-
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjipłynny?postaćautor
A więc zaczęło się.
Po tym jak redaktor Love Roderick wyciągnęła paczkę z pocztowej skrytki należącej do niejakiej Laury Rosecrans, nie było już odwrotu. Wyciek się dokonał, dokumenty opatrzone klauzulą „ściśle tajne” przestały być ściśle tajne, a ukryte w szafach trupy zaczerpnęły powietrza po raz pierwszy od blisko dwudziestu lat i miały apetyt na więcej. Oczywiście – pozostawała jeszcze kwestia podzielenia się tym wszystkim ze światem, ale po przeczytaniu tych raportów już nie dało się zastanawiać nad tym, „czy” w ogóle można to zrobić, tylko „kiedy” i „dlaczego tak późno”. Unikanie odpowiedzialności musiało się w końcu skończyć i sprawiedliwości też wreszcie musiało stać się za dość. Każdy przyzwoity człowiek zdawał sobie z tego sprawę.
A przynajmniej – z takiego założenia wychodził Anthony Bellore, gdy zaczynał szkicować ten swój misterny plan.
Teraz, kiedy wduszony dzwonek wydał tak dobrze znany dźwięk, nie czuł się jednak tak szlachetnie, jak mogł by się wydawać. Za drzwiami czekała na niego bowiem tyleż dziennikarka-sojuszniczka, co była kochanka. Nawet jeśli więc wszystko między nimi było dawno i nieprawdą, to wspomnienia i wyrzuty sumienia wręcz musiały rzucać się cieniem na szczytną, skądinąd, inicjatywę, z której korzyści oboje czerpać mieli tylko przy okazji. Niezależnie bowiem od tego, jak bardzo nie wmawialiby sobie bezinteresowności czy obojętności (a Tony wmawiał je sobie bardzo-bardzo-bardzo) są rzeczy, nad którymi nie można przejść obojętnie albo o których da się zapomnieć. Na przykład jak znajomego brzęczenia i towarzyszącemu mu dreszczowi na plecach, czy niecierpliwemu wyczekiwaniu i liczenia skrzypnięć parkietu po drugiej stronie.
– Wybacz. Hoarau chciał się wygadać, a ja teraz potrzebuję przyjaciół, więc musiałem go posłuchać. Długo czekasz? – Powiedział na przywitanie, obrzucając ją grzecznościowym spojrzeniem, gdy podawał jej tekturowy chwytak z dwoma kubkami kawy. Przez myśl przeszło mu, że pewnie nie powinien wystawiać kolegi na strzał, ale to nawet nie było top20 jego najbliższych partyjnych znajomych, więc jego los był mu obojętny. Zresztą – to chyba nie było takie ważne, skoro znów był w jej mieszkaniu i mógł sprawdzić, jak wiele się zmieniło (albo jak dużo zapamiętał, z jego punktu widzenia to chyba ważniejsze). – Nie mam za dużo czasu. Odbieram Młodego z treningu. – Anthony zerknął wymownie na zegarek w przerwie od wścibskiego rozglądania się na boki, a potem wyjął ściskany dotąd pod pachą album i podał go Love. Obity w skórę album był zatytułowany „Camp Nathan Smith Class of 2007”, a oprócz nazwy sygnowany był pseudonimami jego autorów, więc już na pierwszy rzut oka było wiadomo, że to nieoficjalna dystrybucja, mimo że wykonany był całkiem profesjonalnie. – Mówiłaś coś o nazwiskach, więc zabrałem obozowy yearbook z tamtego roku. Pewnie nie wszystkich już pamiętam. Przewinęło się mnóstwo ludzi – wyjaśnił, sprytnie ukrywając swoje „zaćmienia” również przed samym sobą. To przecież nic takiego, że zapominasz nazwiska ludzi, od których zależało twoje życie. Normalny człowiek nie pamięta wszystkich kumpli z podstawówki, nie?
Prawda?
Prawda?
Love Roderick
-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
Myślała, żeby zrezygnować. Cholera, wielokrotnie myślała, żeby to zostawić, dać sobie spokój i zająć się swoim spokojnym, bezproblemowym życiem. Głupia ambicja… jakby nie wystarczał jej wieczorny program, w którym mogła po prostu przez godzinę ładnie wyglądać, uśmiechać się i przytakiwać gościom. Miałaby spokojną posadę, którą mogłaby zachować pewnie do emerytury, gdyby tylko regularnie chodziła na botoks.
Ale nie… zawsze musiała się w coś wpakować. Zawsze!
I niestety przez zawsze miała na myśli wszystkie te sytuacje, których wspólnym mianownikiem był Anthony Bellore. Bo mogła oszukiwać samą siebie, że to był tylko niewinny romans i nic dla niej nie znaczył. Dawno i nieprawda. Brak kontaktu z mężczyzną jej służył – randkowała (mniej lub bardziej publicznie mając wyjątkową słabość do sportowców), imprezowała, podróżowała i robiła wszystko to, co powinny robić singielki w jej wieku. Nie zawracała sobie nim głowy! Ale nagle wrócił… a ona nie potrafiła mu odmówić.
