Galen wzruszył ramionami, bo on też do końca tego nie rozumiał. Dlaczego on w swoim szarym, idealnie poukładanym życiu robił coraz mniej rzeczy, które naprawdę go cieszyły, które dawały mu radość?
A przecież mógł, miał to wszystko na wyciągniecie ręki. Tylko właśnie chyba o to chodziło, że kiedy wyciągał swoją dłoń do fortepianu, to zaraz tracił zapał i już uderzał w klawiaturę zupełnie bez pasji. To tego chyba brakowało w jego życiu, jakiejś pasji. Jakiegoś takiego pierwiastka, który poruszałby serce. Bo przecież Galen to lubił, przyspieszone bicie serca, i
coś co sprawiało, że on nawet o tostach mógł mówić z uśmiechem. Że nawet smarując kromki masłem, wcale nie tak jak mu pokazywała, to... był szczęśliwszy?
Może po prostu brakowało mu kogoś? Kiedy Galen przecież całe życie był sam. Rodzice wyjechali z Kanady i właściwie nie za bardzo utrzymywali z nim kontakt. Siostra tułała się gdzieś po świecie. Przyjaciele raz byli, a zaraz znikali, albo okazywało się, że tak naprawdę to nigdy nie była przyjaźń. A kobiety... te w życiu Galena Wyatta zawsze odciskały swoje piętno, wypruwały kawałek po kawałku coś z jego duszy. I on za każdym tym bolesnym rozstaniem robił się chyba coraz bardziej... zimny. A może zawsze taki był? Po prostu zbyt stonowany? Zbyt chłodny. Nie był, bo przecież Marcie potrafiła w nim obudzić prawdziwy ogień, kiedy wyruszył z nią w świat. Meena też, gdy stracił głowę dla tego zakazanego związku. I Cherry, jego Persefona, i on jak ten Hades, w ogniu, który ich trawił. A potem zgasł zostawiając w sercu dziurę. Dużo było tych dziur.
I Galen coraz częściej zamykał się na ludzi, bo bezpieczniej było w złotej klatce. Bez uczuć, bez emocji, bez nikogo.
A dzisiaj do tej złotej klatki zaprosił Majkę, która robiła mu tosty, gdy on recytował jej poezję. Swój wiersz, o sobie chyba. Bo na pewno nie o niej. Bo w Mayi nie było ani odrobiny porządku, ani ciszy, w jej spojrzeniu, w jej uśmiechu był jakiś taki chaos. I Galen mógłby ją pewnie porównać do Eris, bo on przecież miał te swoje dziwne przyzwyczajenia, słabość do imion... i do bogiń greckich.
Eris i Ares, często siali spustoszenie, współpracując razem, oboje uosabiali chaotyczne, destrukcyjne aspekty. I oni też dzisiaj w tej idealnej kuchni zasiali ziarno... zamętu.
A Maya na tym nie poprzestała, bo kiedy Galen zapytał jak wypadł, to zaraz stanęła przed nim. I Wyatt znowu wbijał w nią intensywnie niebieskie tęczówki. Słuchał jej, a zaraz spuścił spojrzenie na jej dłonie układające się na jego kołnierzyku.
-
Mało ludzi jest... naprawdę - bo w tym świecie, w którym Galen Wyatt się obracał też wszyscy dookoła grali. Sztuczne uśmiechy, sztuczne gesty, wyuczone maniery. Galen też taki był, ułożony. Nauczony wszystkiego. Podniósł spojrzenie na swoje włosy, do których sięgnęła -
a co lubi? Chaos? Głośny śmiech? I tłuczone szkło? - znowu patrzył w jej ciemne, piękne oczy. Uśmiechnął się delikatnie, kiedy mówiła o tym, że
piękno lubi spontaniczność, bo porządek, ramy i cisza są monotonią, a nie pięknem. Mógłby się z nią kłócić. Ale podobało mu się to, że mieli zgoła inne postrzeganie świata, inne podejście. Jak Ares i Eris, którzy działali inaczej, a jednak... siejąc zamęt.
I kiedy jej paznokcie sunęły po jego karku, kiedy wplatała smukłe palce w jego kosmyki i rysowała delikatną skórę krótkimi paznokciami, to Galen przechylił na bok głowę, przysunął się do niej bliżej. Tak, że jego unosząca się w nierównym rytmie klatka piersiowa, gdzie biło jego serce, zdecydowanie szybciej, zetknęła się z jej piersią. A on znowu pochylał się do niej. Tak, że ciepły oddech lądował na jej policzkach. Więcej zamętu...
Mógłby.
Chciał.
