-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— A zajął się chociaż Tobą? — wcześniej słuchała z zainteresowaniem, potakując przy tym delikatnie głową. Z prawdziwym błyskiem w oczach, próbując zrozumieć wszystkie jego słowa. Naprawdę chciała dowiedzieć się wszystkiego. Przede wszystkim, czy gdy jej nie ma obok, to czy ktoś się nim zaopiekuje — byłeś w szpitalu, lub miałeś lód? — o ironio, nawet ten siniak wzbudził w niej od razu emocje. Chciała dowiedzieć się wszystkiego, mieć pewność, że nic się z nim poważnego nie zadziało — ohh, mam nadzieję, że nic Ci nie jest — luki w pamięci brzmiały okropnie. Sięgnęła delikatnie dłonią do jego policzka, by mieć absolutną pewność, że wszystko z nim w porządku. Siedział, oddychał, serce mu biło... ale skoro doszło do amnezji, mogło zadziać się coś, o czym nikt nie wiedział.
— Nic, nieważne — wymruczała Charlotte, bo rozmowa o... ewentualnej ciąży nie wchodziła w grę. Zero wierności, pewnie zobowiązania też wchodziły w cały pakiet, a Kovalski musiała mieć pewność.
— Mogłeś wybrać... coś ładniejszego — mruknęła, marszcząc przy tym czoło — każdy kto je zobaczy, widzi jaka jestem rozkraczona — a chciała wyglądać idealnie, tak by ledwie spojrzenie mówiło samo za siebie. By wręcz każdy mu mówił, stary poleć na nią. Za to z krwią na kolanie i łokciu, z obrzydliwym grymasem przypominała bardziej karykaturę samej siebie.
— Nie jestem tego pewna — stwierdziła dość chłodno, bo... czy widział, że ona jest zainteresowana nic? Musiał. Oczy się jej świeciły, gdy tylko doszli do jakiegoś rozejmu.
— Tak... — przypomniała sobie tamtą chwilę. Patrząc na cały wyjazd, gdyby ta fabryka była dzień później... nie pokłóciliby się oto. Ale też może pod gwiazdami nie pogodziliby się — naprawdę ładne zdjęcie — pokiwała głową, przewracając stronę na kolejne ujęcia. Uśmiech z każdym robił się coraz większy — szkoda, że nie ma dobrego zdjęcia gwiazd. Obejrzałabym je — wtedy gdy zalał się piwem, a ona opowiadała mu opowieści o gwiazdach — o, a popatrz tutaj — zaczęła, pokazując kolejne ujęcie palcem — chwilę później płakałeś przesz jaszczurkę, a ja musiałam się Tobą zaopiekować — zaśmiała się głośno i dodała — prawie jak z dzieckiem — dziecko tylko tyle wybrzmiewało w jej głowie. Przez kilka sekund nic nie powiedziała, procesowała wszystko w głowie — w ogóle chciałbyś mieć kiedyś dzieci? — dobrze wiedziała, że to pytanie z dupy. Musiała znać na nie odpowiedź.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— To dobrze — mruknęła, unosząc kąciki ust — cieszę się — dosłownie się czuła, jakby właśnie kamień spadł jej z serca. Uczucie ulgi nad którym nie da się zapanować — nie mogę mieć Cię wiecznie na oku — po pierwsze dlatego że był wolną duszą, nad którą nie dało się zapanować, po drugie ze względu na własne obowiązki, a po trzecie... kim oni dla siebie byli? Upierdliwymi sąsiadami.
— FA-TA-LNE — rozkraczona, zakrwawiona z niezbyt pochlebną miną — jak ja przecież wyglądam — wymruczała cała niezadowolona sama z siebie. Mogłaby z irytacji wyrecytować mu całą litanię.
— Ale zesrałeś się w swoje, ohydne gacie khaki — język aż mu pokazała, bo na niego zasłużył — dlatego mieliśmy komorę gazową — aż wzdrygnęła się na samą myśl — nie była — to był ten gatunek zwierzęcia, którego trzeba było wkurzyć, żeby się na Ciebie rzucił. Łagodna, niegroźna jaszczurka.