Miał w sobie coś, co budziło jej ciekawość. Więc chociaż myślała, żeby zrezygnować – nie potrafiła.
Gdy wróciła do domu z paczką dokumentów od Bellore - nie spała przez całą noc. Wyjątkowo jednak nie myślała o nim – myślała o tym wszystkim, co właśnie czytała, co starała się pojąć i zrozumieć. Bo oczywiście, że nie rozumiała wszystkiego… na boga była dwudziestoośmioletnią ambitną dziewczyną z telewizji. Starała się ogarniać świat, ale niekoniecznie zawsze jej to wychodziło. Złapała się też na tym, że od razu chciała do niego zadzwonić, ale w ostatniej chwili wstrzymała się nad jego imieniem w swoim telefonie. Nie możesz tego zrobić kretynko. Wysłała więc wiadomość… i dawno nic jej tak nie sfrustrowało jak to, że nie odpisał od razu.
Nie trzymała go na korytarzu szczególnie długo. Zawsze, gdy przychodził miała taką myśl, że mają więcej szczęścia niż rozumu, że nigdy nie trafił na żadnego z jej wścibskich sąsiadów. Teraz też się udało. Zamknęła za nim drzwi, zmierzyła go spojrzeniem i bez słowa zabrała od niego kubki, przechodząc prosto do niewielkiego salonu. Na kawowym stoliku leżały rozłożone wszystkie karki, które znalazły się nielegalnie w jej posiadaniu. Wyciągnęła dłoń po album, który przyniósł i ułożyła go na samej górze tego bałaganu.
- Nie rzucaj półsłówkami to może wyrobimy się tak, że dla odmiany ty będziesz czekał na dzieciaka, a nie dzieciak na ciebie. – zerknęła na Tony’ego krótko i ugryzła się w język, żeby nie zapytać od kiedy jest wzorowym ojcem, który odbiera dzieci z treningu. To nie była jej sprawa. To nie była jej sprawa. Powtórzyła sobie to jeszcze kilkukrotnie, gdy otwierała przyniesiony przez niego album, sunąc spojrzeniem i opuszkami palców po zdjęciach. Patrzyła na grupę młodych żołnierzy i czuła, że tu nie chodzi tylko o coś większego, ale w historii, którą chciał opublikować Tony było coś osobistego. To było personalne.
Podniosła wzrok na mężczyznę i zagryzła lekko wargę zanim się odezwała. Cisza jednak nie trwała szczególnie długo, ale nie oderwała od niego spojrzenia. Wpatrywała się w niego czujnie i uparcie.
- Mam ci zbudować z tego sprawę według twojej narracji… – taaa, miała być jego prapradziadkiem, zapamiętała – Jaki miałeś w tym wszystkim udział, Tony? Któreś z tych dziesiątek cholernych inicjałów i ksywek są twoje? – zapytała, gdy jej wzrok zatrzymał się na zdjęciu, na którym rozpoznała twarz Bellore. Ugh… był wtedy prawie w jej wieku.
anthony bellore
-
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjipłynny?postaćautor
Był jednak zbyt zdesperowany, żeby się tym przejmować; zbyt zdesperowany i zbyt pewny siebie, bo przecież nie można zapominać, że w tym całym szaleństwie Bellore żył w pełnym przekonaniu, że za dwa czy trzy miesiące obejmie swoje wymarzone stanowisko w kanadyjskim parlamencie i że zacznie rozdawać karty w szeregach konserwatystów. W każdym razie – odkąd natknął się na Love w windzie, nie mógł sobie wyobrazić lepszej kandydatki do wykonania tej misji i konsekwentnie wyrzucał ze swojej świadomości scenariusze, w których coś mogłoby pójść nie tak, a ona miałaby to przypłacić karierą, wolnością albo jeszcze gorzej.
Ba – dość powiedzieć, że znacznie mocniej zafiksował się na punkcie „planów”, o których napisała mu w jednej z wiadomości. To znaczy, teraz raczej nie było tego po nim widać, ale skłamałby, gdyby powiedział, że gdzieś tam go nie zakłuło. I to bez znaczenia, że najwyżej na pięć minut, po których wreszcie przypomniał sobie, że teraz nie miał prawa jeszcze bardziej niż wtedy, gdy ze sobą sypiali. Chodzi o skalę problemu i to, jak bardzo był względem niej niesprawiedliwy.
Ale ona chyba też miała swoje za uszami.
