ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Three.

Wizja śmierci ciążyła nad ludźmi jak burzowa chmura chwilę przed zarwaniem. Powietrze było ciężkie, oddychanie nim graniczyło z cudem. Żałobnicy stojący nad trumną składaną do świeżo wykopanego grobu szlochali głośno, żegnając swojego brata, przyjaciela, męża, czy syna — właściwie wszystko jedno. Po śmierci jego rola i tak przestawała mieć znaczenie. I tak miał zostać już na zawsze w czyjejś pamięci — nieważne jako kto. Na pewno zostanie zapamiętany. Południe było chłodne. Niebo zaszło szarością, choć nie zapowiadało się na silne opady deszczu. Najwidoczniej pogoda uznała, że okaże trochę litości — płaczący ludzie odpowiednio nawilżali glebę słonymi łzami. Kobiety ubrane poubierane w czarne sukienki i toczki z woalkami w tym samym kolorze starały się ukrywać twarze w chusteczkach. Mężczyźni próbowali się trzymać, choć niektórzy załamywali się równie mocno. Żal unoszący się na cmentarzu przecinał powietrze, nasączając je przytłaczającymi emocjami. Lawrence nie rozumiał działania tego schematu. Współczuł bliskim straty, lecz nie do końca utożsamiał się z poczuciem rozgoryczenia. Nie widział w śmierci niczego niesprawiedliwego — z tego składał się cykl życia. Jak na ironię przystało, każdy rok życia przybliżał do śmierci. Ludzie zużywali się jak sprzęty. Wszyscy mieli wyznaczoną ilość lat do przeżycia, jeśli ich przeznaczeniem było umrzeć w wieku dwudziestu lat — tak musiało po prostu być. Niezależnie od tego, czy miałby to być wypadek, śmierć naturalna czy morderstwo. Należało się z tym pogodzić, choć czasem wydawało się to niemożliwe. W chwili, w której umierał ktoś bliski, świat nagle się załamywał. Ptaki przestawały śpiewać. Kolory blakły. Życie traciło na wartości. Członkowie rodziny zmarłego spotykali się nad grobem, rozchodzili i próbowali powoli wracać do normalnego życia.
Enzo pojawiał się na pogrzebach nieproszony. Lubił obserwować ludzi i poznawać ich emocje. Nie wiedzieć czemu odnajdywał w tym dziwny... Spokój. W codzienności przepełnionej fałszem i obawą przed kolejnym dniem żałobnicy wydawali się cholernie prawdziwi. Może, dlatego że ludziom po prostu było łatwiej okazywać negatywne emocje. Niesamowite, co śmierć potrafiła zrobić z człowiekiem. Wydobywała z nich prawdziwe uczucia — dlatego wydawała mu się fascynująca. Za każdym razem stał gdzieś na końcu, pod samotnym drzewem, które czekało na kogoś, kto dotrzyma mu towarzystwa. Tego dnia nie było inaczej. Nie spodziewał się tylko, że poza nim, pojawi się tutaj ktoś jeszcze. Kobietę w czerni stojącą nieopodal zauważył chwilę po wejściu na cmentarz. Gdyby śmierć miała fizyczną formę, mogłaby wyglądać jak Ruelle — tanatopraktorka z jednego z tych domów pogrzebowych, które mijało się, idąc ulicą. Z reguły nie zwracało się uwagi na tego typu budynki. Zaglądało się do nich, gdy było to konieczne. Ruelle poznał w dzień, w którym musiał omówić z nią przygotowanie ciała do pogrzebu. Za życia kochał szybkie samochody i wyścigi; zmarł w jednym z nich, biorąc udział w jednym z tych nie do końca legalnych sparingów. Miał plany, miał ambicje — ale co komu po ambicjach, skoro umiera się niemal na własne życzenie? Lawrence mógł spełnić jego ostatnią prośbę. Poprosić pracowników domu pogrzebowego o ubranie go w ulubioną koszulkę z podpisem Hamiltona.
