27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ziomalka.

Kiedy odepchnęła, go tym ziomalskim ruchem poczuł dziwaczne ukłucie pod żebrami i nie, nie była to siła uderzenia Abby. Nawet nie było to bolesne, wręcz przeciwnie — nieco satysfakcjonujące wręc. Stał tak przed nią szczerząc się jak idiota. Prawda była taka, że uwielbiał ją właśnie taką. Taka jaka jest… przy nim? Zadziorną. Ktoś mógłby stwierdzić, że odrobinę bezczelną ale według niego po prostu zabawną, a przy tym umazaną nachosami i ze swobodą, która pozwalała jej bez cienia zażenowania wycierać swoje brudne dłonie do jego koszulki.
Wiesz co, niektórzy faceci dostają od swoich dziewczyn perfumy albo zegarki — zasugerował, bo czy przypadkiem nie była jego dziewczyną podczas tego wieczoru? — Ale ten unikalny tłusty wzór o serowej nucie zapachowej na mojej limitowanej koszulce to naprawdę wybitne i kreatywne wyróżnienie — trochę się zgrywał śmiejąc się pod nosem ale dobrze wiedziała, że nie było w tym ani grama złośliwości z jego strony. Jakiś typek pewnie sięgnąłby po chusteczkę i pomarudził coś pod nosem ale Archiemu to ona mogła niszczyć ciuchy, a on nawet okiem nie mrugnie. Ba! On dałby sobie wetrzeć w koszulkę całą miskę serowego sosu tylko po to, by utrzymać ten blask w jej oczach. Przez te dwadzieścia parę lat wspólnego dorastania nazbierał już sporą kolekcję plam i nie robiły one na nim większego wrażenia, ale jej radość wypisana na twarzy za każdym razem go rozbrajała.
Dzisiaj, na tym podium chyba nawet bardziej niż kiedykolwiek. I przez ułamek sekundy, gdy wznosili ten puchar nie kryjąc radości było i d e a l n i e, a potem w sekundzie zrodziła się panika. Widział to w jej oczach i czuł to pod swoją skórą. Sęk w tym, że on był stworzony do kryzysowych sytuacji i usterek, wymyślał rozwiązania na poczekaniu i w porywie chwili, by potem martwić się ich efektami, na które znów znajdował jakieś chwilowe rozwiązanie i tak w kółko. Teraz najwyraźniej uznał, że odprawianie spektaklu godnego Oscara przed obcymi ludźmi to jest TO! W sekundzie, kiedy podjął decyzję by stać się bohaterem telenoweli nie przewidział tego, że gdzieś między tym pozłacanym plastikiem i ich ciałami atmosfera zgęstnieje do tego stopnia, że jego natrętny głosik przybierze na sile.
Chciał ją pocałować.
Bardzo chciał.
A jednak strach przed naruszeniem świętości jaką niewątpliwie była ich przyjaźń był silniejszy niż pożądanie, które uderzało do głowy mocniej niż tequila. I właśnie ten strach sprawił, że zadziałał szybko, odrobinę bezczelnie i jak na luzaka przystało rzucił bez zastanowienia: miejmy to za sobą.
I mieliby, serio.

Ale Abby…
Spoiler
Error, error, error...
Obrazek
Damn, girl!
Poczuł jej miękkie wargi muskające płatek jego ucha, a po karku przeszedł mu przyjemny dreszcz. I kiedy jej palce wplotły się w jego włosy szarpiąc nimi delikatnie, nie tylko miał większy chaos na głowie ale i w całym swoim ciele. Czuł, że grunt osuwa się mu spod nóg i przez moment nie był pewien czy to dalej gra… czy może jest szansa, że?
Że co?
Nie bądź głupi.
Poczuł jak się spięła i szybko pomógł jej przystanąć na ziemię, a potem jego spojrzenie zatrzymało się na jej wypiekach. Sam poczuł przyjemny skurcz w podbrzuszu, a przy tym jego policzki nabrały kolorów jakby był jakimś dzieciakiem. Boże, co za wstyd.
Naprawdę, świetna gra aktorska Archibald!
Sprzedane i to z nawiązką!!!
Musiał wziąć głęboki wdech, by nie zdradzić się, jak ta mistrzowska gra aktorska właśnie go przeorała. Słysząc o drinkach przez moment poczuł ulgę, a potem dotarło do niego, że przyjechał samochodem. Jak się okazało dla Abby to nie było problemem, ale on tylko się roześmiał słysząc jej pytanie. — Podwójnie? — zapytał jakby chciał się upewnić, czy jest tego pewna. — Wallace, ty po połowie drinka jesteś niebezpieczna dla otoczenia, a co dopiero po dwóch — czy faktycznie tak było? Pewnie nie! Miller po prostu lubił się zgrywać i koloryzować, by potem roześmiać się i rzucić luzacko: żartuję! Przy niej to już nawet nie musiał tego mówić, miał to wypisane na twarzy, z której ona czytała wybitnie dobrze.
Dziwne, ze nie dopatrzyła w nim tej chęci złożenia… a nieważne.
Ja wybieram, ty pijesz. Umowa stoi — oznajmił i dał się pociągnąć za koszulkę w stronę baru, gdzie już zasiadali jego ulubieni medaliści. Hendersonowe Złotka. Dziękujemy! — odparł natychmiast z tym swoim rozbrajającym uśmiechem i szybko spojrzał na Panią Henderson. — Wie pani co? Ja to bym powiedział, że nie pomimo, a właśnie dzięki tej przerwie — zaczął zawieszając się na moment, by dać jej chwilę na poruszenie wyobraźni, a kto wie ile to czasu zajmuje starszym paniom… i dopiero po chwili odchrząknął lekko dodając z łobuzerskim uśmieszkiem na twarzy. — Wie pani jak to jest być młodym i… no, ekhem… pełnym sportowej pasji — zaczął nie spodziewając się tego, że nagle pani Henderson gwałtownie wciągnie powietrze, a potem zacznie wachlować się dłonią chichocząc jak nastolatka. — Czasem potrzeba chwili na okiełznanie tych emocji… w odosobnieniu, by wrócić na tor i roznieść towarzystwo… Choć państwo! Państwo są nie do pobicia — wyznał i nie zamierzał ukrywać tego jak przednio się bawił. Planował się tym delektować i rozsiadł się na jednym ze stołków obok pana Hendersona klepiąc go przyjacielsko po ramieniu.
A pan, panie Henderson… dziesiąty raz? Szacuneczek. Niech pan uchyli rąbka tajemnicy… to ta kwestaia ułożenia nadgarstka czy po prostu ma pan u boku najpiękniejszą zawodniczkę w lidze? — ale z niego czaruś, doprawdy! To chyba taki urok Millerów, ale szybko zerknął na Abby z takim jakimś uznaniem i znów pochylił się nad uchem Hendersona mówiąc nieco ciszej. — Bo i w kwestii nadgarstka i partnerki zyskali dzisiaj państwo wymagających przeciwników. Za rok to złotko będzie nasze! — pogroził czy ostrzegł? Mniejsza. Sęk w tym, że Archie nie był pewien czy on go słyszy, bo miał jakiś dziwny sprzęt w uchu i kto wie czy to ustrojstwo nie stało za sukcesem ich zawodów i małżeństwa.
Wtedy, kiedy było wyłączone oczywiście!
Siedząc tak zgarnął menu z drinkami i szybko przejrzał propozycję, a że nie chciał zwlekać z wyborem szybko wybrał zestaw dwóch shotów, które trzeba wypić jedno po drugim w ekspresowym tempie. Jeden przeźroczysty i okrutnie kwaśny, a drugi gęsty, słodko brzoskwiniowy i zaskakująco palący, bo z kropla tabasco na dnie. Było to coś, co wybrałby dla siebie, a potem jeszcze dodał. — A dla mojej Bulwy poproszę jeszcze Strike Prosto w Serce przyjacielu — uśmiechnął się szeroko ponownie widząc radosną minę Trevora. Aż chciało się żyć! I oczywiście, że zarówno shoty jak i ten musujący drink z granatem i prosecco był dla Abby. — I jeszcze cole zapodaj — dodał, bo w sumie zaschło mu w ustach po tym wręczeniu nagród.

