34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

072.
Of all the parties in Toronto,
of course he had to walk into hers.
Ile razy można na kogoś wpaść przez zupełny przypadek w Toronto? W mieście, w którym mieszka 2,8 miliona osób?
Jak widać... trzy na pewno.
Firma, z którą współpracował Galen, organizowała jakiś bankiet z okazji dwudziestopięciolecia, i może Wyatt w ogóle by się tym nie przejął. Nie pojawił nawet, bo nie był w nastroju na bankiety, a jednak chciał z nimi podpisać kontrakt, i potem to już jakoś samo się tak potoczyło, że oni sobie właśnie to przyjęcie robili w pięknej willi Wyattów.
Galen rzadko tu bywał, więc najpierw ekipa sprzątająca musiała działać tu prawie przez tydzień, żeby wymieść kurz z kryształowych żyrandoli i pomyć wszystkie sto sześćdziesiąt okien. Kotary też pachniały świeżością i wszędzie kwiaty, świeże, dorodne. Ta posiadłość wcale nie wyglądała jakby nikt tutaj nie mieszał od lat, a dzisiaj jeszcze w pięknym marmurowym holu i jadalni stały wysokie stoliki, gdzie mogli się zatrzymać goście. Była nawet scena i bar, a orkiestra gdzieś pod ścianą przygrywała na instrumentach smyczkowych. Typowa impreza dla bogoli.
I chociaż gości witał prezes firmy, która obchodziła dwudziestopięciolecie, z żoną, to ci bardziej zorientowani przecież wiedzieli u kogo goszczą. Galen też zbierał pochwały, a wcale tego nie chciał. Z obsługi nie wiedział nikt, chociaż w pewnym momencie Gin wpadła do kuchni, gdzie dziewczyny poprawiały włosy, zanim miały wyjść na salę ze srebrnymi tackami.
- W kucyki dziewczyny... - mruknęła Claudia, która swoje gładkie, rude kosmyki upięła w idealny wysoki koński ogon.
- Ej dziewczyny słyszałyście? Podobno właścicielem tej chaty to nie jest ten cały Winston... On tu tylko robi imprezę - nawijała Gin, która nie mogła złapać razem wszystkich swoich jasnych loczków, bo bez przerwy jej uciekały.
Tymczasem w holu, przy jednym ze stolików... stał sobie Galen Wyatt, jak gdyby nigdy nic, w swoim idealnie skrojonym smokingu, pod muchą, z nieskazitelnie białą koszulą, której idealnie zapięte mankiety wystawały spod marynarki. W towarzystwie, oczywiście, długonogiej modelki w czarnej, satynowej sukience, która idealnie układała się na jej sylwetce.
Ona opowiadała mu o jakimś pokazie w Mediolanie, a Wyatt kiwał głową. Niby słuchał, ale... nudziło go to. Cała ta dzisiejsza impreza niesamowicie go nudziła i pewnie, gdyby nie chciał podpisać z Winstonem tego kontraktu, to wcale by się na niej nie pojawił. Niebieskie tęczówki przesunęły się z twarzy dziewczyny, która mogła mieć z dwadzieścia lat swoją drogą, albo taki baby face? Na stojące na stoliku puste kieliszki po szampanie.
- A ty w ogóle możesz pić już alkohol? - zapytał, ale dziewczyna zaraz zaczęła swoją litanię o tym, że ona ma już dwadzieścia jeden lat i nawet w Stanach mogłaby to robić legalnie. Galen trochę pożałował, że zapytał. Jego niebieskie tęczówki powiodły dookoła w poszukiwaniu kolejnej porcji szampana.
A Claudia, która akurat stała koło... Mayi (witam Panią), pokazała jej stolik Wyatta, który stał sobie niepozornie, tyłem do nich.
- Zobacz tam nie mają szampana... Majka, zawsze muszą mieć, idź im zanieś - pchnęła lekko Parker w tamtym kierunku. O zgrozo, prosto na Wyatta, żeby się tylko nie potknęła!

Maya Parker
Ostatnio zmieniony pt cze 05, 2026 10:30 am przez Galen L. Wyatt, łącznie zmieniany 1 raz.
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
Welkom in Canada
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
Oh, and your sweet and pretty face
Is such an ugly word for something so beautiful
Oh, that every time I look inside
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Często dorabiała sobie na prywatnych przyjęciach. Imprezy organizowane przez bogoli zawsze wyglądały tak samo: dużo fikuśnego alkoholu, kija w dupie, sztucznych uśmiechów oraz — powód dla którego Maya w ogóle podejmowała tą pracę — wysokie napiwki. Czasami wystarczyło zaserwować szampana lekko wstawionemu starszemu facetowi, a on wciskał niespodziewanie do kieszonki marynarki sto dolców jak nie więcej. Parker miała taką jedną koleżankę Nicole, która zajmowała ogranizacja kelnerów na różne eventy i to ona najczęściej wpisywała Majkę na listę pracowników, dając jej wysokie referencje. Czasami też za bar, ale to był kolejny fetysz bogatych ludzi — na barze musiał stać mężczyzna. W końcu kobieta nie zna smaku dobrej whisky, tak kiedyś osobiście usłyszała, gdy spytała czemu nie może po prostu iść zrobić drinków, kiedy wpadło dużo zamówień.
Tego dnia przed rozpoczęciem wydarzenia przyjechała odpowiednio wcześnie, żeby przebrać się jeszcze w jednej z pozłacanych, przepięknych toalet, która szczerze mówiąc była większa niż cały mieszkanie Parker razem wzięta. Ba, sam sedes pewnie był wart więcej niż wszystkie jej meble, które miała w posiadaniu. Nie narzekała jednak, rozumiała, że takie było już jej miejsce w szeregu. Poprawiła w lustrze fruzurę, doskonale zdając sobie sprawę, że obowiązywał wysoki kucyk, jedynie jeden kosmyk spływał po jej skroni, dodając nieco kobiecości. Tego dnia wyglądała zupełnie inaczej, bo i włosy miała wyprostowane. Inaczej żadna gumka by tego nie wytrzymała. Dlatego kiedy tylko weszła gotowa na kuchnie, wynieść pierwsze przystawki na przywitanie gości, Claudia jedynie uśmiechnęła do niej z zadowoleniem. Jakoś nie słuchała tego, o czym plotkowały dziewczyny, bo przecież kogo by interesowało czyja była ta chata? I tak żadna z nich nie zostanie tu dłużej niż godziny pracy.
Porozdawała krakersiki z kawiorem aż nie skończyły się jej obie deski, potem przeszła się pozbierać szkło, a kiedy ludzi zaczęło nabywać jeszcze więcej, zrobiła rundkę z szampanem, zwinnie wymijając biegające niczyje dzieci, która plątały się pod nogami. Kto kurwa zabierał dzieci na takie eventy? Aż pokręciła głową z niedowierzaniem i już była gotowa wyruszyć na kolejną rundkę wsród bogoli, kiedy Claudia przywołała ją do siebie, wskazując stolik do obsłużenia.
Jasne, już idę skinęła głową, nawet nie mając zamiaru wdawać się w dyskusje. Claudia jedynie poklepała ją po ramieniu, mówiąc coś, że Nicole miała rację że będzie się świetnie do tego nadawać, ale Parker już jej nie słuchała, bo skierowała się do stolika, przy którym stał mężczyzna z jakąś kobietą, twarze mieli skierowane na wielkie okno z obłędnym widokiem, nawet nie zwracając uwagi na to co dookoła. Na pieprzone dzieciaki, które biegły prosto w ich kierunku, znowu płacząc się między stolikami również nie.
— Szampana dla Państwa? — spytała z uśmiechem i od razu nim nawet zdążyli odpowiedzieć, złapała za jedno szkło, żeby w pierwszej kolejności postawić je przed dugonogą pięknością, do której uśmiechnęła się szeroko, a potem dopiero przeniosła spojrzenie na mężczyznę, który… kurwa serio?. Jak? Jakie było prawdopodobieństwo, że spotka samego Galena Wyatta w wielkiej willi, gdzieś na obrzeżach Toronto? No kurwa jakie? Jak widać bardzo wysokie, bo to było już ich TRZECIE spotkanie, które zrządził los. Trzecie najbardziej chyba niechciane, szczególnie po tym, jak skończyli wymianę smsów.
