27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

outfit
trigger warning
standardowo przekleństwa
- Jeszcze pięć minut - wymamrotała sennie, gdy William próbował ją dobudzić. Ze stresu prawie nic nie spała, a Riczi wyniósł się z jej pokoju po szóstej. Zasługiwała na tę krótką drzemkę. Mocniej przykryła się kołdrą i cicho przeklęła, gdy mężczyzna wciąż zatruwał jej sen. Półprzytomnie spojrzała na zegarek i wyciągnęła rękę, żeby pociągnąć tego debila na materac. - Jest dopiero po ósmej... Pięć minut... - wymamrotała, wtulając się w jego ciało, rozkoszując się zapachem perfum, których użył. Przynajmniej od tych ją nie mdliło, bo Ricz musiał zmienić po tym, jak wtarabanił jej się do pokoju i zarzygała cała pościel.
Było miło, serio całkiem cieplutko i mogłaby tak przespać cały dzień, ale oczywiście wszystko, co piękne szybko się kończy. Udało się ją dobudzić dopiero po dziewiątej. Trochę zajęło jej ogarnięcie się, więc biedny Noe musiał czekać z Billym w salonie. Nie jej wina, że każdy tak dogłębnie wziął sobie do serca godzinę, którą im podała. W końcu w glorii i chwale pojawiła się przed nimi, okręcając się wokół własnej osi, żeby zaprezentować im jak ładnie się ubrała.
- Może być? - po chuj pytała, to nawet najmądrzejsi rabini nie wiedzieli. Bo nawet gdyby prezentowała się jak gówno, to zapewne powiedzieliby, że jest pieprzoną boginią byleby wyjść. Ich celem było Markham. Jakieś pół godzinki samochodem. Mogła niby zrobić badania tu w Toronto i je odebrać jak każdy cywilizowany człowiek, ale wolała uniknąć nadmiernej sensacji. Jeszcze ktoś by ją poznał i wypaplał Madoxowi. Po co ryzykować? No właśnie po co... Łatwiej było pożyczyć BMW od Madoxa i zrobić całą wyprawę. Po cichu gdzieś tam też liczyła, że cały ten stres jakoś zbliży chłopaków. I Noe przestanie robić jej wieczne jazdy o Billa. A może nawet Patel przekona jej przyjaciela do otwartego związku i wszyscy będą żyć długo i szczęśliwie?
Gdyby wtedy wiedziała co się zaraz odjebie, to zostałaby tego dnia w tym łóżku.
Oczywiście, że ktoś na parkingu musiał zastawić auto Madoxa.
Oczywiście, że musiała na wkurwie się wrócić do mieszkania i zabrać też kluczyki do Jaguara Pilar. Niby mogła zadzwonić na psiarnię i czekać aż ci odholują tamtego skurwysyna, ale nie miała na takie zabawy czasu. Łatwiej było przestawić auto Pilar. Co mogło pójść nie tak? Zakochała się w tym aucie. I resztę swojego życia miała zamiar przeżyć w nadziei, że Pilar znudzi się to cacko i dostanie je w spadku. Byłoby miło. Jeszcze milej gdyby Madox jej też kupił takie, ale to było marzenie ściętej głowy. Ładnie wyjechała i już miała zgrabnie przeparkować, ale jakiś chuj próbował się wcisnąć na jej miejsce.
Wiadomo, bez kłótni nie mogło się obyć. Spuściła w dół szybę i zaczęła wyzywać tamtego gościa, a ten chciał do niej wystartować. No to sama również wysiadła. Dwumetrowy byczek spojrzał na nią z kpiną, gdy stanęła obok Jaguara. Była gotowa się z nim napierdalać. Chociaż zapewne Noe i Billy próbowali jakoś załagodzić sytuację. Typ może jej nie przywalił, ale za to... Nigdy nie sądziła, że to możliwe, ale widziała całe to zdarzenie w zwolnionym tempie. Karczek wsiadł do swojego auta, wrzucił wsteczny i przypierdolił na pełnym gazie w autko Pilar. Wryło ją w miejsce. Stała dobrą minutę z rozdziawioną buzią. Była w takim szoku, że nawet nie spisała rejestracji od tego fiuta.
Nawet nie zarejestrowała, kiedy kucała już przed maską z papierosem pomiędzy palcami, który tlił się, bo ani razu się nie zaciągnęła. Cała krew odpłynęła jej z twarzy, gdy przejechała opuszkami palców po rysie. O ile Madox zabiłby ją za BMW, tak za auto jego żony... - Słabo mi... - wyszeptała, patrząc na chłopaków kompletnie przerażona. Zawsze miała jakiś plan B. Zawsze spadała na cztery łapy, ale teraz... Miała totalną pustkę w głowie. Już nawet prawie nie stresowała się tymi pieprzonymi wynikami. Chuj z tym, kto był ojcem, jeśli zaraz kuzyn miał ją obedrzeć ze skóry.
Cóż... Obiecała, że BMW będzie całe. O Jaguarze nic nie wspominała...

