Podobno w życiu są takie momenty, jakieś przełomy, które potrafią wszystko zmienić, może nawet sprawić, że taka dwójka ludzi, która z pozoru nigdy nie powinna ze sobą być, się w sobie zakocha? Tylko co było ich momentem przełomowym, co sprawiło, że to wszystko się nagle odmieniło? Może za dobrze czuli się w swoim towarzystwie, bo trzeba przyznać, że Galen przy Meenie czuł się świetnie, zupełnie inaczej niż przy całej gamie różnobarwnych Candy, Sindi i Dolores. A może to dlatego, że na jego liście powodów, dla których chodzi codziennie do biura, numerem jeden była właśnie ona? A może to dlatego, że rano patrzył na telefon i zastanawiał się czy już napisała? A może to dlatego, że nie wyobrażał sobie bez niej lecieć do Teksasu? A może to dlatego, że zmieniła fryzurę? Nie, to na pewno przez tę sukienkę i te figlarne iskierki w spojrzeniu. Tylko, że wczoraj ich jeszcze nie zauważał, a może starał się, żeby tak było?
Tak. Momentem przełomowym zdecydowanie była ta sukienka, czerwona, opięta, tak inna niż garsonki, w których chodziła na co dzień do pracy, i Galen musiał przyznać, że wyglądała w niej nawet lepiej niż w tej koszuli, w jego wyobrażeniach, kiedy wyciskała jakiemuś gościowi sok pomarańczowy.
-
Może nie garsonkę, ale wiesz... Grzeczna bluzeczka, grzeczna spódnica, grzeczne włosy, a Ty Evans chyba dzisiaj pomyliła słowo grzeczna z grzeszna... dobrze będzie jeśli ja tu dzisiaj nie zwariuje - pokręcił z rozbawieniem głową. Może nie liczył na garsonkę, na teczkę i dokumenty, ale to co zobaczył przerosło najśmielsze oczekiwania. To był taki moment, kiedy wyobrażasz sobie coś, jako spełnienie marzeń, a to spełnienie marzeń to jest jeszcze niebo ponad tymi marzeniami. Miłe zaskoczenie, a jednak Galen Wyatt chyba nie był na to do końca gotowy. Zawiesił się trawiąc jej słowa, z których chyba najlepiej zabrzmiało to "facetem z sukcesami", pewnie niejedna gazeta tak o nim pisała, a w drugiej linijce dodawała znowu narozrabiał, ale kiedy mówiła to Meena, to brzmiało to jakoś tak słodko. Jesteś facetem z sukcesami Galen, a ja chciałam pasować do Ciebie?
Chyba się trochę rozpędzasz Wyatt, ale Ty to przecież lubisz, szybko, intensywnie, bez granic, więc... graj dzisiaj w swoją grę ok? Tylko pamiętaj, że w końcu przyjdzie jutro.
-
Jeśli to jest tylko, nie chciałam odstawać Meena, to ja chcę zobaczyć co to znaczy, tak, zrobię się na bóstwo szefie - powiedział z uśmiechem. Chociaż może nie powinien, ale cholera, to jest tu i teraz, a jutra może wcale nie być, prawda?
-
Leopold, co z germańskiego oznacz odważny, no ale wiesz... Odwaga, brawura, katastrofa, chyba mnie rozgryzłaś Evans - znowu się uśmiechnął. Taki po prostu był działał szybko, czasami bez namysłu, czasami nie do końca ogarniając co się wokół niego dzieje, rzeczywiście wydawać się mogło, że jak Piotruś Pan, żyjąc we własnym świecie, mogła wyjść z tego właśnie katastrofa, albo wielki sukces. Te drugie też się zdarzały.
A Meena chodzący planer, kobieta, która znała jego kalendarz lepiej, niż on imienia swoich pracowników, czy byłych dziewczyn. Zgrywali się idealnie, on wnoszący nutę chaosu, do jej poukładanego życia i ona ogarniająca ten cały ferment.