moja usterko! sprawiasz, że mam error error ⚠️👾🎳🆘
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wyglądała jak burak.
Policzki piekły ją niemiłosiernie i chociaż można było w pierwszej kolejności dojść do wniosku, że wynikały one z zawstydzenia, taka sama Wallace wiedziała, że były ona bardziej wywołane gorącem, które otuliło jej ciało.
Sposób, w jaki Miller trzymał ją w ramionach, jak blisko był, jak przycisnął ją stanowczo do siebie, żeby przypadkiem nie zaliczyła bliskiego spotkania z podłogą, to wszystko składało się na przyśpieszone bicie serca. Jeśli dołożyć do tego jeszcze zapach jego perfum, które znała na pamięć, sposób, w jaki na nią patrzył oraz to, co sama zrobiła z płatkiem jego ucha, muskając je raz po raz wargami… można było osiągnąć mieszankę iście wybuchową. Do oszalałego serca dochodził od razu przyśpieszony oddech oraz krew w żyłach, która nagle zaczęła pulsować aż przy samej skroni.
Była daleka od normalności.
A jednak resztkami samokontroli znalazła w sobie pokłady sił, by z uśmiechem zejść z podium i zaciągnąć do baru. Rozsiadła się wygodnie na hokerze, wsłuchując w słowa Pani Henderson, chociaż jej głowa wcale nie procesowała słów, jakie wypowiadała kobieta. Myśli Abby wciąż kręciły się wokół Archiego. Z jednej strony podobała jej się ta bliskość, lubiła czuć adrenalinę, ale w tym samym czasie nienawidziła samą siebie za to, że pozwalała sobie przy nim czuć tak wiele. Nie powinna. Doskonale o tym wiedziała. Szkoda tylko, że nawet będąc po szkole medycznej i mając tytuł lekarza, nie miała pojęcia, jak sobie z tym poradzić.
Przyswoić?
Zaignorować?
Zaakceptować?
Szkoda, że to wcale nie było takie proste. Tym bardziej, kiedy Miller już bajerował ich nowych towarzyszy przy ladzie nienagannym uśmiechem i gadaną, którą wskrzesić z siebie potrafił tylko on. Nikt inny. Pani Henderson była za-chwy-co-na. Z głową opartą na dłoni tuż nad ladą, wpatrywała się w młodego Millera z niemałym zainteresowaniem, kiedy tak dwuznacznie nawiał o mocy nadgarstka.
Ty mi nie musisz mówić — machnęła wolną ręką, przy okazji przewracając oczami. — Ja z Hankiem w naszych latach świetności obskoczyliśmy każda toaletę w Toronto!! — rzuciła zadowolona, po czym spojrzała wymownie na swojego męża, który tylko wzruszył ramionami, jakby była to kompletna błahostka. — Ten tutaj nigdy nie potrafił trzymać łap przy sobie — nachyliła się lekko i szturchnęła go w ramię. Wallace mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem. Chociaż BARDZO nie chciała sobie wyobrażać tej dwójki staruszków w miłosnych uniesieniach, tak trzeba było przyznać, że zawsze tego typu pary potrafiły być rozczulające. To jak wiele musieli razem przejść, jak związali się na całe życie i faktycznie w tym pozostali. I że dalej potrafili się kochać równie mocno. Dało się to zauważyć chociażby w sposobie, w jaki pan Henderson objął swoją żonę, a po chwili złożył na jej włosach przelotny pocałunek.
Przelotny, bo sir Miller już czarował dalej, wypytując mężczyznę o to, jak to robił, że tyle razy z rzędu zgarnął złoty puchar wraz ze swoją małżonką. Dużo się jednak nie dowiedział, bo staruszek odpowiedział mu coś, że lata praktyki i żeby przypadkiem się nie podniecał za bardzo na następny konkurs, bo oni nigdzie się nie wybierali.
My też się nigdzie nie wybieramy — wtrąciła dumnie Abby, chcąc podkreślić, że ich dwójka również łatwo się nie poddawała. Oboje zawsze mierzyli wysoko, lubili wygrywać, a skoro tego wieczoru skończyli na podium ze srebrem, to nie pozostawało im nic innego, jak następnym razem sięgnąć po złoto. Może będą musieli trochę pochodzić wcześniej na tor i potrenować, ale byli zdecydowanie na odpowie ścieżce do sukcesu. Oraz do czystego pijaństwa, jak się za chwile okazało, bo Archie nie dość, że wybrał dla niej obrzydliwe mocne szoty, to w dodatku dorzucił do tego drinka. Wallace spojrzała na niego zaskoczona.
Chcesz mnie upić, Miller? — zagadała, opierając się jeszcze bardziej na ladzie i lekko nachylając w jego kierunku. Barman coś pomruczał pod nosem, że więcej powymyślać się nie dało, ale finalnie poszedł zająć się produkcją trunków. — Mama cię nie uczyła, że to bardzo nieładnie tak wykorzystywać kobiety? — znowu go zaczepiła. Oczywiście próbowała przy tym wszystkim zrobić wyjątkowo poważna minę, jednak spoglądając w jasne oczy Miller nie dało się. Poza tym, znała Dorothy od małego i kto jak kto, ale akurat ona z pewnością nauczyła wszystkie swoje dzieci samych wspaniałych wartości. Nawet dla Wallace była jak druga matka, więc o czym oni tutaj dyskutowali?
Przekręciła się na krześle, gdy szoty przyjechały na salony, a nim Archie zdążył rzucić chociaż słowem, Abby złapała szkło w ręce i wlała całą zawartość prosto do gardła. Potrzebowała tego. Potrzebowała chwili rozluźnienia, żeby jakoś wyciszyć kręcące się wokół Millera myśli. Dlatego zaraz siup na drugą nóżkę wyzerowała kolejny. Barman, który dopiero co zdążył przynieść jej drinka tylko spojrzał pierwsze na kieliszki, a potem na nią i kręcąc z niedowierzaniem głową, odszedł do innych klientów.
A właśnie — zaczęła, nachylając się w stronę przyjaciela i zaglądając mu w oczy. — Powinnam cię ostrzec — powiedziała tajemniczo, zaciskając palce mocniej na jego ramieniu. — Zjadłam dzisiaj tylko dwie kanapki z serem i trochę nachosów, więc… — wolną dłonią sięgnęła po szklankę z prossecoo i bezczelnie na jego oczach upiła kilka łyków. Abby nigdy nie miała mocnej głowy i kto jak kto, ale Archie Miller widział o tym najlepiej. Czasami wystarczyło jej kilka szotów i była poskładana, a kiedy dołożyć do tego duży ładunek emocjonalny i brak podkładki w organizmie… cóż mogło być ciekawe. Chociaż nie musiało! Mogła się również dobrze po prostu nieco wyczilować. Tak jak w tamtej chwili, gdy odepchnęła się w końcu od ramienia Archibalda, żeby wykonać pełne trzysta sześćdziesiąt na hokerze. Pani Henderson zachichotała i też nieco się powierciła.
Jak się poznaliście? — wypaliła zupełnie spontanicznie, znowu zagadując starsze małżeństwo. Kobieta spojrzała na swojego partnera, jakby chciała w pierwszej kolejności dać mu możliwość opowiedzenia, ale Pan Henederson tylko machnął ręką, dając jasno do zrozumienia, żeby to ona czyniła honory.
I dobrze, bo ja to przynajmniej mówie jak było — puściła mu oczko, a następnie przeniosła spojrzenia na Archiego i Abby. — Było lato. Gorące jak diabli, więc wszystkie potańcówki robili na zewnątrz, do tego był to jakiś festiwal, pełno ludzi, muzyka, tańce…
I dużo alkoholu — wtrącił Hank.
No dużo dużo — przyznała mu rację. — No i oczywiście ja piękna, młoda. Miała wtedy taką falbaniastą sukienkę i oczywiście wielki dekolt. No więc tańczyłam z jakimś kompletnie nudnym facetem, który słuchajcie dosłownie liczył kroki na głos… — przewróciła oczami, na co Wallace tylko prychnęła pod nosem. — I wtedy… ten idiota wpadł na nas z piwem. A dokładniej to na mnie i wylał na mnie pół tego piwska, na moją piękną sukienkę i włosy i jeszcze miał czelność powiedzieć, że żadna laska nie była tak szybko mokra na jego widok, wyobrażasz to sobie? — spytała z niedowierzaniem w stronę Archiego, jakby to w nim chciała szukać zrozumienia. W końcu wydawał się porządnym chłopakiem. Czego Pani Henderson nie wiedziała, to że było to coś, co on w stu procentach pewnie mógłby powiedzieć w żartach. — No i co? I dostał po twarzy. DWA razy. Tylko jemu się to chyba jeszcze bardziej spodobało, bo potem przez cały wieczór za mną chodził i nie chciał mi dać spokoju. No i tak chodził… że został do teraz.