Przez moment po prostu stała w bezruchu. Z kieliszkiem dla niego w dłoń, lekko nad tacką i ciemnymi oczami wbitymi w jego błękitne. W świetle wyglądały jeszcze lepiej niż w nocy, kiedy przysłaniał je cień. Z całych sił starała się zignorować pieczenie gdzieś w okolicy brzucha, przywołując ich ostatnią rozmowę, mieszając to ze wspominkami tego przecież wspaniałego wieczoru u niego w apartamencie. Widziała jednak, że musiała przełknąć to uczucie gorszy i po prostu go obsłużyć. Taka była jej praca. A Maya nie miała zamiaru jej narażać dla jakiegoś bogola. Westchnęła i już skierowała rękę w stronę stołu, by odłożyć kieliszek, kiedy te przeklęte bachory, które biegały między nimi, uderzyły pierwsze w nogę Galena a zaraz potem twarz jednego skończyła na tyłku Majki. Takiego uderzenia nie dało się opanować, dlatego chcąc nie chcąc, szkło które trzymała w ręce, a raczej jego zawartość po prostu poleciało do przodu, w połowie kończąc na nieskazitelnie białej koszulce Wyatta. Zupełnie jak jej ciało, które wylądowało gdzieś w jego ramionach. Przez ułamek sekundy pozwoliła sobie zaciągnąć się znajomym już zapachem nim nie odkoscbyła od niego jak oparzona.
— Przepraszam pana, ale… — rzuciła całkiem szczerze, gotowa zwalić to wszystko na dzieci, które przecież on też widział, ale kiedy tak spojrzała na plamę na tej jego idealnej, prezesowskiej koszuli, jakoś nie mogła się powstrzymać przed tym, żeby nie… prychnąć. Zaśmiać się delikatnie. Galen Wyatt, człowiek kochający piękno w ciszy i spokoju, i Maya, która znowu ledwo co się pojawiła, a przyniosła do jego życia bałagan. Znowu. No czy to nie było śmieszne? Dla niej może i tak, ale na pewno nie dla dziewczyny, z którą był Wyatt.
— Co się tak śmieszy, dziewucho? — cmoknęła, ewidentnie niezadowolona, mierząc ją wzrokiem. — Ubrudziłaś go! — powierzała to w sposób, jakby to naprawdę był koniec świata.
— Przecież to tylko szampan, zaraz wyschni—
— Nie no, ty jesteś po prostu bezczelna! — oburzyła się dziewczyna Wyatta, jakby naprawdę Maya była na tyle nikim, że nie powinna nawet śmiać się odezwać i sprzeciwić. No tylko co ona mogła? Miała mu to teraz wyprać?

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Galen też powiódł spojrzeniem za tymi dziećmi, chyba kojarzył tego chłopaczka, który w białej koszuli i pod muchą ganiał się z dziewczynką w różowej sukience. Ale nie miał pojęcie skąd, pewnie z jakiejś tego typu świetnej imprezy? Może tego white party u Blythów? Wcale nie zdziwiłby się gdyby tak.
Jakoś nagle wydało mu się to ciekawsze niż jego rozmówczyni, to jak dzieciaki ganiały się wśród stolików, i chyba dziewczyna to zauważyła.
- Galen słuchasz mnie w ogóle? - wypaliła, a Wyatt uniósł jedną brew.
Tak było widać, że nie?
- Oczywiście Audrey - pokiwał głową i już teraz to niebieskie spojrzenie zawiesił na jej twarzy. A ona wróciła do tematu rozwodząc się nad tym, że w Mediolanie można było wyskoczyć na najlepsze zakupy pod słońcem - a co kupiłaś? - zapytał Galen, ale to był błąd, bo zaraz zaczęła się kolejne litania na temat tego, co, a do tego Audrey wyciągnęła telefon i chciała mu pokazywać zdjęcia, które sobie zrobiła w przymierzalni - później może? Widziałaś w ogóle ogród? Już zaczynają kwitnąć magnolie... - rzeczywiście ogród, który mogli podziwiać przez te wielki wypucowane na błysk okna wyglądał zjawiskowo. Cała aleja kwitnących magnolii. Oboje popatrzyli w tamtym kierunku. I dopiero ten głos... sprawił, że Galen zaraz się odwrócił, w jej kierunku.
Maya? Jakim cudem? Przecież pracowała na barze, a nie jako kelnerka. Przecież mieli się już w ogóle nigdy nie spotkać, po tym jak Galen rzekomo nazwał ją złodziejką. Chociaż on nie miał tego na myśli, ale prawda jest taka, że Wyatt czasami tak kręcił, tak mącił, że faktycznie ciężko było wyczuć jego intencje. A on tylko chciał wiedzieć jedno... czy Maya będzie z nim szczera, czy jak wszyscy dookoła będzie karmiła go kolejnymi kłamstwami, w które on przecież naiwnie wierzył. Naiwny Galen Wyatt.
A zaraz też mokry...
Kiedy ten dzieciak w muszce wpadł na niego, a potem na Mayę, która poleciała mu w ramiona, razem z szampanem, i jak ją Galen zdołał przytrzymać, żeby nie wywinęła orła, łapiąc na moment jej ciemne, przenikliwe spojrzenie, no to z tym szampanem na koszuli nie mógł nic zrobić. Wywrócił tylko tymi niebieskimi ślepiami, niesamowite to było, że gdzie się pojawiała, to zaraz też szedł za nią... chaos, który odznaczył na jego ładnej koszuli mokrą plamę.
Dziwne było to, kiedy tak od niego odskoczyła, a jeszcze dziwniejsze, kiedy zwracała się do niego per pan, aż Galen przechylił na bok głowę, a jakiś cień uśmiechu przemknął przez jego twarz.
- Nic... - zaczął i co chciał powiedzieć? Że nic nie znaczy? Nie no gdzie? Że nic się nie stało. Bo to tylko koszula.
Ale wtedy odpaliła się jego towarzyszka, a Galen zaraz przeniósł na nią spojrzenie.
- Audrey... - rzucił karcąco, ale dziewczyna już poprawiała mu koszulę. Już przesuwała palcami po tej wielkiej plamie, na samym środeczku.
- No jak to wygląda Galen? Przecież ty też się musisz tutaj prezentować! To twój dom, większość gości wita się z Winstonem, a zaraz idą do ciebie, a tu ta plama, zero klasy, zero elegancji - nawijała jak nakręcona, a Wyatt uniósł jedną brew.
- Przecież to nie koniec świata - rzucił Galen, ale Audrey kręciła głową patrząc ze złością na Mayę. A Wyatt… chyba wpadł na bardzo głupi pomysł.
Na pewno.
Ale co miał zrobić?
- Mam na górze koszule, pójdę ją zmienić... - zaczął, a Audrey uśmiechnęła się i już zaczynała, że chętnie zobaczy piętro - ona ze mną pójdzie, musi to zaprać, a ty tego nie zrobisz - Audrey aż nabrała do płuc powietrze, chciała coś powiedzieć, ale potem spojrzała na swoje piękne paznokcie. Na pewno by tego nie zrobiła. Pokrzywiła się.
- A nie możesz wziąć Claudii? Ona jest w porządku, często widzę ją na imprezach, taka ruda... - rozejrzała się, a Galen też.
- Jaka ruda? Lubię rude... - Audrey znowu się skrzywiła i walnęła Wyatta w ramię z Galen! na pełnych ustach. Jeszcze raz zmierzyła Mayę spojrzeniem, ale chyba uznała, że to wcale nie jest typ Galena Wyatta.
Był. Zdecydowanie był.
- No dobrze, ale szybko... - machnęła ręką na Majkę, a Galen wskazał jej te piękne, kręcone schody prowadzące na górę. I dopiero kiedy nimi ruszyła, a on za nią, to zmniejszył dystans tak, że znalazł się za jej plecami, mogła poczuć na karku jego oddech.
- Co tu robisz Maya? - głupie pytanie, biorąc pod uwagę to, że przed chwilą serwowała mu szampana... Ale Galen był ostatnio mistrzem głupich pytań. Pytań, które potrafią zniszczyć wszystko. Cały Galen Wyatt.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
Welkom in Canada
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
Oh, and your sweet and pretty face
Is such an ugly word for something so beautiful
Oh, that every time I look inside
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mogła tu spotkać wszystkich: naćpaną matkę, gangusów, którzy chcieli od niej kasę za długi brata, swojego najgorszego eks, kurwa, nawet zmarłą królowa Anglii… ale nie Galena. Człowieka, który w ostatnim czasie zrobił w jej życiu tak wielki bałagan, że jak na osobę, która już i tak żyła w chaosie, kompletnie nie umiała się w tym wszystkim pozbierać. Niby był jej obojętny, niby stwierdzili, że zostawią to wszystko dla losu, że może jeszcze kiedyś się zobaczą, a jednak Majka naprawdę tego chciała. Chciała poznać go lepiej, odkryć co jeszcze miał w sobie, intrygował ją, ciekawił, był prawdziwą fascynacją, szczególnie po ostatnim wieczorze w jego apartamencie, a jednak… po tym co stało się potem, nie było co zbierać.