— To część twojej pracy, czy raczej hobby? — zagadał, zatrzymując się tuż obok Ruelle. Oczy bruneta skierowane były w stronę ciemnej trumny. Z tej odległości wydawało mu się, że był to jakiś ciemny dąb, lub orzech. Nieważne. Bardziej zastanawiał się nad tym, kogo właśnie chowali. Sądząc po ilości zgromadzonych osób, mężczyzna musiał być rozpoznawalny w którymś kręgu społecznym. Pytanie, którym?

Ruelle I. Prescott
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
Cae la madrugada
Y la noche acaba de empezar
La energía está elevada
Luces apagadas, solo la luna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przed śmiercią nie było ucieczki. Była wiecznie obecna. Zwłaszcza w życiu kogoś takiego jak Ruelle. Przylgnęła do niej niemal całkowicie. Obcowała ze zmarłymi niezwykle często przez swoją pracę i studia, które niekiedy kierowały ją do prosektoriów, gdzie odbywały się praktyczne zajęcia lub wykłady. Widok martwego ciała był dla niej czymś zwyczajnym. Nie budził sensacji. Budził raczej... spokój.
Było jednak coś niezwykle mocno intrygującego w widoku żałobników tłoczących się na zwykle opustoszałym cmentarzu. Dzwony kościelne biły w jednostajnym rytmie, niosąc donośną melodię świadczącą o tym, że właśnie ktoś chował do grobu kogoś bliskiego.
To był znany dla niej schemat. Bywało, że faktycznie znajdowała się blisko trumny, aby pożegnać kogoś z własnej rodziny, ale tym razem było inaczej. Po prostu stała z tyłu i obserwowała to jak rozwijała się cała sytuacja. Słyszała ten szloch, który momentami przedzierał się przez głos kapłana, który odprawiał modły nad trumną. Chłodny wiatr momentami szarpał jego szatą, która nagle zdawała się pęcznieć i nadawać mu jeszcze bardziej imponujących rozmiarów. Zupełnie jakby górował nad całym tłumem i był od nich o wiele większy.
Był w tym jak zawsze jakiś misterny element. Coś, co pozostawiało uczucie mrowienia pod skórą. Prescott przyglądała się temu. Stała z tyłu przy jednym ze starych nagrobków. Chociaż niebo zasnute było szarymi chmurami to nie zdjęła założonych okularów przeciwsłonecznych, które miały chronić jej wzrok przed zbyt intensywnymi promieniami padającymi z nieba. Zwłaszcza, że ostatniej nocy spała w najlepszym wypadku może z dwie i pół godziny. Wydawała się zatem niezwykle wrażliwa na wszelkie zbyt intensywne wizualne bodźce. Jednak nawet w takich okolicznościach nie potrafiła zrezygnować z udziału w uroczystości, na której nawet nie musiała się pojawiać. Wszak nie znała denata w żaden sposób. Poza tym, że pomagała przygotować go do ostatniej drogi.
Patrząc na tłoczących się wokół trumny ludzi zawsze miała wrażenie, że ogląda swego rodzaju spektakl. Być może dlatego, że nie wyobrażała sobie, aby sama była zdolna do tak wielkiej ekspresji swoich emocji. Te w większości zatrzymywała dla siebie. Nie wypuszczała ich na świat w tak głośny i widoczny sposób. Wszystko, co działo się w sferze emocjonalnej zostawiała w środku. Tylko dla siebie. Uczucia były dla niej prywatną kwestią, a często niezwykle też negowaną.
Nie spodziewała się tego, że ktoś pojawi się tuż obok niej. Większość znajomych i bliskich raczej zmierzała w kierunku tłumu, aby wysłuchać słów kapłana oraz najbliższej rodziny, ale była jedna osoba, która zdecydowała się stanąć przy niej o kilka alejek dalej od wszystkich. Obróciła w palcach czarny parasol rozłożony już uprzednio na wypadek nadciągającego deszczu i zerknęła w stronę młodego mężczyzny, który wydawał jej się znajomy, chociaż potrzebowała chwili, aby przypomnieć sobie skąd go zna i jak mogło brzmieć jego imię.
- Mogłabym powiedzieć, że hobby - odpowiedziała, podążając samej za jego spojrzeniem. - A ty go znałeś czy też przyszedłeś tu dla przyjemności?