is this us in the future? ˚˖𓍢ִ໋❀
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Archie prawie zakrztusił się własną śliną, kiedy uroczy głos pani Henderson oznajmił wszem i wobec wieść o wieloletnim obściskiwaniu w toaletach. Przez chwilę toczył w myślach batalię gdzieś pomiędzy - o mój boże za dużo informacji - vs - szacuneczek panie Henderson, szacuneczek, a gdy tylko wspomniała o nietrzymaniu łap przy sobie to Arczi od razu poczuł z tym człowiekiem braterską więź pomimo różnicy wieku. Niesamowite to było! — Na samo wspomnienie pani promienieje! — stwierdził z uznaniem śmiejąc się przy tym lekko, bo prawdę mówiąc nie spodziewał się takiego obrotu spraw, gdy planował wyjście z Abby. A teraz proszę! Siedzieli sobie obok starszej pary, a obserwując Hendersona całującego żonę w czubek głowy Archie poczuł dziwne ciepło w okolicy mostka, jakby ten rozczulający widok był czymś czego wewnętrznie po cichu pragnął, a może potrzebował? A może miał na wyciągnięcie ręki tylko się bał. I nie, bynajmniej nie chodziło o Panią Henderson. Tak, chciał mieć kogoś z kim przetrwałby tyle lat i wciąż z chęcią całował ją przy barze w obskurnej kręgielni. Kto by nie chciał?!
Hank mógł próbować ostudzić zapał Archibalda, ale to nie należało do łatwych zadań. Abby go znała, więc dobrze wiedziała, że jak się zafiksuje na czymś to łatwo nie odpuszcza… z resztą ona też, o czym świadczyły wypowiedziane przez nią słowa: my też się nigdzie nie wybieramy. Miller spojrzał na nią - już po raz kolejny tego wieczoru, ale za każdym razem nie mógł się oprzeć - pękając z dumy, serio. Ona z resztą też wyglądała teraz na taką dumną i jeszcze w oczach błyszczały te jej zadziorne iskierki. Nie poddawała się, nie odpuszczała…ach… z jego ust wyszło takie rozmarzone westchnięcie, po którym szybko spojrzał na Hendersona prostując się. — Słyszałeś ją Hank, co nie? W przyszłym roku Zimeniaczane Bulwy nie będą brały jeńców, a za te toalety to ja stawiam dzisiaj drinka mistrzu — dodał mrugając do staruszka porozumiewawczo.
Gdy Abs wyskoczyła z pytaniem odnośnie upicia nie zamierzał kłamać. — Chcę! — przytaknął zaskakująco pewnie i obdarzył ją najszczerszym uśmiechem w tej galaktyce. Wciąż miał w pamięci te wszystkie szalone akcje, które się im zdarzyły gdy podprowadzili odrobinę procentów starym. Jak byli młodzi to niewiele im trzeba było do szczęścia, ale Abby miewała historyczne słabe momenty, jak chociażby wtedy gdy ukradli czteropak na grillu i schowali się w domku na drzewie. Co to była za przygoda, gdy przyszło zejść jej po drabinie, a ona wolała udawać, że jest w Ice Tower, a potem jeszcze przez piętnaście minut rozmawiała z wiewiórą, która po pięciu tak naprawdę już uciekła. — A tak poza tym to nikt tu JESZCZE nikogo nie wykorzystuje, Wallace — przyznał mrużąc lekko oczy i pochylając się w jej kierunu. — I po drugie to mama uczyła mnie kultury, wiesz? Nawet gdybyś bardzo chciała i błagała to tutaj panuje — poklepał się po klatce tam, gdzie bije jego wielkie serce — święta zasada, że dziewczyn pod wpływem procentów się nie wykorzystuje. Nawet jeśli są najbardziej urokliwymi Bulwami w Toronto — oczywiście w stanie trzeźwości, bo po pijaku to on za siebie nie odpowiada. mrugnął do niej figlarnie czując jak to jego wielkie wspaniałomyślne serce teraz wywinęło dziwacznego i radosnego fikołka, gdy spoglądał na jej rozbawioną twarz. Przekomarzanie się znią było jednym z jego ulubionych zajęć, naprawdę.
Kiedy nagle odepchnęła się robiąc pełny obrót roześmiał się, ale też szybko zawołał. — Astronautko! Pamiętaj, że na pokładzie masz tylko dwie kanapki z serem — nawet odruchowo wyciągnął rękę w razie, gdyby musiał ją złapać przed wylotem z orbity. N aszczęście zachowała równowagę i zagadnęła do pani Henderson, a Archie oparł łokcie o bar i przysłuchiwał się tej opowieści. Z każdą chwilą z coraz to większym uznaniem, oczywiście dla podbojów Hanka.
— G E N I U S Z, absolutny geniusz — zaklaskał zwracając się do Hanka, ale szybko zobaczył minę jego żony i się naprostował. — Ryzykant, ale genialny i niech mi Pani wybaczy. Mi tego zachwytu, a jemu tego podrywu, ale no naprawdę — odparł nie kryjąc zdumienia — dostać dwa razy w twarz i uznać to za zielone światło do dalszych starań. PIĘKNE, takiej determinacji teraz ludziom brakuje — pochylił się nad barem i wyszczerzył się do Abby, b o oczywiście jemu też nie brakowało determinacji, prawda Wallace?!
Hankowi bardzo te słowa uznania do gustu przypadły. — Wiesz jak jest młody — zaczął poprawiając aparat słuchowy — jak poznajesz taką dziewczynę to albo ryzykujesz utratę zębów albo spędzasz resztę życia zaatanawiajac się jak smakowało to piwo, którego razem nie wypiliście. ja wybrałem to pierwsze, a zęby? Zęby i tak straciłem czterdzieści lat później na twardych karmelkach, ale ją — tutaj spojrzał na swoją żonę z niebywałym uznaniem, że aż Archie wydał z siebie kolejne westchnięcie — ją dalej mam — i teraz dało się słyszeć już tylko ten specyficzny chichot starszej pani, który chyba wyryje się im w pamięci na wieki wiekuiste. — Dalej jest taki uparty jak osioł — niby przewróciła oczami mówiąc im to, ale najwyraźniej właśnie to w nim lubiła. Teraz jednak spojrzała badawczo na Archiego, a potem przeniosła się na Abby. — No dobrze gołąbeczki, to teraz wasza kolej — przyklasnęła, sięgnęła po drinka i czekała na ich opowieść, ale Archie zadbał o to, by za długo nie czekała.
My to się znamy od czasów, gdzie po ogródku lataliśmy jeszcze w samych majtkach jako takie bajtle — rękami chyba próbował określić ich rozmiar, ale to nie miało teraz takiego znaczenia. — A kąpiel w jednej plastikowej miednicy to był szczyt luksusu. No i ja już wtedy próbowałem na niej te podrywy uskuteczniać, a jak tak spojrzę na to z perspektywy czasu to są równie mocne jak to piwo — zaśmiał się wspominając małego Archiego, który wiecznie był umorusany i w głowie miał pełno absurdalnych pomysłów. W sumie to niewiele się zmieniło. — Pamiętasz tę kijankę z rowu co ci przyniosłem do naszej miednicy i oświadczyłem, że to będzie nasze pierwsze wspólne zwierzątko albo syn, nie jestem teraz taki pewien… — zmierzwił się po blond czuprynie i upił łyka coli. — O albo wtedy co zrobiłem casting na najlepszą dżdżownicę. Dwie godziny… DWIE ryłem w ziemi w poszukiwaniu kandydatek. Urządziłem im nawet prawdziwy casting, wybierając tę, która najlepiej wywijała się na słońcu, ale ztego co pamiętam zareagowała bardzo podobnie jak pani na to piwo, chyba nawet dostałem dwa razy plastikową łopatką — był w swoim żywiole, ale zawsze miał gadane i czasami trzeba było go przystopować, ale piękne ti były czasy, piękne! Może nie mieli historii jak Hendersonowie, a i tak czuł jakieś dziwne uczucie satysfakcji… po ich historii pisanej błotem, kijankami i dżdżownicami, a przecież nawet nie byli prawdziwą parą.
Panie Henderson jednak dziwnie spoważniała i nagle konspiracyjnie szepnęła do nich, choć bardziej skłaniając się twarzą do Abby. — Wiecie dzieci… z dżdżownic się wyrasta, z kijanek też ale z tych spojrzeń jakie on ci posyła dziecko — poklepała Abby po udzie i westchnęła rozmarzona. — oj z tego się nigdy nie wyrasta. Właśnie tak patrzył na mnie Hank jak mu wylałam to piwo na buty — oznajmiła, a Archie nagle sięgnął po swój napój próbując chyba ukryć w szklance swoją minę, bo poczuł się przyłapany na gorącym uczynku, a Hank podłapał moment, ze piją i wniósł jeszcze szybko toast. — Wasz zdrowie dzieci i waszych przyszłych kijanek!


