ODPOWIEDZ
43 y/o
Welkom in Canada
185 cm
Zastępca komendanta Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiKe/bab
typ narracjiTypiczny
czas narracjiKażdy
postać
autor

Wieczór w Toronto był ciężki. Światła miasta rozmywały się na mokrym asfalcie, gdy czarny Camaro Scotta zatrzymał się przed Arizona Grill Lounge. Lokal nie należał do miejsc eleganckich ani szczególnie modnych i właśnie dlatego Letexier pojawiał się tam czasem po najgorszych dniach. Nikt nie zadawał zbędnych pytań. Nikt nie próbował robić zdjęć zastępcy komendanta policji. Dzisiejszy dzień był jednak czymś więcej niż tylko ciężkim dniem. Był jednym z tych, które zostają pod skórą.
Scott wszedł do środka powoli, wciąż w ciemnym garniturze, choć poluzowany krawat i rozpięty kołnierzyk zdradzały, że dawno przestał przejmować się tym, jak wygląda. W lokalu pachniało grillowanym mięsem, alkoholem i starym drewnem. Muzyka country leciała cicho gdzieś w tle, mieszając się z przytłumionym szumem rozmów. Przez moment stał nieruchomo przy wejściu. W głowie nadal słyszał informację przekazaną mu przez wydział antynarkotykowy. Strzelanina, wiele przypadkowych ofiar, w tym dwóch poległych funkcjonariuszy, a wśród nich Steve Ward. Steve pieprzony Ward, który zawsze pierwszy wchodził do melin, zawsze śmiał się najgłośniej i zawsze powtarzał, że on i Letexier są z tej samej gliny - psami się urodzili i jako psy zdechną.
Wicekomendant pamiętał go jeszcze z czasów pracy w terenie. Wydział zabójstw i antynarkotykowy wielokrotnie prowadzili wspólne sprawy - brutalne wojny gangów, przedawkowania, egzekucje upozorowane na porachunki. Steve był jednym z niewielu ludzi w tej robocie, którym Scott ufał bezwarunkowo. A teraz miał przed oczami jego ciało przykryte czarnym workiem.
Letexier ruszył w stronę baru ciężkim krokiem i usiadł na jednym z wysokich stołków. Oparł przedramiona o blat, przez chwilę wpatrując się w rząd butelek za ladą.
- Podwójną szkocką - odezwał się w końcu niskim, zmęczonym głosem. - I nie żałuj - dodał.
Barman skinął głową bez komentarza. Scott wyciągnął telefon tylko po to, by po chwili odłożyć go ekranem do dołu. Dziesiątki nieodebranych wiadomości. Raporty. Prośby mediów o oświadczenie. Burmistrz chciał konferencji prasowej rano. Miał ochotę rozpierdolić ten telefon o ścianę.
Szklanka pojawiła się przed nim chwilę później. Bursztynowy alkohol zadrżał lekko, gdy Scott ujął ją w dłoń.
- Za ciebie, Steve - mruknął pod nosem i wypił połowę jednym haustem.
Oparł się ciężej o blat, przymykając na moment oczy. Pogrzeb miał odbyć się za kilka dni. Będzie przemowa. Honorowa salwa. Flagi. Kamienne twarze funkcjonariuszy udających, że takie rzeczy ich nie łamią. Scott już teraz wiedział, że tego dnia będzie wkurwiony na cały świat, bo kolejna bliska mu osoba opuściła ten świat.
I właśnie wtedy, gdzieś obok, usłyszał kobiecy głos.

June Harrison
30 y/o
Welkom in Canada
175 cm
śledcza Toronto Police Service HQ
Awatar użytkownika
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ten na pewno nie jest psychopatą. - usłyszała od koleżanki, jakby to miało w czymkolwiek pomóc.
Już raz wcześniej dała się jej namówić na randkę z nieznajomym i nie skończyło się to dobrze. Tyler, z którym zaliczyła nie jedno, a dwa spotkania(!), okazał się wyjątkowo natarczywym typem, który swoim zachowaniem po spożyciu kilku głębszych, mógł zawstydzić nawet samego Paula Bakera, a to już naprawdę coś! I to wszystko dlatego, że zdecydowała się zignorować czerwone flagi, które wyraźnie było widać od samego początku.
Harrison wiedziała, że im dłużej będzie w taki sposób egzystować, zamykając się całkowicie na innych ludzi, tym trudniej jej będzie później wyjść z tej skorupy, gdy w końcu poczuje, że nadszedł już na to czas. Nie mogła pozwolić, by te jej wszystkie dotychczasowe niewypały z mężczyznami, przekreśliły na zawsze jej szansę na znalezienie prawdziwej miłości.