Nie mogła wykluczyć możliwości, że jednak w jakoś sposób znał on mężczyznę. Choć wtedy zapewne znajdowałby się bliżej reszty żałobników. Chyba, że miał z kimś jakiś zatarg lub nie chciał być skojarzony ze zmarłym.

Enzo Lawrence
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kolejna modlitwa wzniesiona do Boga. Kolejne uderzenie kościelnego dzwona. Kolejne łzy. Kolejna nuta marszu żałobnego. Pogrzeb nie zbliżał się jeszcze do końca, lecz ciężka aura otulająca cmentarz sprawiała, że zapewne niejeden chciał, by ceremonia w tym momencie się zakończyła. Uważał ludzi za ciekawe istoty. Ich sposób przywiązywania się do innych był godny podziwu, niekiedy może im zazdrościł. Wiedział, że gdyby przyszło chować mu własnego ojca, nie uroniłby ani jednej łzy. Nie odczułby smutku, czy tęsknoty — być może doznałby ulgi. Przez całe życie zachowywał wobec niego dystans emocjonalny i wiedział, że w dniu śmierci tego mężczyzny, nic by się nie zmieniło. Dostrzegał plusy sytuacji. Gdyby znalazł się ktoś, kto zamachnąłby się na życie starego Fedrico, zrobiłby światu przysługę. Niektórzy po prostu nie powinni mieć dostępu do szybkiej, łatwej gotówki — bo od tego mieszało im się w głowach. Ojciec był idealnym przykładem. W pewnym momencie ludzkie życie przestało mieć dla niego inną wartość niż pieniężną. Relacje traktował jak transakcje. Jeśli znajomość z kimś mogła przynieść mu korzyści materialne, po prostu w to brnął. Jeśli czyjaś obecność była mu nie na rękę, wybierał przemoc. Przemoc fizyczną, która zawsze brzydziła Lorenzo. Śmierć była mu towarzyszem, zasiadała z nim przy rodzinnym stole i mieszkała pod tym samym dachem. Ignorowanie problemu wydawało się wtedy najlepszym wyjściem. Niejedna ofiara przemocy domowej po prostu udaje, że jej nie widzi, bo zgłoszenie się o pomoc do odpowiednich służb było tożsame ze wstydem. Wyciszenie emocji przychodziło łatwiej — dopóki członkowie rodziny nie byli zagrożeni, można było przejść z tym do porządku dziennego. I sprytnie udawać, że te karmazynowe kropelki na koszuli ojca to tylko konfitura, a nie coś, co każe uciekać do swojego pokoju. Trudno być dzieckiem, gdy na świat zsyła cię potwór.
Teraz strach i obawa przeminęły, zamiast nich pozostał ten dziwny uraz. Gdyby psychika miała formę fizyczną, ten uraz wizualnie przypominałby paskudną, zaróżowioną szramę. Niby domkniętą, niby wygojoną, lecz czekającą na moment, żeby się otworzyć. Gdyby chodził do psychologów, zapewne znaleźliby wytłumaczenie na cynizm i egoizm, z którymi Lorenzo podchodził do żalu i bólu. W jego przypadku obecność na pogrzebie nie była w żaden sposób ekscytująca. Impuls przebiegający tuż pod powierzchnią naskórka, gdy oglądał to całe widowisko, po prostu nie istniał. Oglądając ceremonię z tego miejsca, mógł porozważać nad przemijaniem, kruchością życia i liczyć na to, że w pewnym momencie czyjeś łzy tkną go na tyle, by dopuścił do siebie te uczucia, których się wyparł.
— Przychodzisz na pogrzeby dla przyjemności? Gdybym był terapeutą, właśnie zacząłbym się zastanawiać nad diagnozą — podszedł do tego wyznania z nutą sarkazmu i rozbawienia. Balansował na ich granicy. A jednak rozumiał odczucia Prescott. Również przyszedł tu dla przyjemności, może nawet nazwałby ceremonię pogrzebową formą terapii. Czy to sprawiało, że był podobny do ojca, skoro leczył własne niedoskonałości czyimiś łzami i smutkiem? — Nie znałem. Ja po prostu lubię pogrzeby. Ludzie są jakby szczersi — odsłonięci i bezbronni, krusi. Gdyby w tym momencie na cmentarz weszła osoba z zamiarem popełnienia zabójstwa, znalazłby nie jedną, a kilka potencjalnych ofiar. W końcu kto w chwili załamania potrafi patrzeć na własne życie z innej perspektywy niż tylko poprzez stratę?
