężem. Nikt jej nie przerywał. Wszyscy stali w milczeniu; poza dwoma mężczyznami, którzy podeszli bliżej trumny. Wzrok kobiety, niepewny i pytający, powędrował w ich stronę, gdy kończyła mowę — nie patrzyła na nich zbyt długo. Odwróciła głowę, wracając na poprzednie miejsce — do pierwszego rzędu. Chwilę po niej na podest wszedł jeden z mężczyzn, odchrząkując głośno, nim rozpoczął przemowę.
— Szanowni Państwo… Żegnamy dziś człowieka, który przez lata był symbolem tej firmy. Wizjonerem. Liderem. Tak go zapamiętamy — przynajmniej oficjalnie. Bo oficjalne wersje zawsze brzmią najładniej. Prezes Bailey mówił o wartościach, o uczciwości, o przyszłości. Ale niektóre z tych słów były tylko… dobrze napisaną narracją — przerwał na moment, podnosząc spojrzenie na żałobników. Nie było już typowej ciszy. Między ludzi wdarł się gwarny szept. Pochylali się w stronę stojących obok osób, wyszeptując przepełnione niezadowoleniem słowa. Mężczyzna wywołał oburzenie wśród zgromadzonych i sądząc po jego minie, zależało mu na tym właśnie efekcie.
Zasiewał ziarno niepewności, ściągając na siebie uwagę Enzo, który odwrócił wzrok od Rue.
— Ciekawe… — wymamrotał, robiąc krok do przodu, by lepiej słyszeć.
Ruelle I. Prescott