-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Miał trochę uczucie, że to podkopuje jego przyszły autorytet u tych dzieciaków, które przecież kiedy będą chciały grać w drużynie. Ale z drugiej strony to naprawdę potrafiło zbudować więź. Ostatecznie bycie żywym człowiekiem, a nie tylko starszym panem, którego znały z zajęć i opowiadań o jego sukcesach, jak części z nich jeszcze nie było na świecie, może mieć pozytywny wpływ. Więc dał się namówić i od godziny grał w retro grę: "Cadillacs and Dinosaurs" z dwoma chłopakami. Gra z jego dzieciństwa sprawiała kupę frajdy.
Wreszcie, jak przeszli kolejną mapę przeprosił dzieciaki i poszedł do baru, żeby zamówić sobie lemoniadę, a potem przenieść się do strefy kręgli, gdzie czekali na niego koledzy z trenerskiego zespołu. Robbie nie pijał alkoholu. Oficjalnie jako dobry wzór i przyzwyczajenie z czasów sportowej kariery, ale też dlatego, że nie chciał mieszać ich z lekami. W końcu nie stanowiły one problemu, prawda?
- Wybaczcie... Te gry są wciągające. - zażartował siadając na jednym z siedzisk przy torze.
Nazwijmy to wieczorem integracyjnym z zespołem od spraw młodzieży. No i może dla odmiany moglibyśmy się dobrze bawić, co?
Jeden z trenerów zaczął wpisywać imiona uczestników gry.
- Mike, rzucaj okiem od czasu do czasu na to, co się dzieje, dobrze? - niby część z automatami była wynajęta dla nich, ale jednak ktoś się mógł tutaj kręcić.
Jego spojrzenie powędrowało odruchowo za dwójką ganiających się dzieciaków.
- Hej! - krzyknął za nimi wesołym tonem, próbując ich lekko uspokoić.
Brakowało tylko, żeby któryś rozbił sobie łepetynę. Ale na jego twarzy pojawił się ciepły uśmiech, wręcz serdeczny uśmiech. Nagle płacz sprawił, że wróciła czujność. Ten sam uciekający dzieciak trzymał się teraz za prawe ramie, rozbite przy upadku. Robbie poderwał się ze swojego miejsca...
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Każdy łyk mohito jednak wyparował z jej organizmu, gdy kątem oka dojrzała gwałtowny (i średnio pasujący do miejsca) ruch, a po chwili do jej uszu dotarł płacz. Super. Czy w myślach przeklęła nieodpowiedzialnych rodziców, którzy pozwalali się ganiać dzieciakom bez kontroli? Oczywiście, że tak. W głowie miała ułożoną całą wiązankę na temat tego jakie to nieodpowiedzialne, ale jednocześnie wiedziała, że musi się ugryźć w język. Była prawdopodobnie ostatnią osobą, która powinna udzielać rodzicielskich rad. Za to naturalnym było, że podniosła tyłek, a że chłopak upadł tuż przy ich torze w zaledwie paru krokach znalazła się przy młodym kucając przy nim.
- No hej, Młody… nie ma co płakać, wszystko jest na miejscu. – już na pierwszy rzut oka było widać, że jest cały i zdrowy, a ból wynikał bardziej z samego uderzenia niż jakichś poważnych obrażeń – Pokażesz mi rękę? Dam ci na ten temat bardzo profesjonalną opinię i zapewnię, że nic się nie stało. – i będzie żył! A już na pewno nie będzie musiał do końca życia faszerować się lekami przeciwbólowymi. Heh. Nie, nie przeszło jej to przez myśl – przynajmniej do czasu, gdy nie podniosła głowy, gdy ktoś nad nimi stanął. Czy się zdziwiła? Oczywiście, że tak. Nie przypuszczała, że mogą spotkać się w innych okolicznościach niż szpitalne… ale jak widać Toronto jednak było mniejsze niż ktokolwiek przypuszczał.
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Tak, możesz jej zaufać. Ta pani ma oko do trudnych przypadków...
Jego dłoń wylądowała na głowie podnoszącego się dzieciaka i poczochrała go, po czym Robbie oddał przestrzeń specjalistce. Jego spojrzenie przebiegło dookoła, szukając pewnie jej miejsca w tym huku rozbijanych kręgli. Zaciekawiona grupa przyglądała się im uważnie, z lekkim zainteresowaniem. Ktoś coś komentował na temat wiecznie ratującej Iris. Wypad po pracy... Trochę alkoholu. Kilka nieodebranych kieliszków po margericie koło wolnego miejsca. Tutaj jego spojrzenie zatrzymało się na dłuższą chwilę.
Ale z zamyślenia wyrwała go ocena sytuacji. Chłopak będzie żył!
