Zupełnie innego Madoxa.
- Wszyscy - rzucił w odpowiedzi na pytanie Stewart, chociaż oboje wiedzieli, że nie wszyscy. Ale w stosunku do tancerek Madox zawsze mógł się zasłaniać tą zasadą, czasami jemu też była na rękę. Diego nie musiał wiedzieć, że on przecież robi sobie tutaj co tylko chce. Bo to jego klub.
A może wiedział? Bo zerknął w jego kierunku, chociaż potem dłużej zagapił się na Pilar, w momencie, w którym Noriega patrzył gdzieś na podest. I to nie na gibającą się w rytmie jakiejś smętnej piosenki tancerkę, na rurę za jej plecami. Może też wracając myślami do tego jak zaciskał na niej palce?
Zaraz jednak zacisnął je na dłoni Stewart i już szarpał ją do siebie. Na kolana. Bo skoro był jego, to tu miała siedzieć, przed nim, z jego dłonią ułożoną na udzie.
Poczuł jak się spięła, kiedy bez skrępowania mówił o tym, że Pilar była z policji. I mogli to zatajać przed nic nie znaczącymi półświatkowymi gangusami, ale nie przed Diego. Tutaj trzeba było grać w otwarte karty, Madox to wiedział, doskonale zdawał sobie sprawę, że Rojas by stąd wyszedł i w jakieś pół godziny dowiedział się o niej wszystkiego. A potem zaczęły by się pytania, dlaczego o tym nie wspomniałeś Madox. Więc wspominał, prosto z mostu, i przesunął wytatuowanymi palcami po jej udzie, miękko, może żeby ją uspokoić?
Przecież to nie tak, że Madox to strzelił, tak jak wtedy z narzeczoną przy makaroniarzu, w przypływie adrenaliny, kiedy dał mu po mordzie. Tutaj ważył co może, co powinien powiedzieć, żeby Diego wciąż mu ufał.
Był jego amigo.
A Pilar była jego... dupeczką, policjantką, z której przez łóżko miał wyciągać informacje. Co zaraz pokazywał w tym ognistym pocałunku, kiedy jego usta kradły z tych jej ostatni oddech, i nie dzielili tego na pół, jak zwykle, tylko... on brał, to co kurwa chciał. Wsuwając czubki palców pod materiał jej koszulki, napierając na nią mocniej. Agresywniej, tak, żeby pokazać kto tutaj rządzi. I na koniec jeszcze szarpnąć jej włosy, bo przecież to on tutaj szefował.
A zaraz pochylał się do Diego załatwiając interesy. Coś czuł, że Pilar go zapyta o te policjantki, ale nawet się na nią nie spojrzał, z tymi ciemnymi oczami zawieszonymi na Diego, kiedy już oznajmiał mu, że załatwi dla niego tę sprawę, ale nie za darmo. W tym świecie nic nie było za darmo. Madox się do tego przyzwyczaił.
Też zerknął na tancerkę, kiedy ściągała z siebie bieliznę oblepioną cekinami i zakręciła nią na palcu. Ale na nim ten pokaz nie robił aż takiego wrażenia, jak na Diego, bo on bardziej słodki tyłeczek trzymał sobie właśnie na kolanach. A zresztą wyznawał zasadę, że nie romansował z pracownikami, a jednak nie przeszkadzało mu to czasem, żeby urządzić sobie tutaj prywatny pokaz, albo jakiś full serwis, bez romansu w tle. I może Madox teraz przy Pilar był inny, był wierny, zapatrzony w nią, jak w najpiękniejszy na świecie obrazek, to kiedyś był... gorszy. Nie był grzecznym chłopcem. Nigdy.
Dopiero kiedy Diego zaczął nawijać o tej drugiej rzeczy, przeniósł na niego spojrzenie, wytatuowanymi palcami wciąż głaskając udo Stewart. Wbił w niego ciemne tęczówki, i przecież widział, jak się na nią gapił. Tyle, że znał Diego, skakali sobie czasem do gardeł, jak to Latynosi, a jednak żaden nigdy nie dotknął kobiety tego drugiego. Można by powiedzieć, że istniały miedzy nimi pewne nie pisane zasady. Jakaś nić przyjaźni?
O ile w tym półświatkowym świecie w ogóle można o czymś takim mówić. A jednak kiedy Rojas użył tego określenia perro względem Pilar, to poprawił się na fotelu. Nabrał powietrze w płuca, bo z jednej strony narracja powinna iść chyba w takim kierunku, że przecież on nie ufa jej do końca, a może ufa? Może była przydatna... Do tego stopnia, że niedługo sami ją wepchną w jego ramiona? A Diego zatańczy na ich ślubie?
Nie no kurwa, nie zaprosili by go.
