ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
Oficjalnie: absolwent dziennikarstwa. Nieoficjalnie: gość, który uciekł z trumny, żeby w niej ostatecznie wylądować.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

10
Noe obserwował, jak Gabriela oddala się, a jej każdy krok wydawał mu się szybki i zdecydowany. Wiedział, że powinien zawołać, zatrzymać ją, wyjaśnić wszystko, ale w gardle czuł palący ucisk, który uniemożliwiał powiedzenie czegokolwiek. Zacisnął dłonie w pięści tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie i miał ochotę uderzyć w pobliski słup, żeby poczuć coś poza tym osłupieniem, ale został w miejscu, wpatrzony w jej oddalającą się sylwetkę. W końcu, gdy jej postać zniknęła za rogiem, poczuł, jak resztki złości zamieniają się w rezygnację i z miną zbitego psa wrócił do domu.
Wpadł do domu prosto do przedpokoju, gdzie jego matka czekała już z plikiem wydruków w dłoni. Zaczęła go prosić, żeby rzucił okiem na nowe nekrologi dla zakładu, bo nie była pewna, czy wszystko w nich się zgadza. Noe poczuł, jak cały ciężar dnia i wyrzuty sumienia eksplodują w nim w najgorszym momencie.
- Mam w dupie te twoje pieprzone nekrologi! – wydarł się na nią, rzucając kluczami na komodę tak mocno, że aż podskoczyły na blacie. W domu zapadła cisza, a matka wzdrygnęła się, cofając dłoń z papierami, a chłopak od razu pożałował wybuchu, widząc jej zszokowaną minę, jednak nie potrafił teraz ugryźć się w język. Ominął ją bez słowa i zamknął się w swoim pokoju, uciekając przed jej pełnym smutku spojrzeniem.
Zirytowało go, że znowu dał się ponieść emocjom, zamiast zwyczajnie słuchać, choć to imię – Billy – wciąż wierciło mu się w myślach jak drzazga. Wypuścił głośno powietrze, próbując uspokoić drżenie dłoni. Gryzły go wyrzuty sumienia, przypominając o każdym słowie, które rzucił w stronę Gabrieli przed jej odejściem. Choć nie nazwał jej dziwką wprost, wiedział doskonale, że pytanie o listę kochanków był dla niej oczywisty. Czuł wstyd, uświadamiając sobie, jak bardzo musiał wyglądać w jej oczach i ta świadomość uderzyła go mocniej niż jej sarkazm. Przejechał dłonią po twarzy, czując pod palcami zarost i żałował, że nie ugryzł się wtedy w język.
Wyciągnął telefon z kieszeni, odruchowo wchodząc w listę połączeń, tylko po to, by zobaczyć, że próba wysłania jej wiadomości kończy się błędem. To był dowód na to, że sam zamknął sobie drogę do naprawienia czegokolwiek, a poza tym przepraszanie przez słuchawkę wydawało mu się słabe, niemal tchórzliwe, zwłaszcza po tym, co jej nawrzucał prosto w twarz. Z irytacją odrzucił telefon szukając w głowie innego rozwiązania, które nie kończyłoby się upokorzeniem. Nie zamierzał czekać, aż emocje opadną same – wsiądzie w samochód i pojedzie prosto do jej kuzynów, gdzie się zatrzymała. Wiedział jedno: jeśli to dziecko faktycznie jest jego, nie pozwoli jej zostać z tym samej, bez względu na to, jak bardzo się poróżnili. Stanął przed drzwiami mieszkania i zapukał dość stanowczo, a potem przez chwilę panowała cisza, która sprawiła, że krew odpłynęła mu z twarzy. Nie czekając dłużej, oparł czoło o zimne drewno drzwi i zawołał, starając się, by jego głos nie drżał.
- Gabi, to ja, Noe - wypalił na jednym wydechu, a potem dodał ciszej, prosto w szparę między futryną a skrzydłem. - Przyszedłem cię przeprosić, bo zachowałem się jak jebany kretyn. - Czekał wpatrzony w wycieraczkę, modląc się w duchu, żeby w ogóle zdecydowała się podejść do drzwi.

Gabriela R. Blais
27 y/o
Welkom in Canada
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Ten dzień to była istna katastrofa. Traciła już cierpliwość do męskiego testosteronu i była na granicy, żeby pokazać facetom jak loca potrafi być laska, którą targają emocje i hormony. Czuła się jak tania wersja Bridget Jones. Tylko, że zamiast dwóch amantów ubiegających się o jej względy, miała wianuszek facetów, którzy konkurowali ze sobą na zaszczytne miejsce najgorszego ojca roku. W szczególności Dean, który drażnił ją coraz bardziej z każdą kolejną wiadomością. I gdyby nie interwencja osób trzecich, to już dawno obserwowałaby jak płonie jego motor. Nawet zdążyła już spuścić trochę do kanistra benzyny, tak w razie czego gdyby jednak musiała się pofatygować i przejść od słów do czynów. Aaron i Billy jednak chcieli załatwić sprawy w mniej radykalny sposób, więc dawała im szansę. Glina i subtelna prośba zapewne niewiele da, ale była skora poświęcić te kilka godzin zanim się ściemni. W końcu miała zostać matką, więc wykazywała sporą dozę cierpliwości i rozsądku. Normalnie od razu by tam wbiła i zrobiła raban nie patrząc na konsekwencje. To się nazywa podobno odpowiedzialność.
Nawet zdążyła podejść do warzywniaka na dole, bo Riczi prosił ją, żeby kupiła pomidory na kolację. Spędziła tam dobre piętnaście minut, bo jak się okazało odmian tego dziadostwa było wiele. A kuzyn był na tyle wybredny, że nie mógł dostać zwykłego pomidora tylko strzelił jej wykład na temat tego jaka odmiana pasowała do czego. To był ten moment słabości, w którym wzięła wszystkiego po trochu i stwierdziła, że ostatni raz idzie na zakupy i ma to w dupie. Przez najbliższe dni będą jeść to warzywo. Albo owoc, bo kurwa okazało się, że sprawa nie była taka prosta.. Człowiek uczy się całe życie.
Gdyby wiedziała, że ten dzień będzie obfitował w kolejne dramaty, to wykupiłaby pierwszy możliwy bilet poza miasto. Tymczasem na klatce schodowej spotkała Noe, który dobijał się do drzwi. Oparła się o ścianę i obserwowała to przedstawienie, zastanawiając się czy nie zdezerterować póki jej nie zauważył. Skoro jednak pofatygował się aż tutaj...
- Wiesz zazwyczaj, gdy facet chce przeprosić kobietę, to kupuje wielki bukiet kwiatów czy coś. - odepchnęła się od ściany i podeszła powoli, wyciągając klucze z kieszeni. - Co ty tutaj robisz Noe? - otworzyła drzwi i zablokowała przejście nogami, żeby psy nie wybiegły na zewnątrz. Churros od razu jednak dopadł do Noe i znowu zaczął go szarpać za nogawkę. Musiała aż go wziąć na ręce, żeby się uspokoił. - Ewidentnie cię nie lubi. Masz szczęście, że nie ma nikogo dzisiaj. Żeby nie było, wpuściłam cię tutaj tylko dlatego, bo sąsiadka jest wścibska i plotkuje później po całym bloku. - odstawiła na stół te kilka kilo pomidorów i dalej trzymając pieska na rękach, zerknęła na mężczyznę.

Noe Villeneuve-Scott
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
ODPOWIEDZ

Wróć do „#13”