Dopiero teraz poczuł, jak mięśnie na jego ramionach się rozluźniają. Zresztą dzieciak już był w dobrym humorze i był bardziej zainteresowany puszczaniem min do swoich, naśmiewających się z niego kolegów. Wypuszczony z oględzin wystrzelił za grupką kumpli, na co Robbie poprosił niemym spojrzeniem jedną z opiekunek, żeby dopilnowała młodzieży.
- Dziękuję. - powiedział do podnoszącej się Iris i uśmiechnął się do niej. - Więcej płaczu, niż trzeba było. Dzieciaki podobno są z gumy.
Zażartował, gestem dając znać swojej ekipie, że potrzebuje jeszcze chwili, zanim będzie mógł dołączyć i żeby zaczynali bez niego. Spojrzenie wróciło na pielęgniarkę. Jego usta otworzyły się, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale koniec końców nie wiedział, co mógłby dodać.
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie ma sprawy. Zresztą… – nic nie zrobiła – Tak się kończy większość urazów w tym wieku. Im mniej dorośli dramatyzują, tym lepiej dla dzieciaków, które zapominają o bólu w przeciągu kilku następnych minut. – można to było nazywać kośćmi z gumy, ale no cóż… trochę tak właśnie było. I dobrze, że teraz tak właśnie było. Widząc, że chciał coś jeszcze dodać, ale zamilkł… ściągnęła mocniej brwi i spojrzała na niego zaciekawiona. Nawet nie obróciła się na swoich znajomych – zdecydowanie nie tych ze szpitala i może właśnie dlatego nikt poza nią nie zainteresował się pomocą dzieciakowi. Było to męskie towarzystwo, które bardzo szybko straciło zainteresowanie Valentine i jej próbą ratowania dzieciaka, wrócili do gry, bo przecież po to właśnie przyszli. I może powinna obrócić się na pięcie i do nich wrócić, ale z jakiegoś powodu została i ciągle wpatrywała się w mężczyznę. Oh… i zabiłaby, żeby wiedzieć, co chodziło mu po głowie i co chciał powiedzieć...
– A jak twoja ręka? – wypaliła nagle, a jej brew powędrowała do góry… była ciekawa i jednocześnie bezczelna, bo przecież to dookoła niej kręciło się ich ostatnie spotkanie. Tylko teraz nie byli w szpitalu, ani nawet w jego pobliżu, więc wyszła z założenia, że może sobie pozwolić na więcej – Leki działają? Czy może widząc jak młody przygrzmocił aż ciebie zabolało? – chociaż nie powinno… jeśli nie siedziało w jego głowie tylko faktycznie w ramieniu. I wiedziała, że powinna ugryźć się w język, ale jakoś nie potrafiła.
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Nie każdy by zareagował, więc jest sprawa. - odpowiedział i uśmiechnął się do niej szczerze i przyjaźnie.
Między nimi zawisła chwila ciszy, która chyba ciążyła obojgu. Rozum podpowiadał, żeby się pożegnać i rozejść w swoje strony, ale ciało wyraźnie trzymało oboje w tym miejscu. Szybko okazało się, dlaczego!
Uniósł brwi na pytanie o rękę, a jego twarz spoważniała, żeby nie powiedzieć, że przez moment stała się zimna. Po chwili jednak zdecydował, że woli to traktować jak wyraz sympatii i troski niż wścibskie czepianie się, i wypuścił głośno powietrze z ust. Na jego twarz powrócił uśmiech, ale podszyty rezygnacją i uznaniem tego, że nie ma co liczyć na zmianę.
- Nie owijasz w bawełnę... Doceniam. - zażartował, dając sobie chwilę na to, by podjąć decyzję, czy się przed nią otworzyć, czy też nie.
Leki działają?
No właśnie, czy leki działają?
Zafiksował swoje spojrzenie w przejściu, w którym dzieciak zniknął, jakby liczył na to, że za chwilę znów wydarzy się coś, co sprawi, że zmienią temat. Chłopie, przecież w każdej chwili możesz odejść — czemu tak bardzo zależy Ci na tym, żeby przekonać ją, że wszystko jest w porządku...
Ją?
- Od zawsze stawałem na baczność, jak ktoś pod moją opieką, nawet tymczasową, zaczynał płakać. W podstawówce nawet mnie zawiesili, bo próbowałem pobić nauczycielkę, która targała za uszy moją przyjaciółkę. - odpowiedział wreszcie. - A przez takie głupoty można w życiu sporo stracić...
Dodał jeszcze, a mięśnie na jego szczęce lekko drgnęły. Wreszcie wrócił spojrzeniem do Iris i uśmiechnął się do niej serdecznie.
- Zdaje się, że oba nasze zespoły czekają niecierpliwie... Masz ochotę spotkać się na kolejne starcie po grze? - zapytał, trochę z głupia frant.