— I bezbronni w sumie też. Tracą czujność — podzielił się tą myślą, zerkając jeszcze po zebranych. Nie dostrzegał zbyt wielu twarzy, większość osób stała z głową skierowaną w dół. Zdarzały się pojedyncze osoby, które po prostu patrzyły. Te osoby interesowały go najbardziej. — Nie jestem specjalistą od ludzi, ale to chyba był ktoś ważny. Ci faceci stojący z tyłu wyglądają jak jacyś biznesowcy — wytykanie ich palcami było niekulturalne, więc tylko skinął głową w kierunku tych ludzi. Szukanie rozrywki i przerywanie ciszy na cmentarzu również nie należało do najkulturalniejszych zachowań na świecie, ale słyszała go tylko Prescott. Być może błędem było założenie, że będzie chciała rozmawiać z nim o żywych, gdy byli na cmentarzu pośród zmarłych, ale co mu szkodziło spróbować?

Ruelle I. Prescott
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
Cae la madrugada
Y la noche acaba de empezar
La energía está elevada
Luces apagadas, solo la luna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pogrzeb był dopiero w rozkwicie. Przynajmniej tak mogłaby stwierdził Ruelle, która widziała ich... na tym etapie już dziesiątki. Nie chodziła przecież na każdy z nich. To zainteresowanie zrodziło się w niej dopiero w momencie, gdy zaczęła pracę w zakładzie pogrzebowym. Na pewno było coś wyjątkowego w podziwianiu tego jak ludzie, których pomogła przygotować do ostatniej drogi byli składani do grobu. W jakiś sposób przyczyniała się do tego całego momentu. Nie wspominając już o tym, że mimo wszystko potrafiła natrafić na ceremonie wzbogacone o pewne elementy, które dodawały im wyjątkowości.
Ten konkretny wydawał się wyjątkowo ciężki i przytłaczający. Lubiła takie. W wyjątkowy sposób zdawały się oddziaływać na obserwatorów. Były prawdziwą esencją tego, czym w zasadzie powinny być pogrzeby. Nie było wątpliwości, co do tego, że zostały one spowodowane przez pewną dosyć osobistą tragedię.
Potrafiła czuć to niezwykle dziwne uczucie. Jakby nostalgię. Być może w jakiś sposób też współodczuwała ich żal bez prawdziwego doświadczania go. Te uczucia w pewien sposób były już przefiltrowane i nie były aż tak osobiste. W ten sposób były o wiele bezpieczniejsze.
Nie miała pojęcia czy stojący obok niej młody mężczyzna uważał podobnie. Każdy w końcu widzieć, co innego. Zapewne oboje byli ukształtowani przez zupełnie inne doświadczenia, które sprawiały, że chociaż patrzyli na to samo to jednak odbierali zupełnie inne bodźce. Może to też było na swój sposób piękne? Nie zamierzała dyskutować.
Dla obojga z pewnością było to jednak bardziej... estetyczne doznanie. Może i intelektualne, ale czy duchowe lub emocjonalne? Nad tym można było dyskutować. Ruelle z pewnością przyznałaby, że robiło wrażenie.
- Czy ktokolwiek z nas nie jest godny jakiejś diagnozy? Rzuca się nimi teraz na prawo i lewo... - odparła, ale prawda była taka, że gdyby ktoś chciał to może by i u niej coś znalazł.
Na pewno jednak nie była kimś to przyjąłby wynik takiego badania tak po prostu. Nie sądziła, aby coś jej dolegało pod względem psychicznym chociaż zdecydowanie zdawała się różnić od innych ludzi.
- Skoro też po prostu lubisz na nie chodzić to chyba przyganiał kocioł garnkowi - oceniła bez cienia większej złośliwości.
