-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
To chyba wrodzony instynkt.
Zazdrość w czystym wydaniu. Aż żyłka wyskoczyła jej, widząc tę dłoń. Mogła przypominać Anabelle, ale nią nie była. Lotte widziała lubieżne spojrzenia tej dwójki i fakt, że przypominali Państwo Patel, nie miał dla niej żadnego znaczenia. Uaktywniła się w niej zazdrośnica, która nie miała zamiaru oddać łatwo za wygraną. Wtuliła się bardziej we Williama i uśmiechnęła przepięknie do zdjęcia, ale zaraz mierzyła dwójkę wzrokiem. Zastanawiała się, czy to miało sens? Może za dużo wypiła, a wyobraźnia za bardzo działała.
— Nie mamy nic przeciwko — powtórzyła za Billym, ale miała. Mu przeszkadzało oglądanie waleni z Cassianem, a jej, o zgrozo, z klonami jego rodziców — oh, byłam tam jest cudownie, ale trochę za dużo śmieci jak na stolicę — nie spodobało się to parce. Za to Lotte uśmiechała się szeroko. Ze wszystkich rzeczy, za które mogła podziękować ojcu wyjazdy za granicę grały największą rolę. Uwielbiała zwiedzać, poznawać nowe miejsca, a Paryż bardziej przypominał jej wysypisko śmieci, na którym nie da się żyć. Sekwana śmierdziała, a widok tego co się w niej znajdywało, wrył się w pamięć Kovalski. Jebany sedes wyłowiony z rzeki. To było za dużo jak na trzynastolatkę. Zniszczyło to bańkę miasta miłości.
— Za nietuzinkowe spotkania — stuknęła się z nimi kieliszkami i upiła małego łyka. Już była wstawiona. Nie potrzebowała kolejnego fikołka myślowego — nam też bardzo miło — Kovalski niekoniecznie. Zwłaszcza gdy francuski Franklin posyła jej oczko. Alkohol z hotelu chciał jej wrócić, ale zasady dobrego wychowania miała za bardzo wryte, by wprost spytać ich o zamiary.
— Winnicę? Cudownie, my jesteśmy razem prawnikami — bardzo zasadniczymi, znaczącymi teren prawnikami — i jesteśmy wrogami w Toronto, ale tutaj bardziej przypominamy kochanków — stwierdziła Lotte, pochylając się w stronę Patela, by zaczepić go nosem o policzek — nikomu nie oddałabym Billy'ego — gdyby nie piekielne oparcia krzeseł, pewnie by na niego weszła. Byle każdy zrozumiał wszem i wobec, że nie miała zamiaru go nikomu oddawać. Przynajmniej w trakcie wyjazdu. Cholera, czy to właśnie było zakochanie? Przegryzła dolną wargę, odsuwając się na moment, a myślami była daleko poza łódką.
— Oh, nikomu? — zagadnęła francuska Belle — wyglądacie na bardzo otwartych, prawda Frank? — a on jedynie skinął głową — co odwiedziliście, jak dotąd na La Palma? I jak długo tu zostajecie? — pewnie Charlotte by zareagowała, ale wpatrywała się w bezkres oceanu, poszukując w nim odpowiedzi — potrzebujemy z Franklinem kompanów do towarzystwa — uśmiechnęła się zadziornie, a jej dłoń wylądowała na kolanie Williama, zaczynając powoli ja gładzić — a wy wyglądacie na bardzo otwartych na różne doświadczenia — drążyła tunel, patrząc na Patela. Wyczuła chyba słabsze ogniwo — wieczór spędzamy w namiocie i chcemy zabrać tam coś, żeby poczuć szczęście — tak, chodziło jej o mdma. Większa empatia, większa euforia, jeszcze większe pożądanie — poczuć się bardziej otwarci na innych — uniosła sugestywnie brwi ku górze — będzie tam jeszcze jedna zaprzyjaźniona para. Może wpadlibyście do nas po rejsie? — Franklin kiwnął głową, a oczy kobiety się błyszczały, czekając na odpowiedź Williama.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Kiwnęła głową. Poważnie, Paryż przypominał jeden wielki śmietnik, w który nie warto było inwestować. Dla Charlotte przypominał kupę gruzu. Choć były tam ładne miejsca, może inaczej widziałaby to, gdyby znalazła się tam z ukochanym, ale... żadnego takiego nie widziała na horyzoncie. Z Williamem zakończy się na wakacyjnej przyjemności, prawda?
