Gdyby jeszcze dzisiaj rano ktoś jej powiedział, że
po ciężkiej batalii z Eliotem, pójdą z Madoxem do parku karmić kaczki… chyba by wysłała tego kogoś do zakładu zamkniętego, w dodatku w trybie
pilnym, a do tego pewnie jeszcze uśmiechała się po pachy. No tylko życie pokazało, że czasami potrafiło zaskakiwać, a oni będąc razem wpadali na coraz to durniejsze pomysły.
No wiec stali przy niewielkim stawie i rzucali precelkami, podziwiali, jak kaczki walcząc na śmierć i życie o każdy kąsek i przelatują z jednej strony na drugą, bo to przecież nie tak, że Stewart albo Noriega mogliby im
po prostu rzucić żarcie i tyle — oni musieli urządzić im prawdziwe
igrzyska. Tylko zaraz się okazało, że pod nogami mieli jakiegoś uciekiniera z dystryktu dwunastego, w dodatku takiego, który wyjebał nóżki w stronę nieba.
Musieli mu pomóc.
Przecież oni
wszystkim pomagali. Dlatego kiedy Pilar dyskutowała z kaczkami, że to
tylko na chwile go zabiorą do lekarza i oddadzą, Madox już zawijał Panchito w swoją czerwoną kurtkę i dopytywał, czy nie jest jakaś chorutka.
—
No może być, więc nie dotykaj jej za bardzo — skwitowała zajebiście pomocnie, sama szukając najbliżej kliniki weterynaryjnej. —
A potem spalimy tą kurtkę — dodała równie pokrzepiająco, nawet na niego nie patrząc, bo już wpatrywała się z mapę i to, jak powinni najlepiej przejść, by ominąć wielkie skupiska ludzi i przeciskanie się przez tłum. Skinęła głową z pełną aprobatą, gdy pokazał jej jak
ładnie zawinął Pachnito, a następnie ruszyli w stronę weta, oczywiście po drodze spotykając jakąś wariatkę na pasach, która już gotowa była dzwonić na policję, bo wynoszą kaczki z parku. Kurwa, jakby chcieli kraść kaczki, to chociaż wzięliby sobie tą najbardziej
dziką i nieokiełznaną, a nie taką schorowaną, która tylko kwakała smutno, gdzieś pod pachą Madoxa. Pilar pokazała kobiecie odznakę i wcisnęła jakiś kit o
robieniu kaczce eskorty. Nagle z bycia złodziejami, zostali przez kobietę okrzyknięci
bohaterami i nawet krzyczała ludziom, że mają zejść z drogi, bo idzie
oddział ratujący kaczki.
No i pięknie.
Chociaż u weterynarza okazało się nie być tak pięknie, a już na pewno nie priorytetowo, jakby można oczekiwać. Bo w momencie, gdy pracownica przychodni zabrała od Madoxa kaczkę i pobiegła do jednego z gabinetów, rozpoczęło się ciągnące się w nieskończoność czekanie. Do tego wszystkiego dostali oczywiście plik papierów do wypełnienia. Dobrze, że chociaż imię już mieli, to pierwsza część poszła nawet sprawnie.
— A jak myślisz, ile może mieć lat? — dopytała, stukając długopisem o kolano i wpatrując się w ankietę. —
Dobra, wpisze trzy — no bo właściwie ile żyły takie kaczki? Pilar nawet nie wiedziała, jaki był przeciętny wiek takiego kwakacza, dlatego trzy wydało się jej odpowiednie. Oczywiście zaznaczyła, że Panchito nie miał wcześniej żadnych chorób, a jak trzeba było wpisać rasę, to googlowali cokolwiek, co było najbardziej zbliżone do tej, którą przynieśli.
Pilar faktycznie trochę się ponudziła. Nigdy nie umiała bezczynnie siedzieć. Przede wszystkim dlatego, że kiedy siedziała, to również…
myślała. Dużo. Nadmiernie. Przechodziła w głowie jeszcze raz rozmowę z Eliotem, tym co teraz będą musieli zrobić, ale również i kwestie tego kogoś, kto ich śledził. Nawet wyjrzała kilka razy przez okno, spoglądając na otoczenie. Chociaż nie chciała, autentycznie zaczęła rozważać scenariusz, w którym odwiedza Daltona. Wiedziała, że to kurwa głupi pomysł i Madox z pewnością by się wkurwił, dlatego… na razie nic mu nie powiedziała, a kiedy on poszedł głaskać jakiegoś dobermana, opowiadając facetowi, że też miał takiego w domu, Pilar napisała do jednego z kumpli z komendy z zapytaniem, jak trudno byłoby zorganizować wizytę z kimś z zakładu zamkniętego.
