Wywrócił oczami na jej słowa i pewnie by jej znowu nawijał, że czasami nie da się mieć wszystkiego, trzeba wybierać...
I oni przecież też w pewnym momencie, na samym początku gotowi byli wybrać to co mieli, odpuścić, jak przyjechali z Medellin, to przecież mieli przejść nad tym wszystkim co się wydarzyło do porządku dziennego, taki był plan.
Tylko, że wcale nie potrafili, co okazało się zaraz w klubie, kiedy Noriega się wyrwał, żeby ją osłonić, kiedy strzelała do nich Ruby, a potem Pilar wyjęła mu kulkę i znowu go szyła. I jak oni nad tym mieli przechodzić do porządku dziennego? Jak odpuścić i udawać, że to nic nie znaczy, że nic się nie zmieniło? Nie dało się. Można było tylko założyć kominiarkę i schować się za choinką, w nadziei, że nikt tego nie zauważy.
Ale przecież nie każdy był tak zawzięty jak oni, tak uparty, tak...
popierdolony. I Madox coś o tym wiedział, jak on przez całe swoje życie odpuszczał... A tylko dla niej - przestał. Postanowił zawalczyć, co by się nie działo. Nawet jeśli miałby to przypłacić życiem, to przecież było warto.
Popukał ją po czole, kiedy już wyszli z samochodu, z
loca na ustach, bo Pilar była szalona, nie umiała odpuszczać, nakręcała się, ale przecież... nie bała się niczego.
Bała się... odrzucenia. Czego zresztą świadectwo dała mu ostatnio, kiedy przez pojebane żarty Williama prawie się rozeszli.
-
Wiesz, że nawet jeśli by się okazało, że to fałszywy trop, to... będę ja? I jak się okaże, że to twoja matka też, i jak się okaże, że nie, to wciąż? - nie czekał na jakąś odpowiedź z jej strony, po prostu chciał, żeby to wiedziała.
I chyba wiedziała, a zresztą on zaraz dostawiał sobie krzesło obok niej, bo po drugiej stronie stołu byłoby za daleko. Nie mógłby jej zaczepiać. Co oczywiście robił, kiedy jej opowiadał o tym zaręczynowym, nudnym przyjęciu.
Chociaż kiedy bułka poleciała Pilar prawie nosem to on też parsknął śmiechem, wcale się nie przejmując okruszkami na swojej koszulce, bo on już się opierał na krześle odchylając głowę do tyłu, kiedy go otrzepywała.
-
No nie do końca, bo kawalerski, czy panieński w Kolumbii to jest impreza, może tam zrobię swój kawalerski? Chociaż ostatnio zaproponowałem chłopakom, że w Bangkoku, ale to jeszcze jak odzywaliśmy się z Willem - tak trochę odbiegł od tematu, ale zaraz machnął na to ręką, Patel już na pewno nie będzie na jego kawalerskim -
to jest bardziej takie... no nie wiem, przyjęcie do rodziny, wszyscy błogosławią ten związek i dostajemy medaliki, a potem jest fiesta i jesteś nasza... - wbił w nią ciemne spojrzenie, ale zaraz pochylał się do niej, żeby musnąć wargami jej pełne usta, krótko, zaczepnie -
ale ty już jesteś nasza - stwierdził, bo co by nie powiedzieć, to ciotki przyjęły ją do rodziny, myśląc już wtedy, że była jego dziewczyną. A nie była wcale. Na jej kolejne słowa pokiwał głową, a zaraz znowu przysuwał się do niej opierając rękę na oparciu jej krzesła -
też o tym myślałem... żebyśmy tam polecieli po ślubie, bo wiesz jak przed, to będą cisnąć, żeby to zrobić tam, w Medellin nie ma czegoś takiego jak kameralny ślub, a przynajmniej nie w naszej rodzinie - wzruszył ramionami, ale zaraz pochylał się do jej ramienia, żeby przesunąć po nim szorstkim policzkiem -
ty się do wszystkiego nadajesz - mruknął jej do ucha. Chociaż prawda jest taka, że Madox już przechodził przez takie przyjęcie i było tak sztywno, że wcale nie wspominał go jakoś miło, wszystko musiało być tak jak chciała Rosa, a on musiał tam łazić w białej koszuli jak jakiś pajac -
tylko wiesz co? Nie każ mi ubierać białej koszuli, no i... ja najbardziej lubię, jak u nas to wszystko wychodzi spontanicznie, a nie według planu, wiesz o co mi chodzi? - na pewno wiedziała, bo oni nic nie planowali. Oni kurwa brali to, co dawał im los. Wyciskali chwile. Do cna. I chociaż czasem wszystko się wypierdalało, a oni lądowali boleśnie na ziemi, to co? To zaraz się otrzepywali i szli dalej. Zawsze.