Nietuzinkowa historia była dosyć łagodnym określeniem. Za sobą w relacji mieli więcej upadków. Dopiero La Palma wydawała się odmienić ich losy i pokazać jedno: prawdopodobnie im obojgu na sobie zależało. Tego nie dało się ukrywać. Lotte z prawdziwymi iskierkami w oczach słucha tego, co ma do powiedzenia William. Serce zaczęło bić jej szybciej, bo to była ich historia.
Przyjemności się już zakończyły.
Wzrok Charlotte pada na dłoń Anabelle na kolanie Patela, a już pojawia się jej podirytowana żyłka na czole. Tyle była w stanie wytrzymać. Wciąga głęboko powietrze do płuc i zaczyna odliczanie. Tyle że dłoń idzie ku górze. Coraz bardziej przestaje się jej to podobać. Jeśli chodziło o penisa Patela, to na wyjeździe żadna nie mogła go dotknąć. Jednak jeszcze nic nie mówi, nawet kiedy sugeruje te różnorodne doświadczenia.
Kolejny głęboki wdech.
Nawet nie słyszała, co dokładnie mu szeptała do ucha, a pięść sama się jej zacisnęła. To musiał być głupi żart, bo inaczej nie dało się tego wytłumaczyć. Jedynie migawka ich aparycji ich powstrzymywała. Wyglądali jak Państwo Patel i jak oni zasługiwali na szacunek.
Nie zasługiwali.
Odejście Williama wydawało się ją otrzeźwić. Chociaż milczała przez kilka dobrych minut. Wybuch, czy nie wybuch? Obie opcje wydawały się niesamowicie kuszące. Spojrzała na Anabelle chłodnym, wręcz lodowatym spojrzeniem. Chodzi o dzielenie się? Aż parsknęła głośno pod nosem. Nie, nie chodziło oto.
— Czy Ciebie do reszty popierdoliło? — spytała, unosząc głos na tyle, że oczy wszystkich zwrócili się w ich stronę — nie wiem, jakie magiczne rzeczy sobie ustaliliście, ale paniusiu zrozum jedno — wbiła mocno w nią palec prosto w jej pierś — wyglądasz jak jego rodzona matka i on aż takim chorym zjebem nie jest, by chcieć się ruchać z własną matką — wycedziła przez usta, nie spuszczając z niej spojrzenia — nie mówiąc już o tym, że wpierdalasz się w nasz romantyczny rejs. W dupie mam dzielenie się nim, nawet nie jesteśmy razem, ale nie mam zamiaru tego robić. William jest moim wakacyjnym partnerem i ustaliliśmy jedno. Nie dzielimy się sobą — zwłaszcza że tylko po pijaku raz się kochali. Szybki numer przy wschodzącym słońcu. Tyle. Nie miała zamiaru się nim dzielić — więc z łaski swojej znajdźcie sobie innych ludzi, albo poszukaj sobie młodszego, skoro Franklin Ci nie wystarcza — cały czas się w nią wpatrywała i czekała na jej reakcje. Albo na Williama, który opanuje jej irytację.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Charlotte była gotowa na najgorszą batalię jej życia. Żyłka pulsowała cały czas, a w jej oczach pojawiła się prawdziwa furia. Między kobietami wzniecił się ogień, który był wręcz nie do opanowania. Jeśli William kiedykolwiek myślał, że ją wkurwił, to się mylił. Ta wściekłość równała się praktycznie z jej złością, w momencie przegranego rozwodu. Potrzebowała ogarnąć własne myśli, ale nie była w stanie. Nie zauważyła nawet nadchodzącego Patela, Franklin praktycznie nie istniał. Tylko ona i jej paplanina, a Kovalski wcale nie okazywała się jej ustępować. Pi razy oko rozumiała, co do niej mówiła. Co prawda przekleństwa wydawały się dla niej irracjonalne, ale była odpalona na pełnej petardzie.