ofiaruję mojej dziewczynie najpiękniejszą dżdżownice na dzielni 🪱 🐸 👴 👵
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Abby również nie spodziewała się, że spontaniczne wyjście na poprawę humoru skończy się epicką walką o podium na skalę światową (wcale nie), a jeszcze na koniec prze miłym spędzeniem czasu przy barze z dwójką inspirujących ludzi, jakimi było małżeństwo Hendersonów.
Wallace niby kompletnie ich nie znała, a jednak kiedy tak opowiadali o tym, jak się poznali i jak bardzo w sobie nawzajem zakochali, czuła do nich o wiele większe przywiązanie. Była roz-czu-lo-na tym, że na świecie byli jeszcze ludzie, którzy potrafili pozostać wierni. Potrafili walczyć o relacje, a nie poddawać się przy pierwszej, lepszej górce i po prostu szukać sobie zastępstwa. Miłość w dzisiejszych czasach była ciężka, ale kiedy patrzyło się jak Pan Henderson całuje swoją wieloletnią żonę prosto w czoło, człowiek od razu łapał więcej nadzei do serca.
Nie miała jej za to za grosz do Archibalda, który pewnie oznajmił, że jeszcze nikogo nie zaczął wykorzystywać, a zaraz potem jeszcze, że mama nauczyła go kultury i dziewczyn pod wpływem procentów się nie wykorzystuje. Bardzo piękna zasada. Złota wręcz. I może Abby by go nawet pochwaliła za tak szlachetne podejście do tematu, jednak strzeliła już sobie dwa szociki i pół drinka na pusty żołądek, a to znaczyło, że jej głowa powoli przechodziła w stan relaksu oraz… nadmiernej bezczelności.
I co, nie ma od tego żadnych wyjątków? — zmrużyła oczy, przyglądając mu się uważnie. — Żadnych-żadnych? — nie dawała za wygraną. Nawet nachyliła się bardziej w jego kierunku i tak też chciała pozostać, jednak grawitacja (i lekko wykręcone krzesło) sprawiła, że ciało Wallace lekko zachwiało się do przodu, przez co zwinnie zeskoczyłam a ziemię, dłonią podpierając się na ramieniu przyjaciela. — A jakby tak CZYSTO HIPOTETYCZNIE jakaś dziewczyna chciała? — zadała niesamowicie ważne pytaniem, spoglądając na niego zaczepnie. Nie miała zamiaru oczywiście sprawdzać tej teorii, tak o sobie tylko pytała, żeby zawstydzić Millera (wcale nie tylko). Trochę też po prostu była ciekawa jego odpowiedzi. — No wiesz, jakby chciała być wykorzystana? — nachyliła się w jego kierunku, palce mocniej zaciskając na materiale ziemniaczanej koszulki. Biorąc pod uwagę ich wieloletnią przyjaźń, można było śmiało stwierdzić, że pod żadnym pozorem nie naruszyła jego przestrzeni osobistej, jednak na podstawie bezczelnego błysku jawiącego się w oku, można było mieć co do tego solidne wątpliwości. Jaka była prawda? Chyba sama Abby tego nie wiedziała. Tak samo nie była pewna co by właściwie dalej zrobiła, gdyby tuż obok nie pojawił się barman z dodatkowymi drinkami, tym razem na koszt Państwa Harrisonów, którzy koniecznie chcieli się dowiedzieć, jak to właściwie się stało, że Abby i Archie byli parą, chociaż wcale nie byli.
Mogła się odezwać, bo gadane miała przecież całkiem niezłą, ale nie przy nim. Przy Millerze nikt nie miał większej pary od niego; nikt nie opowiadał z tak wielką pasją i zajęciem, dlatego Abby nawet nie próbowała — po prostu wskazała dłonią na swojego towarzysza i wykonała drobne dygnięcie, oddając mu mikrofon.
Archie mówił o nich pięknie.
Opowiadał wybrane historie z dzieciństwa, o tym jak zbierał robaki i przynosił kijanki, a Wallace na moment kompletnie się rozmarzyła. Wróciła zgrabnie na swojego hokera, podparła łokieć na blacie, a na nim ułożyła brodę i… wpatrywała się z Archiego jak w obrazek. Na nowo przeżywała te wszystkie historie rodem z bajki dla dzieci, które oni przecież przeżyli na własnej skórze. Dopiero kiedy Miller wspomniał, że to było trochę jak to piwo Pana Harrisona, Wallace zaśmiała się głośniej i przewróciła oczami.
To prawda — mruknęła zadowolona i wyzerowała drinka. Tego samego, czy już kolejnego? A zresztą. — Przez całe przedszkole i podstawówkę uważałam, że jesteś obrzydliwy — oznajmiła, chyba pierwszy raz przyznając do tego na głos. Chociaż z drugiej strony, czy to, że uciekała przez dżdżownicami, które jej łowił nie było wystarczającym znakiem? Odstawiła szkło na blat i przeniosła spojrzenie z Hendersonów na Archiego. — Za to w szkole średniej byłam w nim zakochana po uszy — to tez powiedziała po raz pierwszy. Wyznała, kompletnie nie zdając sobie sprawy, jakie znaczenie tak właściwie miały jej słowa. Ale taka była prawda. Abby była zakochana w Archiem przez wiele lat. I chociaż z czasem udało jej się to odpowiednio wyciszyć, tak był moment, kiedy nawet przestała się do niego odzywać, tylko dlatego, że nie umiała poradzić sobie z brakiem odwzajemnienia tych uczuć. Miller miał wtedy dziewczynę, piękną Selenę, która miała włosy prawie do tyłka i wielkie, zielone oczy. Wiedziała, że nie mogła z tym konkurować, a patrzeć tym bardziej na to nie chciała. Wiec leczyła złamane serce w imprezach i spotykaniem się z innymi chłopakami na siłę. Tylko po to, żeby zapomnieć.
Całe szczęście w końcu się dotarliście, gołąbeczki — rzuciła zadowolona pani Henderson, uśmiechając się szeroko, kompletnie nieświadoma, że przecież to całe udawanie pary było jedynie głupią farsą. Że tak na dobrą sprawę w c a l e się nie dotarli, a po prostu minęli.
Za każdym razem się mijali.
Chociaż z tego, co po chwili szepnęła jej na ucho pani Henderson, okazało się, że w ich spojrzeniu wciąż dało się zobaczyć resztki czegoś więcej niż tylko koleżeństwa. Pewnie w normalnych okolicznościach, Wallace spaliłaby buraka, ale alkohol, który już pływał w jej żyłach sprawił, że zamiast tego uśmiechnęła się i również spojrzała w stronę Millera.
Tak, piękne ma oczy, czyż nie? — rzuciła zadowolona, a oczywiście kobieta pokiwała twierdząco głową, chociaż zaraz szturchnięta przez swojego męża musiała przyznać, że drugie najładniejsze w całym Toronto. — Za kijanki!! — krzyknęła, gdy przyszedł czas na toast i w imieniu swoim oraz swojego towarzysza stuknęła się z małżeństwem szklaneczkami, a potem wypiła jedną porcję siup i drugą za Archiego również siup. Do tego stopnia siup, że kiedy tylko z głośników poleciała bardziej energiczna piosenka (pewnie jakaś Britney Spears czy Black Eyed Peas), Abby momentalnie zerwała się z miejsca, lekko zatoczyła i już zaciskała palce na przedramieniu Millera.
Ej, idziemy tańczyć? — spytała z pełnym zaangażowaniem. — Chodź, chodź, chooodź — poprosiła jeszcze piękniej, nie spuszczając spojrzenia z jego jasnych oczu. A potem jeszcze nachyliła się bliżej. — Bo inaczej powiem wszystkim, jak zlałeś się w gacie tego jednego dnia kiedy mieliśmy dziesięć lat i włamaliśmy się do tego okropnego domu strachów, a ty wystraszyłeś się klauna — czy ona mu właśnie groziła? No chyba tak. Ale argument to miała raczej… średni.

