ODPOWIEDZ
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lyin' isn't better than silence
Floatin', but I feel like I'm dyin'


Minęły trzy dni, odkąd wrócił z Teneryfy... i trzy dni, odkąd funkcjonował na autopilocie.

Pobudka, poranny trening, śniadanie, kawa, praca, powrót, książka, prysznic, sen. Pobudka, poranny trening, śniadanie, kawa, praca, powrót, książka, prysznic, sen. Pobudka, poranny trening, śniadanie, kawa, praca, powrót, książka, prysznic, sen.

Kontrakt, z którego podpisania byłby dumny jeszcze dwa tygodnie temu, dziś nie wywoływał w nim nawet cienia satysfakcji. Siedział na spotkaniu zarządu, patrzył na przesuwające się słupki wykresów i nie potrafił zaangażować się w dyskusję. Rzeczywistość była bezlitosna - gryzło go sumienie, nie radził sobie z konsekwencjami swoich czynów i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że... przekroczył granicę, zza której nie było już powrotu.

Od momentu wylądowania w Toronto nie napisał do Ivy żadnej wiadomości. Odciął się od niej i nawet nie potrafił włączyć drugiego telefonu, którego numer posiadała. Dopiero do niego docierało, co się tak naprawdę wydarzyło i czuł obrzydzenie do samego siebie - nie tylko wykorzystał naiwność niewinnej dziewczyny i jej wakacyjny nastrój dla chwili przyjemności, to jeszcze miał świadomość, że skrzywdził nie tylko Ivy, ale również swoją narzeczoną, która nie miała o niczym pojęcia. Ivy dał złudną nadzieję na coś więcej, a Blair... Boże, Blair. Zranił kobietę, która była dla niego wszystkim. Przyjaciółkę, z którą dzielił sekrety od najmłodszych lat, partnerkę, która znała go od podszewki i wreszcie... miłość swojego życia. Za cholerę nie wiedział, co strzeliło mu do tej durnej głowy, przecież przy Blair był najszczęśliwszym facetem na świecie. Mieli za sobą lata wspólnej historii, szalonych studenckich wyjazdów i podróży po całym świecie, z których zawsze wracali bardziej zżyci niż wcześniej. Byli dla siebie oparciem w świecie, gdzie wszyscy czegoś od nich oczekiwali. Znali swoje najgorsze wady, słabości, a mimo to związek budowali na naprawdę solidnym fundamencie.


I co z tym zrobił?


Poświęcił to wszystko. Każdą wspólną minutę, zaufanie budowane przez wiele lat i obietnicę złożoną na Sycylii - dla jednej pieprzonej nocy z inną kobietą. Nic dziwnego, że w połowie dnia uznał, że nie da rady dłużej siedzieć w Northland Power i gapić się w ekran. Odwołał popołudniowe spotkania, przełożył najważniejsze rozmowy na kolejny tydzień, spakował laptopa i po prostu wyszedł z biura jeszcze przed czternastą - a to zdarzało się Charlesowi Marshallowi... hm, zastanówmy się... n i g d y? Wsiadając do auta, podjął decyzję. Musiał powiedzieć Blair prawdę - zasługiwała na nią, nawet jeśli miało to ostatecznie zniszczyć ich relację. Trudno, mógł pomyśleć o tym wcześniej (na przykład, zanim ją zdradził).

Po drodze do domu zatrzymał się w ich ulubionym miejscu z sushi i kupił świeże owoce. Gdy był już w ich apartamencie, rozstawił wszystko na stoliku znajdującym się na tarasie, a potem zszedł do winiarki po jedną z lepszych butelek czerwonego wina, które trzymali na wyjątkowe okazje. Cóż, okazja nie była wyjątkowa - tylko raczej haniebna - ale uznał, że bez alkoholu tego nie zniesie. Gdy skończył, ocenił swoje dzieło jednym okiem, ale nawet nie potrafił wysilić się na okazanie entuzjazmu, że jednak coś udało mu się dziś zrobić. Miał dziwne wrażenie, że zakupione jedzenie i tak nie zostanie ruszone, a wino skończy na jego koszuli, ale może się mylił.

