ODPOWIEDZ
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

To chyba wrodzony instynkt.
Zazdrość w czystym wydaniu. Aż żyłka wyskoczyła jej, widząc tę dłoń. Mogła przypominać Anabelle, ale nią nie była. Lotte widziała lubieżne spojrzenia tej dwójki i fakt, że przypominali Państwo Patel, nie miał dla niej żadnego znaczenia. Uaktywniła się w niej zazdrośnica, która nie miała zamiaru oddać łatwo za wygraną. Wtuliła się bardziej we Williama i uśmiechnęła przepięknie do zdjęcia, ale zaraz mierzyła dwójkę wzrokiem. Zastanawiała się, czy to miało sens? Może za dużo wypiła, a wyobraźnia za bardzo działała.
Nie mamy nic przeciwko — powtórzyła za Billym, ale miała. Mu przeszkadzało oglądanie waleni z Cassianem, a jej, o zgrozo, z klonami jego rodziców — oh, byłam tam jest cudownie, ale trochę za dużo śmieci jak na stolicę — nie spodobało się to parce. Za to Lotte uśmiechała się szeroko. Ze wszystkich rzeczy, za które mogła podziękować ojcu wyjazdy za granicę grały największą rolę. Uwielbiała zwiedzać, poznawać nowe miejsca, a Paryż bardziej przypominał jej wysypisko śmieci, na którym nie da się żyć. Sekwana śmierdziała, a widok tego co się w niej znajdywało, wrył się w pamięć Kovalski. Jebany sedes wyłowiony z rzeki. To było za dużo jak na trzynastolatkę. Zniszczyło to bańkę miasta miłości.
Za nietuzinkowe spotkania — stuknęła się z nimi kieliszkami i upiła małego łyka. Już była wstawiona. Nie potrzebowała kolejnego fikołka myślowego — nam też bardzo miło — Kovalski niekoniecznie. Zwłaszcza gdy francuski Franklin posyła jej oczko. Alkohol z hotelu chciał jej wrócić, ale zasady dobrego wychowania miała za bardzo wryte, by wprost spytać ich o zamiary.
Winnicę? Cudownie, my jesteśmy razem prawnikami — bardzo zasadniczymi, znaczącymi teren prawnikami — i jesteśmy wrogami w Toronto, ale tutaj bardziej przypominamy kochanków — stwierdziła Lotte, pochylając się w stronę Patela, by zaczepić go nosem o policzek — nikomu nie oddałabym Billy'ego — gdyby nie piekielne oparcia krzeseł, pewnie by na niego weszła. Byle każdy zrozumiał wszem i wobec, że nie miała zamiaru go nikomu oddawać. Przynajmniej w trakcie wyjazdu. Cholera, czy to właśnie było zakochanie? Przegryzła dolną wargę, odsuwając się na moment, a myślami była daleko poza łódką.
Oh, nikomu? — zagadnęła francuska Belle — wyglądacie na bardzo otwartych, prawda Frank? — a on jedynie skinął głową — co odwiedziliście, jak dotąd na La Palma? I jak długo tu zostajecie? — pewnie Charlotte by zareagowała, ale wpatrywała się w bezkres oceanu, poszukując w nim odpowiedzi — potrzebujemy z Franklinem kompanów do towarzystwa — uśmiechnęła się zadziornie, a jej dłoń wylądowała na kolanie Williama, zaczynając powoli ja gładzić — a wy wyglądacie na bardzo otwartych na różne doświadczenia — drążyła tunel, patrząc na Patela. Wyczuła chyba słabsze ogniwo — wieczór spędzamy w namiocie i chcemy zabrać tam coś, żeby poczuć szczęście — tak, chodziło jej o mdma. Większa empatia, większa euforia, jeszcze większe pożądanie — poczuć się bardziej otwarci na innych — uniosła sugestywnie brwi ku górze — będzie tam jeszcze jedna zaprzyjaźniona para. Może wpadlibyście do nas po rejsie? — Franklin kiwnął głową, a oczy kobiety się błyszczały, czekając na odpowiedź Williama.