Znajdowali się w podobnej sytuacji i połączyło ich patrzenie na to jak ktoś prowadzi obcego im człowieka na wieczny spoczynek. Rozumiała jak najbardziej to, co mówił i mogła się z tym zgodzić. Mimo wszystko dla wielu był to moment niewypowiedzianej słabości. Dla innych z kolei po prostu kolejna uroczystość, na której wypadało się zjawić, bo tak nakazywał obyczaj i dobre wychowanie.
- Brzmisz jakbyś chciał to wykorzystać. Planujesz kogoś zamordować czy raczej uwieść wdowę lub córkę dla ich fortuny? - zapytała bez większych emocji, spoglądając na chwilę w jego stronę.
Nie miała pojęcia, co takiego kryło się w jego głowie. Zresztą nie było to szczególnie istotne. Nie zamierzała go osądzać. Bardziej była ciekawa jego toku myślenia. Nie musiała też szczególnie się wysilać, aby dojrzeć osoby, o których wspomniał Enzo. Potrzebowała na to dłuższej chwili, ale nareszcie przypomniała sobie jego imię oraz to jak rozmawiał z nią w zakładzie pogrzebowym, gdy chodziło o zwłoki jego przyjaciela. Zrobił wtedy na niej dosyć dobre wrażenie. Przede wszystkim spokojnego i rzeczowego.
- Był właścicielem lokalnej przetwórni. Więc tak: był istotny. Oznacza to też, że w jego rodzinie faktycznie jest fortuna jakbyś chciał się wżenić i wykorzystać kogoś w momencie słabości - odpowiedziała i wcale nie oceniałaby go za to, gdyby faktycznie coś takiego przemknęło mu przez myśl.
Świat widział dostatecznie sporo okropieństw. Czy to byłoby takie najgorsze? Chłopak mógł zresztą marzyć o zostaniu magnatem przetwórstwa, więc to byłaby jego ogromna szansa życiowa, aby dotrzeć do tej branży. A jeśli chciał być utrzymankiem to również nie było w tym nic złego. Każdy miał jakieś swoje własne ambicje, a moralność była czymś, co mocno zależało od danej osoby.

Enzo Lawrence
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Diagnozy — najłatwiej zrzucić wszystko na zaburzenia. Odnosił wrażenie, że w obecnym świecie ludzie dzielili się na dwie grupy. Na tych, którzy nie oczekiwali pomocy, bo uważali, iż nie nie jest im potrzebna i na tych, którzy potrzebowali jej aż za bardzo. Znajdywali w sobie problemy, doszukiwali się zaburzeń, diagnozowali się przy pomocy podręczników dostępnych w internecie i próbowali wmówić innym, że naprawdę są chorzy. Paradoksalnie okazywało się, że naprawdę tej diagnozy potrzebowali, bo już samo doszukiwanie się w sobie błędów powinno być znakiem ostrzegawczym i informacją, że najwyższa pora udać się do terapeuty. Ironicznie, nieszczególnie się do tych specjalistów spieszyli. Zrozumienie ludzi było twardym do przegryzienia orzechem. Pozwolił, by słowa wypowiedziane przez Ruelle rozpłynęły się w wilgotnym powietrzu. Zapach świeżo przekopanej gleby mieszał się z przesadnie słodką, niemal mdłą wonią kwiatów, które już za kilka dni miały zwiędnąć i stracić swoje znaczenie. Pod czyimiś butami zaszumiał żwir, ktoś inny kaszlnął, trzeci zaszlochał. Drobne dźwięki zdradzające więcej niż łzy. Ludzie stojący najbliżej trumny byli najsztywniejsi. Spodziewanie się po nich czegokolwiek, poza płaczem, było równoznaczne z naiwnością. Osoby stojące dalej były dużo ciekawsze. I to na nich się skupiał.
— Zamordować? — powtórzył cicho.
Gdyby nie to, że potrafił zachowywać się na cmentarzu i wiedział, że zmarłym należał się szacunek, prawdopodobnie by się zaśmiał. Zamiast tego uniósł delikatnie kąciki ust, ale wciąż ciężko było nazwać ten gest uśmiechem. Przysłonił usta wierzchem dłoni, pochylając nieco głowę, jakby próbował w ten sposób odciąć się od gapiów. Wiedział, że nie był tu gwiazdą i nikt, poza rozmówczynią, nie zwracał na niego uwagi, ale i tak to zrobił. Na w razie, gdyby ktoś jednak spojrzał.