Nie umknęło jego uwadze to jak odwróciła wzrok, gdy zapytał o Marie, od razu wyczuł, że coś było nie tak, ale kelnerka przyniosła im Chocolate Santafereño.
-
No to uwaga, tylko spróbuj, bo jak przyniosą Bandeja Paisa to trzeba zjeść wszystko - chociaż Madox to nie miał z tym problemu, akurat kolumbijskiego żarcia to nigdy nie mógł sobie odmówić, ale tak naprawdę zamówił tą czekoladę, żeby sprawdzić jak Pilar zareaguje na takie nietypowe połączenie, chociaż w Kolumbii było to na porządku dziennym, oni w ogóle lubili takie połączenia smakowe. Uśmiechnął się na zdziwienie Stewart, a zaraz kiwał głową -
najlepsze połączenie - już rozsmarował roztopiony ser na pieczywie, odgryzł kawałek, a potem wyciągnął w kierunku Pilar, żeby spróbowała. Oczywiście, że by jej nie odpuścił, więc kiedy się zgodziła, to wepchnął jej spory kawałek do buzi i pokiwał głową -
będziesz zachwycona - przepił czekoladą, Pilar też. A Madox zaraz uśmiechnął się szeroko czekając na ocenę -
no mówiłem, że dobre, tosty są dobre, czekolada też - on nawet zrobił sobie jeszcze jedną taką kanapeczkę i popił ją czekoladą, już cały był nią upierdolony, a ser to miał nawet gdzieś na brodzie. Dopiero kiedy Pilar wróciła do tematu Marie, to znowu utkwił w niej spojrzenie. No wiedział, że coś jest na rzeczy, zwłaszcza kiedy Stewart sięgnęła do jego ręki i zaczęła przesuwać na niej pierścionki. Podniósł jeszcze filiżankę i to był błąd, bo kiedy Pilar powiedziała, że
Tio widuje się z Rosą, to prawie się zakrztusił tą czekoladę, popłynęła mu po brodzie i wolną ręką ją wytarł.
-
Co kurwa? Pojebało go? - oczywiście, że się uniósł, ale on w odruchu już praktycznie mechanicznym, takim, którego już wyuczyło się jego ciało, na pamięć, przytulił ją do siebie, kiedy się spięła. Bo to było już jakieś silniejsze od niego, mózg nawet tego nie kodował -
zaraz do niego zadzwonię i mu powiem co myślę, ale go opierdolę... Miał przecież z tym skończyć - nawijał już i nakręcał się. Wybaczył Ticiano, bo właściwie jemu wyszło to przecież na dobre, był mu nawet wdzięczny, że nie skończył z Rosą, ale tego co on robił Marie... tego nie umiał mu wybaczyć -
jebany Ticiano, i jebana Rosa - aż pokręcił głową marszcząc brwi -
może... Zaprosimy ich do nas? Albo Marie? Albo nie wiem... polecimy tam i skopię Tio dupę? - no bo prawda jest taka, że co oni mogli zrobić na odległość? Madox w ogóle nie rozumiał Ticiano, ale Marie też nie, ani nawet Rosy, która się w to wpierdalała. Ale akurat Rosa była chyba najgorsza z całej tej trójki. Już wyjął telefon i nawet chciał wstać opierając rękę na kolanie Pilar -
dzwonię do niego - no tak, bo przecież Madox nie umiał na spokojnie, tylko od razu działać. Galen Wyatt dzwonił do jego narzeczonej z głupim telefonem, to on się nawet sekundy nie zastanawiał, tylko poszedł... skopać mu dupę. Taki był Madox, impulsywny.
Narwany.
Tylko, że akurat wtedy kelnerka przyniosła im Bandeja Paisa, które pachniało obłędnie i zapytała jak ich Chocolate Santafereño, a Madox pokiwał głową -
świetna, jak w Kolumbii - rzucił, a dziewczyna się uśmiechnęła i zaraz zainteresowała. Gadka-szmatka wyszło na to, że jej rodzice też pochodzą z Kolumbii, no i mają od niedawna kucharza Kolumbijczyka.
Troszkę ochłonął podczas tej rozmowy z kelnerką, a zresztą on zaraz już sięgał po widelec, żeby spróbować tego dania, bo aż ślinka mu się zbierała w buzi. Było dobre, naprawdę smaczne, ale jednak Madox musiał do tego wrócić -
i co z tym zrobimy? - zapytał, jakby oni rzeczywiście coś mogli, ale przecież... oni zawsze pomagali. Wszystkim.
Porque nunca te rindes
ྀིྀི☕︎ᝰ.ᐟ