Mógł myśleć, że nie nazwał jej złodziejką, że jego pytania były na miejscu, ale przecież nie były. Oceniał ją. Od pierwszego spotkania był do niej uprzedzony, tylko ona głupio myślała, że zdążył poznać ją na tyle, by wiedzie, że intencje względem niego miała szczere. Że skoro spotykali się zupełnie przypadkiem to nie mogła nic więcej od niego chcieć, a jednak śmiał twierdzić, że i jego chciała okraść. Dalej nie rozumiała, jak on w ogóle mógł pytać ją o takie rzeczy? Naprawdę aż tak był do niej uprzedzony? Za mało pokazała mu prawdziwej siebie? A to jak zakończyli tą wymianę… no szkoda gadać. Nie chciała już go więcej widzieć. Mieć z nim cokolwiek wspólnego. Ba, nawet kiedy musiała coś załatwić w centrum umiała ten pieprzony wieżowiec i miejsce, gdzie spotkali się na kawę. Wszystko, byle na niego nie wpaść i co? I i tak skończyła w jego ramionach, zaciągając się znajomym zapachem.
Plama po szampanie nie była duża, chociaż kiedy zaczęła kleić się do jego nagiej pod materiałem klatki piersiowej, lekko się rozeszła. Nie wyglądało to źle, w końcu szampan nie był barwiony, a jednak Audrey zdawała się być wręcz załamana wyglądem swojego partnera. Partnera i właściciela całej willi jak się zaraz okazało. No tak, miało to sens. Wielka willa z pięknym ogrodem musiała należeć do jego rodziny.
Przewróciła oczami słysząc, jak plama na koszuli to był kompletny brak elegancji i inne pierdoły, które dla Audrey chyba była kwestią życia i śmierci, nie mogąc nie przewrócić oczami. Wciąż to było dla niej niesamowite jak skrajne wartości wyznawała Parker w porównaniu do tych ludzi. Chociaż akurat o dziwo Galen zdawał się nie aż tak przejęty szkodą. Zaraz nawet oznajmił, że pójdzie się przebrać, a ona z grzeczności posłała mu spojrzenie pełne wdzięczności. Naprawdę doceniała, że chociaż on nie zamierzał zrobić afery i wywalić ją z pracy. Tylko wtedy dodał, że Maya ma iść z nim, a obok tego nie mogła już przejść obojętnie.
— Co? — spytała równo z Audrey. Chyba sobie kurwa żartował. — Chyba cię po… — ogarnij się, Parker. Przecież była w pracy. — Przepraszam, ale nie mogę, bo mam tutaj robotę — spróbowała się jakoś z tego wymigać, znowu przełykając narastający gniew i chowając go pod maską profesjonalizmu. Tylko Galen tak zakręcił swoją towarzyszką, że po chwili ona sama wymuszała na niej, że powinna iść zaprać mu koszulę. No i co Maya miała zrobić? Przecież nie będzie się z nimi wykłócać. Nie pozostało jej nic innego, jak po prostu zagryźć policzek od środka i wymusić uśmiech z krótkim dobrze na ustach. Chociaż kiedy już wchodziła po krętych schodach starła go z twarzy i zastąpiła grymasem, czego Wyatt jeszcze nie mógł zobaczyć. Na jego pytanie natomiast prychnęła żałośnie.
— Kopie groby i sprzedaje breloczki w kształcie penisów — warknęła, kierując się na samą górę. Jego odległość od jej ciała była nieznośna, dlatego kiedy tylko znalazła się na korytarzu, odwróciła się do niego przodem, co zaś okazało się jeszcze gorszym pomysłem, bo prawie zdążyli się klatkami. Złapała w płuca więcej powietrza, zadzierając głowę na jego niebieskie oczy. — No chyba widać, że pracuje — wyjaśniła w końcu. — Nie zgrywaj głupca, Galen — złapała jego spojrzenie, ignorując lekko przyśpieszone bicie serca. — Dobrze wiemy, że nim nie jesteś — dodała już o wiele ciszej, niż ostatni raz spojrzała w jego oczy i odwróciła się na pięcie przechodząc do pomieszczenia, które wskazał, w którym miał te swoje koszule na zmianę. Nigdy nie miała go za głupiego. Wiedziała doskonale, że był wyjątkowo inteligentnym osobnikiem, nawet jeśli czasami lekko naiwnym. To oczywiście nie zmieniało faktu, że była na niego wkurwiona i nie chciała z nim rozmawiać. Dlatego kiedy tylko wparowali do pokoju, Majka doskoczyła do drzwi i zatrzasnęła je z hukiem, znowu się do niego odwracając.
— Po co miałam tu z tobą przyjść, co? — warknęła, już wcale nie gryząc się w język. Byli sami. Nikt ich nie słyszał, dlatego wcale nie musiała się przed nim płaszczyć. — Serio mam ci prać tą koszulę? — przecież miał od tego setkę sprzątaczek i praczek. Pewnie inną od każdej pary skarpetek kurwa. A przynajmniej na pewno byłoby go na to stać. A jednak on chciał, ,żeby ona zrobiła to tu i teraz? No to na co czekasz? Rozbieraj się i daj mi tą koszulę. Jestem w pracy, wypierdolą mnie, jak tam zaraz nie wrócę dodała z początku patrząc mu intensywnie w błękitne oczy, ale po chwili odwróciła spojrzenie i wystawiła rękę. Przecież nie będzie się na niego gapić, jak się będzie rozbierać. No chyba, że nie zrobi tego w przeciągu trzech sekund, to sama mu ją zerwie i weźmie do łazienki.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Los zdecydowanie miał co do nich swój własny plan. Ustawiał ich na swojej ścieżce w sytuacjach, w których przecież oni nawet na to nie liczyli. W kawiarni...
W klubie. A teraz jeszcze tutaj. W jego rodzinnym domu.
O którym Galen przecież między wierszami jej opowiadał, o swoim dzieciństwie. O matce, o siostrze. O tym jak recytował tu wiersze i grał na fortepianie. A teraz stał z tymi niebieskimi tęczówkami utkwionymi w ciemnych oczach Majki, chyba nieco dłużej niż powinien, ale Audrey i tak bardziej zajęta była jego mokrą koszulą niż tym. I dobrze.
Czy tymi słowami, że pójdzie się przebrać chciał pomóc Mayi, uwolnić ją od gniewnego spojrzenia jego partnerki? Chyba tak.
A czy tym, że kazał jej iść ze sobą chciał ją zdenerwować? Możliwe. Bo kiedy zaczęła to chyba cię po..., to delikatnie się uśmiechnął. Pogrzało? To chciała powiedzieć?
Bo chyba przecież nic gorszego...
W takim pięknym domu? Na tak eleganckim przyjęciu? Wśród takich gości? Do niego?
Do właściciela tego wszystkiego?
- Ale będziesz miała też na górze, przecież masz dbać o zadowolenie gości, a ja jestem tu bardzo ważnym gościem - powiedział to spokojnie, ale widział jej minę. Widział już jak te ciemne oczy ciskają w niego gromami. Gdyby spojrzenie mogło sparzyć, to on właśnie stanąłby w płomieniach.
A jednak zaraz ruszyli schodami na górę, jakby nigdy nic. Ale czy tak wypadało? Nikt się tym nie przejmował, a zwłaszcza Galen, który tutaj przecież był u siebie. Jego teren, jego zasady, a willa Wyattów zawsze miała to do siebie, że on się tutaj czuł... może jeszcze ważniejszy?
- A gdzie je masz? - zapytał Galen odnośnie tych breloczków gryząc się w policzek od środka, żeby nie parsknąć śmiechem. Może i Wyatt był naiwny jak dziecko, ale jednak tutaj już po prostu ją zaczepił.
A drugi raz kiedy zatrzymała się u szczytu schodów, a on zrobił krok do przodu tak, że praktycznie w nią wszedł.