Zostań moim przyjacielem, takim na stałe, jak ten pod skórą tusz
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Archie choć przez większość czasu robił za takiego przyjemnego błazna i zdawałoby się, że do poważnych planów to naprawdę było mu daleko to najwyraźniej potrafił zaskoczyć nawet samego siebie. Przykładowo teraz, bo nie tylko Abby była rozczulona widokiem Państwa Hendersonów. On też poczuł dziwny ucisk w klatce piersiowej, bo najwyraźniej zdał sobie sprawę, że sam chciałby od życia czegoś podobnego. Że też naiwnie marzył o kimś, kto nie odpuści sobie go przy pierwszej górce, kto będzie wycierał brudne ręce w jego koszulkę przez następne pięćdziesiąt lat i i kogo wciąż będzie chciał całowac w czoło przy barze, nawet wtedy gdy oboje będą wyglądać jak pomarszczone rodzynki. I przez sekundę zamiast ciskać kolejnymi żartobliwymi ripostami po prostu przytaknął z uznaniem, bo Hendersonowie byli świadectwem tego o jaki puchar warto walczyć w życiu.
Jego uznanie zostało jednak brutalnie przerwane zaczepnym odpytywaniem Abby, a on bardzo skrupulatnie starał się ukrywać przed światem fakt, że jej nagła pijana bezczelność wybiła go z rytmu. Uniósł brew i pod maską rozbawienia ukrył tę część siebie, która teraz chętnie sprawdziłaby, gdzie kończy się ta jej hipotetyczna odwaga. Jemu jej nie brakowało, a w lekko pijanej Abby było coś co sprawiało, że nie mógł oprzeć się droczeniu. Choć czy tak naprawdę się tylko droczył?
To bardzo niebezpieczna gra Wallace, szczególnie dla kogoś, kto ma problem z równowagą na hokerze — zauważył zniżając głos. — Czysto hipotetycznie? — zapytał nie spuszczając z niej spojrzenia. — Hipotetycznie to ja mam bardzo słabą silną wolę — wyznał z teatralnym smutkiem, jakby łamało mu to serce, choć tak naprawdę wcale nie ubolewał nad swoimi wadami. — Więc lepiej nie pytaj o wyjątki — ostrzegł przyjaciółkę, która teraz zaciskała palce na jego koszulce. Świetnie się przy tym bawił. — Chyba, że jesteś gotowa na to, że Miller przestanie być dżentelmenem i pokaże ci, jak bardzo mama myliła się w pewnych kwestiach — wyznał, a na twarzy pojawił się ten znajomy łobuzerski uśmiech. Na końcu zabrakło tylko słynnego żartuję, którego zdecydowanie nadużywał.
Zgrywał się, czy mówił poważnie?
I guess we'll never know.
Drinki Hendersonów pojawiły się w samą porę albo nie w porę przerywając tę chwilę między nimi, która wymagała od Archibalda wspięcia się na swoje aktorskie wyżyny, kiedy zgrywał totalnego luzaka, choć naprawdę wcale nie był taki niewzruszony zachowaniem Abby. Dopiero teraz odchrząknął zdając sobie sprawę, że przez ostatnie pół minuty wstrzymał powietrze. — Uratowała cię ta darmowa kolejka — odparł wracając do roli luzaka, którą miał opanowaną do perfekcji i zaczął snuć opowieści dotyczące ich poznania, a robił to bardzo dobrze. Wszyscy go słuchali, miał wrażenie, że nawet Abby przeżywała to raz jeszcze całą sobą ale kto by nie przeżywał? Ich historie były tymi, do których zawsze z chęcią wracał pamięcią i które skrupulatnie pielęgnował w swojej głowie. Nie spodziewał się, że za te opowiastki o dżdżownicach Abby spuści na niego bombę w postaci miłosnego wyznania.
Kto mógł to przewidzieć?
A no nikt!
Wallace, błaaaaagam cię! Nie mówi się takich rzeczy przy świadkach, bo Pani Henderson zaraz zacznie nam tu planować wesele — oczywiście, że w sytuacjach kryzysowych uciekał w klasykę - czyli żart. — Zakochana po uszy — zacmokał uśmiechając się łobuzersko. — Kto by pomyślał?! Musiałem być zabójczo przystojny w tych powyciąganych dresach — które w tamtym koszykarskim okresie bardzo sobie upodobał.
Nie zwlekając stuknął się z Hendersonami swoją colą wznosząc toast jakby nigdy nic, ale licealne wyznanie Abby mocno zbiło go z tropu.
Zawsze coś czuł… To, że gdzieś po drodze wybitnie się mijali to jedno, a to, że przez te wszystkie lata żył sobie w przekonaniu, że ich relacja to szczyt ich możliwości, to druga kwestia. Przyjaźń z Abby zawsze była takim bezpiecznym miejscem, w którym on mógł robić za rycerza na białym koniu, wpadać z pizzą o trzeciej nad ranem, wspinać się na wyżyny swoich komicznych wystąpień by poprawić jej humor i zgrywać z siebie największego durnia w kryzysowych sytuacjach, tak po ludzku przy niej być… bo przecież to uwielbiał. Nie pchał się dalej i to wcale nie dlatego, że mu nie zależało, a właśnie przeciwnie. Zależało mu za bardzo, ale co taki błazen jak on mógł zaoferować takiej dziewczynie jak Wallace? No właśnie, a jako przyjaciel mógł dać jej wsparcie, śmiech i ramię do wypłakania. No wszystko… prawie. Po co miałby to psuć swoim chaosem, roztargnieniem i głupimi pomysłami? Tak było bezpiecznie… przynajmniej do teraz, bo teraz to miał chwilową usterkę systemu gdzieś pomiędzy myślami, aparatem mowy, a sercem.
E r r o r .
Zaśmiał się słysząc komplement z jej ust i puścił jeszcze raz oczko do pań dyskutującym na temat jego oczu, po czym z jeszcze większym rozbawieniem zarejestrował to dwukrotne drineczkowe siup Wallace przeczuwając, że czeka ich wspaniały powrót do domu.
Teraz jednak nie potrafił się tym przejmować, nie kiedy wbiła w niego te swoje jasne oczy i błagalnie zaciągała go na parkiet. W pierwszej chwili już prawie się na to nabrał, a potem wyskoczyła z tym klaunem i to był cios poniżej ziemniaczanego pasa. — Mieliśmy to zabrać ze sobą do grobu!!! Podpisaliśmy pakt milczenia w domku na drzewie — fuknął udając oburzenie, choć wcale się nie złościł. Prawda była taka, że bez gróźb wyszedłby z nią na parkiet, nawet gdyby zapuścili marsz żałobny, choć w związku z ostatnimi wydarzeniami mogłoby to się zakończyć emocjonalnym zjazdem, a tego już dzisiaj nie chcieli ponownie przerabiać.
Podał jej swoją dłoń i dał się pociągnąć w stronę parkietu zostawiając za sobą Hendersonów. Z głośników poleciało legendarne Yeah Ushera, a Archie odpalił swój widowiskowy tryb zaczynając nieśmiało od ruchów robota, by chwilę później zacząć falować rękami niczym wijąca się na słońcu dżdżownica. — Dajesz Bulwa, pokaż swoje ziemniaczane ruchy! — zawołał.
and we'll dance like children dancing... 🕺🎶🪩
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podobała jej się bezczelna wersja Archiego.
Kiedy tak pruderyjnie wodził spojrzeniem po jej lekko (wcale nie lekko) podchmimelonej twarzy i opowiadał o tym, jak to czysto hipotetycznie jego silna wola była bardzo słaba. Czuła jego mocno bijące serce pod materiałem koszulki, na której zaciskała palce, czuła ciepło jego ciała, które szczególnie po ostatnich szotach sprawiało, że było jej jeszcze cieplej. Gorąco wręcz. Do tego stopnia, że ona sama głupiała. Zapominała o niepisanych zasadach, które przecież były wykładnią ich wieloletniej przyjaźni.
Problem w tym, że Abby po alkoholu również bywała bezczelna.
A więc każdy mały krok, który on wykonywał w jej kierunku — słownie lub fizycznie — ona lustrowała z równie dużą odwagą. Nie bała się bliskości. Nie kiedy głowa falowała na wszystkie strony, a z myśli zrobiła się bliżej nieokreślona paćka. Chociaż trzeba przyznać, że kiedy z jego ust padło to Chyba, że jesteś gotowa na to, że Miller przestanie być dżentelmenem i pokaże ci, jak bardzo mama myliła się w pewnych kwestiach, Wallace nawet nie zauważyła momentu, w którym wstrzymała powietrze. Jej palce mimowolnie zacisnęły się mocniej na ziemniaczanej koszulce, a mięśnie w okolicy brzuch bezczelnie się spięły.
Żartował sobie?
Oczywiście, że żartował.
Musiał żartować.
Żartował?
Trochę nie chciała, żeby żartował. Jakaś część niej chciała odpowiedzieć mu tu i teraz dawaj, Miller, pokaż jak bardzo mama się myliła, podczas gdy ta druga wciąż walczyła o odpowiednie zachowanie, nawet pod wpływem procentów. I chociaż finalnie kierowała się bardziej w stronę opcji numer jeden, nawet otworzyła, by ułożyć na nich te wcześniej wymyślone słowa, tak finalnie państwo Henderson w ostatnich chwili uratowali jej dobrą dumę i wieloletnią przyjaźń. Pierwsze w postaci jeszcze większej ilości szotów (niedobrze), a zaraz potem jeszcze kolejnymi rozmowami, które wykazały, że oboje w czasach szkolnych niekiedy pałali do siebie czymś więcej, niż tylko koleżeństwem i chęcią rzucania w siebie robakami.
Dziwnie się o tym słuchało. Szczególnie, że oni zawsze jakoś okrążnie i zwinne omijali ten temat przy każdej, możliwej okazji. To, że cokolwiek mogli do siebie czuć. Że gdyby może zgadali się te kilka lat temu… no właśnie. Dlatego zaraz Abby zaciągnęła go na parkiet, bo przecież któreś z nich w końcu powiedziałoby to jedno zdanie za dużo, a jutro przecież też był dzień. Co innego, gdyby czekała ich pewna zagłada, ale tak? Tak nie było co ryzykować.
Bo do ryzyka akurat była wyznaczona zupełnie inna strefa. Parkiet, który mienił się milionem kolorowych światełek i który okupowało już kilka grupek w różnych przedziałach wiekowych. Starsi za bardzo nie wiedzieli, jak się ruszać, by nadążyć za rytmem, młodzi za to zastanawiali się, co za boomerzy jeszcze słuchali takiej muzyki. A po środku tego wszystkiego oni — nieustraszeni, zadowoleni z życia i kompletnie nieprzejmujący się tym, co ludzie o nich pomyślą. Weszli na ten parkiet jak po swoje. Archie ze swoim robotycznym tańcem, a Abby z dłońmi wyrzuconymi wysoko w powietrze, pracując nadgarstkami (tymi najsprawniejszymi w całym Toronto, wiadomo), a potem jeszcze obrocik. Bang. Jeszcze jeden i jeszcze, dopóki nie zakręciło się jej w głowie do tego stopnia, że musiała przytrzymać się Millera. A wyszło to do tego stopnia naturalnie, że kiedy Akurat Archie robił fale ciałem, ona po prostu przeniosła [/i]promień[/i] na swoją rękę, a potem klatkę piersiową. Wyglądali, jakby trenowali to od dobrego tygodnia. I coś w tym było, biorąc pod uwagę, że to nie było ich pierwsze rodeo na parkiecie.
Uśmiechnęła się szeroko, gdy zaczął jeszcze bardziej ją zachęcać, żeby pokazała swoje ziemniaczane ruchy.
Chcesz zobaczyć prawdziwą dżdżownice? — rzuciła głośno, próbując przekrzyczeć muzykę. — Chcesz, Miller? NIE SŁYSZĘ! — ryknęła, chociaż tak naprawdę słyszała go od samego początku. A kiedy Archie w końcu krzyknął to, co Abby chciała usłyszeć, kompletnie niespodziewanie i bez ostrzeżenia… p a d ł a na podłogę. Dosłownie plackiem. Tylko na chwile, bo zaraz zaczęła się poruszać, odpijając się dłońmi od podłogi i puszczając falę wzdłuż ciała. Pięknie to wyglądało, chociaż wstać do pionu już musiał jej Archie.
O kurde — mruknęła, spoglądając w dół na swoją jasną ziemniaczaną koszulkę, która jak się okazała, po tym tańcu była… szara. — Zgarnęła chyba był kurz z tego przybytku — skwitowała, rozglądając się dookoła. — Trzeba im będzie wystawić rachunek za sprzątanie — nawet była gotowa się z kimś o to pokłócić, ale wtedy Usher skończył śpiewać yeah, a z głośników wybrzmiała wszystkim znana, melodia. Istny k l a s y c z e k, prosto z Dirty Dancing. I co, oni mieli sobie tego odmówić?
