Złapał koszulkę w locie zanim zdążyła zsunąć ją sobie z twarzy i rzucił ją z powrotem na dno szafy i ostatecznie wyciągnął jakąś zwykłą, białą koszulkę, a na to narzucił koszulę w kratkę, w ogóle nie przejmując się tym, że była wygnieciona. Usiadł na brzegu łóżka, tuż obok jej nóg, żeby wcisnąć trampki. Leżała tam tak cholernie naturalnie, rozwalona na jego pościeli, jakby to, co wydarzyło się wcześniej, było tylko głupią wymianą zdań o pogodzie, a nie momentem, w którym on wykrwawił się przed nią z emocji. Znowu był na wyciągnięcie ręki, gotowy robić z siebie idiotę, żeby ona poczuła się lepiej. Złapał leżący na szafce telefon. Nawet nie sprawdził powiadomień, po prostu wsunął go do kieszeni spodni. Obrócił się w stronę okna, przez które przed chwilą weszła, i machnął ręką, dając jej znak, żeby się zbierała.
Zanim jednak zdążył cokolwiek odpowiedzieć o jej wątpliwych zdolnościach kulinarnych, pociągnęła go w dół. Gwałtownie. Jej dłoń na jego nadgarstku była ciepła i chociaż chwyciła go tylko na chwilę, Noe poczuł, jak spina mu się całe ciało. Przed Gabi mógł udawać, że wszystko jest jak dawniej, ale dla niego każdy jej dotyk miał teraz inną wagę.
Wylądował na materacu, przyciśnięty do jej boku, a na głowę spadła im ciężka kołdra. Było mu potwornie gorąco. Serce tłukło mu się w piersi tak głośno, że był święcie przekonany, że jego matka usłyszy je zaraz po wejściu do pokoju. Skrzypnięcie drzwi brzmiało jak wyrok. Noe zamarł, wstrzymując oddech. Palce Gabi zacisnęły się na jego biodrze – mocno, niemal boleśnie, ale on ledwo to rejestrował. Modlił się tylko żeby matka nie podeszła do włącznika światła, bo wtedy musiałby tłumaczyć, dlaczego w środku nocy leży w ubraniu pod kołdrą z dziewczyną, za którą od początku nie przepadała. Na szczęście matka tylko mruknęła coś pod nosem, uznając pewnie, że znowu rzuca się przez sen i zamknęła drzwi. Gabi natychmiast zrzuciła z nich kołdrę. Noe odetchnął głęboko, wypuszczając powietrze, które trzymał w płucach chyba przez całą wieczność. Spojrzał na nią, gdy z tą swoją nienaturalną lekkością przerzucała nogę przez parapet.
–
Jesteś nienormalna, wiesz o tym? – wyszeptał, idąc tuż za nią. Złapał się ramy okiennej, patrząc, jak dziewczyna sprawnie schodzi w dół. Dla niej to była kolejna zabawa, podkręcenie adrenaliny po kiepskim dniu, jednak dla niego to kolejna runda w grze, której zasad nienawidził, ale w którą grał, bo nie potrafił odpuścić. Przełożył nogę przez parapet, na moment zawisając nad ciemnym podwórkiem. Sprawdził tylko w kieszeni, czy telefon na pewno nie wypadnie i puścił się ramy, lądując miękko na ugiętych kolanach tuż obok niej. –
Prowadź do tego swojego super-auta – mruknął, poprawiając koszulę. –
Jak dostanę zatrucia pokarmowego po tym twoim śniadaniu, to osobiście wypiszę sobie akt zgonu.
Zatrzymał się krok przed maską i uniósł brwi, lustrując wzrokiem błyszczący w świetle latarni lakier. Przez moment zastanawiał się, czy to kolejny etap jego popieprzonego snu, ale chłód nocnego powietrza był aż nadto realny.
–
Mustang? Gabi, do cholery, skąd ty go wytrzasnęłaś? – rzucił półgłosem, podchodząc bliżej. –
Miałem nadzieję na rdzewiejące audi, którego nikt nie będzie szukał, a ty zawijasz klasyka?