34 y/o
Prepare for the cold
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Poważnie?- zerkam na Lottę unosząc obie brwi - W sumie słyszałem kiedyś o czymś takim jak syndrom paryski, ale jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiałem - zamyślam się na moment. Ja w zasadzie nigdy nie miałem wielkich oczekiwań względem stolicy Francji, właściwie całej Francji, jakoś specjalnie mnie tam nie ciągnęło, zamiast tego wolałbym odwiedzić Amsterdam. Europejskie miasto rozpusty zdecydowanie wygrywało z miastem miłości. Nie ciągniemy jednak tematu, bo ani Bella ani Frank nie są zbyt chętni żeby rozwodzić się nad zalanym śmieciami Paryżem - Tak, to też jest dosyć... Nietuzinkowa historia - śmieję się, odwracając głowę w kierunku Charlotte, przesuwam kciukiem po jej ramieniu w górę i w dół, wciąż trzymając rękę na oparciu krzesła. Obserwuję wymianę zdań między kobietami i mrużę nieznacznie ślepia - Wyjeżdżamy za dwa dni - kiwam lekko głową, a potem opowiadam im o tym, że byliśmy w fabryce cygar i na górze i oglądaliśmy gwiazdy i w miasteczku, a wczoraj na imprezie na plaży, generalnie strzeszczam im całe nasze wspólne wakacje, na co Bella uśmiecha się delikatnie, Franklin zaś wydaje się jakiś zamyślony, jakby w ogóle nie słuchał tego co mówię - Kompanów do towarzystwa? - powtarzam, bo chyba nie do końca rozumiem, szczególnie kiedy jej szczupła dłoń opada na moje kolano. Poruszam nogą w prawo i w lewo, chcąc zrzucić jej rękę i chrząkam cicho - Różne doświadczenia? - znowu powtarzam, wbijając w nią spojrzenie i znowu poruszam nerwowo nogą, ale niewiele to daje, co więcej mam wrażenie, że zaciska palce na moim udzie coraz mocniej i mocniej, tak mocno, że wbija mi już w nie paznokcie - Szczęście i otwartość, tak? Pytasz mnie czy wam ogarnę ćpanie czy o co chodzi? - mrużę lekko ślepia, nie spuszczając z niej wzroku, a ona znowu obdarza mnie jakimś takim dziwnym uśmiechem - Nie, nie, chodzi o to, że - przysuwa się do mnie bardzo blisko, paznokcie już mocno wbija mi w udo, przesuwając dłoń tak wysoko, że chyba zaraz dosłownie złapie mnie za kutasa, a to co właśnie szepta mi prosto do ucha sprawia, że w jednej sekundzie purpura wstydu przebija się nawet przez moją wciąż czerwoną opaleniznę. Może gdyby nie wyglądała identycznie jak moja matka to bym na to poszedł, ale nawet ja nie byłem takim zwyrolem. Wyobraźnia już zadziałała i dosłownie czuję, że chyba zaraz zwrócę. Obrzydliwe, fu, masakra - Co?! Nie, nie ma szans - kręcę głową, zrywając się ze swojego miejsca - Przepraszam, muszę - ale nie kończę co, tylko macham rękami w bliżej nieokreślonym kierunku i oddałam się szybko w stronę łazienki, bo teraz czuję, że muszę jak najszybciej zmyć z twarzy rumieniec wstydu i trochę się ochłodzić. Bella odprowadza mnie spojrzeniem, a potem wspiera dłonie na zostawionym przeze mnie krześle, by znaleźć się bliżej Charlotte i to do niej się uśmiecha - O, jaki słodki, wstydliwy, a może ty byś go przekonała, hm? Przecież nie chodzi o oddawanie, tylko dzielenie - mówi, dziwnie podkreślając ostatnie słowo i wbija w Kovalski równie roziskrzone, wielkie ślepia, takie same, które jeszcze przed chwilą były równie intensywnie wbite we mnie.