Johnny? — wyciągnęła dłoń w stronę Millera, proponując, by przyjął na moment rolę Patricka Swayze, spojrzenie zawieszając na jego obłędnie pięknych, jasnych oczach, w których teraz mieniły się kolorowe światła z kuli dyskotekowej tuż nad ich głowami. W tej scenerii wyglądał dobrze. Za dobrze. Całe szczęście ona już dawno nie była trzeźwa, wiec nie musiała się tym przejmować. Mogła jedynie podziwiać. Poruszyła delikatnie biodrami w rytm melodii, przy okazji pozwalając, by na twarzy wymalował się jej bezczelny uśmiech. No przecież chyba jej nie odmówi? Tego ikonicznego skoku też nie?
I have the time of my life ‎‧₊˚✧🪩✧˚₊‧
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy żartował?
Gdyby tak Abby mogła na sekundę wyciszyć cały ten szum kręgielni i własne myśli, usłyszałaby to w jak szalonym tempie bije jego serce. Rytm daleki od żartobliwego, a jednak pod osłoną mniej lub bardziej trafionych żartów i figlarnego uśmiechu ukrywał fakt, że teraz tak naprawdę nie miał żadnej kolejnej riposty, żadnego wymijająco tekstu. Wystarczyłoby tylko jedno zadziorne dawaj wymykające się z jej ust, niepozornie rzucone dla zabawy lub z czystej ciekawości, a może rzucone pod wpływem alkoholowej odwagi… i prawdopodobnie oboje przepadłby w tej niebezpiecznej grze. Kiedy mówił o tym, że mama mogła mylić się co do jego dżentelmeńskiej odsłony i czuł jak dłonie Abby zaciskają się na jego koszulce, naprawdę niewiele brakowało. Jedno słowo, jeden gest… ale to nie zasady powstrzymały go przed działaniem, a strach, bo nie był chyba gotowy sprawdzić czy ich legendarna przyjaźń przetrwałaby coś takiego jak pocałunek, który tlił się w ich głowach już od dzieciaka. W sumie nawet nie sam strach, a Hendersonowie i wtedy Archie odetchnął z ulgą, która niemal go zabolała. I znów przykleił swój firmowy uśmiech numer trzy - ten łobuzerki i wrócił do roli błazna, nawet jeśli jeszcze przez chwilę czuł dziwny ucisk, jakby minął się o milimetr z … no z czym Miller?
Przekomarzanie się z Wallace było najbezpieczniejszym gruntem, dlatego dał się wciągnąć w rozmowę o klaunach i traumach z dzieciństwa oraz taniec. Iiii tańczył, bo pośród tych wszystkich absurdalnych ruchów nie musiał tłumaczyć dlaczego od najmłodszych lat selekcjonował dla niej najwspanialsze dżdżownice i dlaczego wolał chodzić z nosem przy jej włosach zamiast po prostu wąchać jej szampon.
CHCĘ!!!! — wykrzyczał w końcu na cały głos, gdy krzyknęła, że nie słyszy, a gdy tylko padła na podłogę robiąc popisową dżdżownicę poczuł, że kocha ten ich wspólny chaos bardziej niż cokolwiek innego, a takie skarby trzyma się pod ochroną i nie naraża na niebezpieczeństwo. Impulsy bywały niebezpieczne.
Zaraz po tym jak pomógł jej wstać uśmiechnął się dumnie pomagając strzepnąć kurz z jej ziemniaczanej koszulki, która totalnie powinna oprawić sobie w ramkę i dorzucić do tego wspólne zdjęcie z wypadu. I gdy tak śmiał się pod nosem uderzyły do niego pierwsze dźwięki kultowego Time of My Life.
Spojrzał w te jej roziskrzone, pijane oczy i nagle wszystko stało się jasne. W tej jednej chwili stojąc pod wirującą kulą dyskotekową nie był przyjacielem z Whitby, nie był dżentelmenem… był jej Johnnym Castle. — Nikt nie sadza Bulwy w kącie — oznajmił prostując się i przybierając pewną pozę , gdy sięgał po jej dłoń… a potem zaczął prowadzić. Biodrami poruszał z precyzją, której wielu by się po nim nie spodziewało, bo dużo czasu poświęcał temu, by robić z siebie idiotę, ale rytm miał we krwi. Już kiedyś na balu mogła się o tym przekonać, ale teraz… teraz dawał z siebie wszystko. Każdy obrót, każde przyciągnięcie do siebie, to wszystko sprowadza się do jednego finalnego gestu. Kiedy Abby zaczęła biec w jego stronę świat na moment zwolnił. Widział jak leci prosto w jego ramiona. Zablokował kolana, napiął mięśnie brzucha i…
UDAŁO SIĘ.
Uniósł ją wysoko i przez ten ułamek sekundy byli królami kręglarskiego parkietu, ziemniaczanym ikonami, tanecznym cudem stowarzyszenia dla par. Pani Henderson gwizdała, Hank bił brawo tak mocno, że prawie wylał połowę swojego drinka, a Archie czuł, że mógłby tak się z nią wygłupiać przez te kolejne pięćdziesiąt lat jak nic.
Było c u d o w n i e!
I nagle zadziałała grawitacja, a może procentowe przeciążenie w głowie Abby, kto wie?!
Nagle poczuł, że środek ciężkości przesunął się chyba ciut za daleko i, że Bulwa zaczyna lecieć w tył. Odpalił się mu instynkt obronny stawiający bezpieczeństwo Wallace ponad wszystko i szarpnął za te jej biodra w dół, by nie poleciała niczym rakieta głową rozbijając się o parkiet, a w efekcie zamortyzował upadek własnym ciałem.
B — U — M
Kość ogonowa Millera właśnie zbadała twardość podłogi w lokalu. Była kurewsko twarda. Do tego stopnia, że do oczu napłynęły mu łzy z bólu, którym z góry przyglądać się mogla leżąca na nim Abby, z tą swoją rozczochraną burzą włosów i bezczelnym uśmiechem.
Z trudem złapał oddech krzywiąc się lekko, ale on się tak łatwo nie poddaje. Odgarniając jej włosy z twarzy wyszczerzył się łobuzersko. — Wiesz co, Abs? — wydyszał, a w jego jasnych oczach błysnęło coś, czego on nie mógł przypisać alkoholowi. To pewnie od tej kuli dyskotekowej! — Widzę, że dalej strasznie na mnie lecisz. Do-sło-wnie. Następnym razem po prostu powiedz, że chcesz mnie przygnieść do ziemi to może nawet ci pozwolę i obejdzie się bez ofiar w kościach — skoro tak nalegała! A tak serio nie mógł za bardzo wstać, bo dalej go ta kość ogonowa bolała do tego stopnia, że bał się ruszyć.
Nobody puts Baby in a cornerObrazek
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lubiła tańczyć.
Jeszcze bardziej lubiła spędzać czas z Archibaldem.
A więc kiedy można było połączyć ze soba te dwie rzeczy z domieszką alkoholu we krwi, otrzymywało się mieszankę iście wybuchową. Chwile uniesienia, których świetność i wyjątkowość za nic nie dało się podważyć.
A więc tańczyli.
Pierwsze do znajomych sobie melodii yeah yeah, Abby robiąc dżdżownice na podłodze, brudząc sobie doszczętnie całą ziemniaczana koszulkę, a Archie prezentując robotyczne ruchy, których nie powstydziłby się nawet sam Edward Warchocki. Pięknie to wyglądało. Chociaż to, co działo się potem, kiedy z głośników poleciała muzyka z Dirty Dancing, dopiero można było nazwać prawdziwym pokazem.
Pokazem umiejętności — bo Miller ruszał się ś w i e t n i e — ale również i zgrania dusz. Trochę jakby tańczyli ze sobą w parze przez kilka dobrych lat, a przecież rzadko kiedy bawili się w tego typu rzeczy. Jak już chodzili na imprezy, to do klubów gdzie skakało się w kółku lub koncerty, na których każdych wyginał się we własnym zakresie i we własnej przestrzeni. Tutaj natomiast bujali się w parze. Do rytmu. Abby może i nie była wybitną tancerką, ale poczucie rytmu miała dobre, ruchy bioder również, szczególnie kiedy partner świetnie prowadził.
Może dlatego przez moment pomyślała w swojej pijanej głowie, że i skok mógł się udać? Że jeśli odpowiednio wybije się na kolanach, a Miller ją utrzyma, będzie to najbardziej epicki ruch taneczny, jaki widziała ta kręgielnia. Wycofała się więc kilka kroków do tyłu, wykonała z trzy obroty, kręcąc biodrami, a kiedy nastał ten odpowiedni, jeden jedyny moment, rozpędziła się w stronę Archiego. Nigdy tego nie tranowali.
To nie miało prawa się udać.
A jednak udało.
Bo kiedy Abby poczuła na sobie jego silne palce, swoje od razu zacisnęła na ramionach przyjaciela, a następnie wyleciała w powietrze. W samiuśkie przestworza. To było… niesamowite. Czuła się, jakby latała. Puściła Archiego, rozkładając ręce na bok, kompletnie oczarowana tym wspaniałym doświadczeniem. Serce biło jej jak szalone, czuła, że to jest to… dopóki z całej tej ekscytacji się nie zachwiała.
A potem wszystko zadziało się już w ekspresowym tempie. I oni tez ekspresowo runęli na ziemię jak domek z kart. On na podłogę, a ona na niego. Nawet nie zakodowała momentu, w którym zacisnęła mocno oczy do tego stopnia, że za nic nie widziała, jak wyglądało to lądowanie. Zobaczyła jednak łzy i ból w oczach Millera, kiedy ten leżał pod jej ciałem.
Jest okej? — spytała pomimo tego, że widziała, że przecież nie było. — Gdzie trzeba ojojać? — w końcu tak zawsze mówiła mama Miller, kiedy któreś z nich na podwórku robiło sobie krzywdę i wywalało się na asfalcie do krwi, a potem szli do matki Archiego, żeby polała im to wodą i przykleiła plasterki. Zawsze pytała gdzie ojojać, a potem całowała miejsce, które najbardziej bolało. Tylko Abby zadając to pytanie nie miała pojęcia, że chodzi akurat o t y ł e k Millera. Na pewno nie miała, bo zadając to pytanie, przez moment bezczelnie spoglądała na jego usta, szczególnie, gdy zaczął nawijać o tym, jak wystarczyło powiedzieć, że na niego leci zamiast robić to dosłownie.
Ale wiesz, wtedy nie byłoby takiego elementu zaskoczenia — rzuciła w odpowiedni, uśmiechając się zaczepnie, chociaż jej uwadze wcale nie uciekł fakt, że Miller faktycznie krzywił się z bólu. Ale może jakby trochę go zagadała… — Jestem aż taka ciężka? — spytała, przekręcając głowę na bok i przyglądając mu się uważnie. Trochę chyba zbyt uważnie, bo dokosnale widziała, jak światła z sufitu odbijają się w jasnych oczach. W tych cholernie ładnych, niebieskich oczach. Oczach, w których czasami miała ochotę po prostu przepaść. Wtopić się w nie i dowiedzieć się, jak wyglądał świat z jego perspektywy. — Przyznaj się, że po prostu chciałeś, żebym na tobie trochę poleżała — przekęciła lekko biodrami, podczas gdy jej dłoń wylądowała kompletnie przypadkiem na jego karku. Przesunęła palcami w górę, sięgając niesfornych, blond włosów, w które wplotą opuszki.
Powinna z niego zejść.
Naprawdę powinna.
Ale ona tak bardzo nie chciała.
Chciała go zaczepiać, przetestować granice, które na trzeźwo nigdy by nie naruszyła. Szczególnie, że nawet serce w piersi zaczęło bić jakoś mocniej, podnosząc poziom adrenaliny w ciele. Tylko przez uśmiech Archiego wciąż widziała również jego ból, a obok tego już nie mogła przejść obojętnie.
Nie no, a tak serio, gdzie cie dokładni boli? — spytała już o wiele poważniej, chcąc zsunąć się z jego ciała, powoli przybierając niewidzialny kitel. — Myślisz, że zbiłeś sobie kość? — zainteresowała się, gotowa postawić wczesną diagnozę. — Czekaj, może sprawdzę… — chciała sprawdzić jego plecy. Ponaciskać w okolicy dolnych kręgów i sprawdzić, jak będzie reagował, gdzie dokładnie go bolało, żeby mogli potem podjąć odpowiednie środki. Nawet kompletnie bez ostrzeżenia wdarła się dłonią pod jego koszulkę, muskając gorące ciało. Czuła jak mięśnie na jego brzuchu się spinają, kiedy przesuwała się w stronę biodra i pleców. Jednak nim zdążyła dość chociażby do kręgosłupa, tuż nad nimi wyrosło Państwo Henderson wraz z kimś z obsługi.
Gołąbeczki, wszystko dobrze?! — spytała spanikowana pani Henderson, nachylając się nad nimi. Jej mąż natomiast wcale nie próżnował, bo nim którekolwiek z nich zdążyło im odpowiedzieć, pan Henderson wraz z pracownikiem kręgielni szarpali Millera w górę.
Ooo już, wstawaj chłopcze — Abby nawet nie zdążyła krzyknąć, że nie powinni go tak szarpać, ale może to też był jakiś sposób? Może faceci nie lubili podchodzić do podobnych sytuacji jak do jajka? — Jak się czujesz młody? — zapytał pan Henderson, klepiąc Archiego po ramieniu i spoglądając na niego wraz z całą resztą towarzystwa i Abby na czele, która przez momentu autentycznie się o niego zmartwiła.

