-
Cemil (czyt. Dżemil) jest kanadyjsko-tureckim aktorem. Należy do osób ambitnych i lubiących wyzwania. Mieszkał przez 12 lat w Stambule, do którego myśli się przeprowadzić w przyszłości.
Jest empatyczny, (już nie tak bardzo) towarzyski i udziela się charytatywnie. Obecnie ma złamane serce, gdyż jego ukochana po prostu zniknęła i przepadła...
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona, jejtyp narracjitrzecia osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Kiedy pracował, w międzyczasie lub bezpośrednio po nagraniach, chodził w ulubione miejsca, by tam jakoś odpocząć i coś wypić czy zjeść. Ostatnio i to zaniedbał. Miał zrobić jakieś zakupy, ale wyleciało mu to z głowy i dlatego w tym dniu po prostu żył na piwie i papierosach. Po tym jak nad ranem wrócił do domu, jedyne o czym marzył to odpoczynek, ale i to nie pomagało jak trzeba.
Wziął książkę, jakąś pierwszą lepszą, z tych, które poleciła mu siostra i zaczął czytać. Zatrzymał się już po trzydziestu kilku stronach, bo życie bohatera chociaż ciekawe, powodowało falę różnych uczuć i wspomnień. Stracił wątek, a lektura wcale nie przynosiła ulgi czy relaksu. Może nie powinien pić piwa od rana. Ale kto mu zabroni? Był sam, a ta cholerna pustka, którą zostawiła po sobie Eden sprawiła, że po prostu chciał zamknąć oczy, zasnąć i odejść we śnie. Po prostu przestać czuć ból. Wyciągnął rękę po puszkę, ale w niej alkohol się kończył. Kolejnego już nie miał.
Dopił piwo, a potem położył się na kanapie. Tej samej, na której on i Eden prawie stracili nad sobą panowanie i oddali się miłosnemu uniesieniu. Znów podniósł książkę, ale tylko po to, by trzepnąć się nią w głowę. Gdyby mógł zapomnieć, albo umrzeć, wszystko by się skończyło. Zamknął oczy i po kolejnej dawce wspomnień, jakie przetaczały się w jego myślach, jakimś cudem zasnął. Nie obudziło go nawet spadające na podłogę tomiszcze, ani dotyk Vito, który przyczłapał do swego pana i patrzył nań smutnymi oczami. Pies trącił go pyszczkiem, a nie otrzymując reakcji, położył się na dywanie i obserwował Cemila uważnie. Wiedział, że z nim jest źle i wkrótce, jeśli coś się nie zmieni, odejdzie. Albo sam się wykończy, albo stanie się coś złego.
Cem próbował się podnieść i żyć dalej, ale było nieźle tylko wtedy, gdy nie był sam. Zamykając się w czterech ścianach czuł wszystko ze zdwojoną siłą. I tylko chyba Mavi wiedziała, że jej brat zmierzał w drogę, z której się nie wraca. Potrzebował jakiegoś cudu i nadziei, która nie zniknie tak szybko jak się pojawiła. Bo jeśli zaufa i jeszcze raz ktoś złamie mu serce, gazety i telewizja pokażą zdjęcia z jego pogrzebu.
Gdyby ktoś teraz wszedł do jego domu – a było otwarte, bo zapomniał zamknąć drzwi na klucz – zobaczyłby leżącego Cema, z prawą ręką zwisającą luźno na podłogę, obok niej leżała książka, a na stoliku przed kanapą, widniały dwie puste puszki po piwie. Co ciekawe, przy nich znajdowało się pudełeczko z lekarstwami od psychiatry. Taki miks nie mógłby się dobrze skończyć. Czy on popił tabletki alkoholem? Tak się mogło wydawać, ale nie był taki głupi i nieodpowiedzialny. Po prostu położył je tam poprzedniego dnia i tak zostały.