– ”Dla odmiany” to ja w ogóle to robię. To działka Brooke. Tylko w ten sposób może dostać kluczyki. – Nie dał się sprowokować – był trochę zaskoczony jej słowami, ale nie mógł się przed nimi bronić. Wiedziała, gdzie uderzyć. Był winny. – Touché – podsumował więc luźno i niby obojętnie wzruszył ramionami, choć w międzyczasie dotarło do niego, że plany chyba nie do końca się udały, skoro tak na niego reagowała. Ale może robił to nad wyrost. – Wygląda tylko trochę mniej profesjonalnie niż na tych moich zebraniach o przecinkach. – Pokiwał głową, gdy dobudowywała nowe pięterko swojej dokumentowej piramidy. Jej salon przypominał teraz centrum dowodzenia wszechświatem i jakby zmagała się w nim z ogromem pracy, więc chciał, żeby wiedziała, że mu to umknęło, ale byłoby za prosto, gdyby powiedział to wprost. Za prosto albo za wcześnie.
– To nie jest żadna moja narracja. To prawda – wtrącił bez cienia zawahania i to nawet jeśli przez chwilę mówili „przez siebie”. To nic, że wierzył w to tylko do pewnego stopnia. Ona nie miała prawa mieć wątpliwości. Sam nie mógł ich w niej zasiać. – Oczywiście, że jest tam moje nazwisko. W jaki inny sposób mógłbym to wszystko wiedzieć, co? – Wywrócił oczami, gdy mijał ją w drodze do kanapy. – Byłem na zmianie, kiedy… Kiedy gówno się wydarzyło. Tak powiedzieli. Gówno się wydarzyło. – Prychnął kpiąco i pokręcił głową, sięgając po kawę. – Nawet nie wiesz, jak bardzo to wszystko jest pojebane… Tam – powiedział, nerwowo obracając kubek w dłoniach, a potem przechylił go do ust. Wbrew pozorom to wcale nie było performatywne. Anthony się naprawdę przejmował – może niekoniecznie z wyłącznie szlachetnych pobudek, ale się przejmował.
Love Roderick
-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
Prychnęła też wymownie, gdy skomentował jej profesjonalny wystrój salonu. Ta… oczywiście, że odebrała jego słowa jako kpinę, ale nie skomentowała. Gryzła się w język, bo cały czas miała z tyłu głowy, że w tym konkretnym przypadku chodziło o coś dużo ważniejszego. Te drobne docinki i animozje można było zostawić na później. Jeśli oczywiście czeka ich w ogóle jakiekolwiek później. Wpatrywała się w niego intensywnie, tak intensywnie jak chyba jeszcze nigdy, a przecież miała kilka ku temu okazji. Nigdy nie unikała kontaktu wzrokowego i to była jedna z jej supermocy, ale do tego chciała przejść za chwilę. I chociaż wpatrywała się w niego ze spokojem wymalowanym na twarzy to w jej głowie panowała burza. Nawet nie zdawał sobie sprawy jaka.
Doceniła, że nie skłamał, ale jednocześnie poczuła jak żołądek jej się ściska na samą myśl, że brał w tym wszystkim udział. Nie wiedziała jeszcze w jakiej roli i jak bardzo był w to zamieszany, ale cokolwiek by to nie było – wiedziała, że to nic dobrego. Z drugiej strony… skoro chciał to ujawnić to może jednak było w nim trochę człowieczeństwa? Może nie miał wyboru? Może po prostu wykonywał rozkazy? A może ona właśnie starała się go usprawiedliwić we własnej głowie… jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.
- Dlaczego przyszedłeś z tym do mnie, Tony? – rzuciła, nie odrywając od niego spojrzenia – Poważnie… dlaczego ja? Dlaczego nie poszedłeś do jakiegoś dziennikarza śledczego? Kogoś, kogo będą chcieli słuchać. Mogę stworzyć tą historię, mogę ją wyciągnąć na światło dzienne, mogę mieć dowody, ale skąd pewność, że ktokolwiek mi w cokolwiek uwierzy? Trzeba było iść do kogoś ważnego, kogoś z kogo zdaniem się liczą, bo ja? Ja jestem dziewczyną z wieczornych programów, która po prostu ma wystarczająco głęboki dekolt i wystarczająco głęboko wpatruje się politykom w oczy, żeby gubili rezon i można było ich pociągnąć za język – jakby nie było… sam poniekąd padł jej ofiarą. Co prawda jeszcze w czasach zanim mogła się tak porządnie wykazać na wizji, ale padł! – To jest grube… bardziej niż cokolwiek, co razem robiliśmy – popukała palcem z stertę dokumentów na stoliku – Tak bardzo, że mnie mdliło, gdy to czytałam. – a zdjęcia, które były załącznikiem do raportu prawdopodobnie będą jej się śnić po nocach do końca życia – I nie chciałabym tego spierdolić. Więc po prostu nie wiem… nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą, Tony. Nikt nie bierze mnie na poważnie. – nie próbowała być fałszywie skromna, była raczej po prostu świadoma swojej pozycji w medialnym świecie. A przynajmniej tak jej się wydawało, bo może górę wzięło jej zachwiane poczucie własnej wartości.