Gdy nieubłaganie zaczęła się zbliżać godzina powrotu Blair, Charlie nalał sobie wina do kieliszka i usiadł na jednym z foteli, wpatrując się w horyzont. Słońce zachodziło, niebo z niebieskiego przechodziło w różową i pomarańczową barwę... Bardzo uroczy wieczór, nie licząc niemiłych okoliczności. Denerwował się, ale pozostało mu jedynie czekać, prawda? A nie musiał czekać długo. Nie wiedział, kiedy dokładnie Mayfield weszła do domu, za to nagle usłyszał ciche stukanie jej obcasów, gdy przemierzała salon w poszukiwaniu jego osoby. Westchnął i upił kolejny łyk wina. Nie był gotowy na tę rozmowę, ale... czy jakikolwiek człowiek kiedykolwiek był przygotowany do takiego wyznania? Odwrócił wzrok od horyzontu w momencie, gdy Blair weszła na taras. Była radosna, rozkojarzona jakimiś drobnymi sukcesami, zapewne z biura. Gdy tylko tylko podeszła bliżej i przytuliła go na powitanie, poczuł jej zapach - pachniała domem, bezpieczną codziennością i... cholera, nieświadomością. Nie miała pojęcia, że człowiek, któremu ufała bezgranicznie, zaledwie kilka dni temu obrócił w proch wszystko to, co budowali razem przez lata. Gdy ich spojrzenia się zetknęły, nie uciekał wzrokiem. W tej chwili po prostu czekał, aż uśmiech zrzednie jej z twarzy - naprawdę nie chciał psuć jej nastroju, skoro miała taki dobry dzień, zaczynał czuć wyrzuty sumienia jeszcze większe niż przedtem, ale... Skoro powiedział A, musiał powiedzieć również B. Wskazał dłonią pusty fotel obok siebie, patrząc prosto w jasne, przenikliwe tęczówki narzeczonej. - Usiądź, Blair - zaczął, po czym odłożył trzymany w palcach kieliszek na stolik, tuż obok nietkniętego sushi i miski z owocami, na które nie mógł już nawet patrzeć. Splótł dłonie i wziął głęboki, powolny wdech. - Musimy porozmawiać.

𝑏𝑒𝑡𝑟𝑎𝑦𝑒𝑑 𝑏𝑒𝑎𝑢𝑡𝑦
31 y/o
Welkom in Canada
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

I saw the signs and I ignored it
Rose-colored glasses all distorted


Nie spodziewała się, że nad jej życie nadchodzi ogromna chmura burzowa.

Chwilę po ich powrocie z weekendu, Charlie wyjechał, a ona została z dobrym nastrojem, który mimo wszystko balansował na granicy. Gdzieś z tyłu głowy miała ich rozmowę, gorzkie słowa, które sobie wyrzucili, ale jednocześnie pamiętała o miłym poranku, a w zasadzie reszcie wyjazdu, który zdecydowanie ratował tę całą sytuację.

Dostrzegała zmianę.

Widziała jego realne chęci poprawy i naprawdę nie podejrzewała, że cokolwiek może się wydarzyć. Jeden weekend sprawił, że zignorowała wszystkie obawy, które kręciły się po jej głowie przez ostatnie miesiące — późne wracanie do domu, brak rozmowy, dystans i to niekomfortowe uczucie, że coś jest bardzo nie tak, jak powinno. I znowu zaczęła to robić; usprawiedliwiać go przed samą sobą, dawać sobie na tacy argumenty, które mogły świadczyć o tym, że po prostu miał ciężej, że początek roku naprawdę nie był dla niego łaskawy. Nie dość, że ślub wisiał nad ich głowami, a zarówno jej, jak i jego matka szalały w tym temacie, to wisienką na torcie była choroba ojca i wszelkie konsekwencje, które były za tym pociągnięte. Wymagania starego Marshalla, więcej obowiązków i kontrakt z Teneryfą, który mimo wszystko nadal powodował w niej nieco spięcia. Tylko teraz wydawało się jej to kompletnie nieuzasadnione — wyjaśnili sobie wszystko, prawda? Nie mogła być nadopiekuńczą i kontrolującą narzeczoną; nie chciała sprawiać, że czułby się źle z przeświadczeniem, że mu nie ufała.