Cem nie zdawał sobie sprawy z tego, że miał mieć niezapowiedzianego gościa. Kogoś, kto się martwił o niego i przejmował tym, że nie dawał znaku życia, nie przychodził jak to zwykł robić i po prostu oddalał się na coraz to bardziej niebezpieczną odległość. Vito słysząc przybywającą osobę, zerwał się i pobiegł ku drzwiom, zaczynając szczekać. A Cem? Spał dalej. Zmęczenie i zamroczenie zrobiły swoje. Dobrze, że nie miał tego dnia pracy, bo w takim stanie lepiej się nie pokazywać innym. Uważał, że ma wszystko pod kontrolą, ale czy na pewno? W tej chwili po prostu wyglądał jak jedno wielkie nieszczęście, które szukało wytchnienia w czasie drzemki.
Jamie Park
-
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjiTrzecia osobaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
- Hmmm... - mruknęła pod nosem z czymś pomiędzy frustracją, troską a niezadowoleniem.
Spojrzała w kierunku Clementine, a ta od razu odczytała troskę swojej szefowej i ruchem głowy wskazała jej drzwi, uśmiechając się przy tym uspokajająco.
Wreszcie Jamie poprawiła swoją sukienkę i, zabrawszy swoją torebkę, ruszyła w kierunku wyjścia.
- Tinnie, nie wiem, za ile wrócę, jakby coś się działo, dzwoń...
Rower czy... Taksówka, zdecydowanie.
Stanęła przy ulicy i gwizdnęła na palcach niczym rasowy ulicznik, zwracając na siebie uwagę nie tylko taksówkarza, ale też dwóch przechodzących obok facetów, którzy pokiwali głowami z uznaniem.
Dzwonek do drzwi pobudził psa do głośniejszego szczekania. Drugi i trzeci... Kolejny. Jamie wreszcie, po chwili wahania, nacisnęła na klamkę i pchnęła drzwi, które ustąpiły. Vito szybko rozpoznał zapach dziewczyny, a jego szczekanie przeszło w radosne, chociaż inne niż zawsze. Ale Jamie od początku wiedziała, że coś jest nie tak. Wystarczyło tylko ostrzegawcze pikanie uzbrojonego alarmu, ale ten rozbroiła szybko i zamknęła drzwi.
- Cicho, Mały! - poprosiła psiaka i przyklękła, żeby wydrapać go za uszami i dać się nieco wylizać po rękach.
Cmok w nos załatwił sprawę, zresztą Vito od razu wyrwał się z objęć dziewczyny i pobiegł do salonu, nawołując ją za sobą...
- Cem... Coś Ty narobił. - jęknęła cicho z przejęciem, czując, jak zaciska jej się gardło, a w oczach robi się mokro...
Westchnęła, patrząc na puszki piwa, po czym podniosła fiolkę z lekami, zerkając na etykietę. Aż przewróciła oczami, siadając ciężko na kanapie koło Cema, najwyraźniej spodziewając się, że Cem śpi jak zabity, ale ten pod nagłym ruchem aż podskoczył na kanapie, a Jamie pisnęła przestraszona.
- Głupku! Nie strasz mnie! - powiedziała, sama nie wiedząc, dlaczego jest zła. - A tego nie popija się alkoholem, głupku.
Naburmuszona rzuciła na jego klatkę piersiową fiolkę z antydepresantami. Sapnęła, uspokajając swoje serce i lęk, który grał na jej nerwach w tej chwili jak muzyk na basetli.
- Jadłeś coś? - zapytała już nieco spokojniej.
Cem Ayers
-
Cemil (czyt. Dżemil) jest kanadyjsko-tureckim aktorem. Należy do osób ambitnych i lubiących wyzwania. Mieszkał przez 12 lat w Stambule, do którego myśli się przeprowadzić w przyszłości.
Jest empatyczny, (już nie tak bardzo) towarzyski i udziela się charytatywnie. Obecnie ma złamane serce, gdyż jego ukochana po prostu zniknęła i przepadła...
