Wpadł do domu prosto do przedpokoju, gdzie jego matka czekała już z plikiem wydruków w dłoni. Zaczęła go prosić, żeby rzucił okiem na nowe nekrologi dla zakładu, bo nie była pewna, czy wszystko w nich się zgadza. Noe poczuł, jak cały ciężar dnia i wyrzuty sumienia eksplodują w nim w najgorszym momencie.
- Mam w dupie te twoje pieprzone nekrologi! – wydarł się na nią, rzucając kluczami na komodę tak mocno, że aż podskoczyły na blacie. W domu zapadła cisza, a matka wzdrygnęła się, cofając dłoń z papierami, a chłopak od razu pożałował wybuchu, widząc jej zszokowaną minę, jednak nie potrafił teraz ugryźć się w język. Ominął ją bez słowa i zamknął się w swoim pokoju, uciekając przed jej pełnym smutku spojrzeniem.
Zirytowało go, że znowu dał się ponieść emocjom, zamiast zwyczajnie słuchać, choć to imię – Billy – wciąż wierciło mu się w myślach jak drzazga. Wypuścił głośno powietrze, próbując uspokoić drżenie dłoni. Gryzły go wyrzuty sumienia, przypominając o każdym słowie, które rzucił w stronę Gabrieli przed jej odejściem. Choć nie nazwał jej dziwką wprost, wiedział doskonale, że pytanie o listę kochanków był dla niej oczywisty. Czuł wstyd, uświadamiając sobie, jak bardzo musiał wyglądać w jej oczach i ta świadomość uderzyła go mocniej niż jej sarkazm. Przejechał dłonią po twarzy, czując pod palcami zarost i żałował, że nie ugryzł się wtedy w język.
Wyciągnął telefon z kieszeni, odruchowo wchodząc w listę połączeń, tylko po to, by zobaczyć, że próba wysłania jej wiadomości kończy się błędem. To był dowód na to, że sam zamknął sobie drogę do naprawienia czegokolwiek, a poza tym przepraszanie przez słuchawkę wydawało mu się słabe, niemal tchórzliwe, zwłaszcza po tym, co jej nawrzucał prosto w twarz. Z irytacją odrzucił telefon szukając w głowie innego rozwiązania, które nie kończyłoby się upokorzeniem. Nie zamierzał czekać, aż emocje opadną same – wsiądzie w samochód i pojedzie prosto do jej kuzynów, gdzie się zatrzymała. Wiedział jedno: jeśli to dziecko faktycznie jest jego, nie pozwoli jej zostać z tym samej, bez względu na to, jak bardzo się poróżnili. Stanął przed drzwiami mieszkania i zapukał dość stanowczo, a potem przez chwilę panowała cisza, która sprawiła, że krew odpłynęła mu z twarzy. Nie czekając dłużej, oparł czoło o zimne drewno drzwi i zawołał, starając się, by jego głos nie drżał.
- Gabi, to ja, Noe - wypalił na jednym wydechu, a potem dodał ciszej, prosto w szparę między futryną a skrzydłem. - Przyszedłem cię przeprosić, bo zachowałem się jak jebany kretyn. - Czekał wpatrzony w wycieraczkę, modląc się w duchu, żeby w ogóle zdecydowała się podejść do drzwi.
Gabriela R. Blais