William N. Patel
Noe Villeneuve-Scott
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- No, wstawaj, halo - próbuję ją dobudzić, co prawda rzeczywiście było jeszcze dosyć wcześnie, a ja przylazłem tu o tej porze chyba głównie dlatego, że mi się nudziło, ale właśnie - nie tylko mi się nudziło, jakoś nie mogłem znaleźć sobie miejsca, moje myśli wciąż krążyły wokół tej pieprzonej ciąży, najpierw jednej, później drugiej i ostatecznie chyba trochę liczyłem na to, że razem z Gabi jakoś zajmiemy sobie czas. Nie wiem, porozmawiamy o pogodzie albo coś w tym guście - Niech będzie ale tylko pięć - daję za wygraną i wzdycham lekko kiedy ciągnie mnie na materac. Wtulamy się w siebie, przez chwilę głaszczę ją po włosach, potem po ramieniu, a na koniec chyba obydwoje odpływamy na moment w objęcia Morfeusza. W zasadzie wybudza mnie dopiero dzwonek do drzwi, trochę nieprzytomnie zerkam na zegarek na swoim nadgarstku, po czym zrywam się z pościeli na równe nogi - Ej bo już jest po dziewiątej, ktoś przyszedł, pewnie ten twój ziomek, otworzę mu, ale zbieraj się szybko, nie chcę z nim zostawać sam na sam - bo mnie to stresuje, cała ta sytuacja i fakt, że się podobno przeze mnie kłócili. Jestem już prawie w drzwiach od jej pokoju, kiedy odwracam się ostatni raz żeby na nią spojrzeć, a ta się tylko przewraca ma drugi bok i wyjebane, więc chwytam jakąś poduszkę i nią rzucam w dziewczynę - Zbieraj się!... - dorzucam jeszcze, a w końcu ruszam w kierunku drzwi wejściowych żeby wpuścić kolejnego gościa - No to on! Chodź! - wrzeszczę za Gabrielą, natomiast chłopaka zapraszam do środka, od progu mierząc go spojrzeniem. W sumie nie wiem czy to on, ale gdyby nie był, to chyba w tym momencie by się przyznał? W każdym razie przedstawiam się, że jestem William, a Gaba się ogarnia i zaraz pewnie do nas dołączy - Chcesz coś do picia? Woda? Wódka? - kawy mu nie proponuję bo mi się nie chce robić, poza tym Madox w swoim mieszkaniu miał zdecydowanie lepszy rum niż kawę, o ile w ogóle jakąkolwiek miał. Przechadzam się po otwartym salonie, tylko jakoś nie mogę sobie znaleźć miejsca, więc żeby się zająć czymkolwiek podchodzę do lodówki coby z niej powyciągać różne rzeczy i zrobić dla Gabrieli kanapkę. Może będzie chciała zjeść przed wyjściem. Poza tym mam wrażenie, że to jej ogarnianie się trwa całą wieczność więc kiedy wreszcie do nas dołącza to od razu kiwam głową, że tak, tak, zajebiście jest, a to kanapka dla ciebie. Zakładam trampki i ja gotowy do wyjścia, zresztą w końcu schodzimy na parking, tylko oczywiście nic nie może pójść gładko. BMW zastawione, Gaba wkurwiona, a czas leci, teraz mam wrażenie jakby magicznie przyspieszył. Zerkam na swojego Rolexa, bo się zastanawiam czy odbiór wyników badań ma ustawiony na konkretną godzinę czy to nie ma znaczenia i wystarczy wyrobić się przed zamknięciem. Staję gdzieś z boku i odpalam sobie szluga, nawet wyciągam papierośnicę w kierunku Noe czy też chce zapalić w oczekiwaniu aż Gabi przestanie odpierdalać te swoje manewry z zamianą miejsc. Naprawdę ten dzień zaczynał się fatalnie, same problemy kurwa, jak nie debil, który nie umie parkować, to debil, który szuka miejsca. Nie byłoby z tym problemu, gdyby ludzie tutaj nie mieli po pięć aut, nie wiem po chuj, ja na przykład nie mam żadnego i jakoś żyję - Ale spokojnie, grzeczniej trochę - rzucam, w sumie tyczy się to i Gabrieli i tamtego faceta, który się spruwa przez okno - Po co te nerwy od samego rana, tam kawałek dalej są jeszcze wolne miejsca - macham ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, bo w sumie chuj wie, może nie ma. Niewiele to daje niestety, bo chłop wysiada, Gaba wysiada i bądź tu kurwa mądry. Zerkam