— Dzieci. — kiwnęła głową — pamiętam. — aż ją odrzuciło na samo wspomnienie tamtej gumy. Jeśli Patel miałby być gorszy... Nie, to niemożliwe. Miał dobre geny, tylko pomieszały się w nieodpowiedni sposób. Inaczej oznaczałoby to, że nosi w sobie pomiot szatana — byłbyś dobrym ojcem... — była poważna jak na nią. Sama nie wiedziała, czemu w to wierzyła. Może przez wzgląd na to, w jaki sposób on opiekował się nią? Potrafił być czuły, opiekuńczy, jeśli na kimś mu zależało — wyobraź sobie lepiej moje dziecko. Mała, wypominająca każdy szczegół Lotta — aż sama się zaśmiała — a jakie byłoby piekielne połączenie nas dwóch — była zbyt poważna, musiała dodać— ha, ha — tylko ten śmiech w ogóle nie był poważny.
— Mówiłeś, że nikomu nie pokażesz zdjęć... — wymruczała, wracając do wcześniejszego trybu — że są dla Ciebie i dla mnie — oczy musiała przymrużyć — może powinnam dodać do albumu twoje zjebane akcje? — kiedy tak przeglądała zdjęcia, coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że to nie był tylko zwykły wyskok — a pamiętasz tamten namiot? Tam było gorąco... — podobnie jak w oceanie, ale tego już nie powie — albo tego typa, z którym rozmawiałeś, jak się na Ciebie wkurzyłam, bo przelizałeś się z inną — ouć, zabolało. Dlaczego znowu rzucała triggerujący temat? Dramat. Nie mogła go unikać w nieskończoność. Za każdym razem wracało to samo.
— W ogóle... — zaczęła dość niepewnie, próbując opanować własne myśli. Zakuło ją. Na pewno obracał się już wśród innych kobiet. Dałaby sobie za to rękę uciąć — idę na randkę w ciemno — może powinna nakłamać, że idzie z Cassianem? Cóż... Z Williamem przecież nie zbudują nic poważnego, a samo wspomnienie kasjerki spowodowało w niej przedziwne spięci. Kłująca zazdrość była najgorsza na świecie.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Uśmiechnęła się jedynie. Było to porządne zesrańsko i nawet bawił ją taki William. Aż uśmiech sam pojawiał się na jej twarzy na samą myśl.
Mina szybko jej zrzedła. Wątpił. Nawet była w stanie go zrozumieć.
— Wkurwiająca? Pokochałbyś ją — prychnęła głośno, zakładając rękę na rękę. Gdzieś głęboko chciała, by zrobił to nie tylko z Junior Lottą, ale nie mogła dopuścić do odkrycia się przed nim. Patrzyła na niego i chociaż robiła maślane oczy, chociaż w głowie miała dzieci, to jednocześnie widziała same, pierdolone red flagi.
— Słucham? — spytała, otwierając szerzej usta — chyba cię popierdoliło — założyła rękę na rękę — jestem za młoda na matkę, wpierw muszę przebić twojego ojca w Toronto, a poza tym... już zostałeś dawcą tak w ramach przypomnienia. Może właśnie William junior rośnie mi w brzuszku? — spytała złośliwie, unosząc obie brwi ku górze — za wcześnie bym została matką... Nie dałabym sobie rady — westchnęła ciężko, bo właśnie ta myśl cały czas kołatała jej w głowie. Była egoistką. Przyznała to przed samą sobą. Lubiła życie ze swoim zwierzęcym ZOO, z wkurwiającym sąsiadem, z melanżami i nieustanną pracą przez kilka dni. Nie byłaby w stanie teraz tego poświęcić. Była za młoda. Przecież w jej brzuchu rozwijała się właśnie ciąża nastoletnia.