Are u okay, baby?
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

B O L A Ł O.

I to nie było takie ała co się wykrzykuje, gdy uderzy się małym palcem u nogi o kant szafki - choć każdy dobrze wie, że to też okrutny rodzaj bólu. Było o wiele gorzej! To było legendarne pierdolnięcie po którym przez moment był przekonany, że jego dusza opuściła ciało i z litością spoglądała na to, co zostało z jego kości ogonowej. Żaden aktor nie powstydziłby się tych łez, które teraz prezentował… ale one nie miały znaczenia. Nie, kiedy widział nad sobą Abby z burzą włosów, szara od kurzu koszulą i uśmiechem, który wart był każdej pękniętej kostki w jego ciele. Choć liczył na to, że nic mu jednak nie popękało nigdzie. Gdyby to była scena z filmu to teraz w tle leciałby jakiś romantyczny klasyk, a oni dokonywaliby w swoich główkach jakiegoś przełomowego uczuciowego odkrycia, ale zamiast filmowej produkcji mieli epicką glebę i Archibalda, który gdzieś pomiędzy rozdzierającym dupe bólem walczył ze śmiechem, gdy Wallace wyskoczyła z ojojaniem.
— Wiesz co, Abs? — wydyszał zaciskając usta nieco w grymasie, a nieco w uśmiechu. — Obawiam się, że moje bolesne miejsce jest problematyczne i ta kręgielnia mogłaby nie dźwignąć takiego ojojania — wyznał nawet sobie tego nie wizualizując i to nie dlatego, że miał z tym jakimś problem, ale głównie dlatego, że zawiesił się teraz na czymś zupełnie innym. To jej bezczelne spojrzenie było czymś, co nie umknęło jego uwadze i nagle pomyślał sobie, że mógłby tak leżeć do rana, nawet jeśli jego kręgosłup właśnie składał podanie o urlop rehabilitacyjny. — Wcale nie jesteś… — z trudem przełknął ślinę — ciężka — wyznał.
Nie ściemniał, bo jej ciężar naprawdę teraz nie miał żadnego znaczenia. Nie w chwili, kiedy Archibald Miller przestawał logicznie myśleć, bo ona niczego nieświadoma wyczyniała takie rzeczt! Siała w nim spustoszenie, szczególnie teraz kiedy przekręcała biodrami jak gdyby nigdy nic, a on gdzieś pomiędzy paraliżującym bólem kości ogonowej zaczynał odczuwać też obezwładniającą przyjemność. To było jak domino, gdzie każdy jej ruch i to jak dociskała go do parkietu popychało kolejne kostki, a on nie potrafił tego zatrzymać. Rozsypywał się pod nią i wszystkie te wypracowywane latami mechanizmy obronne ulotniły się. Nagle mur żartów i dżentelmeńskich manier rozsypywał się w drobny mak.