anthony bellore
-
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjipłynny?postaćautor
Tylko, że… To chyba jednak oczywiste, dlaczego Anthony zadawał się z Love. Albo przynajmniej dlaczego przede wszystkim; była diabelnie atrakcyjną kobietą o wyjątkowo zjawiskowym typie urody, a jakby tego było mało, to jeszcze miała w sobie coś z… Młodej Kimberly. Uśmiech, nos, kolor oczu, spojrzenie, może jakiś gest… Bellore chyba sam do końca nie wiedział co konkretnie, ale po prostu dostrzegał to podobieństwo (albo dostrzegać je chciał) i to ono - w pierwszej kolejności - popchnęło go w jej ramiona. Uczciwie należy jednak dodać, że to nie tylko seks (pewnie, skądinąd, dobry, skoro sypiała z nim tak długo) sprawił, że szybko polubił spędzać z nią czas. Love mogła zaoferować znacznie więcej – była bystra i potrafiła celnie skontrować, a poza tym wciąż miała w sobie dużo tej naiwnej (to nie zarzut) wrażliwości, której brakowało tym wszystkim ważniakom, w których towarzystwie poruszał się na co dzień; której brakowało jemu.
Ale najbardziej urzekała go ambicją. Pewnie, że 95% rówieśników na jej miejscu zarzekałoby się, że interesuje ich jedynie sam szczyt, ale to jednak w jej oczach widział ogień i głód – głód sukcesu, którego (przynajmniej jego zdaniem) nie tylko pragnęła bardziej od innych, ale i po prostu na niego zasługiwała. A to pobojowisko w jej salonie było tego najlepszym dowodem. To nie był, rzecz jasna, pierwszy raz, kiedy Anthony widział te dokumenty na własne oczy, ale na stoliku kawowym w czynszowej kawalerce ogrom materiału robił większe wrażenie, niż kiedy pochylał się nad nim na sali konferencyjnej w siedzibie fundacji. Być może to różnica w rozmiarach obu pomieszczeń stworzyła iluzję przekonania, że przekopanie się przez te papiery to syzyfowa praca, a może właśnie dotarło do niego, że to nie fizyczny ciężar teczek, aktówek i kartonów był tym największym. W każdym razie – od razu pożałował, że uciął jej tę uwagę.
Tym razem potrzebowała bowiem wsparcia.
Bellore miał najwyżej ze dwie sekundy, żeby ją zdiagnozować i dobrać jej leczenie, po tym jak wyrzuciła z siebie te wszystkie niepewności. W grę wchodził chłodny, wręcz obcesowy atak na jej samoocenę albo wprost przeciwnie – iście ojcowskie traktowanie, które teraz bardziej do nich pasowało, skoro układ dotyczył jedynie pracy. Anthony przywołał ją do siebie, klepiąc parę razy dłonią w kanapę i odezwał się dopiero, kiedy usiadła obok niego.
– Gdyby chodziło tylko o dekolt, to Sydney Sweeney prowadziłaby główne wydanie wiadomości w Foxie. – Wbrew pozorom to nie takie dziwne, że kojarzył to nazwisko. Euphoria jest pewnie na liście must-watch dla rodziców nastolatków, a nawet jeśli nie, to good jeans/genes było niezłym paliwem napędowym dla środowisk, z którymi Tony był związany. Love nie powinna na niego patrzeć aż tak… Aż tak. – Ile znasz dziewczyn w twoim wieku, którym ktoś pozwolił samodzielnie prowadzić program zaraz po wieczornych wiadomościach? Uważasz, że wszystkie się tam znalazłyście tylko dlatego, że macie cycki? Naprawdę? – Prychnął, ciągle maltretując swój kubek. – Wiesz, teraz sobie myślisz, że mówię to, co chcesz usłyszeć, żeby cię przekonać. Że tobą manipuluję albo coś w tym stylu. Ale to bzdura. Przecież ty masz rację. Mógłbym pójść do jakiegoś innego dziennikarza i nie zawracać ci tym głowy, a potem znów spotkać cię na korytarzu zamiast w studio – przed kamerą. Tylko że… Naprawdę muszę to mówić? Że to marnowanie twojego talentu i że mnie to wkurza? Że ciebie też powinno wkurzać? Przecież ty to wszystko wiesz – przerwał na chwilę i obrócił głowę w jej stronę, żeby na nią zerknąć. Wcześniej gapił się przed siebie i raczej nie miała okazji, żeby go rozgryźć – teraz mogła próbować rozczytać, czy w to wszystko wierzył, czy jednak nawijał jej makaron na uszy. – Przyszedłem do ciebie, bo jesteś dobra, bo ludzie przed telewizorem ci ufają i bo nie dajesz nikomu sobie wejść na głowę. A poza tym jeszcze nie przesiąkłaś tymi plemiennymi konfliktami ani korporacyjnymi farmazonami. – Wcześniej pewnie mogła próbować się doszukać jakiejś nieuczciwości czy braku przekonania, ale to ostatnie było całkiem szczere. Prosto z jego konserwatywnego serduszka. – Jeśli mam wyjść i zabrać to ze sobą, to wystarczy tylko słowo – dokończył, kiwnięciem głowy pokazując na stos dokumentów i wreszcie zdrowo pociągnął z kubka. Z tej podniosłości zaschło mu w gardle. I dobrze. Mógł milczeć. Piłka i tak była po jej stronie.