Charlotte Kovalski
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

Kiwnęła głową. Poważnie, Paryż przypominał jeden wielki śmietnik, w który nie warto było inwestować. Dla Charlotte przypominał kupę gruzu. Choć były tam ładne miejsca, może inaczej widziałaby to, gdyby znalazła się tam z ukochanym, ale... żadnego takiego nie widziała na horyzoncie. Z Williamem zakończy się na wakacyjnej przyjemności, prawda?
Nietuzinkowa historia była dosyć łagodnym określeniem. Za sobą w relacji mieli więcej upadków. Dopiero La Palma wydawała się odmienić ich losy i pokazać jedno: prawdopodobnie im obojgu na sobie zależało. Tego nie dało się ukrywać. Lotte z prawdziwymi iskierkami w oczach słucha tego, co ma do powiedzenia William. Serce zaczęło bić jej szybciej, bo to była ich historia.
Przyjemności się już zakończyły.
Wzrok Charlotte pada na dłoń Anabelle na kolanie Patela, a już pojawia się jej podirytowana żyłka na czole. Tyle była w stanie wytrzymać. Wciąga głęboko powietrze do płuc i zaczyna odliczanie. Tyle że dłoń idzie ku górze. Coraz bardziej przestaje się jej to podobać. Jeśli chodziło o penisa Patela, to na wyjeździe żadna nie mogła go dotknąć. Jednak jeszcze nic nie mówi, nawet kiedy sugeruje te różnorodne doświadczenia.
Kolejny głęboki wdech.
Nawet nie słyszała, co dokładnie mu szeptała do ucha, a pięść sama się jej zacisnęła. To musiał być głupi żart, bo inaczej nie dało się tego wytłumaczyć. Jedynie migawka ich aparycji ich powstrzymywała. Wyglądali jak Państwo Patel i jak oni zasługiwali na szacunek.
Nie zasługiwali.
Odejście Williama wydawało się ją otrzeźwić. Chociaż milczała przez kilka dobrych minut. Wybuch, czy nie wybuch? Obie opcje wydawały się niesamowicie kuszące. Spojrzała na Anabelle chłodnym, wręcz lodowatym spojrzeniem. Chodzi o dzielenie się? Aż parsknęła głośno pod nosem. Nie, nie chodziło oto.
Czy Ciebie do reszty popierdoliło? — spytała, unosząc głos na tyle, że oczy wszystkich zwrócili się w ich stronę — nie wiem, jakie magiczne rzeczy sobie ustaliliście, ale paniusiu zrozum jedno — wbiła mocno w nią palec prosto w jej pierś — wyglądasz jak jego rodzona matka i on aż takim chorym zjebem nie jest, by chcieć się ruchać z własną matką — wycedziła przez usta, nie spuszczając z niej spojrzenia — nie mówiąc już o tym, że wpierdalasz się w nasz romantyczny rejs. W dupie mam dzielenie się nim, nawet nie jesteśmy razem, ale nie mam zamiaru tego robić. William jest moim wakacyjnym partnerem i ustaliliśmy jedno. Nie dzielimy się sobą — zwłaszcza że tylko po pijaku raz się kochali. Szybki numer przy wschodzącym słońcu. Tyle. Nie miała zamiaru się nim dzielić — więc z łaski swojej znajdźcie sobie innych ludzi, albo poszukaj sobie młodszego, skoro Franklin Ci nie wystarcza — cały czas się w nią wpatrywała i czekała na jej reakcje. Albo na Williama, który opanuje jej irytację.