z ukosa na Noe posyłając mu takie spojrzenie w stylu ja pierdole, zawsze to samo. Mniemam, że obydwoje nie pierwszy i nie ostatni raz znajdujemy się w takiej sytuacji przez naszą wspólną koleżankę. Staję obok Gabrieli, coś tam próbuję załagodzić sytuację, ale oni się wciąż wyzywają. Niby Gaba ma obstawę w postaci dwóch typów, ale nie czarujmy się - gdyby tamten karczek chciał się bić to pewnie poskładałby nas obu i jeszcze jej wpierdolił ma deser, był wielki, a w bicku miał tyle centymetrów co ona w pasie. Więc tak, zdecydowanie wolałbym uniknąć rękoczynów, zresztą po ostatnim niekontrolowanym akcie bezsensownej agresji miałem moralniaka tydzień. Kiedy facet wraca do swojego samochodu to w pierwszej chwili oddycham z ulgą, a w drugiej dosłownie papieros wypada mi z mordy, bo tak szeroko otwieram usta w wyrazie niemego zdziwienia. Tego, że przyjebie w Jaguara z premedytacją i jeszcze jak gdyby nigdy nic sobie pojedzie w siną dal to się nie spodziewałem nawet w najśmielszych snach. Jestem w równie wielkim szoku co Blais, a otrzasam się dopiero kiedy słyszę jej głos - Mi też - rzucam. Madox ją zajebie, myślę, że łatwiej przyjąłby kasację BMW, Jaguar przecież należał do Pilar i był prezentem zaręczynowym. Gaba miała przesrane - Dobra, spokojnie, to się wyklepie - mówię, chociaż nie wiem czy się wyklepie, prawdę mówiąc słabo się na tym znam, własny samochód miałem tylko raz w życiu i skończył marnie, bo zabrałem Gabi na przejażdżkę, a ona nagle stwierdziła, że ojebie mi gałe w trakcie jazdy i fajnie było. Tak fajnie, że skończyliśmy w rowie, natomiast z auta nie było co zbierać i ostatecznie poszło na żyletki, cud, że nam się wtedy nic nie stało, ale to chyba szczęście głupiego po prostu - Znam jednego gościa, który jest w tym świetny - zapewniam - Ostatnio zajmował się BMW Madoxa po tym jak zaatakował nas byk i sami zobaczcie, zero śladów, powiedzielibyście, że to auto przeżyło bardzo bliskie spotkanie z wściekłą krową? - bo ja nie, facet naprawdę znał się na rzeczy, tylko był drogi i przyjmował za miastem, ale chuj, jak trzeba będzie tam jechać to trzeba będzie tam jechać - Albo ewentualnie możemy udawać, że to się nigdy nie wydarzyło. Jak Noriedzy w końcu ogarną to po prostu udawaj, że pierwsze słyszysz i jak brałaś BMW to Jaguar był jeszcze w swoim normalnym stanie, Pilar chyba nie będzie zbierać odcisków palców z kierownicy żeby sprawdzić czy aby przypadkiem nie prowadził go ktoś inny, nie? - chyba - Więc dowodów brak, świadków? Brak - wzruszam ramionami, bo przecież ani ja ani jej przyjaciel się nie spierdolimy do Madoxa, że to w sumie jej wina. Patrzę to na jedno to na drugie, jeszcze jakieś pomysły?

Gabriela R. Blais Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
26 y/o
Welkom in Canada
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedział, że ta wyprawa do Markham nie będzie zwykłą przejażdżką po odbiór świstka papieru. Miał jechać przecież z kobietą, którą kochał i facetem, z którym ona sypia, żeby dowiedzieć się, który z nich jest ojcem. Ale to, co wydarzyło się na tym pieprzonym parkingu, przerosło wszystko. A zaczęło się od czekania. Punkt dziewiąta stał pod drzwiami miasta Madoxa. Drzwi otworzył mu on. William. Typ, przez którego od miesięcy toczył wewnętrzną wojnę, próbując poskładać relacje z Gabrielą na poziomie przyjacielskim. Od progu zmierzył go wzrokiem i zaoferował wodę albo wódkę, ignorując fakt, że jest rano, po czym zaczął krzątać się po kuchni, robiąc dla Gabi kanapkę. Patrzył na niego i czuł, jak wzbiera w nim irytacja. Patel kręcił się tam, jakby był u siebie, a chłopak miał ochotę zapytać, czy potrafi w życiu robić coś innego poza pajacowaniem.