Czy facet wytypowany przez kumpelę na dzisiejszą randkę był rzeczywiście szansą na miłość? Szczerze w to wątpiła, ale i tak postanowiła spróbować.
June nie bywała często w takich miejscach. Rzadko dawała się namówić znajomym na jakiekolwiek wyjścia, a tym bardziej na randki, tłumacząc to pracą i brakiem wolnego czasu, co już nieraz było powodem do żartów, zanim naprawdę zaczęli się o nią poważnie martwić. Tego wieczoru jednak nie miała jak się wymigać.
Dlatego siedziała już samotnie przy stoliku, mieszając słomką w szklance od ponad trzydziestu minut. Spoglądała przy tym to na drzwi, to na telefon.
Nie przyszedł. Milczał.
Kostki lodu w jej drinku zdążyły się już dawno rozpuścić. Zaczęła brać coraz większe łyki, tak jakby chciała skończyć go jak najszybciej i po prostu stamtąd wyjść. Pożałowała nagle każdej decyzji, która doprowadziła ją do tego momentu i poczuła się jeszcze gorzej, gdy jej spojrzenie napotkało wchodzącego do lokalu Letexiera. Narzuciła płaszcz na plecy, w pośpiechu dokończyła trunek i zgarniając torebkę, podniosła się z miejsca.
Wicekomendant siedział przy barze, sącząc whisky. June mogła z łatwością przemknąć za jego plecami niezauważona, gdyby naprawdę chciała go uniknąć, jednak nie zrobiła tego i z jakiegoś powodu, zamiast skierować swoje kroki prosto do wyjścia, zatrzymała się przy barze.
Scott — zaczęła łagodnym tonem, czekając aż na nią spojrzy — Wszystko gra? — spytała, zerkając przez ułamek sekundy na męską dłoń zaciśniętą na szklance. Nie mogła być pewna tego czy Letexier chciałby, by do niego dołączyła. Mimo tego, zamiast o to zapytać, po prostu zajęła wolny stołek obok niego.
Wyglądasz… — na szczęście ugryzła się w język — Coś się stało, prawda?

Scott Letexier
ave
jakoś się dogadamy, tylko nie uciekaj
43 y/o
Welkom in Canada
185 cm
Zastępca komendanta Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiKe/bab
typ narracjiTypiczny
czas narracjiKażdy
postać
autor

Scott uniósł wzrok dopiero po kilku sekundach, jakby sam dźwięk własnego imienia potrzebował chwili, żeby do niego dotrzeć przez alkohol, zmęczenie i cały ten syf siedzący mu od rana w głowie. Przez moment tylko patrzył na June w milczeniu. I wyglądał dokładnie tak, jak próbowała nie powiedzieć na głos.
Zmęczenie było widoczne w jego twarzy aż za bardzo. Zaczerwienione oczy, kilkudniowy zarost, napięta szczęka. Garnitur miał wymięty bardziej niż zwykle, a poluzowany krawat sprawiał wrażenie, jakby Scott już dawno przestał pamiętać, że wciąż go nosi.
Spojrzał na nią, potem na zajęty przez nią stołek i westchnął ciężko pod nosem.
- Powinnaś częściej ufać instynktowi, Harrison - mruknął, obracając powoli szklankę w dłoni. Sam fakt zwrócenia się do niej po nazwisku sugerował już niezbyt dobry nastrój wicekomendanta. - Jak widzisz faceta pijącego samotnie whisky w barze z taką miną jak moja, to zwykle znak, żeby jednak wrócić do domu - wziął kolejny łyk alkoholu. - Wszystko gra - dodał po chwili tonem człowieka, który nawet sam sobie nie wierzył. - Po prostu długi dzień - to było oczywiste kłamstwo i chyba oboje o tym wiedzieli.
Scott zwykle potrafił się kontrolować lepiej. Na konferencjach prasowych był spokojny, konkretny i chłodny. Na odprawach potrafił wydawać rozkazy niczym cyborg - beznamiętnie. Nawet wkurwienie miał zazwyczaj uporządkowane. Ale nie dziś. Dziś siedział przy barze i wyglądał jak facet, który od kilku godzin trzyma się wyłącznie siłą przyzwyczajenia.
Barman postawił przed nim kolejną szkocką bez pytania. Letexier nawet nie pamiętał, kiedy zamówił następną. Przez chwilę panowała między nimi cisza przerywana jedynie muzyką lecącą gdzieś w tle i stukaniem lodu o szkło.