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona, jejtyp narracjitrzecia osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
- Wiem i nie popiłem ich alkoholem – sprostował. – Zostawiłem leki na stoliku i tak leżą. Ominąłem nawet ostatnią dawkę, by nie mieszać tego z piwem – powiedział, przeciągając się. Książka nadal leżała na podłodze, więc ją podniósł i położył obok siebie.
- Wybacz, że Cię zmartwiłem, ale cóż… - zaczął. – Powiedzmy, że mam kryzys w kryzysie – tak właśnie było i nie było po co udawać, że jest inaczej. Nie czuł się dobrze od miesięcy, a teraz… chyba po prostu jeszcze bardziej zwątpił w siebie.
- Jadłem, wczoraj – odparł spokojnie. Vito wpatrywał się w przyjaciela smutnymi oczami, wiedząc za kim tęskni właściciel. – W lodówce nic nie mam, zapomniałem zrobić zakupy – przyznał się do tego wprost.
- Powiedziałbym, żebyś się rozgościła, ale nie wiem, czy tu można się czuć dobrze – wstał i położył dłonie na ramionach drobnej kobiety. – Przepraszam, że musisz mnie takim oglądać – powiedział, a później się ruszył z miejsca, ku przejściu do innych pomieszczeń.
- Idę pod prysznic, potem pogadamy, dobrze? Muszę się ogarnąć – przynajmniej z zewnątrz mógł wyglądać nieco lepiej.
Wrócił po kilkunastu minutach, przebrany i chyba prezentujący się trochę mniej marnie. Miał ochotę na mocną kawę, a tego jakoś u niego nie brakowało. Mógł nie dbać o siebie, ale jego nałóg musiał być zaspokojony.
- Jestem beznadziejnym gospodarzem, zgadza się – rzucił swoją celną uwagę przyjaciółce. Obserwowała już niejeden etap w jego życiu, ale tak sponiewieranego to go nie widziała.
Nie mogła też wiedzieć, że jego obecny stan ma się jakoś do pewnego wydarzenia sprzed roku, związanego z zaginioną kobietą. Właśnie takie symboliczne momenty dobijały go najbardziej. Rok temu zrozumiał, że kocha Eden i przez jego uczucie – bo to siebie obwiniał o wszystko, co się potem stało – ona odeszła. Nie pomagały mu też zdjęcia, jakie miał z ich pobytu w Stambule, przed i podczas premiery jego filmu, na którym byli razem i po prostu znów zatapiał się w otchłani, która go połykała, w której tonął coraz bardziej i z której nie widział już wyjścia. A może on po prostu nie chciał z tego się wydostać? Nie dostrzegał koła ratunkowego, bo nie chciał? Był załamany, po prostu.
Nie mówił nic przez dłuższy czas, bo nie wiedział, co ma powiedzieć. Nie chciał, by go takim oglądano.
- Mam szczęście, że umiem przekonująco kłamać i udawać, że nie jest tak źle – odezwał się w końcu.
- Kiedy jestem na planie i mam być inną osobą, jestem nią i Cem znika. Kiedy wracam do bycia sobą, zaczyna się kolejny raz to samo… - ból, tęsknota, niepokój, poczucie winy. Wszystko to powoli go niszczyło. Nie tak wyobrażał sobie miłość. Wiedział, że będzie trudno, może nigdy nie doczeka się lepszej roli od kochanka, ale chciał ją widywać i rozmawiać z nią. Jednak odeszła, odtrąciła go, chociaż pamiętał jakby to było wczoraj, jak patrzyła w jego oczy z uśmiechem na twarzy. Ona też go kochała w jakiś sposób. Był tego pewien. Dlaczego zniknęła i nie dawała znaku życia? Łatwiej było uciec? Być może. Ale to cholernie krzywdziło innych. Sama powiedziała kiedyś, że nie jest dobra i łagodna, ale on ją kochał taką, jaka była. Z wadami i zaletami – całokształt. Powinien być zły i żyć sobie dalej jak chciał, wbrew wszystkiemu. Tylko, że nie potrafił. Po tylu latach znalazł sens życia i go stracił tak nagle, że nie umiał poskładać się w całość.