Love Roderick
-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
I bardzo dziwnym uczuciem było wiedzieć, że on ją za taką miał.
Na kanapę przeszła zupełnie automatycznie. Usiadła obok Anthony’ego, ale bardziej zapadła się w poduszkach i podciągnęła do góry nogi, więc gdy sam siedział bardziej na brzegu kanapy – wpatrywała się raczej w jego plecy i tył głowy niż jego samego. I może to dobrze. Bo chociaż robiła to intensywnie, wwiercała się w niego spojrzeniem to jednocześnie wcale nie chciała, żeby on wpatrywał się w nią. To zdecydowanie nie był moment jej chwały i gdy mówił jej te wszystkie rzeczy – jakby nie było miłe! – poczuła dziwny ścisk w żołądku.
Nie odpowiedziała więc od razu. Przez krótką (wcale nie) chwilę pozwoliła jeszcze ciszy między nimi trwać, a ona sama przeniosła wzrok z Bellore na stertę papierów na stoliku. Burza wcale nie minęło, a ona w tym momencie nawet nie wiedziała, czy bardziej zastanawiała się nad rzeczami w tym raporcie, czy nad tym, co jej powiedział. A może bardziej nad własnymi uczuciami?
- Nie zgadzają się daty… póki co wpadłam na jedną, pewnie jest ich więcej. – rzuciła, wracając spojrzeniem do Tony’ego. To chyba była jej odpowiedź? Chwila dramaturgii, małe załamanie… ale przecież od czasu, gdy dokumenty wpadły w jej ręce to nie robiła nic innego tylko je przeglądała, czytała i analizowała. Nawet jeśli miała wątpliwości, nawet jeśli panicznie się bała (i głupia byłaby jakby się nie bała!) to w głębi serduszka wiedziała, że i tak to zrobi. Nie ma co się oszukiwać, że duże znaczenie miało w tym też to, że… - Nie chcę, żebyś wychodził. – dodała wpatrując się w męskie tęczówki. Znowu odrobinę zbyt długo. Bo nie chciała, żeby wychodził z niekoniecznie dobrego powodu, chociaż nie powiedziałaby tego na głos. Nie przyznałaby się do tego pewnie nawet na torturach.
Wyprostowała się, przesunęła i pochyliła nad stolikiem, żeby znaleźć odpowiedni plik kartek, który jako jeden z pierwszych wpadł jej w oko, i któremu poświęciła sporo czasu. Na dokumentach były żółte karteczki post-it z odręcznymi notatkami Love. Podała je Bellore i zagryzła wargę, obserwując przy tym jego i reakcję na to, co było w papierach i jej notatkach –Nie zmarł wcale po stronie Afgańskiej.
anthony bellore
-
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjipłynny?postaćautor
Ciekawe, czy Love zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo go zestresowało to jej milczenie. I to, że schowała się za jego plecami. Nie widząc jej twarzy, Anthony nie mógł przecież nawet zmienić frontu, gdyby jej wyraz zdradził, że ugłaskiwanie (szczere, ale jednak ugłaskiwanie) nie przynosiło zamierzonych skutków. Do samego końca musiał zatem polegać na swojej intuicji i liczyć na to, że po dwóch latach wciąż „działała”; że nadal potrafił zinterpretować jej zachowanie i że ciągle potrafił do niej mówić. Albo ewentualnie – że pomimo swojej spektakularnej wpadki w jednym z ostatnich programów telewizyjnych jeszcze potrafił mówić do ludzi w taki sposób, w jaki lubili o sobie słuchać. W każdym razie – choć był to dobry moment na refleksje i zastosowanie swoich słów w praktyce, Bellore nie zapędził się w swoich rozważaniach aż tak daleko, żeby zgodnie z obietnicą wyjść, gdyby to właśnie tego chciała. Wręcz przeciwnie – pilnując, aby nie wzdrygnąć się pod wpływem nieprzyjemnego dreszczu, który przebiegł mu po plecach, kombinował nad tym, jak inaczej mógłby ją na to wszystko namówić.
Na jego szczęście – udało się.