34 y/o
Prepare for the cold
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Wbijam do kibla i wzdycham ciężko, bo przed oczami wciąż mam sprośne obrazy, które tamta pani zaszczepiła w mojej głowie i ja pierdole, chyba będę miał po tym koszmary. Czym prędzej opłukuję twarz zimną wodą, chłodną dłoń przykładając także do karku, chociaż w zasadzie niewiele to daje. Robię ze trzy okrążenia po pomieszczeniu, w duchu mając nadzieję, że tamta dwójka odpuści i po prostu sobie pójdzie, ale kiedy wreszcie wracam na salę, to dochodzi do mnie jak bardzo się przeliczyłem. Z daleka dostrzegam pulsującą żyłkę na czole Kovalski i ten wzrok, którym i mnie niejednokrotnie obrzucała kiedy dochodziło między nami do najgorszych spięć. Znam go aż za dobrze, a co więcej wiem, że nie zwiastuje niczego dobrego. W zasadzie zwiastuje same kurewsko złe rzeczy. Przyspieszam kroku, żeby czym prędzej znaleźć się przy stoliku, gdzie atmosfera zrobiła się już zbyt gorąca. Widzę jak oczy Belli robią się coraz większe bo chyba nie tego się spodziewała, nie takiej tyrady, choć do moich uszu dociera tylko kilka ostatnich słów. Jej palec wystrzeliwuje w stronę Charlotte, ale Franklin w ostatniej chwili zaciska dłoń na szczupłym, kobiecym nadgarstku - Bella, proszę cię - zaczyna, jednak Bella nie zamierza odpuszczać, wyrywa rękę z jego uścisku, a on zrezygnowany, z głośnym westchnieniem na ustach, opada na swoje krzesło. Zerka na mnie kręcąc głową, żebym nawet nie próbował wkraczać do akcji bo to nic nie da. Klon mojej matki natomiast zaczyna się rozkręcać - Słuchaj, kurwa, żadna siksa nie będzie się do mnie zwracać tym tonem - wbija ostro zakończony paznokieć w pierś Kovalski, po czym zaczyna piać szybko jak katarynka, w zasadzie nie rozumiem połowy tego co mówi, ale jej ton głosu jasno daje do zrozumienia, że wyklina Charlotte chyba na każdy znany sobie sposób. Ja zaś zwracam się do mężczyzny, tłumacząc mu, że to właściwie nic osobistego. Prawdę mówiąc lubię takie zabawy, ale fakt, że jego narzeczona wygląda jak moja matka jest dla mnie nie do przejścia. W zasadzie chłop przyznaje mi rację. Z drugiej strony skoro ja zaś wyglądam jak jej facet dwadzieścia lat temu to się wcale nie dziwię, że chciała żeby ją wziąć na dwa baty. Gdyby zamiast pani Patel przypominała Lottę z przyszłości to też nie miałbym nic przeciwko, prawdę mówiąc. Coraz więcej głów zwraca się w naszą stronę, bo ludzie uwielbiają dramy, a przy stoliku toczy się coraz żywsza dyskusja, z każdej strony właściwie. Ktoś nawet wyciąga telefon i zaczyna nagrywać. Ja z Frankiem jesteśmy już dogadani i ani ja, ani on nie żywimy do siebie urazy, ale po stronie dziewcząt wygląda to zdecydowanie gorzej. Kątem oka widzę, że Bella już zaraz wyjdzie z siebie i stanie obok, taka jest wkurwiona, a co więcej właśnie zamachuje się na Kovalski, żeby jej sprzedać soczystego plaskacza. Ja się dosłownie rzucam na ten stolik, żeby ją powstrzymać, ale moją dłoń mija jej rękę dosłownie o milimetry. W tym samym czasie z głośników rozbrzmiewa głos kapitana - Szanowni państwo, proszę o uwagę, spójrzcie w dół, oto nadpływa waleń - faktycznie, widać już wielką, powoli zbliżającą się istotę. I chociaż akcja przy stoliku jest bardzo wartka to jednak wszystkie głowy (i moja i Belli i Franklina też) zwracają się w kierunku, gdzie pojawił się cień wieloryba, tak leniwie zbliżający się do szklanej podłogi. Boże, co za wspaniałe, majestatyczne stworzenie. W życiu nie widziałem niczego piękniejszego, dosłownie czuję jak ten widok sprawia, że całe moje ciało wypełnia błogi spokój. Natura jest niesamowita. Prawie słyszę w uszach jego magiczną pieśń, chociaż to zapewne bardziej wyobrażenie niż fakt.