- Zrobisz najlepiej, jeśli teraz wyjdziesz – powiedział nagle do Jamie. – Szkoda Twoich nerwów dla kogoś tak pojebanego jak ja. Idź i ewakuuj się, zanim sama ugrzęźniesz w tym błocie. Widzisz, że dla mnie chyba już nie ma ratunku – cechy, które odziedziczył po swojej wrażliwej i empatycznej matce zawsze były dla niego ważne i był z nich dumny. A teraz… te emocje go zabijały. Dosłownie.
Jamie Park
-
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjiTrzecia osobaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
- Opuszczanie dawek też nie jest rozsądne... - zauważyła z przekąsem.
Kiwnęła głową z napiętą twarzą, przyjmując kolejne informacje, które jej przekazywał. Spojrzała nawet na psa, zastanawiając się, czy ten cokolwiek jadł.
- Co najwyżej możesz mnie przepraszać za to, że mnie wystraszyłeś. Kawa Ci wystygła w kawiarni! - zauważyła, sama podnosząc się z kanapy.
Dotyk jego rąk przyjęła z lekkim uśmiechem, odrobinę udobruchana. Zawsze lubiła te jego ciepłe, duże dłonie. Kiwnęła głową, zgadzając się na takie rozwiązanie. Prysznic powinien chociaż trochę pomóc. Przynajmniej jej pomagał. Ciepła woda potrafiła wlać nowe życie w człowieka.
Odprowadziła spojrzeniem przyjaciela i westchnęła cicho, patrząc na mini bałagan. Sięgnęła po puszki i zebrała je ze stołu, przy okazji poprawiając jakieś pisemko, o które nie podejrzewała Cema. Nawet nie zauważyła, że pisemko było bardzo przeterminowane.
Drzwi od lodówki wydały specyficzny dźwięk, otwierając się zaraz po tym, jak puszki zabrzęczały w koszu na śmieci. Rzeczywiście pusto...
- No ładnie... Nawet ja nic nie wymyślę. - mruknęła, po czym zajrzała do szuflady z ulotkami.
Jak nie da się zrobić comfort fooda, to trzeba go zamówić. Chińska? Koreańska? Burgery?
- Pizza! - mruknęła triumfalnie, wybierając numer na swoim telefonie.
- Tak, poproszę największą ucztę serową i małą hawajską... Tak wiem... - przewróciła oczami. - To w takim wypadku z samą szynką.
Na szczęście puszkę owoców można było znaleźć w którejś z szafek.
- Numer osiem. - skończyła, podając adres.
Akurat w momencie, w którym ekspres kończył robić kawę, a Cem pojawił się koło niej w kuchni, zauważając, że nawet Vito dostał swoją porcję miłości w postaci żarcia, a teraz łapczywie zajadał się mokrym.
- Zawsze byłeś, więc nie bierz na siebie zbyt dużo. - zażartowała, rozłączając się, by odłożyć telefon na blat kuchenny i podać mu kawę.
Potem oparła się o szafki kuchenne, słuchając jego kolejnych słów. Skrzyżowała ramiona na swojej piersi, trochę chroniąc się przed ciężarem jego słów. Jamie rzadko potrafiła ukryć swoje emocje, nawet jeśli się strasznie starała, więc teraz też brewki i oczy mówiły absolutnie wszystko. Troskę, obawę... Strach.
- To nie brzmi dobrze... - mruknęła sama do siebie, po raz pierwszy łapiąc się na tym, że zupełnie nie wie, jak naprawić tę sytuację.
Przewróciła oczami na jego ostatnie słowa i uśmiechnęła się do niego blado.
- Pomyśleć, że kilka lat temu nie chciałeś mnie wypuścić z domu... Mogę najpierw zjeść z Tobą obiad?
Cem Ayers