- Ale dlaczego tutaj? Wiedziałaś, że to mój dom? - może to było głupie pytanie, chociaż z drugiej strony, kto inny niż Galen Wyatt, pępek świata, mógł je zadać? - Może jestem Majka? Bo może... - nabrał w płuca powietrze jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, wydusić z siebie może zakamuflowane pod innymi słowami przeprosiny? Ale Maya już odwracała się od niego. Wskazała jej pokój, gdzie znajdowała się ta jego wielka garderoba z szezlongiem i rzędem koszul większym niż w większości sklepów. Do tego garnitury i buty, takie od Ralfa Laurenta też. A na środku jeszcze gablota z drogimi zegarkami. Wyglądało to... jak z jakiegoś ekskluzywnego butiku, tylko wszystkiego było więcej, jakby Galen mógł się tutaj ubierać codziennie w coś innego, już do śmierci. Ale w większości były to ubrania, które już nosił, które wyszły może z mody, albo już po prostu były zeszłosezonowe. Bo tak, Galen Wyatt przejmował się takimi rzeczami. Wszedł w głąb pokoju i przesunął smukłymi palcami kilka wieszaków, a kiedy Maya zatrzasnęła za sobą drzwi, to odwrócił się w jej kierunku.
- Bo zrobiłaś mi plamę... - zaczął i zawiesił na niej to niebieskie spojrzenie i przez moment chciał jej to powiedzieć, że przyszła tu, żeby zaprać mu koszulę, na której zrobiła plamę. Przez jedną krótką chwilę, tylko po to żeby to jej dotknęło. Bo przecież Galen umiał w takie słowa, które raniły. Ale zaraz wywrócił tymi niebieskimi ślepiami i zaczął zdejmować marynarkę - daj spokój Majka, przecież mam tutaj sto koszul - dwieście może nawet - nie chciałem, żeby Audrey się nad tobą wytrząsała - wzruszył ramionami marynarkę smokingu wieszając na jakimś wieszaku. Poluzował muchę pod szyją, a zaraz zdjął ją przez głowę i ją już rzucił do Majki, a może w nią? Bardzo nieelegancko.
- Udajesz cnotkę? Przecież nie zalałaś mi spodni... całe szczęście, bo to Tom Ford - znowu ją zaczepił, kiedy odwróciła spojrzenie. A on już w tym czasie porozpinał tę swoją śnieżnobiałą koszulę i stanął przed rzędem takich samych, identycznych właściwie. A Galen je przekładał, jakby wielce się różniły - no i może chciałem z tobą pogadać? - spojrzał na nią przez ramię - albo liczyłem, że doradzisz mi która będzie odpowiednia? - w końcu zdjął tą poplamioną i... wylądowała na podłodze, gdzieś przy jego eleganckich butach. No ładnie Gucci w takim nieposzanowaniu. A Galen sobie stał jakby nigdy nic do połowy nagi, i zrobił to chyba z pełną premedytacją, bo jego niebieskie spojrzenie zaczepiło gdzieś o twarz Majki - może tego nie zauważyłaś, ale te szklanki, które tak ochoczo tłukliśmy kosztowały pewnie więcej niż ty tutaj dzisiaj zarobisz... A ta koszula, którą poplamiłaś... - a teraz Galen po niej przeszedł - to pewnie równowartość twojej miesięcznej pensji - dodał podchodząc do niej bliżej. Niebieskie tęczówki odszukały jej ciemne, przenikliwe spojrzenie - może tego nie widać Majka, ale jakbyś wyniosła ode mnie z domu cokolwiek, to ja bym pewnie tego nie zauważył, albo miał to gdzieś, bo to są tylko pieniądze - których przecież Galen Wyatt miał w nadmiarze - a ja po prostu chciałem wiedzieć, czy ty... Czy jesteś ze mną szczera - bo myślał, że byli w stosunku do siebie szczerzy, kiedy opowiadali sobie to wszystko, przez co przechodzili.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
Welkom in Canada
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
Oh, and your sweet and pretty face
Is such an ugly word for something so beautiful
Oh, that every time I look inside
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Nie pochlebiaj sobie — odpyskowała od razu, kiedy zapytał, czy przyszła tutaj do pracy, bo wiedziała, że to jego dom. Bezczelny. Myślał, że kim on był? Pępkiem świata, wokół którego każdy powinien skakać? Wielkie Galen Wyatt, milioner, prezes i inne gówno warte przydomki miały świadczyć o tym, że Maya teraz chodziła i na siłę chciała się z nim spotkać? Jego niedoczekanie. — Nie miałam pojęcia, że to twój dom. Mam koleżankę w eventówce, która załatwia mi te roboty. Ja tylko przyjeżdżam pod konkretny adres — wyjaśniła mu finalnie co i jak, bo jeszcze faktycznie by sobie pomyślał za dużo, już sobie dopowiedział i zaraz dorobił do tego narracje, że pewnie chciała go okraść, temu się tu pojawiła. W końcu była złodziejką, tak?
Była też kobietą, która wiecznie plamiła mu ciuchy. Za każdym razem wcale nie intencjonalnie, po prostu tak wychodziło, ale to było jedyne wytłumaczenie, jakie na tą chwilę miała w swoim arsenale — głupie zrządzenie losu, które ona jak najszybciej chciała mieć za sobą. Wrócić na dół i zająć się pracą — taki był plan. Tylko pytanie czy faktycznie uda jej się go osiągnąć, bo zaraz się okazało, że on wcale nie ściągnął jej tu na górę, żeby czyściła koszule.
— Nie chciałeś, żeby twoja długonoga modeleczka się nade mną wytrząsała? — zacytowała jego własne słowa, co nieco zmieniając kilka rzeczy i spojrzała na niego z niedowierzaniem. Nawet sobie prychnęła pod nosem. — Więc uznałeś, że to będzie świetny pomysł, żeby mnie tu ściągnąć, żeby mnie jeszcze bardziej poniżyć? — i to nawet nie były żarty. Mógł to widzieć w jej stanowczym spojrzeniu. Bo czy Galen tego chciał czy nie, to właśnie tak wyglądała ta sytuacja. Zaciągać kelnerkę na przyjęciu w wielkiej willi, żeby przeprała lekko ubrudzoną koszulę? No co to niby było innego niż ośmieszanie i pokazywanie gdzie jej miejsce. Że to on jak sam zauważył był tutaj ważnym gościem i powinna się postarać, żeby był zadowolony. I oczywiście, że odwróciła wzrok kiedy zdejmował tą pieprzoną koszulę, chociaż cnotką, jaką ją nazwał wcale nie była.
— A może po prostu nie chce na ciebie patrzeć? — tym razem to ona go zaczepiła, łapiąc w powietrzu muszkę i w pierwszej chwili nawet zamachnęła się, żeby mu oddać, żeby też cisnąć mu ją prosto w twarz, ale przecież nie wypadało. Nie kiedy on był właścicielem tego przybytku i przyjęcia, mogąc ją wyrzucić z roboty pstrykcięniem palców. No tylko problem w tym, ze Maya miała problem z dostosowywaniem się. Przewróciła oczami, gdy powiedział, że może wziął ją tutaj, bo chciał z nią porozmawiać. — O czym? Chyba ostatnio powiedziałeś już wystarczająco dużo — mruknęła, niby odwrócona, ale kątem oka przyglądając mu się, jak odpina brudną koszulę i rzuca ją niechlujnie na podłogę, a potem przegląda te świeże, które wyglądały jakby były nawet z tego samego materiału, kupione masowo w ilości sto sztuk. Dlatego tym bardziej rozbroiło ją jego pytanie, którą powinien wybrać. — One są wszystkie takie same — rzuciła, machając ręką. Serio, problemy bogatych ludzi naprawdę nie były dla niej. — To tylko koszula, Galen. Po prostu weź pierwszą, lepszą — dodała, kompletnie niewzruszona tymi wszystkimi eleganckimi metkami od projektantów jakie tam miał. Jego koleżanka z dołu zdecydowanie bardziej doceniłaby tą wielką, ekskluzywną kolekcję. Dla Parker one były po prostu koszulami. Nic nie wartymi swoją drogą, zupełnie jak dla niego szklanki, które ostatnio potłukli, o których zaczął jej nawijać. I może swoimi słowami chciał podkreślić to, że dla niego to wszystko nie miała znaczenia, bo miał kasy jak lodu, jednak dla niej, sposób w jaki to wszystko mówił był… okrutny. Inaczej nie dało się tego nazwać. Wytykał jej bezczelnie to, że wszystko co miał było więcej warte niż jej dzienna czy miesięczna wypłata. Znowu chciał się poczuć lepszy? To mu się udało. Stała tam w milczeniu, z początku błądząc spojrzeniem po jego nagim torsie, a dopiero potem po niebieskich oczach. Trzeźwych. Tak niepodobnych do tych delikatnych, lekko podchmielonych, które pamiętała ze spotkania u niego w mieszkaniu.
