W głowie miał mętlik, a każde zdanie, które układał, wydawało mu się szczere, choć wiedział, że brzmi beznadziejnie. Skupił wzrok na klamce, jakby była jego jedynym oparciem na tym świecie. Czuł, że musi jej to wyrzucić, wszystko jedno jak, byle tylko poczuła, jak bardzo jest teraz bezradny i jak bardzo ta sytuacja go wykańcza. Nie obchodziło go, co pomyśli, kiedy go zobaczy; jedno, co miało znaczenie, było przeproszenie jej za swoje szczeniackie zachowanie. Oparł się czołem o drzwi, przymykając oczy i wypuszczając oddech. Przywoływał wspomnienia, ich wspólne chwile, które teraz wydawały się tak nierealne, jakby należały do kogoś zupełnie innego, kogoś, nie utonął w tym całym gównie.
W jego głowie tłukły się imiona: Aaron, Billy, Dean. JA. Każde z nich było jak cios. Czuł zazdrość wymieszaną ze świadomością, że w ciele Gabrieli rozwija się życie, o którego ojcostwo toczyła się teraz rywalizacja. Ta myśl pulsowała w jego skroniach niczym wyrok. Wyobrażał sobie scenariusze, w których to nie on, a jeden z tamtych, zajmuje miejsce u jej boku, a ta świadomość wywoływała w nim falę mdłości. Kurwa. Chciał, żeby to był on. Nie widział kurwa innej opcji.
To muszę być ja.
Noe wzdrygnął się gwałtownie na dźwięk jej głosu, niemal podskoczył, chociaż jego nogi były wbite w podłogę jak kołki.
-
Masz rację. Powinienem mieć kwiaty, a zamiast nich stoję pod drzwiami jak psychopata. Jak ktoś, kto potrafi myśleć tylko o tym jak bardzo chciałby w tej chwili zniknąć, żeby nie musieć patrzeć na to, jak bardzo cię zawiodłem. Przyszedłem tu z niczym — przerwał, nerwowo przeczesując dłonią włosy. —
To żałosne.
-
Co robię? - odpowiedział pytaniem, a głos miał nieco ochrypnięty. -
Przyszedłem, bo nie mogę przestać o tym myśleć. O tym, co powiedziałem w parku. To było... głupie, wiesz? Cała ta gadka o liście, o tych wszystkich facetach... to było totalnie nie na miejscu. Nie miałem prawa tak się odzywać. - Urwał na chwilę, patrząc na nią z mętlikiem w oczach, jakby sam nie mógł uwierzyć, że w ogóle zdecydował się na szczerość. -
Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Nie chciałem cię tak potraktować, Gabi. Przyszedłem przeprosić, bo to, co powiedziałem, to było zwykłe świństwo i wcale tak nie myślę.
I wtedy pies dopadł do jego nogawki, stał więc nieruchomo, pozwalając na tę szarpaninę, jakby czuł, że w jakimś sensie na to zasłużył. W końcu Gabriela schyliła się, by wziąć zwierzę na ręce, a Noe czuł się przy tym zwierzęciu jak intruz, który nieproszony wtargnął w czyjeś życie.
—
Wiem, że mnie nie lubi. Ma nosa do ludzi, którzy przynoszą tylko kłopoty — mruknął, zerkając na Churrosa, a potem szybko przeniósł wzrok na Gabi. —
I słuchaj, nie obchodzi mnie, dlaczego mnie wpuściłaś. Może być nawet przez sąsiadkę. Ważne, że nie zatrzasnęłaś mi drzwi przed nosem. - Przesunął dłonią po twarzy, czując pod palcami kilkudniowy zarost. —
Słuchaj, nie przyszedłem tu, żeby cię pouczać albo pieprzyć te głupoty z parku. To, co wygadywałem... to było po prostu żałosne. Chciałem tylko... — zamilkł na moment, patrząc na pomidory na stole, a potem z powrotem na nią. —
Chciałem przeprosić. Wiem, że to mało, biorąc pod uwagę to, co usłyszałaś, ale nie umiem inaczej naprawić tego, co spieprzyłem. Będziesz mnie chciała wyrzucić, to wyrzucisz, ale musisz wiedzieć, że nie byłem sobą. Byłem po prostu idiotą.
Noe patrzył na nią, ale jego wzrok przez chwilę błądził gdzieś obok. W głowie kołatała mu myśl, że w jej brzuchu toczy się życie, do którego istnienia w jakimś sensie być może się przyczynił. Poczucie bycia potencjalnym ojcem uderzyło go z siłą, której kompletnie się nie spodziewał – nie było w tym dumy ani radości, tylko strach zmieszany z poczuciem bycia niegodnym.
Czy w ogóle miał prawo myśleć o tym dziecku w kategoriach odpowiedzialności, skoro jedyne, co dotychczas potrafił, to ranić kobietę, która to życie w sobie nosiła? Każdy centymetr przestrzeni między nimi wydawał mu się teraz przepaścią nie do przebycia. Czuł się jak intruz w jej prywatnym świecie, a jednocześnie przerażała go myśl, że mógłby stać się dla tego dziecka kimś, kto tylko dziedziczy błędy własnego ojca.
Noe przełknął ślinę, a jego spojrzenie, dotąd rozbiegane, na moment skupiło się na jej brzuchu, po czym szybko uciekło w bok, jakby bał się, że zbyt długie patrzenie na ten widok go obnaży.
—
Słuchaj... — zaczął, a głos miał teraz jakiś dziwnie spokojny. —
Wiem, że w tej chwili jestem zerem jako przyjaciel. Wiem, że po tym, co wywinąłem w parku, nie masz do mnie żadnego zaufania i masz pełne prawo mnie skreślić. Ale jeśli... jeśli to moje dziecko, jeśli to ja miałbym być tym, który będzie przy tym dzieciaku od początku... — zamilkł, zaciskając dłoń w pięść i puszczając ją, walcząc z drżeniem własnych palców. —
Jeśli to ja będę ojcem, to przysięgam, że postaram się być dla niego kimś zupełnie innym, niż jestem dla ciebie. Będę lepszym ojcem niż przyjacielem, Gabi. Może wiecznie wszystko psuję i gadam głupoty, ale to... to byłoby coś, czego bym nie spieprzył. Nie mam pojęcia, jak to się robi, ale... po prostu czuję, że w tym jednym przypadku musiałbym być kimś, kogo to dziecko będzie mogło szanować. Nawet jeśli ty nigdy mi nie wybaczysz tego, jakim beznadziejnym kumplem dla ciebie byłem.
Gabriela R. Blais