Gdy Gabriela w końcu raczyła zejść na dół, poczuł znajome ukłucie w klatce piersiowej. Wyglądała pięknie. Jak zawsze – i jak zawsze miała na tyle mało empatii, by nie dostrzegać, że stojący przed nią faceci zaraz eksplodują. William pokiwał tylko głową, że zajebiście, wcisnął jej kanapkę, a on w milczeniu ruszył za nimi na parking. Liczył na szybkie załatwienie sprawy. Los miał jednak zupełnie inne plany. BMW zostało zastawione. Klasyk. Gabi od razu weszła na najwyższe obroty wkurwienia, ale jak to ona, zamiast wezwać straż miejską, poleciała na górę po kluczyki do Jaguara. Kiedy wróciła i wsiadła za kółko brytyjskiego cacka, William stanął obok, spokojnie odpalając szluga i wyciągając w jego stronę papierośnicę, ale on odmówił, bo nie pali. I wtedy pojawił się dwumetrowy karczek w furze, próbujący wbić się na zwalniane przez Gabi miejsce. Zamiast odpuścić i po prostu przeparkować, ruda zrobiła to, co potrafi najlepiej – otworzyła szybę i zaczęła na niego wrzeszczeć. Wymienili wtedy z Billym jedno z tych męskich spojrzeń i nawet przez ułamek sekundy poczuł z nim więź solidarności facetów uwiązanych u boku nieobliczalnej kobiety. Obaj próbowali to łagodzić, ale Gabi zdążyła już wysiąść z auta, gotowa do solówki z gościem, który w bicepsie miał więcej niż ona w talii. Stanął bliżej kalkulując w głowie szanse. Gdyby ten psychol ruszył z łapami, musiałby go uderzyć, a William pewnie dostałby rykoszetem. To, co stało się sekundę później, rozegrało się jak w zwolnionym tempie. Facet wsiadł do auta, wrzucił wsteczny i z pełnym impetem przypierdolił w maskę Jaguara. Huk gniecionego metalu rozniósł się po parkingu, a typ po prostu odjechał. Williamowi dosłownie wypadł papieros z gęby. On sam stał jak sparaliżowany, a Gabi, blada jak ściana, ukucnęła przed rozwalonym przodem z tlącym się w palcach szlugiem, z którego nawet nie wzięła bucha.
Wszystkie ważne sprawy wyparowały, zastąpione strachem przed jej kuzynem. Wiedzieli, że Gabriela właśnie podpisała na siebie wyrok, a w tym całym dramacie William nagle odpalił tryb eksperta od kryzysów, który rozbawiłby go, gdyby sytuacja nie była tak tragiczna. Prawnik zaczął nawijać o jakimś cudotwórcy, który naprawiał auto po tym, jak zaatakował ich wściekły byk. Gdy przeszedł do swojej propozycji, żeby iść w zaparte i udawać, że to nie oni, w pierwszej chwili miał ochotę popukać się w czoło, ale potem spojrzał na przerażoną Gabi. Dziewczyna była na skraju załamania nerwowego, a przed nimi wciąż wisiało najważniejsze zadanie dnia. Odbiór wyników. Westchnął i spojrzał na Williama.
Dobra, Bill… Nie wierzę, że to mówię, ale chyba masz rację — rzucił. — Oficjalnie nic nie wiemy, koniec kropka. Świadków brak, a my nie puścimy pary z gęby. Wstawaj, mała. Pakuj się do BMW, skoro ten chuj odjechał. Skoro twój mechanik od wściekłych krów jest taki dobry, to pomyślimy o nim jutro. Dzisiaj mamy misję. Ewentualnie mogę skoczyć po mojego Mietka. Wiem, to nie jest luksusowe cacko, ale przynajmniej stoi w jednym kawałku - dodał, krzyżując ramiona na piersi i mierząc ich wzrokiem. Czekał na ich decyzję i ewentualne pomysły.

Gabriela R. Blais William N. Patel
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Hormony zrobiły z niej emocjonalną bułę. I może na pierwszy rzut oka tego nie było widać, bo rzucała się do karczka jak pies z wścieklizną, ale gdy tylko zauważyła wgnieciony przód Jaguara, to z jej oczu poleciały łzy.
- Za ile wracają? - to akurat pytanie było skierowane do prawnika. Z cichym jękiem przesunęła palcami po kolejnej rysie. - Dobra. Kupujemy bilety do Amsterdamu. Za trzydzieści minut spotykamy się tutaj już spakowani i wypierdalamy. Jakieś sprzeciwy? - wstała gwałtownie i spojrzała na swoich towarzyszy. I o ile William miał minę pod tytułem, że jasne zrobimy to, to Noe nie był zachwycony jej pomysłem. Przynajmniej tak wywnioskowała z jego grymasu na twarzy. No i chuj. Pozamiatane. A na samą myśl, że Pilar mogła ściągnąć jej odciski, to miała podwójny atak paniki. Jeszcze kurwa połączyliby ją z jakąś kolejną sprawą morderstwa czy coś. O nie...
Wyciągnęła telefon i zrobiła kilka foci uszkodzeniom. Zaparkowała Jaguara, wysiadła i bez słowa przesiadła się do BMW na miejsce kierowcy. Jej umysł pracował na najwyższych obrotach, żeby jakoś się z tego wyplątać. Wpisała w nawigację adres kliniki i cicho westchnęła.
- Wezmę za to odpowiedzialność. - odwróciła się do chłopaków i gdyby Billy miał szluga w mordzie, to na bank po takiej deklaracji kolejny poszedłby na straty. - Noe. Weź od Billego numer do tego cudotwórcy i obgadaj szczegóły. Tylko cenę powiedz mi dopiero jak będziemy u lekarza. Jak mam dostać zawału, to tak żeby nie roztrzaskać kolejnego auta. - przeniosła swoje spojrzenie na Patela i wbiła w jego klatkę piersiową palec. - Zatrudniam Cię. Chujowo płacę. Zadzwoń do ubezpieczalni i dowiedz się jakie papiery mam dostarczyć, żeby ubezpieczenie to pokryło. I zadzwoń na policję. Na bank masz jakieś znajomości. Muszę znaleźć tego szajbusa i podłożyć go Madiemu. Może jak się wyżyje, to mnie nie zabije. - położyła dłonie na kierownicy i dwa razy wzięła oddech. To musiało się udać. Ładnie zapakuje w kokardkę tego napakowanego mięśniami przyjemniaczka i zostawi go kuzynowi na wycieraczce.