— Ale ty naprawdę nie musisz mi wytykać ciągle tego, że jestem biedna — prychnęła żałośnie, przewracając oczami. — Tak, nie mam kurwa pieniędzy. Nie miałabym nawet pewnie z czego oddać ci za te zasrane szklanki. Mam się teraz przed tobą płaszczyć? Przeprosić? — ciągle nie rozumiała, co on właściwie od niej chciał. I w pierwszej kolejności, kiedy tak podchodził do niej coraz bliżej, to chciała się cofnąć, jednak wtedy powiedział o tym, że gdyby wyniosła mu cokolwiek z domu to nawet by nie zauważył, ale ona nie dała mu nawet dopowiedzieć tego zdania do końca. — Ale nie wyniosłam — warknęła, doskakując do niego, tym razem ona. Jej ogniste spojrzenie zawieszone było na chłodnym niebieskim. Niesamowite jak bardzo one się różniły. — I nie wyniosłabym. Bo poszłam tam z tobą do mieszkania, żeby po prostu spędzić z tobą trochę czasu. Po ludzku kurwa posiedzieć, pośmiać się i porozmawiać. W dupie mam twoje pieniądze Galen, to w jakich lakierkach od projektantów z nazwiskami po autach chodzisz, jak bardzo wpływowy jesteś i że sto sportowych samochodów — nawet na moment nie spuściła z niego spojrzenia. Chciał szczerości? To proszę bardzo. I kiedy przez SMSy mógł interpretować jej słowa po swojemu, tak tutaj miał w jej oczach czarno na białym, że mówiła prawdę. Inaczej nie byłaby taka emocjonalna mówiąc to. — Ja cię po prostu polubiłam jako człowieka, bez tych całych pozłacanych mankietów — może to zdanie i nie było jakieś nadzwyczajne, ale w tym ich przypadku chyba jednak kluczowe. Pokazujące, że jej intencje leżały tylko i wyłącznie w zainteresowaniu tym, jaki był. Równie mocno chciałaby spędzić z nim czas gdyby nie miał złamanego grosza przy duszy. Tylko on chyba tego wcale nie rozumiał. — Ale ja jestem z tobą szczera!! — to już krzyknęła, zapewne o wiele za głośno, wyrzucając ręce w powietrze. — Z nikim kurwa nie byłam tak szczera jak z tobą. Ja ci kurwa powiedziałam rzeczy, których nie wiedzą nawet moi najbliźsi — nawet to, że chciała się zabić. To nie były łatwe tematy ani takie, o których się rozmawiało z kimkolwiek. A jednak z nim to przyszło tak naturalnie, że aż przerażająco. O matce na odwyku też nie wiedział praktycznie nikt z jej obecnych znajomych. Po prostu mówiła im, że była za granicą. A jemu powiedziała. I po co? Znowu chciała go dźgnąć, ale zamiast tego cofnęła się o krok, jakby przypomniała sobie, że przecież on był tutaj szefem. I naprawdę miał władze.
— A ty sprowadziłeś to wszystko do pieniędzy — znowu się odezwała, tym razem już o wiele chłodniej, chociaż w jej oczach wciąż widoczny był żal. — Całą kurwa relacje, do jebanych pieniędzy — których przecież ona tak bardzo potrzebowała. I faktycznie mogła go okraść. Pewnie jakby wzięła mu z łazienki jakaś biżuterie to by starczyło na spłatę pierwszej części długu brata, ale tego nie zrobiła. Nawet przez głowę jej to nie przeszło, bo ona głupia myślała, że to co mieli to było jakieś takie wyjątkowe.
Jeszcze przez moment patrzyła w jego piękne, błękitne oczy, w których odbijały się delikatnie promienie słońca. Faktycznie wyglądał jak złoty książę. A ona w tym wszystkim była wyrzutkiem społecznym, który był, żeby służyć. Takie było jej miejsce. Dlatego po chwili zaglądania mu głęboko w oczy, w końcu ruszyła się z miejsca, wyminęła go i poszła po koszulę, która leżała walnięta a podłodze. Zacisnęła na niej palce, a potem z szalejącym w piersi sercem ruszyła w stronę łazienki, żeby mu ją przeprać. W końcu po to tu przyszła.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
CZTERY przekleństwa
Ale przecież on był wielkim Galenem Wyattem. Nauczony był tego, że na jego widok kobietom miękły nogi, a faceci mu zazdrościli. Każdy chciał być nim, bo przecież on miał wszystko, co tylko dusza zapragnie.
Pierwsze strony gazet, piękne kobiety, szybkie samochody, nazwisko, i te złote szklanki, czy diamentowe spinki do mankietów. Nigdy nie musiał sobie niczego odmawiać, dlatego to, kiedy ktoś mu odmawiał było dziwne.
To, że świat nie kręcił się wokół niego, bo przecież zawsze się kręcił. Galen miał, to co chciał.
A jak jej chciał, to ona go odepchnęła.
A jak chciał ją zaprosić do Francji, to zrobił to tak pokracznie i nieumiejętnie, że się przez to pokłócili. Chociaż nie, oni po prostu sobie coś wyrzucili i to był koniec, bo ona już mu nie odpisała. A Galen siedział w swoim biurze, kręcił się w prezesowskim fotelu i zastanawiał czemu.
Nieprzystosowany do normalnego życie Galen Wyatt i jego rzędy identycznych koszul.
Odwrócił się do niej wraz z jej kolejnymi słowami.
Bo Galen często chciał dobrze, myślał, że tak będzie, kiedy zapytał ją o Williama, bo ona mu wtedy odpowie, że tak, szczerze i że potrzebuje kasy, a Galen Wyatt jak ten złoty książę będzie mógł jej powiedzieć, że przecież on jej ją da. I teraz też myślał, że dobrze zrobił ściągając ją z tego gniewnego spojrzenia Audrey, ale znowu źle.
Galen się gubił, błądził jak dziecko we mgle. Chciał dobrze, a wychodziło jak zwykle, źle. A najgorsze w tym wszystkim było to, że on wcale nie umiał się z tego wytłumaczyć, powiedzieć jej, że nie chciał jej poniżyć. Przecież nigdy nie chciał, bo Galen taki nie był, on zbijał piątki z ochroniarzem w lobby i rozmawiał ze swoimi sekretarkami o tym gdzie podają dobrą kawę. Nosił skrzynki z pomarańczami na jarmarku bożonarodzeniowym i... prawił komplementy ludziom w nocnym autobusie. Pod maską bogatego dupka siedział przecież zupełnie inny człowiek.
Tylko, że mało kto chciał poznać prawdziwego Galena Wyatta, a jemu się wydawało, że ona chciała, ale może tylko mu się wydawało? Jak zawsze przecież.
- Nie są takie same... - rzucił tylko i finalnie wybrał którąś, te koszule niby identyczne, ale jednak różne, tak jak Galen różnił się od innych bogaczy. A wszyscy zawsze go wkładali do jednego worka.
Tak jak on Majkę, kiedy mówił o tych szklankach? Nie wyczuła zupełnie jego intencji, bo to przecież nie o to chodziło, żeby wytknąć jej to, że była biedna, tylko, że... nie liczyły się szklanki, pieniądze, koszula, bo liczyło się to, że oni przez chwilę złapali wspólny język.
A teraz go stracili. Jak zderzenie dwóch światów, gdzie oni już nie mogli siedzieć na blacie i robić tostów, bo przecież ona tutaj była kelnerką, a on właścicielem tej całej willi.
Ale co z tego?
- To teraz od pieniędzy będzie uzależnione to jak ze sobą rozmawiamy? Jak ich nie miałem i brakowało mi na kawę czy batona, a potem na bilet, to dało się normalnie - a teraz już się nie dało, i chociaż Galen wiedział, że to on zepsuł wszystko tymi smsami, to przecież się do tego nie przyzna... Powinien?
Przeprosić?

A kiedy teraz to ona doskoczyła do niego, z tym, że nic nie wyniosła na ustach, to utkwił w niej niebieskie spojrzenie. No przecież wiedział, że nie. Nabrał powietrze w płuca, aż klatka piersiowa uniosła mu się, a zaraz opadła, bo w pierwszej chwili chciał jej zapytać czemu okradła Willa, ale przecież chyba wiedział czemu, miała brata w więzieniu, powiedziała mu o tym.