Kiedy pierwsze pytanie wypadło z ust Love, Anthony musiał mocno zagryźć wargi, żeby nie zacząć odpowiedzi od pełnego ulgi wydechu. To nie tak, że gdyby go odrzuciła, gra byłaby skończona, ale kiedy myślała o obopólnym zaufaniu, wcale nie była tak daleka od jego punktu widzenia. Jej – tak mu się przynajmniej wydawało – nie musiał już sprawdzać; przy niej nie musiał oglądać się przez ramię. Skoro milczała przy jego żonie i nigdy nie zdradziła jej ich wspólnej tajemnicy, mógł jej powierzyć znacznie poważniejsze sekrety. Teraz. Już. Dokładnie w tym momencie.
Musiał jednak usłyszeć konkretną odpowiedź. Bardziej dla zaspokojenia własnego sumienia niż z troski o Love, ale… Hej – ostatecznie naprawdę wyszedłby, gdyby powiedziała, że nie chce sobie przypadkiem spieprzyć życia. Zrozumiałby. Akurat ją tak.
– Jest. Jest ich więcej – odezwał się więc dopiero, kiedy wydusiła z siebie coś więcej niż suchą uwagę na temat dokumentów. A że zrobił to samo? Cóż, jakby to ująć - jej słowa sprawiły mu niemałą satysfakcję; jej słowa albo jej słowa i sposób, w jaki na niego spojrzała, a właściwie to co chciał w jej spojrzeniu zobaczyć (ale tylko przez trzy sekundy, potem obrączka drgnęła mu na palcu jakby była wiedźmińskim medialionem i wszystko wróciło do normy). – Nasi podpatrzyli to od jankesów. Kiedy tylko kończyło się przesłuchanie, szpiony wysyłały chłopaków z JTF do pobliskich wiosek, żeby upozorować, że byli zbyt zajęci na zajmowanie się papierologią. Wiesz, żeby w razie czego wykpić się, że pisali z pamięci, zmęczeni i tak dalej. Właśnie na wypadek, gdyby zdarzyło się coś takiego – wytłumaczył. Zamiast pochylać się nad papierami, opadł jednak na oparcie i odchylił głowę do tyłu. Garbienie się było zbyt męczące. Kanapa za to prawie tak wygodna, jak ją zapamiętał. Wszystko dlatego, że akurat to pamiętał tak dobrze, że nie potrzebował przypomnienia z wybranych przez nią dokumentów – wydruk odebrał, ale nawet nie rzucił na niego okiem. – Wcale mnie to nie dziwi – rzucił trochę zbyt nonszalancko, dlatego zaraz odchrząkiwał i czujnie wyglądał w jej stronę. – Chodzi mi o to, że to był element gry między firmami. Czasem oni nam, czasem my im. Ja wiem, jak to brzmi, ale to nie my ustalaliśmy reguły. Dostosuj się albo giń, czy coś w tym stylu – wytłumaczył się najlepiej, jak potrafił. – W każdym razie – to nie był pierwszy przypadek, więc dowództwo miało gotowe procedury. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek wtedy panikował. Dzień jak co dzień, wiesz? – Dokończył i przechylił kubek do ust, starając się opanować emocje. Love była drugim cywilem, któremu o tym opowiadał i tak jak wtedy, kiedy mówił o tym Kimberly, teraz też obawiał się o to, jak bardzo zmieni o nim zdanie. Wnioski przecież nasuwały się same.
Love Roderick
-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
SSkupić na jego słowach, a nie na nim.
SI słuchała uważnie, chłonąć każde wypowiedziane przez mężczyznę słowo. Każde nasi, każde my. To jak bardzo nie był tym wszystkim zaskoczony, ani poruszony. Podchodził do tego z taką dawką nonszalancji, że naprawdę była w stanie zrozumieć, że był to dzień jak co dzień, a ją z tego powodu przeszedł kolejny dreszcz. Tym razem jednak ani trochę nie przyjemny. Próbowała zrozumieć, co z tego wszystkiego było najważniejsze i jaki był w tym wszystkim jego cel… co chciał osiągnąć? Czy w tej stercie papierów było coś, co pomoże mu uniknąć odpowiedzialności za wszystko, co się wtedy wydarzyło? Czy w ogóle ktokolwiek zostanie do niej pociągnięty?
S- To nie była pomyłka… – rzuciła cicho, bardziej do siebie niż do niego, zawieszając wzrok na dokumentach leżących na stole i dając sobie moment dwa lub pięć, żeby się nad tym zastanowić – Tu nie ma pomyłek. Tworzyliście lukę, którą później wypełnialiście wersją, która była w danej sytuacji była… pożądana. – podniosła wzrok na mężczyznę, wbijając w niego swoje ciemne spojrzenie jakby chciała wyczytać z niego coś więcej. Jakby po cichu liczyła, że dalej to potrafiła, że umiała wyczytać coś z jego grymasu, jego napiętej szczęki i spojrzenia. Chciałaby. Przesunęła wzrokiem od jego twarzy do dłoni, w której trzymał dokumenty. Tylko jej spojrzenie nie zatrzymało się na pliku kartek, a na jego obrączce. To był moment, zaledwie ułamek sekundy i znów wróciła do jego spojrzenia.