— Jak sam się spierdoliłeś chociażby, albo twoje zdjęcie z mamuśką, która chciała zaciągnąć cię do łóżka — oh to wspomnienie było cudowne. Nawet jeśli chwilę później ciągnęła laskę za włosy. W tamtej chwili nie pozwoliłaby żadnej zbliżyć sie do Williama, a w domu? Musiała się od niego wyleczyć raz a dobrze. — faktycznie niemożliwe. Nie wziąłeś go? — zagadnęła, bo... zaciekawiła sie, czy coś się z niego nie wykluło — nie znam go, wkurwiona na Ciebie byłam — ledwo ich zobaczyła, to już wsiadała wściekła do auta. Chciała odjechać w siną dal, a on musiał się jej spierdolić na głowę.
— I co? Zazdrosny byłeś? — tylko z tego powodu się o niego ocierała. Żadnego innego nie było — no nie wiem z kim... Moja znajoma nas ustawiła — z całkiem przystojnym, ambitnym i poukładanym starszym mężczyzną. Czy tego nie potrzebowała od życia? — no, bo... przecież na sto procent spotykałeś się z innymi — pewnie jeszcze je widziała, patrząc przez judasza — chyba mogę spróbować sobie poukładać życie z kimś innym i się zakochać? — badanie gruntu przy nim było piekielnie trudne. Aż nie wiedziała, co powinna zrobić, by dostać jakieś informacje. Zakochać się. Brzmiało łatwo. Choć było to trudniejsze, bo darzyła już kogoś uczuciami.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie wierzył w nią.
Czego mogłaby się spodziewać? Przypominał jej ojca. Z nieustanną chęcią dotykania każdej kobiety, z chęcią do używek.
I kolejne słowa zabolały jeszcze bardziej.
Zdecydowanie za wcześnie, huh? Chwyciło ją to za serce. Jakby przyznał głośno, że będzie okropną matką. Zdawała sobie sprawę, że miała ukochane poukładane życie. Poranną rutynę, codzienne sprawunki i wszystko bardzo spięte w jedną, logiczną całość. Jej życie musiało takie być. Inaczej nie znalazłaby się w prestiżowej kancelarii, inaczej nie mogłaby udowodnić ojcu, że się mylił. Na wszystko dzielnie pracowała, ale też... chciała mieć kiedyś pełną rodzinę z otwartym domem. Organizować przedziwne dni na tak i przeżywać dziecięce przygody. Tylko nie teraz. Jak jej pozycja na rynku nie ucierpi. Co to za adwokatka, która rok po zatrudnieniu zamienia się w matkę? Żadna. Nie mogłaby się w tu procentach poświęcić pracy.
Chociaż na wspomnienie sobowtórów rodziców Williama uśmiechnęła się delikatnie. Nie zapomni mu tego nigdy. W najbardziej styrany dzień przypomni mu całą sytuację i jak pani palmowa Patel prawie chwytała już go za jaja. Zresztą na kolejne stwierdzenie też się rozpromieniła. Trwało to krótko. Na sekundę.
I znów zabolało, ale mocniej. Nic z tego nie będzie. Po co tu tkwił, skoro tak naprawdę nie chciał jej? Raz się zawiodła. Nie potrzebowała ponownie złamanego serca. Przymknęła delikatnie oczy, próbując wszystko poukładać sobie w głowie. Cholernie to bolało. Nawet nie potrafiła wytłumaczyć tego racjonalnie. Wciągnęła powoli powietrze do własnych płuc.
— .Bridget. No po prostu wpadła, jak jej powiedziałam, że... — czy mówienie mu o czymkolwiek miało w ogóle sens? Chwyciła się za ramiona, ściskając je mocno — że chciałabym wrócić do mieszkania, w którym ktoś na mnie czeka — kiedy on imprezował i brał ślub, wróciła do wiru pracy. Psy oraz kot wydawały się być przepiękną odskocznią, ale czasem potrzebowała poczuć się po prostu kochana, zaopiekowana, a przede wszystkim czuć, że ma kogoś przy sobie, kto stanąłby przy jej boku i sprawił, że pojawi się uśmiech na twarzy — mhm — tyle wystarczyło, by odsunęła się od Williama na parę centymetrów. Ślub z mężczyzną, kochanki na boku, a może jeszcze wenera do tego? Cholera, będzie musiała przejść się do ginekologa i to sprawdzić... Mógł przecież czymś ją zarazić.