- Ale ja jestem właśnie takim człowiekiem Majka, takim który rozróżnia te wszystkie koszule i takim, który bryluje w takim towarzystwie i takim, który nosi drogie lakierki i ma sto sportowych samochodów - wypuścił ciężko powietrze, tak, że zatrzymało się na jej policzkach - i jeśli chcesz mnie naprawdę poznać i polubić, to musisz się z tym liczyć, że taki jest mój świat po prostu i to, że ja czasem chciałbym... zachłysnąć się twoim, zupełnie innym, z nocnymi autobusami i batonami, nie znaczy, że... - znowu nabrał ciężko powietrze, bo znowu Galenowi wydawało się, że wszyscy ludzie dookoła chcą go zmieniać na siłę.
Jaki Galen Wyatt musiał być beznadziejny, że nie dało się go zaakceptować takim jakim był.
Teraz to on cofnął się do tyłu.
- Ja tobie też... Nawet moja narzeczona nie wiedziała tego, co ci powiedziałem - bo u nich przyszło to jakoś tak naturalnie. Przecież dobrze im się rozmawiało, otwierało przed sobą, a teraz...?
- Do jakich pieniędzy? Ja chciałem tylko wiedzieć czy okradłaś mojego przyjaciela, tyle... A pieniądze to jest.. - zrobił pół kroku do przodu wbijając w nią to intensywnie niebieskie spojrzenie - pieniądze nie dadzą szczęścia, ani przyjaźni, ani miłości... Nic nie dają - Galen coś o tym wiedział. Jeden z najbogatszych ludzi w Kanadzie, a taki nieszczęśliwy. Może jeden z najnieszczęśliwszych też?
Odwrócił się za nią, kiedy ruszyła po koszulę, a zaraz on też wyrwał się w jej kierunku, a potem chciał jej wyrwać tę koszulę, trochę nie wyczuł, a ona mocno zacisnęła palce na materiale i koszula się po prostu rozerwała. Dźwięk rwanego materiału przerwał ciszę, która między nimi zapanowała.
- Zostaw kurwa tą koszulę... - Galen Wyatt, który mówi to słowo? Za dużo emocji?
- Mój świat to są pieniądze i reguły, i zasady, i porządek - wyliczał jej znowu łapiąc jej ciemne, przenikliwe spojrzenie - a twój to jest chaos, szaleństwo i plamy... I brud, ale taki, który cieszy, a nie sprawia, że płaczesz nad rozlanym szampanem, jak ta... Jak jej było... Audrey - no tak, Galen Wyatt i jego panienki, których imienia on nawet nie pamięta - i ty mnie teraz wypierdalasz ze swojego, bo co? Bo mam pieniądze? - o nie, drugie brzydkie słowo. Przecież trzeba to gdzieś zapisać. Bo Galen Wyatt tak nie mówił. A dzisiaj mówił. I dzisiaj sięgnął nawet do jej ręki, żeby wyjąć z niej tą porwaną już koszulę i znowu walnąć ją na podłogę - a ty mnie tak oceniłaś, bo... zjebałem, tymi smsami? - nie, nie możliwe. TRZY. TRZY brzydkie słowa wypowiedzianej jednego wieczora przez TEGO Galena Wyatta - ale to w ogóle nie o to mi chodziło, bo mnie... - no nie jak on teraz powie jeszcze coś brzydkiego, to chyba trzeba dzwonić do jego terapeuty... - pierdoli czy ty jesteś biedna, czy bogata - powiedział... A to jeszcze nie był koniec - bo ja cię po prostu... polubiłem - no to chyba byłoby na tyle. Ale i tak niezły wynik, w całym swoim życiu Galen chyba jeszcze tak dużo nie przeklinał, i to wcale nie po francusku, bo po francusku mu się zdarzało.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
Welkom in Canada
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
Oh, and your sweet and pretty face
Is such an ugly word for something so beautiful
Oh, that every time I look inside
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Problem w relacji Galena i Mayi leżał w tym, że oboje byli za bardzo zamknięci we własnych bańkach, by zobaczyć, co to drugie tak naprawdę miało na myśli. To jakie były szczerze intencje, a nie to, co się im nawzajem wydawało. Bo chociaż dla niego, zadając te wszystkie bezczelne pytania, to było normalne, bo chciał się jedynie dowiedzieć, czy ona będzie z nim szczera, bo ludzie dookoła nie byli, tak dla Parker te smsy były zupełnie inne w odbiorze. O wiele bardziej negatywne. Bo jak inaczej miał to odebrać ktoś, kto całe, ale to kurwa całe życie przez brak pieniędzy musiał ile ograniczać? Galen nie miał pojęcia jak wiele razy Maya musiała się zmuszać do robienia rzeczy, których nie chciała. Ile razy brat kazał jej dostarczać towar do szkoły, obiecując, że za to kupią sobie w końcu jakiś zajebisty obiad i zapłacą rachunki, z którymi matka zalegała od kilku tygodni. Że w domu będzie spokojniej, że tak właśnie trzeba. To samo z wyciąganiem ludziom kasy z portfela: przecież nie robiła tego, bo sprawiało jej to przyjemność, a niekiedy naprawdę z przymusu, bo ludzie Dantego po raz kolejny przyszli po zaliczkę do Emptiness. I w tym wszystkim ona zatraciła się w relacji z Galenem, bo myślała, że jego nadmiar pieniędzy sprawi, że po prostu one nie będą grały żadnej roli. Że to wszystko po prostu jakoś się zrównoważy, ale stało się odwrotnie. Bo on przełożył jej biedę i to, że okradła Williama nad ich relacje.
— Nie, Galen — wtrąciła się od razu słysząc jego słowa. — wcale nie spytałeś TYLKO czy okradłam Williama — wbiła w niego intensywne spojrzenie, przy okazji sięgając po koszulę, która leżała pognieciona na ziemi. — od razu założyłeś, że ciebie też mogłam okraść — bo to przecież tu bolało ją najbardziej. I czy tego chciał czy nie, musiał widzieć na jej twarzy zmianę, pewien ból i wstyd. Że to właśnie ta część rozmowy sprawiła, że zamiast normalnie porozmawiać zaczęli się kłócić. Tu nie chodziło o Williama, nawet nie o to, żeby się przyznała czy nie, ale o to, że Galen od razu założył, że jego też mogła. A przecież nie chciała. Przecież ona… naprawdę kurwa nie chciała. I sama nie wiedziała już o co jej chodziło. Dlaczego zależało jej na Wyattcie aż tak bardzo, że tak dotknęła się tym, co myślał. Co się o niej dowiedział. Czemu nagle bała się o to, co sobie o niej pomyśli? Przecież ona zawsze miała w dupie to, co myśleli inni. A jednak jego zdania nie miała. I to właśnie ono ugodziło ją najbardziej. Dlatego chciała zabrać tą przeklęta koszulę i najlepiej uciec do kibla, żeby skończyć tą wymianę zdań, zanim któreś naprawdę powie o dwa słowa za dużo. To i tak nie miało sensu. Oni nie mieli sensu. Tylko Galen nie wiedzieć czemu ani kiedy, wyrwał się w jej kierunku i również zacisnął palce na białym materiale. Już była gotowa układać na ustach słowa zostaw to, ale wtedy szew w koszuli po prostu strzelił. Dźwięk rwanego materiału wypełnił całe pomieszczenie, a Majka jedynie stała jak wryta. Bo jeśli też za to karze jej płacić, to kurwa, naprawdę nie będzie miała z czego. Powinna go przeprosić? Może nawet chciała, tylko po to, żeby nie wyciągał od niej konsekwencji, ale wtedy stało się coś, czego kompletnie się po nim nie spodziewała. Zaczął krzyczeć. Wydzierać się nawet. I przeklinać. Pozwoliła mu wyrwać z dłoni koszulkę, ale chyba bardziej z szoku wywołanego jego postawą niż bo faktycznie chciała. Wyrzucał z siebie wszystko jak leci, o tym jak poukładany był jego świat i jak brudny ten jej, a emocje aż z niego kipiały. Chyba pierwszy raz odkąd go poznała, widziała w nim tak wiele. I szczerze? Chociaż się na nią wydzierał, chociaż wyglądał jak ostatni wariat, który postradał zmysły… Parker zdecydowanie wolała go w tym wydaniu niż tego poukładanego prezesika. Bo tu był prawdziwy Galen, który nie chował tego co w środku, a to po prostu uzewnętrzniał. Nawet pozwoliła sobie zrobić krok w jego kierunku, bo w niej też wszystko wrzało. Przejmowała od niego ten cały gniew i irytacje, nawet na moment nie spuszczając z niego spojrzenia. No właśnie, dlaczego chciała go wypierdolić ze swojego życia? Bo miał pieniądze?