Brunet przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, wpatrując się gdzieś przed siebie.
- Nie przyszłaś tu chyba po to, żeby oglądać mnie w takim stanie - rzucił w końcu ciszej. - Serio, June. Nic cię dziś nie ominie, jeśli po prostu wrócisz do domu - powiedział już łagodniej, bardziej zmęczony niż zirytowany.
I chyba właśnie dlatego jej obecność działała na niego gorzej, niż powinna. Bo Arizona Grill Lounge było dziś ostatnim miejscem, w którym spodziewał się zobaczyć kogoś, przy kim nie musiał udawać zastępcy komendanta.
Scott milczał jeszcze chwilę, obracając szklankę między palcami. W końcu wypuścił powoli powietrze nosem i pokręcił głową.
- Mieliśmy dziś strzelaninę - odezwał się wreszcie niższym głosem. - Pojebany chaos. Gang, narkotyki, cywile w złym miejscu o złym czasie... standardowe piekło tego miasta - uniósł szklankę, ale tym razem nie napił się od razu. - Dwóch poległych funkcjonariuszy. Kilku cywilów - na moment zacisnął mocniej palce na grubym szkle.
- Jeden z nich był moim przyjacielem - rzucił spokojnie tylko z pozoru. Niby nie był to pierwszy raz, gdy tracił kogoś ważnego i powinien być do tego przyzwyczajony, jednak jeśli ktoś tak mówił, to albo był socjopatą albo zwyczajnie chuja się znał w tym temacie. Strata zawsze bolała.
Policjant odchylił się minimalnie na stołku i w końcu spojrzał na June naprawdę, pierwszy raz odkąd się obok niego pojawiła.
- Steve Ward. Antynarkotykowy. Znaliśmy się... w chuj czasu. Robiliśmy razem tyle spraw, że czasami miałem wrażenie, jakby pracował w tym samym wydziale co ja - prychnął krótko, ale bez cienia rozbawienia. - Był jednym z tych idiotów, którzy naprawdę wierzyli, że tej roboty nie da się robić połowicznie - przygryzł lekko wargę, czując, jak alkohol stanął mu na moment w gardle. - Był psem z krwi i kości, takim jak Ty, ja czy Evina - odwrócił wzrok gdzieś w stronę półek z alkoholem.
- Pogrzeb za kilka dni. A jutro rano mam stanąć przed kamerami i opowiadać ludziom, że sytuacja jest pod kontrolą - rzucił niby chłodnym tonem, a jednak widać było po nim, że miał ochotę się z tego gorzko zaśmiać.
Dotarło do niego jednak coś jeszcze. Odkąd June usiadła obok, pierwszy raz od wielu godzin nie myślał wyłącznie o raporcie, trupach i telefonie leżącym na blacie. Ponadto, otworzył się, choć jeszcze kilka chwil temu nie miał zamiaru rozmawiać o tym z nikim. Nadal był wkurwiony i czuł ten ciężar przygniatający klatkę piersiową, ale przynajmniej nie siedział już z nim całkowicie sam.
Skinieniem dłoni poprosił o jeszcze jedną szklankę, która została postawiona przed Harrison.
- Napij się ze mną - rzucił już nie zmęczonym, a nieco smutnym tonem, jednak przynajmniej nie wygonił jej, tak jak za pierwszym razem miało to miejsce, gdy do niego podeszła. Chciał jej obok.

June Harrison
30 y/o
Welkom in Canada
175 cm
śledcza Toronto Police Service HQ
Awatar użytkownika
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy naprawdę ze wszystkich możliwych osób, na które mogła tu trafić, musiała spotkać właśnie jego?
Natychmiast pożałowała swojego działania - nie tylko tego, że się przysiadła, ale że w ogóle go zaczepiła. Ewidentnie coś było nie tak. Nie chciał jej tam, bo niby czemu miałby? Poczuła to jeszcze zanim się odezwał. Chociażby po sposobie w jaki na nią patrzył - tak, jak jeszcze nigdy. Obojętnie. Po raz pierwszy także odniosła wrażenie jakby zupełnie nie przejmował się tym jak wyglądał. Tym, że jego krawat zwisał niechlujnie na wymiętej koszuli albo tym jak bardzo miał przekrwione oczy, co swoją drogą wskazywało jej na zmęczenie albo, co gorsza, na łzy. Zmartwiła się.
W pracy widziała go już nie raz zdenerwowanego czy spiętego, ale zwykle objawiało się to u niego w inny sposób, dlatego dobrze wiedziała, że tym razem to nie do końca to.
