ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

002.


W życiu by nie pomyślał, że jeszcze kiedykolwiek będzie się stresował w trakcie przenosin do nowej jednostki.
Jasne, za pierwszy razem, jak trafił najpierw do jednej, a później do drugiej remizy odczuwał niezbyt wielką pewność, nie wiedząc jak się sprawdzi i czy na pewno będzie się odnajdywał w nowym towarzystwie. Wszystko jednak prędko przemijało, a James znalazł nowych znajomych, swoje miejsce w szeregu, a potem możliwości na rozwój.
Dzięki temu wszystkiemu znalazł się tutaj - w głównej jednostce Toronto, nie będąc już tym samym początkującym strażakiem, a kapitanem.
I to nie tak, że będzie się z tego tytułu wywyższał nad innymi; zwyczajnie nie może to do niego wszystko dotrzeć. Nawet jeśli zdążył ją poświętować pod wpływem Riley na tej imprezie zorganizowanej na jego cześć.
Niemniej przyszedł nowy tydzień pracy, a w tym dla niego nowy dzień tutaj. W nowej roli, chociaż ciągle z taką samą głową pełną pomysłów i jednoczesnej mobilizacji, aby nie dać plamy na samym początku.
Szczęście w nieszczęściu - dzisiaj nie miał wspólnej zmiany z Davis, zapewne przez nią byłby ciągle rozproszony, nie mógł się skupić na tym, co ważne oraz istotne.
Tak to będzie m mógł przejść się po jednostce, obejrzeć i zapoznać się z nowym miejscem, poznać resztę załogi. Zupełnie tak, jakby po prostu był przeniesiony ponownie i nic więcej. A nie, że będzie musiał podejmować niektóre decyzje za wszystkich, żeby wszystko przebiegło zgodnie z planem. Miał tylko nadzieję, że ten pierwszy dzień przejdzie dość gładko - bo jak przeżyje dziś, to potem już będzie tylko z górki. A raczej, liczył iż tak będzie.
Po wyjściu z szatni, gdzie już się przywitał z niektórymi osobami, przeszedł na główną część hali, rozumiejąc pojęcie główna jednostka Toronto. Zdecydowanie była większa i jakaś bardziej przestronniejsza. Może i nawet lepiej wyposażona? Sam nie wiedział, bo i tak wydawało mu się, że wszystkie muszą mieć te same sprzęty, by móc dobrze wykonać swoją robotę. A może to wszystko wyolbrzymiał, bowiem czuł tak wielką euforię na tą całość?
Westchnął przeciągle, decydując na przejście dalej - do części wspólnej, gdzie tak naprawdę znajdowała się większość ludzi na dzisiejszej zmianie. Przywitał się z nimi, inni zapytali czy to on jest w ramach zastąpienia ich poprzedniego Kapitana, a gdy tylko to potwierdził wraz z delikatnym uśmiechem na ustach, reszta o dziwo - dla niego - przyjęła to ciepło oraz serdecznie. Ulżyło mu - nie powiem, że tak nie było.
Niemniej pośród tego całego tłumu rzuciła mu się jedna, konkretna twarzyczka, którą najbardziej kojarzył w ostatnim czasie. Czyż nie miał okazji dopiero z nią mieć wspólnej akcji? Coś mu świtało, coś mu gdzieś tam się kojarzyło, ale najważniejsze, że wraz z ujrzeniem ów buzi natychmiastowo przypomniało mu się imię właścicielki.
— Teddy? — zagaił, jak tylko do niej podszedł, poszerzając przy tym uniesione kąciki warg. — Co prawda mówiłaś, że niedługo się spotkamy, ale nie sądziłem że tak szybko to nadejdzie — zażartował, przypominając sobie jak się żegnali po udanej sytuacji, w trakcie której mieli okazji się zobaczyć. — Miło jest widzieć znajomą twarz — dodał rozpromieniony, od razu jakoś czując się luźniej. Pamiętał, że Teddy jest fajną dziewczyną, kontaktową i niezmiernie sympatyczną, więc jak nie mógł od razu poczuć się lepiej? — Może podpowiesz mi coś na dobry początek? Gdzie co jest, tak w ogólnym pojęciu i czy macie tu jakieś… no nie wiem, reguły, konkretne zasady ustalone między wami? — podpytał, żeby od razu wiedział o czym ma się dowiedzieć oraz co powinien zwyczajnie wiedzieć, tym bardziej gdy ma być dla nich oparciem i wsparciem, a nie kulą u nogi.
No bo cóż… jakoś nie miał głowy do tego, aby przepytać w tej kwestii Riley.