Charlotte Kovalski
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

Charlotte była gotowa na najgorszą batalię jej życia. Żyłka pulsowała cały czas, a w jej oczach pojawiła się prawdziwa furia. Między kobietami wzniecił się ogień, który był wręcz nie do opanowania. Jeśli William kiedykolwiek myślał, że ją wkurwił, to się mylił. Ta wściekłość równała się praktycznie z jej złością, w momencie przegranego rozwodu. Potrzebowała ogarnąć własne myśli, ale nie była w stanie. Nie zauważyła nawet nadchodzącego Patela, Franklin praktycznie nie istniał. Tylko ona i jej paplanina, a Kovalski wcale nie okazywała się jej ustępować. Pi razy oko rozumiała, co do niej mówiła. Co prawda przekleństwa wydawały się dla niej irracjonalne, ale była odpalona na pełnej petardzie.
Plaskacz. Położyła dłoń na policzku. Skóra ją zapiekła, a przez ciało przeszły przedziwne dreszcze. Jeszcze jedno słowo i naprawdę zapłonie. Tyle że pojawił się waleń, oczy niemalże od razu poszły w kierunku zwierzęcia, ale coś było ważniejsze. Duma. Nie da żadnej starej prukrwie zniszczyć jej dnia. Miała przy magicznej muzyce oglądać wraz z Williamem walenie, to miało być zakończenie ich magicznej podróży po La Palmie. Zamiast tego walczyła z furiatką. Nie zwróciła uwagi na walenie, zamiast tego sama zamachnęła się tak, że Anabelle aż poleciała głowę. Nawrzucała jej od najgorszych w każdym możliwym języku. Od kurew, dziwek, po angielsku, francusku, a i kilka hiszpańskich określeń się zdążyła nauczyć w trakcie wyjazdu. Wypuściła z siebie zirytowana całe powietrze, po czym odwróciła się na pięcie, by udać się na tył statku. Dopiero tam zaczęła się uspokajać. Wyciągnęła szluga. Mocno się nim zaciągnęła, przypominała lokomotywę, z której leciał dym. Papieros jeden za drugim bez żadnego powstrzymywania się, aż finalnie odetchnęła z ulgą.
A wtedy podszedł on.
Cały na biało palmowy Cassian i zaczął ją zagadywać.
Zaśmiała się pod nosem. No tak, William nawet za nią nie poszedł, a wybawiciel z basenu pojawił się znikąd. Czy to była miłość? Podał jej nawet kufel z piwem na ochłonięcie.
34 y/o
Prepare for the cold
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Jezus, kurwa, przecież to co się tu właśnie wydarzyło to był jakiś kompletny absurd. Nie wiem nawet na kogo jestem bardziej zły - na tamtą dwójkę, że w ogóle do nas zagadali, na siebie, że nie udało mi się złapać ręki kobiety zanim trafiła celu, na Charlotte, że dała się w to wszystko wciągnąć zamiast odpuścić czy na tego pięknego wieloryba, który pojawił się w najmniej odpowiednim momencie. To nie tak miało wyglądać, zupełnie nie. Nawet nie wiem, w którym dokładnie momencie Kovalski znika, bo nagle wokół robi się strasznie tłoczno, każdy chce zobaczyć walenia i cyknąć fotkę, co w zasadzie wcale mnie dziwi. Ja też chciałem, tylko nagle wieloryb zszedł na dalszy plan, a ja rozglądam się za kimś innym. Faktycznie mija dłuższa chwila zanim uda mi się znaleźć Charlotte i kiedy widzę, że nie jest sama, a w dodatku towarzyszy jej tamten zjebany typ, to dosłownie trafia mnie szlag, zaś cały spokój, który przyszedł wraz z pojawieniem się walenia, ulatuje gdzieś w eter, ustępując miejsca... Hm, złości? Zazdrości? Niemniej staram się go ignorować, to znaczy na tyle, na ile mogę - Tu jesteś - rzucam do Kovalski, wbijając się między nich. Opuszczam spojrzenie na kufel piwa w jej dłoniach i go zabieram, oddając tamtemu typowi, macham nawet na niego ręką, że ma spadać, bo jest tu zbędny jak piąte koło u wozu. Chyba nie muszę jej przypominać co się wydarzyło ostatnio jak piła drinki z nieznajomym? A temu też źle z oczu patrzyło, przynajmniej według mnie, wyglądał na takiego co mógłby ją sprzedać na organy albo wywieźć na czarny ląd, żeby świadczyła niemoralne usługi - Jezu, boli cię? Pokaż - sięgam dłońmi jej twarzy, przyglądając się policzkowi, na którym wciąż widniał delikatny, czerwony ślad. Ile jednak siły mogło być w tamtych wątłych ramionach szalonego klona mojej matki? Chyba niewiele. Przesuwam kciukiem po dziewczęcym policzku, delikatnie, ze sporą dozą czułości, jakby to miało jakkolwiek pomóc - Co za skurwiała baba - kręcę głową. Ale czuję także jak sobowtór Lennoxa wciąż dyszy mi w kark, więc spoglądam na niego przez ramię - Możesz się odpierdolić i stąd iść? - no naprawdę czy chociaż raz nie może być tak jak miało być? Spokojnie, romantycznie, magicznie... Zawsze kurwa coś, jak nie urok to sraczka.