Nie mógł się skupić na jeździe. Galen Wyatt właściwie często miał problemy ze skupieniem. Potrafiły go rozproszyć nawet źle ułożone na biurku papiery, chociaż sam robił tam tyle bałaganu, ale wiecie kiedy czytasz te wykresy, to nagle denerwują cię krzywo leżące segregatory, zwracasz na nie uwagę i już nie możesz się skupić. Teraz całą jego uwagę zwracała Meena i to jak ten czerwony materiał cudownie kontrastuje z ciemną tapicerką, z błyszcząca deską rozdzielczą, jak na nim grają światła latarni, cienie tego miasta, które mijali za oknami. Ale ciekawa feeria, zdecydowanie ciekawsza niż droga, tylko przecież Galen obiecałeś, że dowieziesz ją bezpiecznie na miejsce. Stop. Skup się!
-
Tylko bezpieczniej by było, gdybyś zdjęła tę sukienkę - chciał zażartować, a wyszło... zdecydowanie dwuznacznie. No i raczej na sto procent, i wszystkie skarby tego świata, nie byłoby wtedy bezpieczniej, bo jakby Meena zdjęła sukienkę, to już na pewno by się rozbił na pierwszej lepszej latarni. Chciał jeszcze coś dodać, ale stwierdził, że może lepiej się nie odzywać. Nie pogrążać. Chociaż i tak miał wrażenie, że już stoi w tym po kostki, albo nawet po kolana i jak on ma teraz wyjść z klasą i jak w ogóle wyjść, kiedy ta woda była tak przyjemna i tak go przyciągała? Gdyby ta woda nazywała się Dolores to pomogłaby mu Meena, ale właśnie, kto mu pomoże, kiedy chodziło o nią?
Kocioł w głowie to mało powiedziane, to co się działo pod kopułą Galena to był istny sztorm, burza z piorunami i dziesięć w skali Beauforta na horyzoncie. Z jednej strony praca, biuro, najlepsza na świecie sekretarka, wyjazd służbowy, służbowa kolacja, z drugiej najpiękniejsza kobieta pod słońcem, jej dotyk, który sprawiał, że po plecach przechodziły mu ciarki i ten uśmiech, w którym mógł się zatracić. Była zapadnia, szala i na niej tylko dwie rzeczy: Meena najlepsza na świecie sekretarka i Meena, kobieta, która zaczyna mu się podobać. Jak wybierze źle to jedna spadnie, a on nie będzie mógł sobie tego wybaczyć, do końca życia.
Kiedy siedzieli już przy stoliku, a kelner tak brawurowo zepsuł nastrój, który Galen starał się budować od początku, wciąż nie mógł oderwać od niej spojrzenia. No ale cóż, Galen nie płakał nad rozlanym mlekiem, on do niego dosypywał płatki i miał pełnowartościowe śniadanie!
-
No wiesz... Muszę cię odpowiednio urobić, żebyś poleciała ze mną do Teksasu, więc tak, to specjalna kolacja, z moim specjalnym gościem - mrugnął do niej jednym okiem. Świetna zagrywka, zasłanianie się pracą, przecież to genialne!
A jednak nie do końca, bo kiedy Meena powiedziała o tym jacuzzi, to Galen prawie się zachłysnął szampanem, który kelner dał mu do spróbowania zanim im naleje. Meena bez sukienki, a teraz jeszcze Meena w jacuzzi. W jacuzzi z szampanem. Galen bardzo lubił takie scenerie, jacuzzi i szampan, tylko, że wcześniej nigdy w życiu by sobie w nich nie wyobrażał swojej sekretarki. Nie potrafił już dłużej zasłaniać się pracą.