Gdy pielęgniarka w końcu ich wywołała, Stewart zerwała się z miejsca jak proca i weszła tuż przed Madoxem do gabinetu, gdzie kaczka stała już o własnych nogach i do tego radośnie na nich kwakała. Miała świadomość, że uratowali jej życie? No pewnie nie, ale Stewart też to sobie tak postanowiła tłumaczyć, że to z dozgonnej wdzięczności. I z równie mocno miała nadzieje, ze ładnie pozwoli im się odnieść do stawu w parku. Tylko zanim to, okazało się, że Panchito prawie umarł, bo zjadł… pierścionek. Ładny,
czerwony. Pilar aż przewróciła oczami, bo to było niesamowite, jak bardzo kolor czerwony towarzyszył im niezależnie od tego, co robili i gdzie byli. Był nawet W KACZCE, której mogli. Zamrugała kilkakrotnie i chociaż w pierwszej chwili chciała powiedzieć, że to nie jej pierścionek, tak finalnie…
—
O jezu, jak ona go dorwała?! — przyaktorzyła trochę, oczywiście udając zaskoczenie, zaczęła oglądać ręce, a lekarz chociaż to kupił, dał im przy okazji reprymendę, że musza bardziej uważać na
swoją kaczkę, bo te stworzonka miały bardzo mały przełyk. Oczywiście pokiwali głowami, przeprosili, a kiedy Noriega poszedł zapłacić, Pilar zawinęła Panchito w jego kurtkę, by potem jak jedna, wielka rodzinka, wyjść wszyscy razem na świeże powietrze. Oddała mu
kacze dziecko, a sama sięgnęła do kieszeni kurtki po pierścionek, który zabrali ze sobą. Przyjrzała mu się dokładnie.
—
Ładny — skwitowała, odkręcając go na strony i przyglądając się, jak czerwony kamień mienił się w słońcu. —
No i po co go zeżarłeś? — spojrzała na Panchito, jakby faktycznie miał jej cokolwiek odpowiedzieć. Tyle ile oni się dzisiaj nagadali do tych kaczek, to już chyba wyrobili limit na następny kilka lat. Podniosła spojrzenie na swojego narzeczonego, przy okazji podrzucając pierścionkiem w ręce. —
Pójdzie do pudełka pod łóżkiem — oznajmiła zadowolona. Bo przecież ona swój już miała, ale za to jak kiedyś sobie na niego spojrzą przy okazji przeprowadzki czy
procesu awaryjnego, od razu przypomną sobie cała aferę z kaczkami w parku i może trochę się pośmieją.
—
Ciekawe czy się martwiły — zagaiła, gdy już przechadzali się ścieżkami pomiędzy drzewami. Panchito o dziwo siedział grzecznie w kurtce Noriegi, jakby faktycznie przeczuwał, że lada moment odstawią go na miejsce. Przeczuwały chyba też inne kaczki, bo nim nawet Madox zdążył z nim przejść połowę trawnika, reszta kaczej już zaczęła tuptać w ich kierunku, kwacząc głośno. —
No już cicho, mamy waszego kumpla — oznajmiła i stanęła tuż za Noriegą, kiedy ten kucał z Panchito na dłoniach i spuszczał go z kurtki. Kaczka od razu pobiegła do swojej rodzinki, tarzając się z nimi przy trawie, a oni stali jak ci
dumni rodzice, którzy pierwszy raz puścili dziecko na plac zabaw do innych dzieci.
—
To co, teraz lody? — odezwała się w końcu, bo przecież ile można było stać i patrzeć, jak kaczki się cieszą? Oni też powinni się trochę pocieszyć z tego, że
znowu komuś pomogli i w dodatku rozszerzyli swoje usługi o zwierzęta. —
Patrz, tam jest budka — zacisnęła palce na jego przedramieniu i szarpnęła go w odpowiednim kierunku, już zastanawiając się, jakie smaki będzie chciała oprócz czekoladowego (bo ten akurat był oczywisty). Tylko kiedy byli już w połowie drogi, przechodzili akurat koło załamanej parki.
—
No przecież kupię ci nowy, Polly, nie przejmuj się — tłumaczył chłopak, nachylając się nad swoją kobietą i głaszcząc ją po plecach.
—
Nie chce nowego, tamten był mamusi!!! — kwiczała, zasłaniając twarz długimi szponami, które przeplatały się z blond włosami, opadającymi na jej buzie. —
A może to znak? — wyrwała energicznie głowę, tak, że podsłuchująca Pilar aż lekko przysunęła się do Noriegi. —
Może nie powinnam przyjmować twoich oświadczyn? Może to wrzechświat chce mi coś przekazać?! — nawijała, a Pilar aż spojrzała wymownie na Madoxa. Po pierwsze skąd oni znali te wszystkie… nieudane zaręczyny i kłótnie z wszechświatem, a po drugie, czy przypadkiem oni nie mieli czegoś, co wprowadziło parkę w taki właśnie stan?
Este anillo no es nuestro
♡