S- Nie mówisz o tym jak o czymś, czego dowiedziałeś się później… z dokumentów, czy relacji innych żołnierzy. – zresztą podejrzewała, że raczej nie rozmawiali o tym przy śniadaniu w kantynie albo przy zimnym piwku w wolny wieczór – Nie spojrzałeś nawet na te papiery. Pamiętasz te wydarzenia. Pamiętasz te procedury i rozkazy. – dodała znów ciszej niż chciała, jakby głos jej się lekko załamał. Burza w jej głowie wcale nie malała, wręcz przeciwnie… rozszalała się na dobre. Dalej mówiła bardziej do siebie niż do niego, chociaż nie mógł jej nie słyszeć – Naiwnie liczyłam, że gdzieś na drodze swojej kariery wpadłeś na te dokumenty i uznałeś, że należy zrobić coś dobrego. – więc gdy powiedział, że był tego świadkiem a teraz z każdym jego kolejnym zdaniem coraz mocniej się w tym upewniała… czuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. Naprawdę była naiwna. Szlag. Sięgnęła po kubek z kawą, upiła jej większy łyk i wyprostowała się, wracając spojrzeniem do Bellore – Kogo chcesz tym pogrążyć? I jaka jest szansa, że nie dostaniesz rykoszetem? – nie lepiej było poczekać tych kilka lat i zobaczyć, czy gówno samo wypłynie na powierzchnię? - Masz żonę, masz dzieci... naprawdę chcesz im to robić?
anthony bellore
-
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjipłynny?postaćautor
Jego jedyny problem polegał na tym, że wydarzyło się to tak szybko. Love wyciągnęła wnioski jakby na pstryknięcie palcem, a co więcej – wydawało mu się, że była bardzo przekonana o tym, że miała słuszność. Gdy opowiadał o tym (i nie tylko o tym) Kimberly, ona też miała swoje pytania i mnóstwo niepewności, ale znacznie bardziej szanowała zasadę domniemania niewinności… Albo po prostu wolała naiwnie wierzyć, że pokochała mężczyznę dobrego. W każdym razie – nastawiał się, że wątpliwości przyjdą później – z czasem, którego upływ pozwoli jej się zadomowić w przebiegu tamtych wydarzeń tak bardzo, że nauczy się czytać między wierszami. Teraz jeszcze nie zdążył się na to przygotować.
Poczucie żalu czy rozgoryczenia udało mu się opanować tylko z jednego powodu: był pod wrażeniem. Odrzucając na bok wszelkie dylematy odnośnie wciągania jej w dramę na taką skalę, dokonał dobrego wyboru, powierzając jej te wszystkie tajemnice. Zapewnienia, że marnowała się na ławce rezerwowych, przestawały być kurtuazją w czasie rzeczywistym. Była naprawdę dobra. Miał nadzieję, że to dostrzegała.
– Oczywiście, że na nie spojrzałem. – Wywrócił oczami. Do tej pory całkiem nieźle kontrolował emocje i nie dawał po sobie poznać, że „zabolało”, ale w końcu musiała się zbliżyć do granicy. Tą jego było wytknięcie mu prawdy – nawet jeśli to był ułamek większej całości. – Ale teraz, a nie wtedy, kiedy to się stało. Nie mówię, że wtedy się niczego nie domyślałem, ale ja byłem tylko kapralem i to w dodatku w logistyce, więc nikt nie potraktowałby mnie poważnie. Zwłaszcza tam. – Mówienie o sobie w ten sposób było okropnie upokarzające z miliona powodów, ale w tej chwili najbardziej drażniły go wymówki, do których się uciekał. Ojciec zawsze mu powtarzał, że są dla słabych, a jego słowa wciąż odbijały mu się po głowie echem i prowadziły do gorszych wyborów. – Nie „naiwnie”. To prawda – próbował się wtrącić i zdusić temat już w zarodku, ale na to było chyba już za późno. Pytała dalej i to z takim zacięciem, jakby siedzieli przed kamerą w jej studio.
