Nie zaskoczyła go.
Zrobiła to, co przewidywał, że może zrobić. To była naturalna reakcja, odruch obronny. Nie zdawała sobie sprawy jednak, że jej ciało zdradzało ją jeszcze zanim zdecydowała się na taki… głupi, według niego, krok. Minimalnie większe napięcie ciała, jej ud, szybszy oddech i spojrzenie zatrzymane na drzwiach o ułamek sekundy za długo. Ciężar ciała przesunięty do przodu, dokładnie tak, jakby jej organizm podjął decyzję chwilę przed tym jak zrobił to umysł.
Nie odwrócił jednak głowy, nie rzucił ostrzeżenia. Nawet się nie napiął, bo wiedział co zrobi, jak tylko drgnie. Odkąd podjął decyzję o przejściu za nią do kuchni, obliczył ile zajmie jej oraz jemu przemieszczenie się do drzwi wyjściowych lub najbliższego okna. Jego analityczny umysł pracował na największych obrotach nawet jeśli przeciwnik nie stanowił większego zagrożenia. Nigdy jednak nie lekceważył drugiej osoby, bo było to zwyczajnie głupie.
Tak samo głupie, jak zachowanie dziewczyny.
Jeszcze zanim zerwała się z miejsca, on już znał kierunek jej ruchu i prawdopodobny punkt, do którego zamierzała dotrzeć. Pozwolił więc jej zrobić dwa pierwsze kroki, dość prędko jednak zabierając jej złudzenie, że miała jakąkolwiek szansę na ucieczkę.
Poruszył się, a jego wyszkolone mięśnie, które wiele lat pracowały pod presją, zaczęły działać automatycznie. Kilka kroków wystarczyło, aby zamknąć dystans pomiędzy nimi. Jego dłoń zacisnęła się na jej karku dokładnie w chwili, gdy jej palce były już blisko klamki. Szarpnął ją krótko, mocno i precyzyjnie. Włożył w to dokładnie tyle siły, ile trzeba było, by wyrwać jej impet, zachwiać środkiem ciężkości i przypomnieć, że od początku poruszała się wyłącznie w granicach, na które jej pozwalał.
Rzucił ją na pobliską ścianę, rękę przenosząc z jej karku na drobną szyję. Zacisnął na niej swoje palce, dostarczając jej ledwie minimalną ilość tlenu, której potrzebowała do tego, aby pozostać przytomną.
—
To nie było rozsądne — powiedział, a jego głos był spokojny i wydawać się mogło, że także znudzony. Jakby jej próba ucieczki praktycznie nie podniosła mu ciśnienia. Tak też było, bo chociaż mówił, aby niczego głupiego nie robiła, to było to do przewidzenia.
A ona nie była żadnym przeciwnikiem. Tylko przypadkową, niewinną dziewczyną, która niefortunnie otworzyła nieznajomemu drzwi.
Zlustrował ją ciemnym spojrzeniem. Jej wystraszone oczy, usta, które próbowały złapać oddech. Była całkowicie nieszkodliwa, a jednak wolał, aby przypadkiem się nie wyrwała, bo jakby zawiadomiła ludzi, to mogłoby się zrobić nieprzyjemnie. Musiał jednak pomyśleć co z nią zrobić, skoro była świadkiem i widziała trochę za dużo.
Największą pewnością, że zachowa milczenie było zakopanie jej kilka metrów pod ziemią.
Przybliżył się o pół kroku, a jego dłoń mocniej naparła na jej tchawicę w wymownym, przypominającym geście, że to ona była tu na straconej pozycji.
—
To moje ostatnie ostrzeżenie. Kolejne skończy się gorzej — powiedział chłodno, a jego ton zdradzał, że nie żartował. Nigdy nie żartował i jeśli komuś groził, to na poważnie. I nie obchodziło go czy osoba była niewinna, czy była niebezpieczna.
Gdy się upewnił, że jego słowa do niej dotarły i je zrozumiała, szarpnął ją za szyję i cisnął nią w kierunku cholernej kuchni, w której znajdowała się apteczka. Pchnął ją jeszcze w jej kierunku, a gdy znaleźli się z powrotem z dala od drzwi, odsunął krzesło jadalniane i ją na nim, mało delikatnie, posadził.
—
Nawet nie drgnij. — I to miało być jej ostatnie ostrzeżenie.
Schwycił za broń, którą schował do kabury i sięgnął po coś do odkażania. Oparł się tyłem o blat kuchenny, wciąż mając dziewczynę na uwadze. Podsunął czarny, przesiąknięty podkoszulek do góry, aby odkryć ranę oraz rozmazaną po ciele krew. Dużo krwi, która nie robiła na nim większego wrażenia. Musiał jednak zatamować to na tyle, aby móc wrócić do siedziby i się nie wykrwawić po drodze.
Polał wodą utlenioną zranioną okolicę, a twarz mu się lekko skrzywiła w wyrazie małego dyskomfortu. Schwycił za gazę i przetarł ranę, która wciąż mocno krwawiła. Od swojej dawnej… koleżanki, nauczył się, że należy wcisnąć gazę w ranę, jeśli chciał chociaż trochę powstrzymać krwawienie. Tak też zrobił, zaciskając mocniej zęby. Palcem upchał gazę w ranie. Kątem oka wciąż miał na uwadze blondynkę, pilnując tego, aby drugi raz nie zrobiła durnego błędu, który mógł kosztować ją sprawność. Lub życie.
—
Weź bandaż i to owiń. Ciasno — powiedział w pewnym momencie, skupiając się głównie na trzymaniu ucisku na jego boku.
Maelle Lennox