Musiało stać się coś poważnego. Coś naprawdę strasznego.
Na jego słowa nie zareagowała. Nie od razu. Uniosła brwi, nabierając głośno powietrza w płuca, gdy przez jej głowę przewijało się tysiące różnych myśli. Powinna pilnować swoich spraw i po prostu odejść bez słowa. Nie miała już teraz co do tego wątpliwości.
W porządku, komendancie. — wydusiła w końcu, ale bez cienia ironii. Zanim jednak zdążyła się poruszyć, zaczepił ją barman, który obsługiwał ją już wcześniej. — Hej, podać ci coś jeszcze? — na jej twarzy pojawił się dziwny grymas - coś pomiędzy wyrazem bólu a uśmiechem - i zaraz pokręciła powoli głową, unosząc na niego wzrok. — Zwróć mi resztki mojej godności, jeśli masz taką moc. — mruknęła cicho, na co chłopak tylko uśmiechnął się pokrzepiająco i wrócił do polerowania szkła.
June nie wiedziała co zakuło ją bardziej - czy to, że Scott zabrzmiał tak protekcjonalnie, czy może to, że zwrócił się do niej po nazwisku. Zaczęła zastanawiać się też co takiego musiałoby się stać, by to jego kiedykolwiek mogła potraktować w podobnie chłodny sposób. Na nic nie wpadła.
Zrozumiałam. — odparła tylko, wciąż nie ruszając się ze stołka. Nie chciała się mu narzucać. Umiała odczytywać pewne sygnały i nawet bez jego słów wiedziała, że nie jest raczej mile widziana. Jednakże coś nadal nie pozwalało jej wyjść. Rozum usilnie podpowiadał, że najlepiej będzie jeśli ulotni się, zanim Letexier zdąży wybuchnąć.
Nie chciała go tak zostawić. Nie potrafiła.
Westchnęła ciężko, nie zirytowana, a zatroskana tą sytuacją i stanem psychicznym przełożonego. Na szczęście odezwał się, nim zdecydowała się na jakikolwiek dalszy krok. Milczała, próbując przetrawić informacje jakie powoli jej dawkował. Przełykając ślinę, starała pozbyć się uporczywej guli, która natychmiast wytworzyła się w jej gardle.
Tak mi przykro… — szepnęła, bo tylko to w tamtym momencie była w stanie z siebie wyrzucić, a poza tym to jako jedyne wydawało się jej stosowne. Zupełnie naturalnym także były dla niej w takich chwilach czułe gesty, takie jak dotknięcie czy poklepanie po plecach albo ramieniu.
Powinnaś częściej ufać instynktowi, Harrison.
Na szczęście w porę powstrzymała się i cofnęła swoją dłoń.
Steve Ward był doskonałym gliną i prawdziwą legendą - nie tylko w swoim wydziale, ale na całej komendzie. June nie miała niestety okazji z nim pracować, ale słyszała wiele historii o akcjach z jego udziałem. Skinęła głową na słowa Scotta, bo rzeczywiście dla wielu policjantów, Ward był wzorem do naśladowania. Kochał tę robotę. Był skuteczny, cholernie odważny, ale nigdy lekkomyślny.
Przyglądała się mężczyźnie ze współczuciem. Całkowicie rozumiała jego rozżalenie oraz to, że nie miał ochoty na niczyje towarzystwo, dlatego nawet przez myśl nie przeszło jej, by wypominać mu to, że jeszcze chwilę wcześniej ją stamtąd wypraszał, a teraz nagle proponował jej drinka. Raz jeszcze kiwnęła głową na znak, że się zgadza, a miły chłopak za barem zaraz napełnił jej szklankę. Nie sięgnęła po nią od razu. Ze wzrokiem wciąż skupionym na wicekomendancie, w końcu się odezwała. — Nikt nie może cię jutro zastąpić? Czemu nasz główny nie przemówi? Przyjaźniliście się z Wardem. Powinien zrozumieć jak cholernie trudne to jest dla ciebie.
Przez chwilę znowu tylko obserwowała. W końcu jednak chwyciła swoją whisky w dłoń, widząc jak Scott robi to samo. — Za Steve’a. — powiedziała, po czym bardzo pewnie wzięła solidny łyk ze szklanki. Skrzywiła się niemalże natychmiast, nieprzyzwyczajona do smaku mocnego trunku - przez chwilę chyba zapomniała, że przecież to szkocka, a nie jeden z jej ulubionych słodkich drineczków z małą zawartością alkoholu.