Plaskacz. Położyła dłoń na policzku. Skóra ją zapiekła, a przez ciało przeszły przedziwne dreszcze. Jeszcze jedno słowo i naprawdę zapłonie. Tyle że pojawił się waleń, oczy niemalże od razu poszły w kierunku zwierzęcia, ale coś było ważniejsze. Duma. Nie da żadnej starej prukrwie zniszczyć jej dnia. Miała przy magicznej muzyce oglądać wraz z Williamem walenie, to miało być zakończenie ich magicznej podróży po La Palmie. Zamiast tego walczyła z furiatką. Nie zwróciła uwagi na walenie, zamiast tego sama zamachnęła się tak, że Anabelle aż poleciała głowę. Nawrzucała jej od najgorszych w każdym możliwym języku. Od kurew, dziwek, po angielsku, francusku, a i kilka hiszpańskich określeń się zdążyła nauczyć w trakcie wyjazdu. Wypuściła z siebie zirytowana całe powietrze, po czym odwróciła się na pięcie, by udać się na tył statku. Dopiero tam zaczęła się uspokajać. Wyciągnęła szluga. Mocno się nim zaciągnęła, przypominała lokomotywę, z której leciał dym. Papieros jeden za drugim bez żadnego powstrzymywania się, aż finalnie odetchnęła z ulgą.
A wtedy podszedł on.
Cały na biało palmowy Cassian i zaczął ją zagadywać.
Zaśmiała się pod nosem. No tak, William nawet za nią nie poszedł, a wybawiciel z basenu pojawił się znikąd. Czy to była miłość? Podał jej nawet kufel z piwem na ochłonięcie.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Charlotte już zaczęła rozmawiać z Cassianem. Z jakiegoś powodu czuła przy nim przedziwny spokój. Był zdecydowanie bardziej wylewny niż ten, którego znała z Toronto. Zaczął z nią rozmawiać o wszystkim i niczym, wyrażał głęboki żal, że ktokolwiek podniósł na nią rękę. Nawet zdążyła opowiedzieć mu całą historię związaną z uderzeniem. Teraz już zaczynała ją ona bawić.
— Znalazłeś mnie. — powiedziała cicho, unosząc oba kąciki ust ku górze. Wow, zastanawiała się, czy nie pójdzie na ten szalony układ. Szczerze mogła spodziewać się po nim wszystkiego. Naprawdę się ucieszyła. William zaczynał być dla niej kimś wyjątkowym w tej całej przedziwnej podróży, której nie dało się określić jednym słowem. Chyba zaczynała być mu za to wdzięczna, oddała mu kufel i wpatrywała się w niego wielkimi oczyma.
— Troszeczkę... — mruknęła, kiedy przejeżdżał dłonią po jej policzku. Naprawdę był wyjątkowy. Gdy chciał pokazywał jej czułość, sam potrafił się nią zaopiekować, a to sprawiało, że jej serce zaczynało bić szybciej w jego stronę — przepraszam, trochę mnie porwało — westchnęła ciężko. Mogła zachować się inaczej, z odrobiną mniejszą dumę. Finalnie, Patel był dla niej... no właśnie, nie wiadomo kim i teraz jeszcze bardziej zdała sobie z tego sprawę. Kurwa, naprawdę zakochała się w nim całym sercem — szalona jakaś. Czaisz, że chciała spać z nami? W sensie wymienić się partnerami? — zagadnęła finalnie do Patela, parskając cicho pod nosem. Irracjonalna sytuacja. Dobrze, że nie słyszała wymiany zdań między jednym a drugim.
— Słucham? — nagle odezwał się klon. Kij wiedział, czy na słowa Williama, czy na Charlotte — daj spokój typie — warknął, prostując się cały — dwa razy ją zostawiłeś. Raz we wodzie i teraz drugi raz jak oberwała w policzek — a on niczym rycerz dwa razy ją dzielnie uratował. Powinien dostać za to specjalną odznakę. Uśmiechnął się szeroko gotowy do bitwy o podbój damy serca.
Wtedy rozbrzmiał on rechot delfinów zaczęły wynurzać się i skakać między falami oceanu. Jeden z nich podpłynął i zaczął śmiać się w twarz.
— Widzisz? To się nazywa karma — tak się zamachnął ręką, że wylał część piwska na Williama — pewnie oddałbyś ją każdemu, więc może ty sobie stąd pójdź — a po paru sekundach dodał — albo ładniej, odpierdol się — wbił w Patela ostre spojrzenie, a Lotte już sama nie wiedziała, co tu się tak właściwie działo. Konsternacja wymalowała się na jej twarzy.