— Bo i tak tylko się zawiedziesz! — krzyknęła w końcu, wciskając się z własnymi słowami w jego monolog. Musiała przygryźć policzek od środka, żeby powstrzymać impuls, który kazał jej uciekać. Po prostu odejść do tej rozmowy. Tylko skoro już zaczęła, to może wypadałoby skończyć? — zawiedziesz się, jak wszyscy dookoła. Bo może jestem tym wszystkim, o co mnie oskarżasz. Może jestem chaotyczna i brudna i kurwa nie da się mnie okiełznać, a do tego wszystkiego złodziejką, bo tak, zajebałam Williamowi dwie stówki z portfela, kiedy poszedł się zataczać na parkiet — wbiła w niego cholernie intensywne, pełne ognia spojrzenia. No cóż, wyglądało na to, że szambo się wylało i teraz będzie lała się już tylko prawda. — nie wiesz, jak to jest być na moim miejscu. Nigdy się tego nie dowiesz i całe kurwa szczęście, bo nie życzyłabym tego nawet największemu wrogowi. Dla niego to jakieś dwa worki koksu, a dla mnie… dla mnie to była kwestia być albo nie być. I wybrałam być. Bo taka już jestem. Walczę o przetrwanie — nawet nie miał pojęcia jak bardzo, ale może widział to w jej twarzy? Że to nie było tylko takie gadanie kompletnie od rzeczy. — i robie czasami rzeczy, które są niemoralne, bo musze. I może ciebie pierdoli to czy jestem biedna czy bogata, ale może aż takiej deklasacji nie da się przeskoczyć? Bo skoro tak łatwo potrafiłeś w ogóle pomyśleć o tym, że mogłam cię okraść, a ja tak łatwo urazić twoimi słowami, to może to po prostu nie ma sensu? — podeszła do niego jeszcze bliżej. Tak blisko, że mógł słyszeć, jak mocno waliło w piersi jej serce. Widzieć z bliska oczy, w których kręciły się prawdziwe emocje, nic wymuszonego. Bo pieniądze czy nie, jednak ich relacja od początku miała do siebie to, że byli ze sobą aż za bardzo szczerzy. Rozmawiali. Jak z nikim innym. I te ostatnie słowa też już miała na końcu języka, chociaż jeszcze wzbraniała się przed tym, żeby je wypowiedzieć. — bo nie chce, żebyś kiedykolwiek spojrzał na mnie z zawodem.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

A może problem leżał w tym, że oni mieli po prostu dużo różnych myśli w głowie, dopowiadali sobie wiele, starali się czytać miedzy wierszami. Bo ich cała relacja była wciąż niepewna, oparta na kilku pięknych chwilach, na odrobinie szczerości, na tym, że on zabrał ją do swojego bajecznego apartamentu, a ona przewiozła go nocnym autobusem.
Zahaczali o swoje zupełnie odmienne światy, próbowali się odnaleźć. A przy okazji odnajdywali też siebie, Galen tego zagubionego chłopca, który recytował wiersze, ona dziewczynkę, która musiała rozprowadzać w szkole prochy. Patrzyli sobie w oczy, jakby się rozumieli, ale przecież...
Żadne z nich nigdy nie przeżyło tego co to drugie. Galen nie musiał walczyć o swoje i kraść, on wszystko dostawał na złotej tacy. A ona nie musiała zadowalać wygórowanych aspiracji swoich rodziców, być zawsze najlepsza.
Nie zrozumieją tego, bo nigdy przez to nie przeszli, dwa zupełnie odmienne światy. Zderzenie ich, które zaowocowało, tym całym chaosem. Myślami, które w ich głowach tworzyły zgoła różne scenariusze.
Od razu założyłeś, że ciebie też mogłam okraść - założył? Wcale nie, a nawet jeśli, to miałby to gdzieś.
Bo dla Galena w tej ich relacji, w tym co tworzyli podczas tych przypadkowych spotkań i szczerości, która wychodziła z nich naturalnie, on w ogóle nie skupiał się na pieniądzach. Na tym, że ona nie miała nic, a on wszystko, bo razem mieli...
Coś.
Nie umiał tego nazwać i określić. Bo to jeszcze nie było zakochanie... A może? Może to przyspieszone bicie serca było zapowiedzią czegoś więcej? Ale kiedy on chciał więcej, to go odepchnęła. A co dziwniejsze... Najdziwniejsze w tym wszystkim, to Galen przecież jej sobie nie odpuścił, tylko jeszcze ją zatrzymał. Żeby zrobiła mu tosty, żeby opowiadała mu o sobie. Chciał ją poznać.
A on przecież rzadko chciał kogoś poznać.
A ona chciała jego. A to już w ogóle nie zdarzało się nigdy.
Ludzie mieli to gdzieś, jaki jest Galen Wyatt.
A ona nie miała, dlatego kiedy chciała zabrać jego koszulę, to on też ją złapał. Gwałtownie. Tak jak gwałtownie później wyrzucał z siebie te wszystkie słowa, i, o zgrozo, przekleństwa też. Niespotykane. Niepasujące do Galena Wyatta w swojej nieskazitelnej koszuli. Tylko chwila...
On wciąż stał przed nią bez niej. Z tymi niebieskimi oczami, w których teraz szalała prawdziwa burza i smukłymi palcami zaciśniętymi gdzieś na jej nadgarstku, kiedy nie przebierając w słowach powiedział jej wszystko.
Krzyczeli na siebie, a przecież Galen nie krzyczy. On się nie unosi, nie uzewnętrznia, i nie jest... taki.
A może jest?
Może Majka sprawiła, że o to właśnie stanęła oko w oko z prawdziwym Galenem Wayattem?
Tylko czy był lepszy? Czy gorszy?
- Ale czym się zawiodę? Wiesz ile razy ja już się zawiodłem? Bo moje byłe chciały mnie zmieniać na siłę i układać pod siebie, bo nawet jak masz pieniądze to życie nie jest kolorowe... - klatka piersiowa unosiła mu się już w szybkich, płytkich oddechach, a oczy niezmiennie wpatrywały się w te jej, ciemne, błyszczące, nieposkromione - a twoje jest kolorowe, ty masz bluzę, którą kiedyś nosiła Madonna i przełazisz przez ogrodzenie, żeby wypić kawę na dachu - a Galen co miał? Swoją nowojorską gejszę w fikuśnej filiżance i dwieście takich samych koszul.
Słuchał jej słów, a jego brwi ściągały się do siebie coraz bardziej, bo znowu nie o to zupełnie mu chodziło, bo przecież on ten jej chaos, ten brud i to nieokiełznanie to odbierał zupełnie inaczej, dla niego to był plus, coś czego on nie miał a może... tęsknił do tego?
Do tego szaleństwa, które siedziało jej pod skórą.
- Jebać te dwie stówki Williama - rzucił miedzy jej słowami, ale nawet na moment nie odwrócił od niej spojrzenia. No i co to za słownictwo Galenie Wyattcie - ciąg dalszy.
- Jakie rzeczy Majka? Po prostu mi powiedz, co robisz? I co ja mogę zrobić? Chciałbym ci pomóc przetrwać, albo nie wiem... Po prostu dam ci pieniądze? Tyle ile potrzebujesz? Bo to nie może nas poróżnić, bez sensu to by było. Nie uciekłaś, kiedy opowiadałem ci jaki naprawdę jest Galen Wyatt, a teraz uciekniesz? - tylko czy by ją puścił, skoro palce wciąż trzymał zaciśnięte na jej nadgarstku? Skoro wciąż patrzył intensywnie w jej ciemne, piękne oczy - przestań, jakoś jak gadaliśmy na dachu, albo w moim apartamencie, to to wcale nie było ważne, a teraz jest? Czemu? - Galen nie dawał za wygraną. Bo tego nie rozumiał, czemu to nagle tyle między nimi zmieniło?
Chociaż nie zmienił się wcale rytm, w którym teraz uderzały ich serca, mocno, od tych wszystkich emocji. Od tego co się między nimi działo. Chociaż Galen... nie wiedział co. A może wiedział już?
