Lubiła tańczyć.
Jeszcze bardziej lubiła spędzać czas z Archibaldem.
A więc kiedy można było połączyć ze soba te dwie rzeczy z domieszką alkoholu we krwi, otrzymywało się mieszankę iście
wybuchową. Chwile uniesienia, których świetność i wyjątkowość za nic nie dało się podważyć.
A więc
tańczyli.
Pierwsze do znajomych sobie melodii
yeah yeah, Abby robiąc dżdżownice na podłodze, brudząc sobie doszczętnie całą ziemniaczana koszulkę, a Archie prezentując robotyczne ruchy, których nie powstydziłby się nawet sam
Edward Warchocki. Pięknie to wyglądało. Chociaż to, co działo się potem, kiedy z głośników poleciała muzyka z Dirty Dancing, dopiero można było nazwać prawdziwym
pokazem.
Pokazem umiejętności — bo Miller ruszał się
ś w i e t n i e — ale również i zgrania dusz. Trochę jakby tańczyli ze sobą w parze przez kilka dobrych lat, a przecież rzadko kiedy bawili się w tego typu rzeczy. Jak już chodzili na imprezy, to do klubów gdzie skakało się w kółku lub koncerty, na których każdych wyginał się we własnym zakresie i we własnej przestrzeni. Tutaj natomiast bujali się w
parze. Do rytmu. Abby może i nie była wybitną tancerką, ale poczucie rytmu miała
dobre, ruchy bioder również, szczególnie kiedy partner świetnie prowadził.
Może dlatego przez moment pomyślała w swojej pijanej głowie, że i skok mógł się udać? Że jeśli odpowiednio wybije się na kolanach, a Miller ją utrzyma, będzie to najbardziej epicki ruch taneczny, jaki widziała ta kręgielnia. Wycofała się więc kilka kroków do tyłu, wykonała z trzy obroty, kręcąc biodrami, a kiedy nastał ten odpowiedni, jeden jedyny moment, rozpędziła się w stronę Archiego. Nigdy tego nie tranowali.
To nie miało prawa się udać.
A jednak udało.
Bo kiedy Abby poczuła na sobie jego silne palce, swoje od razu zacisnęła na ramionach przyjaciela, a następnie wyleciała w powietrze. W samiuśkie przestworza. To było… niesamowite. Czuła się, jakby latała. Puściła Archiego, rozkładając ręce na bok, kompletnie oczarowana tym wspaniałym doświadczeniem. Serce biło jej jak szalone, czuła, że to jest to… dopóki z całej tej ekscytacji się nie zachwiała.
A potem wszystko zadziało się już w ekspresowym tempie. I oni tez ekspresowo runęli na ziemię jak domek z kart. On na podłogę, a ona na niego. Nawet nie zakodowała momentu, w którym zacisnęła mocno oczy do tego stopnia, że za nic nie widziała, jak wyglądało to lądowanie. Zobaczyła jednak łzy i ból w oczach Millera, kiedy ten leżał pod jej ciałem.
—
Jest okej? — spytała pomimo tego, że widziała, że przecież nie było. —
Gdzie trzeba ojojać? — w końcu tak zawsze mówiła mama Miller, kiedy któreś z nich na podwórku robiło sobie krzywdę i wywalało się na asfalcie do krwi, a potem szli do matki Archiego, żeby polała im to wodą i przykleiła plasterki. Zawsze pytała
gdzie ojojać, a potem całowała miejsce, które najbardziej bolało. Tylko Abby zadając to pytanie nie miała pojęcia, że chodzi akurat o
t y ł e k Millera. Na pewno nie miała, bo zadając to pytanie, przez moment bezczelnie spoglądała na jego
usta, szczególnie, gdy zaczął nawijać o tym, jak
wystarczyło powiedzieć, że na niego leci zamiast robić to dosłownie.
—
Ale wiesz, wtedy nie byłoby takiego elementu zaskoczenia — rzuciła w odpowiedni, uśmiechając się zaczepnie, chociaż jej uwadze wcale nie uciekł fakt, że Miller faktycznie krzywił się z bólu. Ale może jakby trochę go zagadała… —
Jestem aż taka ciężka? — spytała, przekręcając głowę na bok i przyglądając mu się uważnie. Trochę chyba
zbyt uważnie, bo dokosnale widziała, jak światła z sufitu odbijają się w jasnych oczach.
W tych cholernie ładnych, niebieskich oczach. Oczach, w których czasami miała ochotę po prostu przepaść. Wtopić się w nie i dowiedzieć się, jak wyglądał świat z
jego perspektywy. —
Przyznaj się, że po prostu chciałeś, żebym na tobie trochę poleżała — przekęciła lekko biodrami, podczas gdy jej dłoń wylądowała
kompletnie przypadkiem na jego karku. Przesunęła palcami w górę, sięgając niesfornych, blond włosów, w które wplotą opuszki.
Powinna z niego zejść.
Naprawdę powinna.
Ale ona tak bardzo
nie chciała.
Chciała go zaczepiać, przetestować granice, które na trzeźwo nigdy by nie naruszyła. Szczególnie, że nawet serce w piersi zaczęło bić jakoś
mocniej, podnosząc poziom adrenaliny w ciele. Tylko przez uśmiech Archiego wciąż widziała również jego
ból, a obok tego już nie mogła przejść obojętnie.
—
Nie no, a tak serio, gdzie cie dokładni boli? — spytała już o wiele poważniej, chcąc zsunąć się z jego ciała, powoli przybierając niewidzialny kitel. —
Myślisz, że zbiłeś sobie kość? — zainteresowała się, gotowa postawić wczesną diagnozę. —
Czekaj, może sprawdzę… — chciała sprawdzić jego plecy. Ponaciskać w okolicy dolnych kręgów i sprawdzić, jak będzie reagował, gdzie dokładnie go bolało, żeby mogli potem podjąć odpowiednie środki. Nawet kompletnie bez ostrzeżenia
wdarła się dłonią pod jego koszulkę, muskając gorące ciało. Czuła jak mięśnie na jego brzuchu się spinają, kiedy przesuwała się w stronę biodra i pleców. Jednak nim zdążyła dość chociażby do kręgosłupa, tuż nad nimi wyrosło Państwo Henderson wraz z kimś z obsługi.
—
Gołąbeczki, wszystko dobrze?! — spytała spanikowana pani Henderson, nachylając się nad nimi. Jej mąż natomiast wcale nie próżnował, bo nim którekolwiek z nich zdążyło im odpowiedzieć, pan Henderson wraz z pracownikiem kręgielni szarpali Millera w górę.
—
Ooo już, wstawaj chłopcze — Abby nawet nie zdążyła krzyknąć, że nie powinni go tak szarpać, ale może to też był jakiś sposób? Może faceci nie lubili podchodzić do podobnych sytuacji jak do jajka? —
Jak się czujesz młody? — zapytał pan Henderson, klepiąc Archiego po ramieniu i spoglądając na niego wraz z całą resztą towarzystwa i Abby na czele, która przez momentu autentycznie się o niego zmartwiła.
Are u okay, baby?