— To wymagałoby wysiłku. A ludzie zazwyczaj robią więcej krzywdy sami sobie. Trzeba im tylko nie przeszkadzać — był pewien, że po stypie zaczną się problemy majątkowe, czy spadkowe. Wzajemne ciąganie się po sądach, wizyty u notariusza.
Stres był gorszy od morderstwa. Zabijał powoli, ze spokojem i atakował w chwilach załamania — nie jak zabójca, lecz trucizna pożerająca każdą słabszą komórkę. To, co obserwowali teraz, było końcem czyjegoś życia. Było też początkiem chaosu, który niebawem miał się rozpętać. Pieniądze. Wpływy. Fortuna. Enzo uważał, że to był tylko efekt uboczny. Najbardziej interesujące był przyczyny i skutki. Czyli to, co rozbrzmiewało pomiędzy. Żałoba nigdy nie jest czysta, tak naprawdę od momentu pogrzebu zaczyna się rozkład. I rozpad relacji.
Był przekonany, że wszyscy ci ludzie, którzy stali z zawieszonymi głowami, już dawno byli w swoim świecie. Przestali słuchać monotonnego tonu księdza. Jedno już przeliczało pieniądze. Drugie zaczynało się bać. Trzecie próbowało zgadnąć, komu przypadnie największa część spadku po zmarłym. Czwarte, czyli wdowa stojąca najbliżej grobu, której ręce drżały nerwowo, gdy nikt nie patrzył, zaczynała rozumieć, że bez męża będzie skazana na samotność.
— Uwodzenie wdowy byłoby banalne. Wystarczy być obecnym i nie zadawać pytań — wzruszył ramionami. — Nie lubię banalnych rzeczy. Wolałbym odczekać — o ile oczywiście na poważnie planowałby ożenek ze względu na pieniądze. Nie był to zły pomysł. Zapewne ktoś mógłby wykorzystać tę sprzyjającą sytuację i nie uważałby tego za coś złego. Moralność była indywidualna. Oznaczało to tylko tyle, że każdy podczas podejmowania decyzji kierował się własnymi przekonaniami i wybierał, to, co jego zdaniem było najlepsze. Ocenianie czyichś wyborów nie było domeną Enzo. Sam nie skorzystałby z takiej okazji, ale jeśli ktoś planował to zrobić, miał wolną drogę. Tylko Bóg może mnie sądzić — słyszał ten zwrot wystarczająco wiele razy, by zrozumieć, co miał na myśli autor — albo raczej osoba powtarzająca te słowa jak mantrę.
Właściciel przetwórni, a więc to tak...
Rozumiał, skąd wzięło się to towarzystwo z wyższych sfer.
— Szykowałaś go do pogrzebu? — wydawało mu się, że wiedziała dość dużo, jak na kogoś, kto przyszedł na losowy pogrzeb. On był tutaj z przyjemności. Nie zaczerpnął wcześniej z żądnego źródła informacji, kim był nieboszczyk składany w grobie. Ani czym się zajmował.
Z tyłu, w ostatnim rzędzie stało dwóch mężczyzn. Raz po raz nachylali się w swoją stronę, poszeptując coś do siebie. Czyżby zamierzali wygłaszać mowę pożegnalną? Sprawiali wrażenie osób, które tylko czekały na zakopywanie trumny i pożegnanie ze zmarłym. Ich zachowanie przyciągnęło uwagę Enzo, bo nie wyglądali na szczególnie załamanych — nazwałby ich interesantami. Planowali urozmaicić pogrzeb? Upokorzyć rodzinę zmarłego? Czyżby szykował się jakiś skandal?


Ruelle I. Prescott
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
Cae la madrugada
Y la noche acaba de empezar
La energía está elevada
Luces apagadas, solo la luna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Być może Prescott powinna się udać do jakiegoś specjalisty. Może faktycznie coś było z nią nie tak, ale według niej wszystko było w jak najlepszym porządku i nawet jeśli nie do końca zachowywała się tak jak większość osób w jej wieku to jednak można było winę za to śmiało zrzucić na jej charakter. Nie wszystko było zaburzeniem. Niektóre rzeczy były po prostu wynikiem wielu nakładających się na siebie wypadkowych.