Charlotte Kovalski
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

Charlotte już zaczęła rozmawiać z Cassianem. Z jakiegoś powodu czuła przy nim przedziwny spokój. Był zdecydowanie bardziej wylewny niż ten, którego znała z Toronto. Zaczął z nią rozmawiać o wszystkim i niczym, wyrażał głęboki żal, że ktokolwiek podniósł na nią rękę. Nawet zdążyła opowiedzieć mu całą historię związaną z uderzeniem. Teraz już zaczynała ją ona bawić.
Znalazłeś mnie. — powiedziała cicho, unosząc oba kąciki ust ku górze. Wow, zastanawiała się, czy nie pójdzie na ten szalony układ. Szczerze mogła spodziewać się po nim wszystkiego. Naprawdę się ucieszyła. William zaczynał być dla niej kimś wyjątkowym w tej całej przedziwnej podróży, której nie dało się określić jednym słowem. Chyba zaczynała być mu za to wdzięczna, oddała mu kufel i wpatrywała się w niego wielkimi oczyma.
Troszeczkę... — mruknęła, kiedy przejeżdżał dłonią po jej policzku. Naprawdę był wyjątkowy. Gdy chciał pokazywał jej czułość, sam potrafił się nią zaopiekować, a to sprawiało, że jej serce zaczynało bić szybciej w jego stronę — przepraszam, trochę mnie porwało — westchnęła ciężko. Mogła zachować się inaczej, z odrobiną mniejszą dumę. Finalnie, Patel był dla niej... no właśnie, nie wiadomo kim i teraz jeszcze bardziej zdała sobie z tego sprawę. Kurwa, naprawdę zakochała się w nim całym sercem — szalona jakaś. Czaisz, że chciała spać z nami? W sensie wymienić się partnerami? — zagadnęła finalnie do Patela, parskając cicho pod nosem. Irracjonalna sytuacja. Dobrze, że nie słyszała wymiany zdań między jednym a drugim.
Słucham? — nagle odezwał się klon. Kij wiedział, czy na słowa Williama, czy na Charlotte — daj spokój typie — warknął, prostując się cały — dwa razy ją zostawiłeś. Raz we wodzie i teraz drugi raz jak oberwała w policzek — a on niczym rycerz dwa razy ją dzielnie uratował. Powinien dostać za to specjalną odznakę. Uśmiechnął się szeroko gotowy do bitwy o podbój damy serca.
Wtedy rozbrzmiał on rechot delfinów zaczęły wynurzać się i skakać między falami oceanu. Jeden z nich podpłynął i zaczął śmiać się w twarz.
Widzisz? To się nazywa karma — tak się zamachnął ręką, że wylał część piwska na Williama — pewnie oddałbyś ją każdemu, więc może ty sobie stąd pójdź — a po paru sekundach dodał — albo ładniej, odpierdol się — wbił w Patela ostre spojrzenie, a Lotte już sama nie wiedziała, co tu się tak właściwie działo. Konsternacja wymalowała się na jej twarzy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”