Chciałbyś opowiedzieć mi o nim? — spytała po chwili, próbując znaleźć sposób na to, by dodać mu otuchy. W razie gdyby jednak nie miał ochoty na wspomnienia, dodała zaraz, już ciszej — Możemy też porozmawiać o czymś innym… albo po prostu pomilczeć — Letexier mógł także kazać jej spierdalać - była w stanie dostosować się do każdego scenariusza.


Scott Letexier
ave
jakoś się dogadamy, tylko nie uciekaj
43 y/o
Welkom in Canada
185 cm
Zastępca komendanta Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiKe/bab
typ narracjiTypiczny
czas narracjiKażdy
postać
autor

Scott obserwował ją kątem oka, kiedy wzięła ten zdecydowanie zbyt pewny łyk whisky. I mimo całego tego syfu siedzącego mu w głowie, mimo ciężaru, który od rana ciągnął go w dół jak społeczeństwo opanowane przez płatki śniegu, kącik jego ust drgnął minimalnie, gdy się skrzywiła.
- Wyglądałaś przed chwilą, jakbyś połknęła benzynę - pokręcił lekko głową i sam upił trochę szkockiej, tym razem wolniej.
To było dziwne uczucie. Jeszcze pół godziny temu chciał siedzieć tutaj sam, z własnym wkurwieniem, alkoholem i ciszą. Teraz natomiast jej obecność nie drażniła go ani trochę. Wręcz przeciwnie. W jakiś chory sposób działała uspokajająco. Może dlatego, że nie próbowała go naprawiać? Nie rzucała pustych tekstów o tym, że Steve jest teraz "w lepszym miejscu". Nie mówiła, że wszystko będzie dobrze, bo oboje wiedzieli, że nie będzie. Po prostu siedziała obok. To wystarczało bardziej, niż Letexier był gotów przed sobą przyznać.
Na pytanie o komendanta prychnął cicho pod nosem.
- Bo nasz główny od sześciu lat nie rozmawia z mediami bez kartki przygotowanej przez sztab PR-owy - rzucił sucho. - A jutro potrzebują kogoś, kto wygląda, jakby naprawdę wierzył w to, co mówi - przesunął palcem po rancie szklanki. - Poza tym Ward pracował przy jednej z większych spraw ostatnich miesięcy. Media już wiedzą, że się znaliśmy. Jeśli nie wyjdę do kamer, zaczną pierdolić, że komenda coś ukrywa albo że się posypałem - ostatnie słowa wypowiedział już ciszej, bo nie było to dalekie od prawdy, przynajmniej w pewnej części.
Uniósł lekko szklankę w geście toastu i upił z niej solidnego łyka. Kiedy spytała o Steve’a, Scott milczał przez chwilę dłużej. Zastanawiał się, czy naprawdę chce dziś wracać do tych wspomnień. W końcu odchylił głowę lekko do tyłu i westchnął.
- Poznałem go, kiedy miałem chyba... trzydzieści lat - odezwał się spokojniej. - Ja wtedy zabójstwa, on świeżo po przenosinach do antynarkotykowego. Wkurwiający typ od pierwszych pięciu minut - spojrzał na whisky w swojej szklance. - Gadał za dużo. Śmiał się za głośno. I flirtował absolutnie ze wszystkim, co miało puls - tym razem parsknął już trochę wyraźniej. - Raz próbował poderwać koronerkę podczas oględzin zwłok - kącik ust drgnął mu minimalnie, wspominając ten jakże spektakularny podryw niczym Steven Stifler.
Zaraz westchnął cicho i znów upił łyk whisky, kończąc szklankę oraz gestem ręki zamawiając kolejną.
- Ale był dobry. Cholernie dobry. Jeden z tych gliniarzy, którzy potrafili wejść do mieszkania pełnego uzbrojonych zjebów i sprawić, że to oni walili pod siebie, nie on - wicekomendant zamilkł na chwilę, obracając świeżo postawioną przed nim szklankę w swojej dłoni. - Miał żonę i dwie córki - przełknął ślinę. - Młodsza, Carla, skończyła dziewięć lat w zeszły wtorek - to zdanie uderzyło go mocniej niż cała reszta. Przez chwilę nic nie mówił, jedynie ścisnął trochę mocniej szklankę w dłoni i odtwarzał w głowie imprezę urodzinową, na której sam przecież był.
W końcu odwrócił głowę w stronę June.
