June dobrze znała swoją wartość. Opinia kogoś takiego jak Paul Baker nie powinna mieć dla niej żadnego znaczenia, w szczególności że była oparta wyłącznie na kłamstwach, które sam o niej rozpowiadał.
Z reguły zachowywała w pracy spokój i pełny profesjonalizm, ale niestety czasami spotykała na swojej drodze takie…
trudne jednostki, które, zupełnie nie wiedzieć czemu, czerpały satysfakcję z testowania jej cierpliwości i opanowania. To właśnie dzięki tej odrobinie ogłady, pazur który potrafiła pokazać, nie wpakował jej jeszcze w żadne poważniejsze kłopoty.
Tego dnia - było blisko. Gdyby nie Scott, pewnie nie zdołałaby się powstrzymać. Chyba właśnie o to chodziło Bakerowi. Chciał wpakować ją na minę, bo gdyby rzeczywiście doszło do rękoczynów, mógłby w łatwy sposób się jej pozbyć. Prawdopodobnie nie wyleciałaby z pracy, ale mogliby ją przenieść. Czy właśnie taki był jego cel? Nie mogła być pewna. Może nie grzeszył rozumem, ale trzeba przyznać, że działał w nieprzewidywalny sposób, umiał zaskoczyć i June nigdy nie wiedziała jaki będzie jego kolejny ruch, szczególnie gdy ze swojego obrzydliwego wręcz, flirciarskiego tonu potrafił w sekundę przejść do ubliżania i grożenia jej. Jeśli to gra wstępna, to dosyć dziwna.
Dostała w przeciągu kilku minut tyle komplementów, że od tej pory nie powinno brakować jej wiary w siebie. Bo skoro sam zastępca komendanta uważał, że zasługiwała na tę posadę i „nie miał co do niej żadnych wątpliwości”, to czemu ona miałaby wątpić w swoje możliwości oraz w to, że ciężko harowała na to co dostała? Była pracowita, ambitna i zwykle pewna siebie, ale jak większości, zdarzały się jej gorsze momenty. Scott właśnie dziś na taki trafił - niestety albo stety, bo potrzebowała tej rozmowy. Jak dobrze, że wrócił.
—
Tak naprawdę nie lubię tego w sobie — przyznała szczerze i zaraz doprecyzowała —
Tej potrzeby kontroli. Nie potrafię się tego wyzbyć, a na dłuższą metę to męczy — westchnęła i zamilkła na chwilę, po czym machnęła ręką, jakby to było nieważne. Od razu pożałowała tego wyznania. Nie był tam przecież po to, by ocierać łzy i bez końca wysłuchiwać jej żalów. —
Ale to temat dla terapeuty. Gdy w końcu się do jakiegoś wybiorę, ma się rozumieć.
Rozbawił ją. Jej śmiech tym razem nie był kontrolowany i cichy, jak dotychczas. Nie był też gorzki, jak na słowa Bakera. June, pierwszy raz od jakiegoś czasu, roześmiała się głośno i szczerze.
—
Musisz uważać, bo zaraz obrosnę w piórka — zażartowała i podobnie jak on, skrzyżowała ręce na klatce piersiowej. Spoważniała nieco dopiero, gdy wspomniał to magiczne „coś”, co rzekomo miała w sobie. Uciekła spojrzeniem w stronę drzwi, ale tylko na moment.
—
Tak, też nadal to masz… cokolwiek to jest — wtrąciła swoje zapewnienie, choć wcale tego nie potrzebował, po czym dodała ciszej, z lekkim uśmieszkiem —
Skuteczny pies.
Patrząc w sufit, myślała o tym jak bardzo chciała, by ten temat już zakończyć. Bo w końcu zaczynała się rozluźniać, zaczynało być
miło, a Baker zdecydowanie nie był kimś, kto zasługiwał na tyle uwagi i nie powinna się tak na nim skupiać. Więc tak - w pewnym sensie był to unik, ale też chęć pokazania Letexierowi, że jego interwencja i całe zaangażowanie nie szło na marne; że to co od niego usłyszała, naprawdę
pomogło.
Gdy zajął miejsce przy stole, znów na niego spojrzała. Tym razem z lekkim grymasem na twarzy. Nie do końca rozumiała czego od niej oczekiwał, jaka reakcja byłaby jego zdaniem odpowiednia.
—
To mam nie udawać? — spytała, przechylając delikatnie głowę —
Nie wiem czy to bezpieczna opcja. Gdybyś się tu nie zjawił… — nawet nie dokończyła, bo oboje raczej zdawali sobie sprawę z tego, że rozmowa, którą przerwał mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Znowu westchnęła ciężko, nie dodając już nic. Zawsze miała poczucie, że nie może pozwolić, by ktokolwiek zobaczył, że pęka. Musiała być twarda. Inaczej by ją zjedli. Nawet nie myślała o tym ile - jak to ujął - traci energii, ile ją to kosztuje.
—
Scott… dziękuję, ale naprawdę nie musisz- — ucięła nagle i nachyliła się bliżej, kładąc dłonie na stole. —
Tak jak powiedziałeś - to tylko szum. Nie warto. — powiedziała spokojnie, łudząc się, że po tym co zaszło, Baker może się trochę przestraszy i wycofa. Po chwili znów wyprostowała się na krześle, odwzajemniając uśmiech. Zmiana tematu ją wprawdzie ucieszyła, ale na słowo „hobby” zareagowała co najmniej tak, jakby słyszała je po raz pierwszy w życiu i nie znała jego znaczenia.
—
Czy ktokolwiek ma na to czas? — unosząc brwi, zaśmiała się nerwowo. Próbowała sobie przypomnieć kiedy ostatnio miała czas dla siebie, by się rozerwać i zrelaksować. Wiedziała, że gdy powie co naprawdę robi w wolnych chwilach, zabrzmi jak straszna nudziara. —
Jeśli mam cały dzień tylko dla siebie, najczęściej wyjeżdżam z miasta. Sama. Godzinę od Toronto jest las z dobrymi ścieżkami do biegania. Tylko w taki sposób mogę oderwać myśli od pracy i odpocząć. — przyznała, trochę tym z jakiegoś powodu zawstydzona i na chwilę spuściła wzrok.
—
Chyba że masz do polecenia jakieś inne dobre metody, to chętnie posłucham — spojrzała na niego z ciekawością —
Co robisz w przerwach od bycia skutecznym psem?
Scott Letexier