- Nie wiem, czy dam radę prowadzić... - westchnęła cicho, bo trzęsła się jak narkoman na odwyku. Oparła głowę o kierownicę i przez chwilę próbowała się pozbierać. - Masz tę melisę? - oczywiście, że kurwa nie, bo zostawili termos na szafce nocnej. - Noe nawet o tym nie myśl. Nie dam ci prowadzić BMW. Poradzę sobie. - już sama nie ogarniała tego, czy chciała ich przekonać czy samą siebie.
Odpaliła silnik i gdy chłopcy ogarniali bieżącą sprawę, próbowała bezpiecznie dowieźć ich na miejsce. Była nawet pod wrażeniem ich cierpliwości. Ona już co najmniej kilka razy uniosłaby głos podczas takich rozmów.
- Chcecie coś? - zapytała, wybijając ich z rytmu, gdy zjechała na stację i jeszcze wskazała dłonią, że obok był McDonald. Żadna wycieczka nie mogła się obyć bez maczka. Zatankowała auto, tak jak obiecała kuzynowi i skoczyła do restauracji po małe co nieco. Na całe szczęście nie było już tej dennej oferty śniadaniowej. Wzięła dla siebie shake'a waniliowego. Frytki i nuggetsy. I jeśli coś tamci chcieli, to też im wzięła. Madi w końcu stawiał. Więc tak można było żyć.
Kolejne piętnaście minut i po sprawie. Zaparkowała grzecznie pod kliniką i spojrzała na resztę, żeby zdali jej sprawozdanie. Nerwicy się nabawi przez tę jebaną klątwę. Tylko, że pierwszy raz liczyła, że faktycznie ona jest i jakimś cudem sytuacja obróci się na jej korzyść. - Ja idę na badania. Mam mieć USG zanim... Chcecie popatrzeć? - podała dokument babce z recepcji i usiadła na plastikowym krzesełku, oczekując na swoją kolej.

William N. Patel
Noe Villeneuve-Scott
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- No dziękuję - kiwam głową do chłopaka, że się ze mną zgadza, po czym przenoszę spojrzenie na Gabi - A kto to jest Mietek jakiś twój znajomy mechanik? - bo oni zwykle mieli takie właśnie imiona. Ruda mnie zagaduje więc zerkam na zegarek i chwilę kalkuluję w głowie kiedy Noriedzy powinni wrócić ze swojego szybkiego ślubu w Rio - No powinni być w Toronto za jakieś osiem godzin - niezbyt pocieszająca wizja, ale chyba nie będą od razu po ślubnej wycieczce lecieć na parking żeby sprawdzić co tam u samochodów? Więc być może mieliśmy trochę więcej czasu? Patrzę na dziewczynę szeroko otwartymi oczami, bo mnie w zasadzie nie trzeba namawiać, wizja życia w drodze jako uciekinier z Toronto miała swoje plusy i minusy. My w trójkącie, europejskie drogi i okradanie bankomatów, w końcu byśmy się tego nauczyli. Gdyby ostatnim razem nie powstrzymał nas wielki strajk pracowników to w tym momencie pewnie smażylibysmy się na jakiejś plaży na Madagaskarze. Mam nadzieję, że chociaż udało im się wywalczyć podwyżki, bo mnie się oberwało za tamtą akcję z kradzieżą. Wbijam się na przód obok kierowcy i jak Gaba zaczyna nam przedstawiać ten swój cały plan to patrzę na nią szeroko otwartymi oczami. Ja pierdole, ona z tym swoim baby brain to i tak w tym momencie była bardziej zmyślna niż my razem wzięci. Wyciągam telefon i szukam numeru do tego mechanika, żeby faktycznie podać go Noe - Dobra, to trzymaj, ale ten gość to jest straszny mruk jak coś, także powodzenia - wtedy jak u niego byliśmy z Madoxem i Riczim to wypowiedział może ze dwa słowa, ale wierzę w to, że młody jakoś da radę - Jak coś to powiedz, że jesteś kolegą Madoxa i płacisz gotówką - tak go jeszcze pouczam, a sam klikam dalej w ekran i zapuszczam nam muzyczkę. Bez odpowiedniej playlisty to ja nie wsiadam do samochodu, w międzyczasie zapinam pasy, a Gabriela dalej nadaje, co więcej szturcha mnie w pierś, na co marszczę brwi, chyba głównie z zaskoczenia - A to w ogóle zamierzasz zapłacić? Coś nowego - już się w sumie przyzwyczaiłem, że dla całej tej rodzinki robię za darmowe porady prawne - Ale pieniędzmi? Bo jak coś to mam też inne pomysły - puszczam do niej oczko i krótkiego buziaka w powietrzu - Ja mam na policję dzwonić? My się nie lubimy za bardzo - no bo zwykle jednak staliśmy po dwóch przeciwnych stronach, ale w zasadzie jest taki jeden, który wisi mi przysługę. Miałem to do siebie, że robiłem wiele rzeczy za darmo, a potem odbierałem w