teddy darling
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
mam idealny poziom potasu we krwi, nie palę i lubię kino,
i dziś wieczorem chcę się tobą zająć, jakbyśmy nie miały imion
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

050.
Od dłuższego czasu krążyły plotki, że kapitan Howie Whitman, który miał już swoje lata (pewnie jakieś sto dwadzieścia) planuje odejść na emeryturę. Właściwie trudno było znaleźć kogoś, kto choć raz o tym nie słyszał. Jedni twierdzili, że złoży papiery jeszcze przed końcem bieżącego roku, inni, że będzie ciągnął służbę tak długo, aż dosłownie każą mu przestać przychodzić do pracy. Sam Whitman oczywiście niczego nie potwierdzał. Jak zwykle zbywał wszystkich krótkim komentarzem albo suchym żartem, po którym i tak nikt nie wiedział, czy mówi serio. W oczach młodszych strażaków był praktycznie stałym elementem jednostki. Teddy czasami miała wrażenie, że Howie był tam od zawsze - jak stare zdjęcia wiszące na ścianach korytarza, obdrapane szafki w szatni. A na pewno była tam, kiedy ona dopiero zaczynała swoją służbę. Pewnie dlatego większość ludzi traktowała temat jego emerytury bardziej jak odległą teorię niż coś, co rzeczywiście miało się wydarzyć.
W dodatku Whitman miał to do siebie, że nie musiał podnosić głosu, żeby zaprowadzić porządek. Wystarczyło jedno spojrzenie albo krótkie polecenie rzucone spokojnym tonem. Miał swoje zasady, swoje przyzwyczajenia i swoje humory, ale jednocześnie był cholernie dobry w tym, co robił. Nawet ci, którzy czasem narzekali na jego podejście, nigdy nie podważali jego metod działania. Teddy pamiętała, jak na początku służby potrafił poprawiać ją przy najdrobniejszych rzeczach. Źle zwinięty wąż. Za wolna reakcja. Nieporządek w sprzęcie. Wtedy wydawało jej się, że robi to specjalnie, żeby utrudnić jej życie. Dopiero później zrozumiała, że w tej pracy nie można wykonywać niczego wyłącznie pół gwizdka.
Nigdy też nie należał do ludzi przesadnie wylewnych. Jeśli po akcji rzucił krótkie dobra robota, to znaczyło więcej niż większość motywacyjnych przemówień. Strażacy wiedzieli, że szacunek Whitmana trzeba sobie wypracować, a nie dostać za samą obecność.
Oczywiście Howie na swoim pożegnaniu zapowiedział, że to tylko przerwa i że będzie przyglądał się poczynaniom swojego następcy. Musiał mieć pewność, że przekazuje jednostkę w dobre ręce. Nie byłby sobą, gdyby nie czuwał nad swoimi ludźmi nawet na emeryturze. A kto miał go zastąpić? Tutaj też chodziły różne pogłoski. Jednak najczęściej pojawiało się nazwisko McCanna. Dlatego nikt nie był zdziwiony, kiedy faktycznie James - w ramach potwierdzenia - pojawił się na zmianie.
Panie kapitanie — ukłoniła się teatralnie, kiedy mężczyzna zwrócił się do niej po imieniu. Nie było w tym geście nic prześmiewczego, raczej wykonała ten ukłon w ramach powitalnego żartu. — Chyba nie sądziłeś, że jestem gołosłowna? — prychnęła z udawanym oburzeniem, ale zaraz uśmiechnęła się promiennie. — Ciebie też dobrze widzieć, James. Howie nie przekazał ci podstawowych informacji, czy boisz się, że cię wpuści na minę? Przede wszystkim przestań się tak spinać — Darling wyciągnęła rękę i poklepała mężczyznę po ramieniu. — To po pierwsze. Po drugie, nie zwracaj uwagi na durne żarty chłopaków. Oni tak zawsze — dodała z myślą o kolegach. Teddy przez długi czas była jedyną kobietą w jednostce i dopiero w zeszłym roku do zespołu dołączyła Riley. Dobrze było mieć obok drugą kobietę pośród buzującego wszędzie testosteronu.
A w ogóle to chodź, oprowadzę cię — zaproponowała, wymijając swojego najlepszego kumpla - Jetta Donovana, który zaczepnie szturchnął ją w ramię i skinął głową do McCanna, chcąc dać mu do zrozumienia, że jest tutaj jak najbardziej mile widziany. — Co chcesz konkretnie wiedzieć? Podejrzewam, że rozkład naszej remizy nie różni się za bardzo od tego, skąd do nas przebywasz — powiedziała, kiedy wyszli z pomieszczenia i ruszyli przez korytarz prowadzący w stronę schodów na parter.

James McCann
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Fire Station 132”