Nie sądziła, aby ich rozmowa należała do tych z gatunku takich, gdzie rozwija się szczególnie temat. Bardziej wyglądało to tak jakby mieli poniekąd na przemian rzucać pewne uwagi i zostawiać je nietknięte jeśli tylko nie wybrzmiało coś, co ich zdaniem faktycznie wymagało dodatkowego komentarza. Odpowiadało jej to w pełni. Na pewno było dużo lepsze niż niepotrzebne strzępienie języka.
Odwróciła wzrok w kierunku swojego towarzysza, gdy tylko usłyszała jego pytanie, które w zasadzie było jedynie powtórzeniem kluczowego słowa z jej wcześniejszej wypowiedzi. Ruelle przez moment zawiesiła na nim spojrzenie ciemnobrązowych oczu, czekając na to, aż uzyska od niego odpowiedź lub też nieco wyraźniejszą reakcję niż to lekkie uniesienie kącików ust.
- Czasem potrzebują też do tego drobnej zachęty. Tylko, że z tym pewnie dla ciebie byłoby nieco zbyt wiele zachodu jak mniemam - rzuciła ściszonym głosem, nie chcąc zakłócać swoją rozmową ceremonii pogrzebowej.
Modlitwy i religijne śpiewy z pewnością potrafiły przytłumić ich głosy na tyle, że musieli się wysilić, aby usłyszeć dokładnie, co takiego mówiła druga osoba. Może i odznaczali się w jakiś sposób na tle innych żałobników przez sam fakt, że trzymali się bardziej na uboczu, ale przynajmniej nie wzbudzali zainteresowania zachowaniem, które nie odbiegało zbytnio od tego, które było ogólnie przyjęte na takiego rodzaju uroczystościach.
Ruelle nie wybiegała zbytnio w przyszłość swoimi myślami. Nie analizowała tego wszystkiego jakoś szczególnie mocno. Być może zależało jej bardziej na ogólnym obrazie niż tych szczegółach, które były z nim związane. Chciała po prostu chłonąć emocje i obecny moment. Wychwytywała oziębłe spojrzenia czy szloch, który mógł być zarówno niezwykle szczerą reakcją jak i wymuszoną teatralnością, która miała postawić umęczoną kobietę w centrum uwagi. Nigdy nie było to wiadome dopóki się bliżej nie przyjrzało się owemu indywiduum.
Może również miała w sobie podobną dozę cynizmu, co Enzo, ale na tę chwilę jeszcze starała się nie doszukiwać jakiś konkretnych ukrytych schematów i zaglądać pod misternie rzeźbioną maskę żalu. Na razie wystarczało jej to, co znajdowało się na powierzchni. Żal, fałsz, wyrachowanie... Nie analizowała ich dogłębnie. Liczył się sam fakt, że istniały.
- Odczekać na co? - zapytała jeszcze, nieco zaintrygowana jego sowami.
Miał w sobie coś, co ją w pewien sposób fascynowało. Dlatego też przyglądała mu się przez moment, próbując go w jakiś sposób wyczuć oraz ocenić. Nie mieli okazji do tego, aby spędzić ze sobą zbyt wiele czasu. Ich interakcje nie wychodziły poza profesjonalny kontakt, więc wciąż pozostawał dla niej wielką zagadką. Zwłaszcza po tym jak również z pewnej ciekawości przyszedł na pogrzeb całkowicie nieznanego mu człowieka.
- Owszem. Dlatego wiedziałam, że to może być ciekawy pogrzeb - przyznała, spoglądając w kierunku trumny, która teraz całkowicie skrywała ciało zmarłego potentata branży spożywczej. - Przyjemnie się z nim pracowało. Bardzo dobra skóra.
Miała już na tym etapie okazję o tym, aby przekonać się jak prezentowała się współpraca z różnymi ciałami. Trafiały do zwłoki tych, którzy zmarli szczęśliwie śmiercią naturalną, ale zdarzali się też chorzy lub ofiary wypadków. Zmarły na skutek zawału prezes był wyjątkowo przyjemny i skory do współpracy.

Enzo Lawrence
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”