Nie no, a tak serio, gdzie cie dokładni boli?

Wszędzie i nigdzie. Nieważne. Nie wiem. Chyba już nie boli. Czekaj, może sprawdzę… Nie. W sumie. Rób co chcesz.
I ta jej dłoń wdzierająca się pod jego koszulkę bez ostrzeżenia. I krew która równie nagle uderzyła mu do twarzy. Mógłby się założyć, że był czerwony jak cegła, a i tak nie potrafił oderwać od niej oczu. Chciał żeby dalej tak na nim leżała. Tu, teraz i później, w jakimkolwiek innym miejscu, gdzie nikt by im nie przeszkadzał już testować tej hipotetycznej odwagi i tego, jak bardzo mama Miller się myliła…

STOP, ty durniu.
Miller, hamuj się.
Miałeś być dżentelmenem.
Choć w tej chwili, kiedy jej dłoń błądziła pod jego ubraniem to ten dżentelmen w nim spakował walizki i odpalił tryb samolotowy, a Archibald miał ochotę odlecieć w przeciwnym kierunku i wtedy nagle nad ich głowami wyrośli Hendersonowie.

G O Ł Ą B E C Z K I

To słowo nieprzyjemnie dźwięczało mu teraz w uszach.
— Auuuuuuaaa Hank, li-to-ści! — jęknął, a ból kości ogonowej uderzył go podwójnie, kiedy Henderson wziął się za niego jak za worek ziemniaków i pomógł mu wstać bez zbędnych ceregieli. Próbował wziąć się w garść, więc spojrzał na Hanka uśmiechając się beztrosko. — Boli, ale było warto. Pan cos o tym powinien wiedzieć — tak, miał na myśli to jak dwa razy sam niegdyś dostał po twarzy.
I gdy tak już stał obolały i wyrwany jak z jakiegoś snu spojrzał na Abby i mimo bólu, mimo Hendersonów i mimo tej cholernej kości, uśmiechnął się najszerzej jak potrafił. Bo choć bolało jak cholera, to ten lot i upadek naprawdę był wart każdej sekundy.
Następnym razem trenujemy skoki w wodzie, bo totalnie musimy to przećwiczyć — oznajmił nie zrażając się upadkiem po pierwszej próbie, bo jak na pierwszy raz to naprawdę poszło im legendarnie!
Może zgrywał teraz twardziela, ale prawda była taka, że mocno obolały zaczął kuśtykać w stronę baru po drodze porywając rękę Abby. — Słuchaj… sprawa wygląda tak, że prawdopodobnie czeka mnie tydzień - przy dobrych wiatrach - siedzenia na dmuchanym kółku więc póki adrenalina działa pakujemy się do samochodu, odwiozę cię, a ty serwujesz mi jakiś znieczulający koktajl wysoko oprocentowany. Taki żebym kością martwił się dopiero jutro — wydawało się to nierealne wręcz, ale warto było spróbować, okej?

nic nie jest okej, musisz ojojać! 。°(°.◜ᯅ◝°)°。
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Widziała jego spojrzenie.
Nie mogła sobie przecież tego ubzdurać.
Nawet jej pijana do granic możliwości głowa, nie byłaby w stanie wymyślić sobie czegoś takiego. Zainteresowania, zaintrygowania i może nawet pożądania? Wszystko to było zamknięte w błyszczących oczach Archiego Millera, kiedy wraz z Abby dzielili krótką chwilę intymności na środku parkietu, dosłownie na nim leżąc. Kiedy on próbował chować ból pod maska dzielnego chłopca, a ona bezczelnie wdzierała się pod materiał jego koszulki, walcząc z tym, co jego gorąca skóra pod opuszkami robiła z jej ciałem. Ciepło jej było. Bardzo c i e p ł o. A najgorsze chyba w tym wszystkim było to, że wcale nie chciała przestawać.
Zafascynowana nowym doznaniem, przesuwała się z pełną premedytacją w stronę biodra, a następnie pleców, i n t e n c j o n a l n i e dodając do tego paznokcie, gdy Miller mógł czuć wszystko odpowiednio. Tą jej podróż wzdłuż skóry do miejsca, gdzie bolało. Szkoda tylko, że nawet tam nie dotarła. Zatrzymana nadmierną troską ich dzisiejszych przeciwników i w tym samym czasie zwycięzców kręgli dla par.
Nie można było mieć im tego za złe, że im przeszkodzili. W końcu chcieli dobrze. Z boku ten upadek musiał wyglądać pewnie trzy razy gorzej niż doświadczyła go Abby, chociaż co do Millera… ciągle nie była pewna. Z jednej strony udawał, że wszystko gra, uśmiechał się przez łzy, a jednak w momencie, gdy Pan Henderson wraz z pracownikiem kręgielni zaczęli go podnosić, nie był w stanie już maskować cierpienia, które mu doskwierało. I może każda inna najebana laską za grosz by się tym nie przejęła, ale Abby…
Abby była lekarzem. Chciała czy nie chciała — priorytetem jej funkcjonowania było ratowanie ludzi. Miała to we krwi. Wbudowane gdzieś głęboko pod czaszką i zakodowane, dlatego nawet procenty w ogarniźmie nie były w stanie wydłubać z niej lekarskiego genu.
Do wesela się zagoi — rzucił Hank, poklepując Archibalda gdzieś po pleckach, na co Abby od razu wyrosła przed nimi, kręcąc energicznie głową.
Nie, nie, nie, nie… — gadała jak najęta, aż wszyscy dookoła nie zwrócili na nią uwagi. — Absolutnie nie jest okej — oznajmiła, a kiedy ten powiedział o odwiezieniu ją do domu Wallace spojrzała na niego jak na wariata. Prawdziwego, namacalnego i d i o t ę, palce zaciskając na jego koszulce. — Nie ma nawet takiej opcji, Miller — rzuciła głosem nieznoszącym sprzeciwu. — Musisz jechać do szpitala — wyjaśniła i szczerze? To nawet nie podlegało dyskusji. Przecież tego nie można było tak zostawić. Trzeba było chociażby zrobić prześwietlenie. Dowiedzieć się, czy to zwykłe obicie, czy może jednak coś zostało złamane lub mniej lub bardziej poważnie uszkodzone. Z kręgosłupem nie było żartów, a problemy z kością ogonową mogą się ciągnąć latami. Ktoś zdecydowanie powinien ją obejrzeć.
No co tak na mnie patrzysz? — wbiła spojrzenie w niebieskie, obrzydliwie piękne oczy Archiego, które wciąż w chowającym się przy plecach bólu, błyszczały wilgocią. — Trzeba to sprawdzić. Cokolwiek, serio. Ale na pewno nie będziesz prowadzić — dodała, dłonią sięgając po telefon. To akurat było oczywiste. Nie powinien się przemęczać, a tym bardziej ryzykować jakąś kolizją, gdyby zaczęło się dziać coś gorszego i nagle nie mógł chociażby zapanować nad kierownicą. — Nie i ko-niec — zaczkała, jak zwykle w idealnym momencie, żeby dodać własnym słowom odrobiny powagi adekwatnej do sytuacji. — Zamówię nam taksówkę. Masz dwie opcje: albo jedziemy na SOR teraz, może nawet uda mi się załatwić wjazd bez kolejki, albo jedziemy do mnie, przeklimasz się, a rano zadecydujemy czy bierzemy cię na rezonans — przedstawiła mu opcje, jakie miał. Jak pewnie słusznie szło zauważyć, żaden ze scenariuszy nie obejmował wersji, w której Miller byłby wolno puszczony do domu. A to dlatego, że Abby za punkt honoru postawiła sobie (nawet pijana), że niezależnie od tego, co by się nie działo, ona upewni się, że Millerowi nie było nic poważnego.
Ponownie szarpnęła go za koszulkę, tym razem, by ściągnąć go z parkietu.
Masz minutę, żeby się zastanowić, a ja idę po kurtki — wyjaśniła i nawet chciała pogrozić mu palcem wskazującym, tylko jak zwykle nie wymierzyła i zamiast wskazać na niego w powietrzu, jej palec wylądował… pod pachą Archiego. Było tam… ciepło i mokro. Całe szczęście Wallace niczym się nie przejęła i ruszyła prosto w stronę szatni odebrać ich przybytek, mając nadzieje, że jak wróci, to Archie już podjął jakąś decyzję.
Ale kosa — rzucił Hank, niby pod nosem, ale jednak do Millera, obserwując jak Abby kieruje się do szafek. — Takie stanowcze to kłopoty. Najlepsze z możliwych — dodał, spoglądając na swoją żonę, za co zaraz dostał kuksańca prosto w bok.

the choice is yours
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „National at The Well”