- I właśnie dlatego nie powinno cię tu teraz być - powiedział ciszej niż wcześniej bez chłodu i próby zbywania śledczej. - Bo siedzisz obok faceta, który próbuje zapić poczucie winy, że nadal oddycha, kiedy ktoś lepszy od niego już nie może - najsmutniejsze w tym wszystkim było to, że on naprawdę tak myślał.
Scott przyglądał się Harrison chwilę w ciszy, aż w końcu pokręcił lekko głową, jakby sam ze sobą przegrał.
- Ale skoro już tu jesteś, to... - mruknął. - Nie zostawiaj mnie samego - dodał ciszej, spoglądając na nią nie jak pewny siebie wicekomendant, a zniszczony życiem człowiek, który nie potrafi znaleźć żadnego punktu zaczepienia, by jakkolwiek ciągnąć jeszcze tę grę zwaną życiem.
Oko zaszkliło mu się nieznacznie, dlatego obrócił głowę w kierunku baru i przymknął powieki, udając, że delektuje się w tym momencie smakiem whisky, a tak naprawdę robiąc to po to, by się nie rozkleić. Dopiero po chwili ochłonął i zdobył się na odwagę, by znów spojrzeć na blondynkę. Zlustrował ją wzrokiem i dopiero teraz zwrócił uwagę na to, jak była ubrana. Wyglądała bardzo ładnie, zbyt ładnie wręcz jak na zwykły wieczór w pubie, więc pierwsze skojarzenie pojawiło się automatycznie.
- Przyszłaś tu z kimś? - spytał kontrolnie i zaraz przypomniał sobie pytanie barmana, a następnie enigmatyczną odpowiedź śledczej. Szybko połączył jedno z drugim, domyślając się, że została przez kogoś wystawiona. Aż dziw brał, że taka laska jak June miała takiego pecha do facetów - jak nie zjeby z pracy, to ktoś niesłowny.
- Dobrze wyglądasz, June - rzekł już nieco spokojniejszym, miękkim nawet głosem, podziwiając przez chwilę jej stylizację. Dopiero po chwili zrozumiał, że było to niewłaściwe z jego strony i być może zbyt długo jego wzrok tkwił na jej biodrach czy dekolcie, toteż od razu przekręcił głowę, by wyjść z tego jakoś z twarzą.

June Harrison
30 y/o
Welkom in Canada
175 cm
śledcza Toronto Police Service HQ
Awatar użytkownika
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej własna reakcja na smak alkoholu oraz komentarz Scotta sprawiły, że nieco się zawstydziła. Przytaknęła z lekkim uśmiechem i odstawiła whisky, bo zdecydowanie było to za dużo jak na jeden raz. Momentalnie zrobiło się jej gorąco i nie wiedziała do końca czy to wina alkoholu, czy może tego zażenowania. Zsunęła swój skórzany płaszcz z ramion i odłożyła go wraz z torebką na wolny stołek obok. Mógł oglądać ją już w całej okazałości i rzeczywiście zauważyć, że wyglądała zbyt dobrze, żeby mógł być to dla niej zwykły wieczór w pubie. Do pracy też się tak nie stroiła. Miała na sobie jasną sukienkę, która doskonale podkreślała jej atuty. Długą, ale za to dość ciasno opinającą jej ciało i z dekoltem wyciętym pewnie zbyt głęboko, jak na standardy komendy.
Zawsze uważała takie słowa za żałosne i puste. Wypowiedziane na głos do kogoś, kto był w żałobie, wcale nie pomagały, a wręcz potrafiły zirytować i nie ważne czy ktoś miał przy tym jak najlepsze intencje. „Jest w lepszym miejscu”, „tam gdzie jest, nie ma bólu” i oczywiście jej ulubiony tekst, który padał za każdym razem, gdy funkcjonariusz tragicznie umierał podczas akcji - „wiedział z czym to się wiąże, znał ryzyko”. Jakby to cokolwiek zmieniało! Jak nieczułym trzeba być, by w taki sposób kogoś pocieszać? Choć naprawdę ciężko nazwać to pocieszaniem.
Niestety, zarówno Steve Ward jak i inni policjanci, którzy zginęli na służbie, dla niektórych byli tylko kolejnym trupem w statystykach. Nie człowiekiem, który miał rodzinę i całe życie przed sobą. A przecież był czyimś synem, bratem, mężem, ojcem. Był przyjacielem Scotta. I był zdecydowanie zbyt młody na śmierć.
Wypuściła głośno powietrze, słuchając jego wyjaśnienia i tylko pokręciła głową, wiedząc że nie miał żadnego wyboru. Musiał stanąć przed kamerami i beznamiętnie opowiadać o tragedii, tak jakby zupełnie go to nie dotknęło. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić jakie to trudne i miała nadzieję, że nigdy nie przyjdzie jej czegoś podobnego robić.