innych usługach, tak zwany barter, który w gruncie rzeczy bawił mnie dużo bardziej niż jakieś tam papierki. Wystarczyło, że Northex wypłacał mi krocie za klikanie w komputer i ogarnianie jakiś bieżących spraw. Zerkam to na Gabi to na Noe kiedy dziewczyna stwierdza, że nie wie czy da radę prowadzić. Ja bym nie dał, ale ja to generalnie jestem chujowym kierowcą, zawsze byłem, fakt, że w ogóle mam prawo jazdy to jest jakaś pomyłka. W końcu ruszamy, więc sięgam do schowka żeby wygrzebać z niego czyjeś ciemne okulary i sobie je zakładam na nos. Zaczynam wykonywać telefony - najpierw do ubezpieczalni, baba na linii coś tam kręci nosem, że mi się może udzielać takich informacji, ale ściemniam, że jestem prawnikiem Pilar i rzucam kilkoma prawniczymi tekstami, żeby brzmieć wiarygodnie. Chyba brzmię, przynajmniej na tyle, że ostatecznie stwierdza, że mi wszystkie niezbędne info wyśle na maila. No i super, życzymy sobie miłego dnia, a potem wybieram numer do Jerrego. Z narkotykowego. Tylko w sumie co ja mam mu powiedzieć? Nikt nie pomyślał, żeby spisać rejestrację tamtego auta, więc póki co to się kończy na tym, że kumpel mi bite dziesięć minut nawija co u niego. Obiecuje, że pomoże w razie wu, ale w tej chwili właściwie nic nie może zrobić. Trzeba się będzie pofatygować do obsługi parkingu i poprosić o jakieś nagrania z kamer albo cokolwiek - Weź mi czarną kawę i jakieś ciastko albo coś - trochę mi się pokruszyło na wycieraczkę, co oczywiście wewnętrznie doprowadza mnie do szewskiej pasji, ale już chuj, później posprzątam. Streszczam im co się udało załatwić, chociaż na ten moment to raczej wielkie gówno, jednak musimy być dobrej myśli - USG? Będzie widać dziecko? - trochę debilne pytanie w sumie. Patrzę na Noe, bo kurwa, ja sam nie wiem czy chcę. Z jednej strony bardzo, z drugiej - co jeśli to we mnie obudzi jakieś instynkty, których wcale nie chcę w sobie budzić? Z trzeciej przecież nie będę czekał w samochodzie, co nie? Opadam na krzesełko po jednej stronie Gabi i zarzucam nogę na nogę, w nerwowym geście macham jedną góra-dół, ale to jest silniejsze ode mnie - Kurwa, stresuję się a wy? - pytam, spoglądając to na jedno to na drugie, a żeby chociaż na moment nie myśleć o tym kto jest ojcem, to gadam dalej - Myślicie, że udałoby się tak zakombinować, żeby to dziecko urodziło się na pokładzie samolotu? Wtedy podobno dają darmowe przeloty do końca życia. Dobry bonus na start, nie? - nie wiem czemu mi to w ogóle przyszło do głowy i to akurat teraz.

Gabriela R. Blais Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
26 y/o
Welkom in Canada
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Mietek to mój samochód, geniuszu, a nie żaden mechanik - burknął pod nosem do Williama, ale tamten był już zbyt zajęty puszczeniem oczek do Gabi i gorączkowym odpalaniem swojej popisowej playlisty, żeby w ogóle zarejestrować tę złośliwość.
Kiedy ruda nagle wpadła w histerię, a z jej oczu poleciały łzy, Noe poczuł, jak mięknie mu serce. Gabi rzadko pokazywała bezbronność, szybko jednak maskowała ją agresją i kolejnymi, coraz bardziej absurdalnymi pomysłami. Gdy rzuciła pomysłem kupowania biletów do Amsterdamu, natychmiastowej ucieczki z kraju, tylko skrzywił się z niesmakiem. Serio? Chciała uciekać z powodu rozbitego zderzaka w pożyczonym aucie? William oczywiście miał minę, jakby już pakował manatki i był gotów na romantyczną ucieczkę we dwoje, ale Noe nie zamierzał brać udziału w tym cyrku. Stał z boku z założonymi ramionami, dając jej swoim grymasem jasno do zrozumienia, co o tym myśli. Na szczęście faza na emigrację szybko jej minęła, zastąpiona przez panikę przed kuzynem. Odruchowo pochylił się do przodu, chcąc zaproponować, że to on poprowadzi, zanim jednak zdążył otworzyć usta, ruda ucięła temat z góry, nie dając mu nawet najmniejszej szansy. Wycofał się na tylną kanapę nieco obrażony. Skoro wolała ryzykować w razie kolejnego dzwonu cała wina spadnie na nią. Wpisał numer od Patela i gdy tylko usłyszał w słuchawce gburowate mruknięcie, od razu przeszedł do rzeczy.