Bo ufała. Najbardziej na świecie i jak nikomu innemu.

Cieszyła się na jego powrót, bo w końcu teraz miała nastąpić ich healing era związku po ostatnich miesiącach, prawda? A jednak nie. Widziała, że była nieobecny, że uśmiech który jej posyłał był czasami nieco wymuszony, a niektóre reakcje sztywne i nie tak płynne, jak jeszcze niecałe dwa tygodnie temu, kiedy spędzili razem cały dzień, a on obejmował ją jak swój największy skarb. Nie chciała go osaczać, szanowała to, co jej wtedy powiedział — że jest zmęczony, że potrzebuje przestrzeni. Wiedziała, że potrzebował urlopu, więc też grzecznie czekała, aż dokończy sprawy z kontraktem tutaj na miejscu i weźmie wolne, aby sama mogła zacząć go męczyć i przede wszystkim zadać pytanie, jak może mu pomóc, aby wreszcie odpoczął i zrelaksował się.

Dzisiaj miała naprawdę dobry dzień. Od rana chodziła nieco zestresowana, bo czekało ją podpisywanie umowy z ważnym podwykonawcą i liczyła, że obędzie się bez kolejnych rozmów o warunkach. Jej ojciec razem z matką wyjechali sobie na wakacje, pozostawiając ten cały bajzel córce, choć coraz częściej miała wrażenie, że w ostatnim czasie była mocno wystawiana na próbę, co było alarmujące, ale… podobało jej się. Może w końcu dorosła do tego, że władza aż tak jej nie przerażała? W końcu czasami zdawałoby się, że to ona była bardziej na bieżąco z niektórymi sprawami, niż sam prezes. Cały dzień poszedł jak z płatka — aż zadziwiająco za przyjemnie. Nawet na tyle, że udało jej się wyjść chwilkę wcześniej, przez co także nieznacznie wcześniej wylądowała w domu. Nie spodziewała się tam swojego narzeczonego, ale widok marynarki przerzuconej przez fotel w salonie jasno dał jej znać, że już był. Odłożyła torebkę, zauważając otwarte drzwi na taras i przed wejściem na niego zdjęła szpilki, czując ulgę. Uśmiechnęła się na jego widok od tyłu oraz przygotowaną kolację — ah, mogło być wszystko pięknie, tak? Nachyliła się, obejmując go od tyłu i całując Charliego delikatnie w policzek na przywitanie. — Cześć — powiedziała cicho przy jego uchu, zaraz nawiązując z nim kontakt wzrokowy i… zamarła. Iskierki w oczach przygasły, szczęśliwy uśmiech zrzedł, bo jego spojrzenie jasno mówiło, że coś się stało. Powaga, z jaką się do niej zwrócił i samo wyrażenie. Usiądź, Blair. Posłusznie obeszła kanapę i klapnęła na fotelu obok, wbijając w niego intensywne spojrzenie, którym najchętniej wyczytałaby z niego wszystko od razu. Czuła ogromne spięcie w ciele i serce, które biło kompletnie niemiarowo, bo jego spojrzenie nie wskazywało na nic dobrego. Cholera, znała go praktycznie całe swoje życie, czasami miała wrażenie, że potrafiła go zrozumieć lepiej niż samą siebie. Ten kontakt wzrokowy odbierał jej powietrze w płucach, gdy z każdą kolejną sekundą dostrzegała w nim jakiś ból i… poczucie winy? Boże, w końcu zawsze tak na nią patrzył, gdy obawiał się, że będzie na niego zła. — Co zrobiłeś? — wydusiła z siebie, nieświadomie po tym pytaniu wstrzymując oddech i czekając na odpowiedź.

Dzień sądu ostatecznego nadszedł.

traitor
ODPOWIEDZ

Wróć do „#15”