Gdy Letexier ponownie uniósł swoją szklankę, śledcza zrobiła to samo, tym razem jednak sączyła trunek bardzo ostrożnie, właściwie ledwo zwilżając nim wargi. Słuchała go w milczeniu. Nie mogła się nie uśmiechnąć na wspomnienia Scotta o zmarłym detektywie - w szczególności na jego słowa o tym, że Ward od początku był „wkurwiajacym typem”, a potem znów, gdy opowiadał o tym całym podrywie nad zwłokami.
Świat jest popierdolony — mruknęła nad szklanką, zatrzymując wzrok na jego dłoni, w której trzymał swoją whisky. Wyłączyła się na moment zupełnie, myśląc tylko o tym, że Ward nigdy nie zobaczy jak dorastają jego córki, ani nie zestarzeje się u boku ukochanej żony. Znów poczuła tę okropną gulę w gardle, choć na szczęście się ocknęła i zwróciła oczy na twarz wicekomendanta.
Nie mów tak. To nieprawda — odparła od razu, chyba trochę ostrzej niż zamierzała. Fakt że Scott miał takie myśli i naprawdę w to wierzył, łamał jej serce. — Wpędzanie się w poczucie winy ani nie przyniesie ci ulgi ani nie zwróci mu życia. — dodała, nieco ściszając już głos. Tym razem odważyła się, by położyć dłoń na jego przedramieniu z cichym zapewnieniem. — Nigdzie się nie wybieram. Zostanę tak długo, jak będziesz potrzebował.
Obietnica nie była podyktowana tym, że był jej szefem. June widziała przed sobą przede wszystkim człowieka w potrzebie, załamanego stratą. Kogoś, kto już nie raz pomógł także i jej. Była mu to winna.
Odsunęła się znów, gdy tak się zadumał i zamknął oczy.
Zaskoczyła ją nagła zmiana tematu i jego pytanie. Nie odpowiedziała od razu, zastanawiając się chwilę. Otworzyła już usta, starannie dobierając w głowie słowa, ale słysząc zaraz komplement z jego ust, uśmiechnęła się lekko i tym razem to ona odwróciła wzrok, udając, że nagle zainteresowało ją coś co robił barman.
Dzięki — odezwała się w końcu — I nie, z nikim nie przyszłam. — westchnęła cicho, zastanawiając się jak żałosne będzie, jeśli przyzna się po co tak naprawdę tam przyszła. Nie wiedziała, że zdążył się już wszystkiego domyślić. — Czekałam na kogoś, ale… nie wiem, może coś mu wypadło. — wyjaśniła, marszcząc przy tym nos i zerknęła na ekran telefonu, jakby oczekiwała jakichś wieści.
Zero wiadomości. Zero nieodebranych połączeń.
Poczuła się jak idiotka. Nie dlatego, że jakiś facet ją wystawił, ale dlatego, że w ogóle się tym przejęła. Dopiero po tym co opowiedział jej Scott, zrozumiała jak nieistotna była nieudana randka i że nie powinna być powodem do zmartwień.


Scott Letexier
ave
jakoś się dogadamy, tylko nie uciekaj
43 y/o
Welkom in Canada
185 cm
Zastępca komendanta Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiKe/bab
typ narracjiTypiczny
czas narracjiKażdy
postać
autor

Scott poczuł ciepło jej dłoni na swoim przedramieniu i przez krótką chwilę po prostu na nią patrzył. Na ten gest. Delikatny i naturalny, dokładnie taki, jakiego spodziewałby się po Harrison. Dlatego się nie odsunął. Co więcej, chyba nawet podświadomie rozluźnił mięśnie dzięki jej empatyczności.
Kiedy powiedziała, że nigdzie się nie wybiera, coś drgnęło mu gdzieś głęboko pod tym całym zmęczeniem i frustracją. Nie skomentował tego od razu, ale po raz pierwszy od wejścia do baru napięcie w jego szczęce czy rękach minimalnie puściło.
Letexier odwrócił wzrok dopiero wtedy, gdy cofnęła rękę.
- Nie jesteś mi nic winna, June - odezwał się po chwili ciszej niż wcześniej. - To nie dlatego powinnaś tu siedzieć - wyjaśnił, by nie myślała, że vicekomendant oczekuje w tej chwili od niej jakiegoś rewanżu za ostatnią rozmowę na komisariacie.