Tylko, że chyba dotarły do niego jej słowa, ułożyły się gdzieś w głowie, bo prawda jest taka, że Galen przecież wiecznie zachowywał się pod dyktando matki, potem trochę się buntował, ale w swoim dorosłym życiu, gdzieś pomiędzy tymi skandalami, to przecież wciąż był ułożonym
prezesem, i może tym
ładnym chłopcem ze złotymi mankietami?
Nawet nie oponował, kiedy się od niego odsunęła, cofnęła do blatu, pozostawiając go z tymi myślami. Bo Galen chciał być doceniony, łaknął pochwał jak małe dziecko. Ale też Galen Wyatt bez tych swoich zasad, wpojonych gdzieś głęboko, bez tych wartości. Tej całej otoczki, on przecież nie byłby sobą. On sam jej powiedział, że gdzieś tam w środku lubił poezję, grę na fortepianie, lubił swoje poukładane życie.
Usiadł na wysokim stołku i zawiesił spojrzenie na serze, którego Majka dołożyła mu aż trzy plasterki.
-
Myślisz? W zasadzie dzisiaj mogę zaszaleć... - stwierdził, a kiedy zapytała o talerze to rozejrzał się po kuchni -
gdzieś są - rzucił, ale właściwie nie wskazałby jej w której szafce, na szczęście Majka sama wyruszyła na poszukiwania. A Galen znowu się zamyślił, a zaraz obejrzał.
-
Każda kobieta, z którą... budowałem jakieś relacje, chciała mnie zmieniać, bo wiesz... Za pierwszym razem byłem za mało spontaniczny właśnie - spojrzał na nią, mówił o Marcie -
kolejna uważała mnie po prostu za buca, no wiesz... to, że nie umiem odnaleźć się w takich normalnych sprawach - wzruszył ramionami, na przykład jak jazda nocnym autobusem. I tego chciała uczyć go Meena, normalności -
a Cherry gasiła znowu tą iskrę szaleństwa, bo chciała ustatkowanego życia - stwierdził opierając się znowu o blat, koło talerzy, które naszykowała -
trudno jest wszystkim dogodzić - westchnął ciężko, a zaraz prysnął keczupem na swojego tosta, oczywiście, że za dużo, ale i tak po niego sięgnął i ugryzł
ze smakiem. Ale zaraz jeszcze się odezwał -
więc może to jest trochę tak, że rodzice wychowali mnie na zepsutego człowieka, ale ja też trochę taki jestem... - wzruszył ramionami, bo był. I jakby Majka wiedziała o niektórych rzeczach, które Galen Wyatt robił bez skrupułów, to może nawet by się z tym zgodziła.
Chociaż zaraz już zmieniali temat na jego grę na fortepianie, i to żeby Majka mu zaśpiewała.
-
Masz ładny głos, myślę, że nie będzie źle - znowu się do niej uśmiechnął, a zaraz odgryzł kawałek tosta brudząc się keczupem na policzku, jak dziecko. Nawet tego nie zauważył. Słuchał Majki, kiedy opowiadała o tym jaką muzykę tworzy -
a jakich filmów? Też je kręcisz? Czy to tylko muzyka filmowa? - zainteresował się, bo Maya go fascynowała. Niebieskie tęczówki znowu wisiały na jej ciemnych oczach, kiedy tym razem urwał kawałek tosta brudząc sobie w keczupie całe palce, a zaraz włożył go do buzi. Pokiwał głową, że mu smakowały, bo przecież Galen nie mówił z pełnymi ustami. Dopiero jak przeżuł, to się odezwał.
-
Są świetne, może wpiszę je do swojego codziennego menu, tylko z masłem i będę je jadł teraz przez miesiąc - znowu się do niej uśmiechał, a zaraz sięgnął po ostatni kęs swojego tosta. Widać było, że mu smakują, po tym jak szybko go zjadł. Zamyślił się, ale zaraz znowu niebieskie tęczówki odszukały jej przenikliwe, ciemne spojrzenie.
-
A ty Maya, zawsze jesteś sobą? Nie chciałaś się nigdy dla nikogo zmieniać? Albo inaczej... nikt nie chciał na siłę cię zmieniać? - zapytał nagle, bo co to miało do tostów? Ale miało do tego, co jej wcześniej powiedział. I kiedy dokładała mu kolejnego tosta, to na moment zerknął na talerz, znowu nalał na niego sporą ilość keczupu -
a jakbyś na przykład nagle weszła w taki świat... Jak mój, dostosowujesz się, czy idziesz kompletnie pod prąd? - był tego ciekawy. Bo każda z jego kobiet też w pewnym sensie dopasowywała się do Galena Wyatta, i on teraz, w tym momencie swojego życia nie wiedział, czy ma szukać partnerki takiej jak on, czy zupełnie innej.
A może takiej, która po prostu jego nie będzie chciała zmienić?
e r i s - bogini chaosu ⋆。゚☁︎。⋆。 ゚☾ ゚。⋆