- Nie chcę spojrzeć na ciebie nigdy z zawodem - powiedział od razu w odpowiedzi na jej słowa - po prostu mnie nie okłamuj Majka, tylko bądź ze mną szczera, tak jak byłaś cały czas, i ja też będę, co myślisz? - znowu jego niebieskie tęczówki odszukały jej brązowe spojrzenie, ale... tym razem się cofnął, pół kroku, tak, żeby nie tracili tego, co między nimi się rodziło, ale też, żeby nie nalegać. Tak jak nie nalegał wtedy w apartamencie. Chociaż przez chwilę, kiedy ich oddechy mieszały się w jedno, oczy wpatrywały w siebie tak intensywnie, a usta drżały od tych emocji, to Galen chciał znowu... ją pocałować. Przez chwilę.
- Ubiorę koszulę, ale wcale nie chce mi się tam schodzić, Audrey jest wyjątkowo... ułożona i nudna - znowu mówił szczerze, tak jak sobie przecież obiecali - a ty naprawdę musisz tam wrócić? A może się rozchoruj? Zjadłaś po kryjomu fuagra i zrobiło ci się niedobrze jak dowiedziałaś się z czego to robią? - uniósł jedną brew pytająco, bo może mogli się z tego wykręcić? Skoro już trochę rzeczy sobie wyjaśnili.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
Welkom in Canada
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
Oh, and your sweet and pretty face
Is such an ugly word for something so beautiful
Oh, that every time I look inside
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie spodziewała się takiej reakcji. Jego zachowanie diametralnie różniło się od tego, które pokazał jej w wiadomościach, jakie wymienili jeszcze kilka dni temu. Tam nie było ani trochę zrozumienia i empatii, którą teraz miał dla niej aż w nadmiarze. Nie było też tych skrajnych emocji, które jej pokazał. A przecież Maya kochała takie wyrzuty szczerości. Ale może ona też nie była do końca sprawiedliwa? W końcu on tylko zadał swoje pytania, przedstawił wątpliwości i tak, zrobił to w najbardziej chujowy możliwy sposób, z zerowym taktem, ale może one wcale nie wychodziły ze złego miejsca? Może on po prostu chciał poznać prawdę? Zaśmiała się, gdy mówił o bluzie, która nosiła Madonna i że przełazi przez ogrodzenie, żeby wybić kawę na dachu, bo brzmiało to naprawdę zajebiście. I jeśli tak faktycznie widział jej osobę, a nie przez pryzmat złodziejstwa, to może ona też się pomyliła w tym, jak go oceniła po ostatnim.
— Przepraszam — powiedziała w końcu, patrząc mu głęboko w oczy. To było słowo, którego ludzie tak panicznie się bali, którego nie wypowiadali praktycznie nigdy, chowali je gdzieś między wierszami, mało bezpośrednio, a jednak ona zdecydowała się mu to po prostu powiedzieć. I tym razem to ona na moment złapała jego rękę. — za to że byłam narwana i źle cię oceniłam — dorzuciła prosto z mostu. Mogła się przecież zarzekać, że wcale tego nie zrobiła, tak jak on zarzekał się, że jego wiadomości nie miały prawa jej wkurzyć i zranić, ale po co? Każdy człowiek inaczej odbierał własne emocje i nie można było tego mierzyć swoją miarą. Stąd właśnie jej przeprosiny. Tylko, że to wcale nie był koniec, bo pozostawała jeszcze jedna, mega ważna kwestia.
— Jeśli to… — machnęła ich wspólną ręką w niewielkiej przestrzeni między nimi. — ta nasza znajomość ma się udać, to musimy sobie ustalić pewne zasady. A właściwie to jedną — i to było coś, co na tamten moment w jej mniemaniu było chyba kluczowe dla tej relacji. Relacji i tego, żeby ich znowu nie poróżniło. — trzymamy pieniądze z dala od tego. Chce żebyś obiecał, że niezależnie od tego, co by się nie działo, czego byś się nie dowiedział, nie będziesz mi wciskać swoich pieniędzy — wyznała w końcu, nawet na moment nie spuszczając z niego wzroku. Jej kciuk jeszcze kilka razy musnął jego dłoń, a potem na krótki moment jej palce mocniej się na niej zacisnęły, żeby odpuścić, bo już widziała jego minę, to jak łapał powietrze w płuca. — moje problemy są moje i ja mam kurwa za dużą dumę, żeby prosić cię o cokolwiek albo być dłużna i potrzebuje, żebyś to uszanował, Galen — mógł tego nie rozumieć. Miał do tego pełne prawo, ale przecież właście ustalili wcześniej, że każde z nich miało inne priorytety w głowie, wychodzywhli się w innych środowiskach i obcowali w kompletnie innych światach. I tej jednej rzeczy nie byli w stanie przeskoczyć. Tego, że ona nie byłaby mu w stanie spojrzeć w oczy, gdyby po prostu dał jej tak dużą sumę. Po prostu. Czułaby się dłużniczką, a… doskonale wiedziała, jak to było mieć długi.
Jego bliskość była hipnotyzująca. Tak samo jak oczy, w które ona przez cały pobyt w pokoju patrzyła intensywnie. Jedynie mimika twarzy się zmieniała, kiedy przechodziła z gniewu na tą o wiele bardziej stonowaną. Chociaż serce ani na moment nie przestawało pędzić w piersi, gdy wymieniali spojrzenia. Gdy nachylił się do niej i… powiedział kolejne słowa.
— Audrey nudna?! — prychnęła i spojrzała na niego z udawanym zaskoczeniem. — co ty mówisz. Ta laska ma nogi, jakby jej je Michał Anioł dłutem haratał — a przynajmniej według Majki, modele czka Galena miała zajebiste nogi. W sumie ma sens, skoro była modelką. — kogo obchodzi czy jest ciekawa, jak ma takie nogi?! — nawet mu pokazała jakie, a potem zaśmiała się cicho. Mógł stwierdzić, że się zgrywała? Na pewno tak. Chociaż z drugiej strony, pewnie tak właśnie Galen patrzył na kobiety, skoro zaprosił tu dzisiaj Audrey. — a tak serio, to chociaż ją spław jakoś z klasą, a ja też pójdę do Claudii i dowiem się, czy mogę jej wcisnąć jakiś kit — bo przecież skoro zakopali topór wojenny i się pogodzili, spotkali przypadkiem, to nie było co marnować tej sytuacji? Może faktycznie mogli się ulotnić? Może do jakiegoś tajnego pomieszczeni Wyattów albo za ten piękny ogród, który było widać z okna? Podeszła do drzwi i jeszcze odwróciła się przez ramię, łapiąc jego spojrzenie ale też i nagi tors, który no trochę rozpraszał.
— Na pewno nie potrzebujesz ze tym pomocy? — puściła w jego stronę oczko, ale niezależnie od tego, co jej odpowiedział, Parker zniknęła za drzwiami i skierowała się w stronę schodów. Plan był, aby znaleźć Claudię, ale nim Maya porządnie przeszła przez długi korytarz, okazało się, że to Claudia znalazła ją.
— Co ty sobie wyobrażasz? — warknęła głośno, jednak nie tyle, żeby usłyszał ją ktokolwiek na dole. Chociaż na górze Galen może już tak? Maya jedynie zdążyła szeroko otworzyć oczy, jednak przełożona nawet nie dała jej dojść do słowa. — goście się na ciebie skarżą, podobno celowo wylałaś szampana na właściciela tej willi, a teraz jeszcze sobie biegasz po cudzych pokojach i się szwendasz?!
— Ale to wcale nie ta—
— Nie wciskaj mi kitu — przerwała jej praktycznie od razu, podchodząc bliżej. — przyznaj się, przyszłaś tu coś ukraść, tak?! Myślałaś, że jak zakosisz coś z tak dobrego domu, sprzedasz, to będziesz mieć dodatkowy napiwek? — no i proszę, a Galen zastanawiał się, czemu zezłościło ją, kiedy zapytał czy jego też chciała ukraść. Bo kurwa wszyscy dookoła to robili. Teraz miał to czarno na białym. — to ja ci coś powiem. Nie dość, że nie dostaniesz kasy za dzisiaj, to jeszcze upewnię się, że prędko nie znajdziesz roboty na podobnych eventach. Może to nauczy cię, żeby nie okradać ludzi.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
ODPOWIEDZ

Wróć do „#13”