- Dzwonię z polecenia Madoxa. Mamy pilny temat, sprawa oczywiście za gotówkę. Trzeba go sprzątnąć z parkingu i wyklepać przód tak, żeby nikt się nie zorientował. - Mruk po drugiej stronie sapnął, coś tam przeklął pod nosem, ale magia imienia i obietnica żywej gotówki zadziałały. Dogadali się na wieczorny transport. Zgodnie z prośbą rudej, przemilczał kwotę.
Gdy Gabi zjechała na stację, wskazując na McDonalda, tylko pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Czarną kawę - rzucił tylko, bo musiał czymś zapić stres, który od samego rana rozsadzał mu skronie. Piętnaście minut później zaparkowali pod kliniką i weszli w trójkę. Spojrzał na Williama, który zdążył już klapnąć na krzesełko i sam usiadł po drugiej stronie.
- Ja wchodzę - rzucił krótko. To było silniejsze od niego. Nieważne, że przerażała go wizja, że to Bill okaże się ojcem, musiał tam być. Dla niej, żeby nie czuła się sama w tym gabinecie. Słysząc kompletnie odklejoną od rzeczywistości tyradę Patela o rodzeniu dzieci w samolotach dla darmowych biletów lotniczych, Noe nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- Genialny plan - skomentował, opierając się o oparcie krzesła. - Proponuję tanią linię. Ty będziesz odbierał poród w ciasnym kiblu nad Atlantykiem, a ja będę nagrywał, jak negocjujesz z stewardesą darmowe przeloty - dodał weselszym tonem. Siedział nieruchomo, wpatrując się w białe drzwi gabinetu i czując, że każda minuta trwa wieczność.
William N. Patel Gabriela R. Blais
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Przejebane.
Cały ten dzień był na wariackich papierach, a jej myśli jedynie krążyły wokół tego, jak przy tym całym stresie nie zejść na zawał. Proszę unikać nagłych emocji i dużo odpoczywać. Łatwo powiedzieć. Czuła na sobie zaciekawione spojrzenia starych dewotek, które pewnie w swoich myślach przyprószonych Alzheimerem doszukiwały się kolejnej sensacji do plotek. Mogła wziąć całą piątkę na badania, to dopiero byłaby jazda!! Dwójka jednak i tak dostarczała wystarczająco dużo rozrywki, a cały ten harem nie zmieściłby się do BMW. Jeszcze do tego cała ta akcja z Jaguarem... Na samą myśl nuggetsy kotłowały się w brzuszku. Dalej nie wiedziała, ile to będzie ją kosztować. I jak utrzymać Pilar z dala od samochodu na czas naprawy. Skąd ona w ogóle weźmie taką gotówkę?
- No tak... Moja aplikacja mówi, że jest już wielkości truskawki. W sensie, że dziecko. - pokazała Billowi tę dziadowską aplikację, w której mógł zobaczyć wizualizację tego, jak powinno dziecko wyglądać na tym USG. Od razu położyła dłoń na jego nodze. Już ją wkurwiał tym machaniem. Zamiast jakoś ją uspokoić, to powodował, że sama miała ochotę skubać skórki przy paznokciach, a nie mogła, bo wydała kupę dolarów na nowe pazy.
Za to spojrzała na Noe z tym dziewczęcym uśmiechem okazując mu wdzięczność za to, że zdecydował się wejść tam z nią. - Mam nadzieję, że teraz będzie więcej widać. Podobno już twarz będzie bardziej dziecięca. A nie taka plamka jak ostatnio. - pochyliła się bardziej do przodu, żeby opowiedzieć mu o tej nowej wiedzy, którą nabyła. W końcu ostatnio oboje praktycznie nie wiedzieli, na co patrzą. I gdyby nie druga opinia ginekologa, to dalej w tamtej plamce doszukiwałaby się choroby. I już niemal wkręciła się w rozmowę o możliwym porodzie na pokładzie samolotu, ale reakcja przyjaciela ją uruchomiła. Podniosła jedną brew do góry w niemym pytaniu.
- Co jest? - zapytała cicho, bo myślała, że temat Patela mieli już dobitnie zakończony. Jak widać nie do końca, bo Noe zamiast śmieszkować, to ciągle dąsał się i rzucał uszczypliwościami. Tylko tego jeszcze brakowało. Musiała ugryźć się w język, żeby nie skomentować tej popychanki penisów. Żadnych kłótni. Obiecała, ale przyjaciel wystawiał ją na wielką próbę.