Obserwował ją, gdy oparła się o maskę. Zauważył ten moment – tę krótką, ułamkową sekundę, kiedy jej twarz stężała, a wzrok utknął gdzieś w bezgwiezdnym niebie. Wyglądała na zmęczoną, jakby cały entuzjazm i nocne włamanie były tylko grubą warstwą makijażu, który miał coś przykryć. Coś – a raczej kogoś, o kim Noe wolał teraz nie myśleć, bo znowu poczułby ten cholerny ucisk w piersi. Zanim się obejrzał, Gabi już była w środku, a na jej usta wrócił ten sam, trochę zbyt głośny uśmiech. Westchnął cicho, obszedł samochód i otworzył drzwi pasażera. Wpakował się na skórzany fotel, który natychmiast ustąpił pod jego ciężarem.
Silnik Mustanga zaryczał, a siła odśrodkowa wgniotła Noego w fotel. Opony pisnęły na asfalcie, zostawiając za nimi zapach palonej gumy. Odruchowo złapał się uchwytu nad drzwiami, zaciskając palce tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. Mknęli przez puste ulice, a licznik bezlitośnie piął się w górę. Patrzył na jej profil w nikłym świetle deski rozdzielczej, jak jedną ręką trzymała kierownicę,a drugą stukała w ekran telefonu. Światła latarni przemykały po jej twarzy, a on czuł, jak wzbiera w nim złość. Wiedział, do kogo pisze. Nie musiał pytać, nie musiał zaglądać jej przez ramię. Ta nerwowość, ten pośpiech w palcach uderzających w szkło. A on siedział obok. Jak zawsze. Jako bezpieczna strefa, poduszka powietrzna na wypadek, gdyby jej życie znowu zaliczyło dzwon.
Nagle samochód gwałtownie zarzuciło w prawo. Koła złapały pobocze, rzucając żwirem o podwozie. Przed maską, w snopie długich świateł, wyrosło potężne drzewo. Auto odbiło, opony znowu zaryczały, stabilizując tor jazdy w ostatniej chwili. Noe poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Adrenalina wystrzeliła w jego żyłach, paląc resztki zmęczenia.
–
Pojebało cię już do reszty?! – warknął, puszczając uchwyt i odwracając się do niej całym ciałem. –
Chcesz nas zabić?! - Gabi w odpowiedzi tylko rzuciła telefon do tyłu. Urządzenie uderzyło z głuchym stukotem o skórzaną kanapę. Przygryzła dolną wargę, a Noe zauważył, że jej dłonie na kierownicy lekko drżą. Wypuścił głośno powietrze przez nos, próbując opanować dudniące serce.
Słowo „randka” zawisło w kabinie samochodu jak granat, z którego ktoś właśnie wyciągnął zawleczkę. Poczuł, jak mięśnie karku mu twardnieją, a zanim zdążył cokolwiek przetrawić, Gabi szarpnęła kierownicą. Auto weszło w ostry zakręt, a siła odśrodkowa rzuciła nim o drzwi pasażera. Przez moment słychać było tylko ryk silnika i jej nerwowe przeprosiny, a potem drugie zdanie.
–
Tak, czyli jak? – zapytał. –
Normalnie? Gabi, spójrz na nas. Siedzimy w kradzionym samochodzie w środku nocy, ty prawie wbiłaś nas w drzewo, a ja udaję, że wszystko jest w porządku. To ty rzuciłaś hasło o randce, nie ja – kontynuował, a w jego głosie pojawiła się ta cyniczna nuta, którą zawsze maskował ból. –
Więc nie cofaj się teraz i nie przepraszaj, jakbyś palnęła głupotę przy cioci na imieninach. Nie musisz się bać, że zrobi się niezręcznie. Przecież wiesz, że i tak nigdzie nie pójdę. Powiesz gdzie jedziemy? - Oparł głowę o zagłówek i przeniósł wzrok na uciekające za oknem latarnie.
Gabriela R. Blais