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Brwi powędrowały jej do góry, gdy podzielił się kawałkiem swojej przeszłości. Czy ją to zaskoczyło? Odrobinę. Czy wyglądał na takiego? Być może. Chyba nie chciała wyciągać tak daleko idących wniosków, nie znała go. Nie umknęło jednak jej uwadze, że nie odpowiedział na pytanie. Nie wspomniał ani o swojej ręce, ani o lekach, które brał. I dobrze wiedziała, że brał… nie był głupia.
- Moi sobie radzą całkiem nieźle beze mnie. – spojrzała krótko na kolegów, ale faktycznie byli już zajęci grą, nieszczególnie na nią czekali – I starcie w czym? Musisz być bardziej precyzyjny… na co miałabym się mentalnie przygotować? Nadal mam rzucać aluzje na temat twojej ręki i problemu, którego oczywiście nie masz, czy po prostu chcesz mnie zaprosić na drinka, ale tak po prostu nie chce ci to przejść przez gardło? – zapytała jak gdyby nigdy nic, założyła ręce na piersi i spojrzała na niego dość… wyzywająco. Ale to dlatego, że w jej słowach było wyzwanie, a nie dlatego, że w jakikolwiek stopniu była tutaj wulgarna, nienie, zupełnie nie ten rodzaj wyzywającej Iris miał okazję poznać. Tamten zostawiała na specjalne okazje. A już na pewno inne okazje – Chociaż masz chyba pod opieką bandę biegających dzieciaków, więc… – był pewny? Że chciał się spotykać z nią na kolejne starcie? Niezależnie od tego, czy po grze w kręgle czy też nie.
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Za cholerę nie wiem, dlaczego przy każdym spotkaniu traktujesz mnie jak wroga... - powiedział, kręcąc głową z rozbawioną rezygnacją malującą się na twarzy.
Uniósł spojrzenie na przywołujących go kolegów z drużyny. Uniósł dłoń, dając im znak, żeby nie czekali, i wrócił spojrzeniem do Iris.
- Z jednej strony masz koszmarnie silny imperatyw pomagania innym, co jest naprawdę piękne i godne podziwu. - no stary, nie zagalopuj się teraz. - A z drugiej sprawiasz, że człowiek chce z Tobą walczyć, a nie Ci zaufać.
No i pojechałeś za daleko...
Umilkł na moment, szukając w głowie kolejnych słów, które mogłyby jednak zetrzeć zbyt ostry ton sprzed chwili.
- Chciałem Cię tylko zaprosić na drinka. Dowiedzieć się, dlaczego tak dużo energii poświęcasz na to, żeby mi udowodnić, że mam problem.
Auć, ależ te słowa zabrzmiały prawdziwie w tym momencie! Poruszył ramieniem, jakby było mu niewygodnie, ale w tej chwili jego myśli nawet nie powędrowały w kierunku leków. Za to jego oczy odnalazły jej. Przez moment szukał w nich... ciepła i zrozumienia. Nie osądu.
- Tak, mam pod opieką zgraję przyszłych gwiazd baseballu... Które w ogóle nie są zainteresowane mną. - dodał z rozbawieniem. - I mnóstwo ludzi ich pilnujących.
Po co to mówisz?
Wreszcie uniósł dłonie w czymś na kształt przepraszającego gestu. Pół kroku do tyłu pokazało, że wycofuje się z pola walki.
- Po prostu chciałem, żeby przez chwilę było między nami miło. - wyjaśnił wreszcie, próbując swoją szczerość rozbroić ciepłym uśmiechem.
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy jego słowa jakkolwiek ją uraziły? Nie. Wręcz przeciwnie. Dość szybko na jej twarzy pojawił się uśmiech, może nawet lekkie rozbawienie… głównie dlatego, że – To był żart. Pytanie o to, na czym miałoby polegać nasze późniejsze starcie było żartem. Żebyś po prostu zaproponował wspólnego drinka. – doprecyzowała i lekko wzruszyła ramieniem, bo nic nie mogła na to poradzić, że jej żarty nie były najbardziej wyrafinowane, nie była dziewczęca i łatwa we flirtach, a większość jej relacji – szczególnie tych z mężczyznami – polegała na przepychankach słownych. Czy coś z nich ostatecznie wynikało? Nie. Ale to już był problem zupełnie innego gatunku – Złośliwa jestem zazwyczaj dla tych, których w jakiś sposób polubiłam… co swoją drogą jest ciekawe, bo cię nie znam, a jednak cię polubiłam. Może dlatego, że właśnie całkiem nieźle radziłeś sobie z moimi szpilkami. – gdyby była obrzydliwie uprzejma, miła i bezosobowa… byłaby w pracy, taka wtedy właśnie była, a teraz daleko im było do szpitalnych murów. Czy to oznaczało, że mogło być pomiędzy nimi przez chwilę miło? Tego nie była tak w stu procentach pewna, ale od razu – jak tylko zaproponował kolejną rundę ich starcia – chciała to sprawdzić. Nie kłamała, gdy przy pierwszym spotkaniu bezpardonowo wspomniała, że wpadł jej w oko. Niekoniecznie z dobrego powodu, ale jednak!
