W przeciwieństwie do Calvert, Zaylee rzadko dopuszczała do siebie myśl, że mogłaby potrzebować czyjejś pomocy. Przez lata wyrobiła sobie opinię osoby konkretnej, dokładnej i przede wszystkim skutecznej. Większość konsultacji działała raczej w drugą stronę - to do niej zgłaszano się po dodatkową opinię, kiedy ktoś nie potrafił jednoznacznie określić przyczyny zgonu albo miał wątpliwości co do własnych ustaleń. Miller była przyzwyczajona do pracy samodzielnej i ufała własnym osądom bardziej niż cudzym teoriom. Dlatego od początku nie rozumiała, po co właściwie zorganizowano tę współpracę. Masowe zdarzenie oznaczało większą ilość pracy, ale nie zmieniało podstawowych procedur. Ciała nadal należało zbadać, opisać i przypisać do konkretnych mechanizmów śmierci. W jej opinii obecność drugiego patologa sądowego jedynie komplikowała cały proces. Miller nie miała jednak ani siły, ani ochoty wdawać się teraz w dyskusje z przełożonymi. Od kilku godzin pracowała praktycznie bez przerwy, a teraz do prosektorium trafiały ciała z masowego zdarzenia. W tej sytuacji wykłócanie się o zasadność konsultacji wydawało jej się zwyczajną stratą czasu. Jeśli ktoś uznał, że potrzebują wspólnej opinii, zamierzała po prostu zrobić swoje i jak najszybciej zamknąć temat.
—
Zupełnie jakbyś zapomniała, że jesteś tutaj gościem — zauważyła chłodno, unosząc w końcu wzrok znad dokumentacji. Miała oczywiście na myśli swoje prosektorium.
Z tego, co zdążyła zakodować, Calvert już od samego wejścia poruszała się po pomieszczeniu z wyjątkową swobodą, jakby od początku zakładała, że obie funkcjonują tutaj na równych zasadach. A Zaylee niespecjalnie miała ochotę jej o tym przypominać w delikatny sposób. Nie znajdowały się w szpitalu, gdzie Olivia pracowała na co dzień i gdzie wszyscy byli przyzwyczajeni do jej metod oraz podejmowanych przez nią decyzji. Tutaj obowiązywały zasady Miller. Każdy technik, każdy stażysta i każdy funkcjonariusz wiedział, że nie tolerowała wchodzenia sobie w kompetencje. I tego samego oczekiwała od kobiety, z którą miała dzisiaj współpracować.
—
Możesz pracować po swojemu, dopóki to nie utrudnia mi to roboty — dodała po chwili i wyciągnęła rękę, żeby poprawić ustawienie lampy nad stołem sekcyjnym. Jasne światło padało pod złym kątem i rzucało cień na górną część ciała, co zaczynało ją irytować od dobrych kilku minut. Przesunęła metalowe ramię odrobinę niżej, potem sięgnęła po tacę z narzędziami i poprawiła ich ułożenie. Skalpele, nożyczki sekcyjne i pęsety leżały równo, ale jeden z uchwytów był przesunięty o kilka centymetrów względem reszty. Automatycznie odsunęła go na właściwe miejsce.
—
Jeszcze kilku jest w drodze — odpowiedziała krótko, przeglądając protokół. —
Szpital nadal kończy wstępną segregację. Chyba powinnaś wiedzieć takie rzeczy? — zerknęła na Calvert, bo przecież w tym szpitalu pracowała. —
Dopóki nie potwierdzą liczby ofiar, możemy spodziewać się kolejnych transportów — odrzuciła teczkę na blat i podeszła do umywalki, żeby wyszorować dłonie.
Niezależnie od tego, co myślała o Olivii i całej tej konsultacji, nie zamierzała użalać się nad trupami. Miały przed sobą kilkanaście ciał, a możliwe, że w ciągu nocy pojawią się następne. To wystarczający problem.
Przeniosła wzrok na stanowisko, przy którym zatrzymała się Calvert. Rozległe obrażenia twarzoczaszki praktycznie uniemożliwiały rozpoznanie wizualne, dlatego konieczne miały być badania dentystyczne i porównanie DNA. Reszta ciała również nosiła ślady ciężkich urazów mechanicznych, ale to twarz przyciągała uwagę jako pierwsza.
Miller widziała już dziesiątki podobnych przypadków. Katastrofy komunikacyjne, zawalenia konstrukcji, eksplozje. Urazy twarzy należały do najczęstszych problemów przy identyfikacji ofiar. Nie robiło to na niej większego wrażenia, a przynajmniej nie w sposób, który wpływałby na pracę.
Kiedy Olivia odezwała się do zmarłej, Miller wysuszyła ręce i podeszła bliżej stołu, patrząc rzeczowo. Już dawno przestała angażować się emocjonalnie, mimo że autopsje zawsze przeprowadzała skrupulatnie i z należytym szacunkiem.
—
Nawet nie wiedzą, w jakim jest stanie. Ani że w ogóle tutaj jest. Identyfikacja może trochę potrwać — nie brzmiało to szczególnie łagodnie, ale Zaylee nigdy nie próbowała ubierać takich rzeczy w delikatniejsze słowa. W jej pracy liczyły się fakty. Rodziny ofiar i tak prędzej czy później musiały je usłyszeć.
Naciągnęła rękawiczki i poprawiła mankiet przy nadgarstku. Lateks cicho zatrzeszczał, kiedy wygładziła materiał na palcach.
—
Z tego, co zdążyłam zauważyć, kilka przypadków na pierwszy rzut oka nie ma żadnych widocznych obrażeń. Przynajmniej niczego, co od razu tłumaczyłoby zgon — oznajmiła i to właśnie zaczynało ją najbardziej interesować. Większość ofiar miała oczywiste urazy mechaniczne - zmiażdżenia, złamania, albo obrażenia wielonarządowe. Ale kilka ciał wyraźnie odstawało od reszty. Brak poważnych obrażeń zewnętrznych przy takiej katastrofie oznaczał, że mechanizm śmierci mógł być znacznie bardziej skomplikowany. To mogło być wszystko - od zatrzymania krążenia po hipotermię, bo most zawalił się tuż nad przepływającą pod nim rzeką Don.
Zerknęła krótko na worki transportowe ustawionych pod ścianą. Było ich za dużo jak na jedną noc pracy. A coś podpowiadało jej, że to jeszcze nie koniec.
Olivia Calvert