-
Czy to jest jakaś propozycja? Chyba nie biznesowa? - a miało być biznesowo, pamięć złotej rybki się kłania -
lepiej nie pytaj Evans, bo jeśli ta kolacja nie skończy się pozwem, to będziemy mogli jutro znowu świętować - pokręcił głową z uśmiechem, jakimś takim tajemniczym, ale szczerym. Dobrze, że zaprosił ją na kolację do takiej fancy restauracji, a te stoliki były takie duże, a on nie wpadł na to, żeby przystawić sobie krzesło obok, bo chyba by tego nie wytrzymał, tego jej spojrzenia, które rzucało mu wyzwanie. A przecież Galen Wyatt nie byłby sobą, gdyby nie podjął rękawicy. Boże spraw tylko, żeby jutro nie złożyła wypowiedzenia.
Kelner nalał im szampana i zniknął, chyba wyczuł, że atmosfera między nimi jest bardziej gorąca niż płonący Stek Diane.
-
Kusisz Evans, teraz zamiast zastanawiać się co zamówić, żeby zrobić na Tobie wrażenie, to będę myślał co masz pod spodem, albo czego nie masz... - wiadome jest, że zauważył, że nie miała stanika, pewnie jego czujny wzrok wychwycił każdą fałdkę i górkę powstającą na materiale tej kiecki. Ogólnie chyba mogliby napisać o tej sukience książkę: Galen Wyatt i ta pieprzona czerwona sukienka, która go zgubiła, Meena Evans, która na pewno założyła ją z premedytacją.
-
Polecam owoce morza, mają tu całkiem dobre, a na deser Crepes Suzzette, o ile wytrzymamy do deseru, będzie idealnie pasować - teraz właśnie Galen czuł się jak ten Crepes Suzzette, jakby płonął, aż zrobiło mu się gorąco i poluzował pod szyją guziki koszuli, która i tak już przecież była nonszalancko rozpięta. Nie miał w zwyczaju zdejmowania marynarki przed przystawkami, ale chyba tym razem będzie musiał.
Postukał palcami w blat stolika, z później sięgnął po swój kieliszek, o tak bąbelki zdecydowanie, może ochłodzą tę ognistą atmosferę, a jak nie, to będzie musiał poprosić o gaśnicę.
-
No to... Za to dzisiejsze spotkanie, wiesz, za to spotkanie służbowe, którego dzięki Tobie nie zwaliłem - wzniósł toast i wypił od razu dwa spore łyki. Może jakby wstał, udał że idzie do toalety i tam walnął podwójną whisky, to byłoby łatwiej? Na prawdę zaczęły mu po głowie krążyć takie myśli. Kelner jakby je wyczytał, bo przyszedł zapytać czy może przyjąć zamówienie. Butelka Glenfiddich 12 - chciał powiedzieć, ale zamiast tego pochylił się delikatnie w kierunku dziewczyny.
-
Zaufaj mi Evans, a jeśli coś Ci nie posmakuje, to od jutra ja przynoszę kawę do biura - uśmiechnął się, a później zamówił, to co uważał za słuszne, jakieś ciekawe, ale lekkie przystawki, te wyborne owoce morza, a do tego płonący naleśnik na podkręcenie temperatury (jakby jeszcze to w ogóle było potrzebne). No i butelka szampana, zasugerował, że dzisiaj ich kieliszki nie mogą być puste, nawet jeśli miałaby pójść cała skrzynka.
Chociaż kelner na początku wypadł nie najlepiej z tym całym zdradzeniem niespodzianki, to później obsługiwał całkiem dobrze, był prawie niewidzialny, a kieliszki z szampanem cały czas pełne.
-
Podoba Ci się tu Meena? - zapytał w końcu, może żeby trochę zejść z tematu sukienki, a może po prostu chciał wiedzieć? Bardzo był tego ciekawy, jakie to miejsce zrobi na niej wrażenie. Jakie w ogóle wrażenie zrobi on, Galen Wyatt - nie prezes, a facet, który zaprasza ją na kolację, do takiego właśnie lokalu. Wstał, żeby zdjąć marynarkę, jeszcze przed przystawkami.
Meena Evans