– Wystarczy – rzucił szorstko, posyłając jej surowe spojrzenie. – Nie przejmuj się mną ani moją rodziną. Jeżeli mam oberwać rykoszetem, to widocznie tak miało być i nic z tym nie zrobię – zaczął może nawet zbyt odważnie, ale był przecież tak bardzo przekonany o swojej słuszności, że nie dopuszczał do siebie, że mógłby być winny. – Uznałem, że należy zrobić coś dobrego, ale nie dla faceta, który zginął, tylko dlatego, którego lada chwila niesłusznie obwinią o tę śmierć. Nie mówię, że nie jest mi przykro z jego powodu, ale już nie przywrócimy mu życia. Po prostu. Ale Malarz… On ma przed sobą jeszcze trochę czasu. I wcale nie musi go spędzić w pudle za coś, czego nie zrobił – tłumaczył powoli i spokojnie, ale Love go znała i mogła przeczuwać, że to tylko pozory. Anthony często uciekał przed faktycznymi emocjami właśnie w udawany luz, dystans albo w ogóle grzeczność. Robił się sztuczny, po prostu. – Znajdź w albumie stronę ze zdjęciami dowództwa. Są podpisane tylko ksywkami, to nic ci nie powie, więc szukaj znajomej gęby. Podpowiem – trzecia strona, drugi rząd – widząc, że nie ruszyła się z miejsca, ponaglił ją skinięciem głową, a potem odezwał się dopiero, gdy pochyliła się nad fotografiami. – Tak, sukinsyn się w ogóle nie zmienił. Strzelam, że teraz zastanawiasz się, dlaczego jego nazwisko nigdy nie pojawia się w dokumentach, skoro nawet byle jaki kapral Bellore podpisał się pod pokwitowaniem za jakiś akumulator, nie? Słusznie. To dziwne. Więźniowie to przecież jego działka. – Anthony wzruszył ramionami, uważnie się jej przyglądając. Zauważył, że skupiona ciągle grymasiła na twarzy w ten sam sposób, ale to nie był dobry moment na myślenie o tym, co jeszcze robiła tak samo jak przed laty, więc odchrząknął i wrócił do mówienia. – Znajdź sprawozdania z przesłuchań tego nauczyciela. Mogą być ostatnie. Interesuje cię „Nienazwany żołnierz Armii Kanadyjskiej nr 15” i „Nienazwany żołnierz Armii Kanadyjskiej nr 16”. Jak myślisz, który z nich jest teraz szefem komisji obrony narodowej w parlamencie, co?
Love Roderick
-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
Spojrzała na niego ostro, gdy stwierdził, że wystarczy. Bo naprawdę? Naprawdę wystarczyło? Ona mogłaby tak dalej… znalazłaby pewnie kolejne pytania, które chciała mu zadać i kolejne wątpliwości. Ba! Kolejne argumenty o tym, że nie powinien tego upubliczniać dla własnego dobra. Jeszcze tylko nie potrafiła przyznać dlaczego przejmowała się jego dobrem. Nad tym pewnie zastanowi się jak zamknie za nim drzwi do mieszkania albo kolejną noc z rzędu nie będzie mogła spać.
Ściągnęła mocniej brwi i zawahała się, ale ostatecznie otworzyła album na stronie, o której mówił Bellore. Opuszką palców przesunęła po fotografii… raz, drugi i kolejny. Szukała wzrokiem znajomej twarzy, kogoś kto mógłby wzbudzić jej podejrzenia. Przy tym skupieniu aż zagryzła wargę i zmarszczyła czoło, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że tak uważnie jej się przyglądał. Ale gdy podniosła głowę natrafiła na jego spojrzenie. Nie speszyło jej. Prawdę powiedziawszy jego spojrzenie od bardzo dawna jej nie peszyło i ta krótka przerwa, którą sobie zrobili – nic w tym temacie nie zmieniła.
- To ten, który oddawał mężczyznę w ręce Afgańczyków. – rzuciła od razu i wróciła do wertowania papierów w poszukiwaniu odpowiedniej pliku i odpowiednich wydarzeń. Nienazwany żołnierz… pamiętała, rzuciło jej się to w oczy. Domyślała się, że musiał być to ktoś istotny skoro nie chcieli wzbudzać żadnych podejrzeń, ale nie przypuszczała, że mogło to dojść tak daleko. Od razu też zaczęła się zastanawiać, czy zaszedł tak daleko, bo brał w tym udział, czy wiedział kto jeszcze był w to zamieszany? – Czyli wiedział, że mężczyzna nie żyje, ale twierdził, że wydał go w dobrym stanie. Przesłuchiwał, czy tylko to nadzorował? A może po prostu po tym sprzątał? – odkleiła się od papierów, żeby wrócić spojrzeniem do Anthony’ego i wbić w niego uważne spojrzenie. Jakby chciała z jego twarzy wyczytać coś więcej, jakby w jego oczach albo mikroekspresji była zapisana prawda – Powiedziałeś, że Malarz ma przed sobą jeszcze trochę czasu. Pamiętasz jak się nazywał? Jest szansa, że mieszka w Kanadzie, czy to ten moment, w którym okazuje się, że muszę lecieć na jakąś pierdoloną pustynię, żeby z kimś porozmawiać? – oh, oczywiście, że chciała z nim porozmawiać… nawet jeśli była pewna, że on nie będzie chciał rozmawiać z nią. Miała jednak nadzieję, że uda jej się go jakoś przekonać.
anthony bellore