Może to głupie, ale osiemnastoletnia Leia przypominała jej czasami osiemnastoletnią Mirę - nie w gestach, ani nie w głosie, ale w tej cichej, niepohamowanej ciekawości świata, która kazała wychodzić z domu nie dlatego, że trzeba, tylko dlatego, że
nie dało się inaczej. Widziała w niej cząstkę siebie, kiedy rozglądała się nieufnie po ludziach, jakby próbując ocenić
czy to tu da się oddychać trochę pełniej bez przypiętych oczekiwań, etykiet i presji. Mira doskonale znała to spojrzenie. Niosła je w sobie przez całe lato tamtego roku, kiedy zrzuciła z siebie
disneyowski mundurek w postaci sztucznego uśmiechu, ust muśniętych błyszczykiem i różowych włosów, i wylądowała w Toronto z dwiema walizkami, jedną znajomą twarzą i poczuciem, że wszystko trzeba zacząć od nowa jakby przeszłość nie istniała. Pamiętała pierwsze dni, kiedy spacerowała po mieście z Google Maps w dłoni, zatrzymując się przy każdej witrynie z kolorowymi książkami, tęczowymi flagami i kawiarniami z plakatami
Open Mic Tonight albo
Pay What You Can, w których siadywała pod ścianą, słuchając ludzi, którzy mówili o rzeczach, których wcześniej nie znała - o tożsamościach, które można wybrać; o wybranych rodzinach, o queerowej melancholii lub o wydarzeniach aktywistycznych, które brzmiały dla niej niczym głos przeznaczenia. Pamiętała również towarzyszące jej uczucie, kiedy pierwszy raz założyła kupioną w second handzie koszulę, która nie była
dziewczęca, a do której dodatki stanowiły liczne pierścionki zdobiące wówczas jej dłonie. Pamiętała też wieczór, kiedy pierwszy raz została po wydarzeniu do końca, rozmawiając z kimś, kto miał tatuaż z cytatem z książki, której nigdy nie czytała, ale udawała, że tak. Miała wtedy na głowie czapkę z daszkiem, aby nikt jej nie rozpoznał, jakby przeszłość miała ponownie złapać ją w swoje szpony i wyrwać z przestrzeni, w której próbowała odnaleźć prawdziwą siebie. Tamta osiemnastoletnia Mira była wręcz nieprzyzwoicie głoda świata, a choć próbowała go smakować po kawałku, czasami dawała ponieść się zbyt szybkim emocjom, odpowiedzią i rozwiązaniom. Być może nie był więc w tym nic dziwnego, że kiedy teraz patrzyła na Leię, siedząca na patchworkowych krześle w Tranzacu wśród rozmów, kurzu i kolorowych świateł, widziała nie tylko młodą dziewczynę z rodziny Royce, ale również pewnego rodzaju wersję samej siebie, która wciąż jeszcze nie wie, że
wolno; że można nie być nikim dla wszystkich, ale być sobą dla siebie.
- Możliwe, że byłam to ja. - odparła półgłosem, robiąc charakterystyczny dziubek ustami, który pojawiał się na jej twarz zawsze, kiedy nie była pewna swoich słów, jednocześnie wcale nie mając na celu okłamania rozmówcy. Na moment odwróciła wzrok z powrotem na scenę, chcąc być pewną, że nie umyka jej nic ważnego, a potem wróciła spojrzeniem do Lei, do której uśmiechnęła się ciepło.
- Mam zwyczaju mówić o tym miejscu ludziom, których… lubię widzieć w takich przestrzeniach. Nie sądziłam jednak, że przyjdziesz. - nie powiedziała tego z wyrzutem, raczej z odrobiną cichego zaskoczenia, jakby wciąż nie wierzyła, że to właśnie Leia Royce z krwi i nazwiska usiadła dzisiaj na jednym z tych krzywych krzeseł wśród poetów, niedokończonych historii i ubranych w artyzm emocji. Na papierze Leia nie pasowała przecież do tej przestrzeni. Była ze świata błyszczących podłóg, drogich samochodów i szkół, w których mówi się ładnie i miło. Mira dostrzegała w niej jednak delikatność, która nie była krucha, tylko skupiona, jakby ugruntowana została w jej ciele, które przez lata uczyło się wyrażać emocje w ruchu. W detalach, takich jak ramiona, które Leia wydawała się zawsze trzymać trochę bliżej środka albo precyzja z jaką siadła, układając uważnie stopy pod krzesłem, Mira doszukiwała się nie tylko dyscypliny, ale również wrażliwości i artystyczności, która nie wynikała z potrzeby występowania, ale z potrzeby
przekazu realizowanego przez ciało, a nie słowa. Luxley doskonale znała ten język i chyba właśnie dlatego chciała to w niej chronić - nie jako
starsza siostra, bardziej jako ktoś, kto rozpoznał ten moment, kiedy ciało już nie wystarcza i coś w człowieku zaczyna szukać nowego sposobu, żeby
być zrozumianym. Może właśnie dlatego chciała widzieć ją w takich przestrzeniach.
- Naprawdę cieszę się, że tu jesteś. - dodała cicho, nie mając w tych słowach pompatycznych celów emocjonalnych, a jedynie zapewnienie Lei, że jej obecność jest ważna, pomimo tego, że tak cholernie zaskakująca.
- To miejsce nie potrzebuje wyjaśnień, nie ma żadnych zasad, ale czasami warto mieć kogoś, kto już wie, gdzie są najwygodniejsze krzesła albo gdzie nie siadać, jeśli nie chce się być w centrum uwagi. - uśmiechnęła się znowu, tym razem wyraźniej, przekrzywiając nieznacznie głowę w bok, kiedy przyglądała się Lei.
- Jak chcesz mogę cię zapisać na późniejszą godzinę. - rzuciła żartobliwie, bo choć doskonale wiedziała, że czasem wypowiedzenie emocji na głos jest najlepszym lekarstwem, to nie sądziła, aby taki był cel wizyty Lei w tym miejscu. Jej też z resztą nie był, kiedy znalazła się tutaj po raz pierwszy.
- Albo mogę przynieść ci coś do picia i pozwolić ci cieszyć się performancem. - dodała, aby zamilknąć w tej swojej pół obróconej do Lei pozie, która pozwalała jej jednocześnie na rozmowę i śledzenie wydarzeń na scenie, na której monolog performerki przerodził się właśnie w cichy, niespokojny śpiew.
Leia Royce