Rób, co chcesz. Niemalże czuła przechodzące dreszcze po całym jej ciele, a kiedy zaczął zadawać pytania, zamarła. Wargi zaczęły jej drgać. Oczy zaczęły się szklić i z trudem powstrzymała się od płaczu. Tego chciała. Zakochać się, wracać do jednych, bezpiecznych ramion. Może dlatego tak to bolało? Widziała jego wzrok.
— Jak Ci to nie pasuje, to po prostu wyjdź... — powiedziała oschle, odwracając wzrok — i przestań mi w końcu mieszać w głowie — musiała zapalić. Tylko czy powinna? Chrzanić to. Nic jeszcze nie wiedziała. Wstała z kanapy, by wyjść na balkon, mimo że pod spodem dalej ludzie kłócili się oto, po której stronie ich konfliktu powinni stanąć.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Potrzebowała świeżego powietrza, oddechu. Nerwowo sięgnęła po paczkę papierosów i odpaliła pierwszego. Charakterystyczny dźwięk zapalniczki uspokoił ją na krótki moment. Smugi dymu dostały się do jej płuc i pierwszy raz próbowała skupić się na samej sobie. Na własnych potrzebach, a on? Miała nadzieję, że wyjdzie. Nie. Chciała czegoś zupełnie innego, ale nie liczyła na to.
Wcale nie potrzebowała wielkich deklaracji. Włamywania się do jej mieszkania z balkonu na balkon, dostania się tu siłą, czy oglądania przedziwnych zdjęć, powodujących uśmiech. Dla niego La Palma minęła. Ile czasu minęło od wyspy? Liczyła dni, tygodnie, a dalej nie mogła wyrzucić go z własnej głowy. Przecież durna chodziła na randki, uśmiechała się do nieznajomych mężczyzn, ale za każdym razem porównywała ich z Williamem.
Kolejne mocne wciągnięcie.
Pojawił się.
A czy czar prysł? Miała wrażenie, że nie. Potrzebowała objęcia jej bezpiecznymi ramionami, ale... może nie była wystarczająca dla niego? Inaczej by walczył. Praktyczne zrozumienie jego stylu życia było dla niej czymś niemożliwym. Zresztą znów nie próbował.
Pierwsza łza spadła po jej policzku z delikatnym rozbawieniem na twarzy.
W takim Williamem się zakochała. Bezczelnym, a jednak broniącym jej osoby na wszelkie możliwe sposoby. Potrzebowała tego, choć znów kąciki ust upadły. To koniec, tak? Tak łatwo się poddawał. Nie mogła na niego spojrzeć, a chciała. Spaliła w ciszy papierosa. Tłum na dole dalej coś wrzeszczał, ale wydawał się być zaledwie tłem do ich rozmów.
— Wiesz... — zaczęła nerwowym tonem. Teraz powinna go wyrzucić. Cała jej racjonalność powinna dać w tym momencie pokaz własnych umiejętności. Pożegnać go, pokiwać głową i odmachać na pożegnanie — ty nawet nie walczysz — stwierdziła oschłym tonem, patrząc mu prosto w oczy. Właśnie na to liczyła. Scenę złości, że jak to tak. Wiedziała jedno, potrzebowała kogoś, kto o nią zawalczy, a William nie miał zamiaru.
— Więc może to była tylko zwykła zabawa z twojej strony — zakuło ją samą. Odwróciła głowę, nie mogąc dłużej na niego patrzeć. W głowie odliczała sekundy do jego wyjścia.
Nie spodziewała się niczego innego.