– Piję dzisiaj mohito… gdybyś jednak chciał zaryzykować, że wcale nie trzeba ze mną walczyć. – wzruszyła kolejny raz ramionami, uśmiechnęła się i zrobiła krok do tyłu, żeby się wycofać, żeby mógł wrócić na swoją rundę kręgli do znajomych, którzy na niego czekali.
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Trudno za Tobą trafić... - odpowiedział, ale kiwnął głową. - I jak na tej złośliwości wychodzisz?
Dodał jeszcze, z lekkim żalem zauważając, że zrobiła krok do tyłu. Uszanował bezpieczną przestrzeń, którą zbudowała, i uniósł spojrzenie na znajomych.
- Daj mi chwilkę... - poprosił i, ominąwszy ją, podszedł do swojego toru, gdzie pogadał chwilę ze znajomymi.
Pierwsze żarty przyjął uśmiechem, ale jedno spojrzenie dało znać podwładnym, że nie powinni przesadzać z tym tematem. Więc, zabrawszy swoje rzeczy, wrócił do Iris, gestem wskazując bar.
- Możemy? - zapytał i chwilę później już siadali na stołkach przy ladzie.
Do tej pory szło łatwo. No dobra, to spory eufemizm, bo ta relacja od początku była trudna, ale jak teraz przestawić się z kąśliwości tak, żeby „przez chwilę było miło”?
- Poproszę mojito i lemoniadę. - poprosił barmana, który nie zdążył nawet zadać pytania odnośnie zamówienia.
I w tym momencie Robbie złapał się, że nawet nie wie, jak tę spokojną rozmowę zacząć. Może niepotrzebnie tak bardzo się napiął... Wrócił spojrzeniem na dziewczynę, patrząc na śliczną buzię, smutne oczy i uśmiech, który był naprawdę ładny, kiedy nie był podszyty uszczypliwościami.
- No to... Skoro się nie znamy... Jestem Robbie. - przedstawił się, wyciągając dłoń w jej kierunku. - I za często bywam w szpitalu.
Too soon? Too real?
Zawahał się po tym żarcie, czujnie przyglądając się jej reakcji. Kiedy podała mu dłoń, uścisnął ją lekko. Dotyk trwał odrobinkę za długo, kiedy ich oczy się skrzyżowały.
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Za to ciekawym doświadczeniem była obserwacja jego interakcji ze znajomymi. Mogła się tylko domyślić jak brzmiała ta rozmowa i cóż… trochę nie mogła się dziwić ich żartom. Nie skomentowała tego, gdy mężczyzna do niej wrócił i mogli przenieść się do baru. Usiadła bokiem do blatu, opierając na nim łokieć a wzrok utkwiła w mężczyźnie, na którego zaskakująco często wpadała. Przez chwilę miało być miło. I nie miała zielonego pojęcia jak to sobie wyobrażał, ale jednocześnie była tego bardzo ciekawa. Bardzo! Przesunęła wzrok po jego sylwetce i spojrzała na wyciągniętą w jej stronę dłoń. Doceniła przy tym szczerość. Ba! Nawet lekkie poczucie humoru. Uścisnęła jego dłoń. Pewnie.
- Iris. I czasami lubię wpierdalać się w cudze życia. – odpowiedziała w podobnym mu tonie, uśmiechając się pod nosem – Ale na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że wcale nie robię tego tak często i prawdą było to, że nie lubię, gdy ktoś marnuje sobie życie… bo zazwyczaj to nie tylko to jego jest zmarnowane. – cierpią też najbliżsi i była tego doskonałym przykładem, bo w takim domu się wychowała. I dlatego dzisiaj była po trzydziestce i nie rozmawiała ze swoją matką, a na pogrzeb ojca poszła tylko dlatego, że siostry wyciągnęły ją tam praktycznie siłą – I miałam zaćmienie umysłu po czternastogodzinnej zmianie, gdy cię zaczepiłam. – dodała, wzruszając lekko ramionami, trochę bezradnie… bo co zrobisz jak nic nie zrobisz, prawda? Spojrzała też na barmana, który właśnie pojawił się z ich napojami, więc odebrała od niego swoje mohito i upiła z niego niewielki łyk – Więc o co chodzi z tą bandą przyszłych gwiazd baseballu? – z która tu ewidentnie dzisiaj był.
Robbie Cole