- Ja jej ufam - powiedział spokojnie Noriega, ale mocniej zacisnął palce na udzie Pilar. A Pati wyjęła mu to pytanie z ust, co ten Rojas kombinował?
Słuchał go, tego co mówił o Navarro, kojarzył go. Madox kojarzył chyba wszystkich ludzi Diego. A na pewno wielu, tych przy ladzie znał wszystkich, z imienia i nazwiska. Znowu poczuł jak Pilar się spięła, ale on tym razem zachował zimną krew. Nawet powieka mu nie drgnęła, chociaż przytrzymał ją przy sobie mocniej. Mocniej opierając rękę na jej udzie i na talii.
Myślał, zastanawiał się na ile może wziąć jej stronę, a na ile powinien trzymać z Diego. Tylko, że Madox był jaki był. Agresywny, narwany, pierdolnięty, a jednak...
- Jak nie umie trzymać chuja w gaciach, to po co ci kurwa taki śmieć Diego? A jakby to była twoja dupa, albo nie wiem kurwa siostra, to byś mu tego kutasa odstrzelił - powiedział i poprawił jakoś na sobie Stewart pochylając się nad jej udami do przodu - i ja nie przyłożę ręki do tego, żeby jakiś zwyrol wyszedł z pierdla, a następna mogłaby być jakaś dziewczyna z klubu, albo kurwa Dora - a Dora to była siostra Diego, którą Madox też przecież znał - jak chcesz to mogę załatwić, żeby mu tam jeszcze wpierdolili, bo na pewno nie, żeby go zwolnili, a jak sam to ogarniesz, to żeby mi się nie zbliżał do klubu, bo zapierdolę i wtedy najmniejszym problemem będzie to, że nie umiał chuja trzymać przy sobie - powiedział poważnie. Bo Madox też miał pewne swoje zasady, które zresztą Rojas znał. Przez moment mierzyli się spojrzeniami, ale Madox finalnie sięgnął po swoją szklankę, żeby ją zzerować - wiesz... to wszystko to jest inny kaliber - omiótł spojrzeniem stolik, na którym leżała kokaina i tych goryli z bronią, a zaraz znowu patrzył na Diego - ale kurwa moja matka, w jebanej Kolumbii, teraz przewracała by się w grobie, jak ja przyłożyłbym do tego rękę - zacznijmy od tego, że matka Madoxa nie leżała wcale w kolumbijskiej mogile, tylko wygrzewała się na jakiejś hiszpańskiej plaży, ale Diego akurat o tym nie wiedział. Akurat tu Madox naopowiadał mu bajek, że jego matka nie żyje, a ojciec, ten siedział, to akurat się zgadzało.
Diego się skrzywił, pokręcił na kanapie, ewidentnie mu to nie pasowało, ale finalnie skinął głową.
- Coś w tym jest Madox, bo ten Navarro to meksykaniec... - rzucił zerkając na Pati, która poprawiła się obok niego na kanapie.
- Meksykańcy to popierdoleńcy, żadnych zasad, nie to co Kolumbijczycy, hermano - Madox pokręcił głową, ale zaraz znowu pochylił się do przodu - ale co to za człowiek amigo? Może mogę ci kogoś polecić? - zapytał, bo przecież Noriega też znał dużo ludzi. Różnych.
- No nie wiem... Wiesz chłop zajmował się takimi... - popatrzył na Pilar kiepiąc cygaro na podłogę, na co Madox znowu się skrzywił - odbierał moje, że tak powiem... zadłużenia - wyjaśnił w końcu. No tak, kto był do tego lepszy niż jakiś popierdolony meksykaniec? Madox przez chwilę myślał zaglądając w pustą szklankę.
- Doleję wam - zaoferowała się Pati, a podnosząc z miejsca oparła dłoń na kolanie Diego.
Madox pokręcił głową - nie, ja się zbieram, ale pomyślę o kimś Diego - jeszcze zwrócił się do Rojasa, a ten skinął głową.
- Vale, pregúntale a esta chica cuánto cobra por una mamada - dobra, to jeszcze zapytaj tej swojej dupeczki ile bierze za obciąganie, rzucił wskazując na tancerkę. A Madox się ruszył, żeby Pilar wstała. Sam też się podniósł.
- Ja do tego nie przykładam ręki, to jest kurwa porządny klub, sam zapytaj... Tylko kulturalnie - warknął a zaraz już opierał rękę na biodrze Pilar, żeby ją do siebie przyciągnąć, poprowadzić do drzwi. Pati ruszyła za nimi, chociaż jeszcze obejrzała się na tancerkę, jeszcze rzuciła do ochroniarzy, żeby mieli na nią oko.
Bo skoro tutaj szef nie przykładał ręki do napaści na tle seksualnym, to chyba trzeba było tego pilnować, prawda?
confío en ella ₊˚⊹ᰔ