Przez moment obserwował, jak zerka na telefon. To krótkie spojrzenie wystarczyło mu bardziej niż jakiekolwiek wyjaśnienia. Choć nie było to nic nadzwyczajnego w kontekście samego randkowania, tak Scott i tak dziwił się, że ktoś wystawił June. Wystarczyło przecież na nią spojrzeć, by stwierdzić, że nawet pośród ładnych dziewczyn w Toronto, śledcza i tak wyróżnia się swoją urodą. Letexier dawał sobie rękę uciąć, że jeśli w liceum wyglądała podobnie, to mogła mieć każdego i każdy chciał z nią być. Dlatego, kiedy powiedziała, że czekała na kogoś, mężczyzna aż prychnął pod nosem z autentycznym niedowierzaniem.
Odwrócił głowę w jej stronę i zmrużył lekko oczy, jakby chciał upewnić się, że dobrze usłyszał.
- Ktoś cię wystawił? - uniósł brew ze szczerym zdumieniem wypisanym na twarzy.
Spojrzenie Scotta powoli przesunęło się po jej sylwetce jeszcze raz. Jasna sukienka idealnie podkreślająca figurę, włosy ułożone zdecydowanie nie „na szybko”, subtelny makijaż, od którego ciężko było oderwać wzrok. I ten facet naprawdę się nie pojawił. A przecież jeszcze dochodził wspaniały charakter Harrison, która oferowała dużo więcej poza wyrzeźbionym tyłkiem i dużym biustem, jak można byłoby sądzić po jej aparycji.
Letexier pokręcił głową z czymś pomiędzy rozbawieniem a czystym niedowierzaniem.
- Widziałem w życiu wielu debili - zaczął. - Ale wystawić kobietę wyglądającą tak jak ty? - pytanie retoryczne. - Tytuł debila miesiąca wygrywa w cuglach - powiedział to bez zawahania, upijając od razu łyk drinka ze szklanki. Był autentycznie zdziwiony tym, jak ludzie potrafią nie szanować drugiej osoby i jej czasu. Nieważne czy to była miss komisariatu, czy zwykła dziewczyna z sąsiedztwa.
Brunet lekko pokręcił głową.
- Albo umarł po drodze - dodał po chwili już trochę bardziej gorzkim tonem. - Co, patrząc na dzisiejszy dzień, wcale nie brzmi tak absurdalnie - wzruszył ramionami i zaraz westchnął ciężko, samemu krzywiąc się na własny czarny humor. - Dobra... to brzmiało trochę lepiej w mojej głowie - prychnął z nutą rozbawienia i oparł łokieć o blat baru, przez chwilę przyglądając się jej spokojniej. Może trochę dłużej nawet niż powinien, jednak siłą rzeczy, dziewczyna przyciągała wzrok. Nie przyznawał tego otwarcie, ale June była w jego typie, a z każdym kolejnym spotkaniem jedynie zyskiwała w jego oczach. Tym bardziej się dziwił, jak ktoś taki zamiast szczęśliwego narzeczonego czy małżonka u boku ma jedynie afery z odrzuconym Bakerem oraz zmarnowany wieczór przez jakiegoś zjeba.
Doceniał jednak coś jeszcze. To, że została przy nim. Większość ludzi po jego wcześniejszych tekstach po prostu zabrałaby torebkę i wyszła. Zwłaszcza po tym chłodzie na początku. A ona siedziała obok dalej, słuchała go i nie próbowała robić z niego ani bohatera, ani wraku człowieka. To była dobra droga, bo chociaż na chwilę odzyskał kawałek siebie.
- Wiesz, co jest najbardziej pojebane? - odezwał się w końcu ciszej. - Jeszcze kilka lat temu po takim dniu wróciłbym do domu, otworzył bourbon i siedział sam do rana, udając, że wszystko mam pod kontrolą - przesunął palcem po rancie szklanki. - A dziś pierwszy raz od dawna nie chcę siedzieć sam - przyznał. - I akurat ze wszystkich możliwych ludzi spotkałem tutaj ciebie. Nawet jeśli przypadkowy, to masz świetny timing, June - dodał i znów upił łyk whisky, która przyjemnie zapiekła jego przełyk.
Spojrzał na nią poważnym wzrokiem i przechylił lekko głowę.
- Dziękuję - rzekł spokojnie i więcej już nic nie mówił. Jego wyznanie wyrażało więcej niż kolejne dziesiątki słów, jakie mógłby teraz wypowiedzieć.

June Harrison
ODPOWIEDZ

Wróć do „Arizona Grill Lounge”