- A tak można? W sensie loty są chyba niebezpieczne. Ogólnie to mało mogę robić. Nawet na saunę ani jacuzzi mam zakaz chodzenia. Camemberta też opierdolić nie mogę. Pojebanie, nie? A ty Billy umiesz przyjmować poród? - nawijała dalej uporczywie ignorując głos lekarza, który wołał ją już drugi raz. W końcu jednak musiała zareagować, gdy ten postrach w białym kitlu stanął przed nią. Cóż, po ostatniej wizycie musiała zapaść mu w pamięć.
Szła do środka jak na skazanie. Przebrała się w tę jednorazową spódniczkę i położyła się na leżance tortur. Bo inaczej nie mogła tego nazwać. Każdy przyrząd doktorka wyglądał jak coś wyjęte z horroru. Widzieliście kiedyś wziernik? No właśnie. W takich chwilach tęskniła za swoim szamanem z Meksyku. Chociaż to on wpakował ją w tę całą sytuację. Tym razem dosłownie wysłał jej tabletki szczęścia. Bo gdy tylko na ekranie zobaczyła swoje dziecko, to dała upust własnym emocjom. Mocniej uścisnęła dłoń Noe, gdy łzy spływały jej po policzkach. I ni chuja nie słuchała tego, co lekarz do niej pierdolił. Ważne było, to że małe serduszko biło i jej kruszynka dobrze się rozwijała.
Pierwszy szok nadszedł, gdy ta kruszynka okazała się chłopcem.
Jak byk w badaniach wyszło, że rozwijał się w jej łonie nowy dawca spermy. Ja pierdolę, a ona już planowała kupować mikro sukieneczki i wspólne oglądanie telenoweli. Jakim cudem to akurat chłopak przetrwał pierwsze tygodnie jej ćpania i alkoholizmu? Od razu spojrzała w kierunku Billa, bo to chyba mówiło samo przez siebie, kim był ojciec. Tyle, że wtedy przyszedł kolejny kopniak od losu. Bo doktorek wyciągnął całą teczkę, która była najdroższą w jej życiu. Po tym, ile zapłaciła za te badania, będzie je przeżywać do końca życia. Rzuciła się na te kartki, a jej twarz zmieniała się jak w kalejdoskopie. Już sama nie wiedziała, co czuła. Szczęście? Rozczarowanie? Gniew? Bo to plemniki Noe wygrały to starcie. Noe był ojcem.

Kurwa.
Kurwa.
Kurwa.


Bez słowa cisnęła dokumenty na stół, żeby jej towarzysze zapoznali się z wynikiem. - Muszę się przewietrzyć. - rzuciła głosem wypranym z wszelkich emocji. Wyszła. Uciekając za budynek, gdzie usiadła przed ogrodzeniem i rozryczała się jak mała dziewczynka, chowając głowę pomiędzy uda.

William N. Patel
Noe Villeneuve-Scott
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Patrzę w tą apkę i gówno tam widzę szczerze mówiąc. W sensie, no niby coś tam jest, ale kiedyś mój stary miał tłuszczaka i na USG wyglądało to tak samo. Niemniej nie dzielę się tą informacją, tylko kiwam głową, że niby kumam, a kiedy mi opiera rękę na nodze to przestaję nią nerwowo machać, w zamian zaciskając palce na dłoni Gabi, delikatnie przesuwam kciukiem po jej gładkiej skórze. W czasie kiedy oni sobie coś tam gadają między sobą, to ja wciąż próbuję coś dostrzec w tej pieprzonej aplikacji, ale ostatecznie daję za wygraną i już za moment paplam o samolotach oraz darmowych biletach. Wbijam spojrzenie w Noe - Tanie linie? Nie no, jak się bawić to się bawić, właśnie najdroższe - kiwam łbem, po czym przenoszę wzrok na dziewczynę - Serio? A dlaczego nie można? - nawet sobie nie zdawałem sprawy, że baby w ciąży tyle ograniczeń mają, do tej pory myślałem, że wystarczy nie pić, nie palić i nie ćpać, a tu proszę, nawet camemberta trzeba było unikać - Nie wiem, nie odbierałem nigdy porodu, może umiem - może by się okazało, że urodzony ze mnie położny, kto wie? Pani z recepcji tak się jakoś dziwnie na nas patrzy i sobie w pewnym momencie uświadamiam, że to musi wyglądać co najmniej tak, jakbyśmy z Noe byli parą pedałków, a Gaba naszą surogatką i właśnie przyszliśmy na pierwsze oględziny długo wyczekiwanego potomstwa. Łapię jej spojrzenie, dopiero teraz unosząc na czoło ciemne okulary i widzę lekki uśmiech wykrzywiający jej wąskie, różowe wargi. A potem wszyscy idziemy na badanie i staję gdzieś przy leżance. Patrzę na ekran, a kiedy lekarz mówi, że to chłopiec, to w emocjach łapię za najbliższe ramię, które mi się napatoczyło, a które należy do Noe - Mamy syna - rzucam, patrząc to na niego, to na Gabi, to na lekarza, zaś tym razem to on posyła nam jakiś taki dwuznaczny uśmiech. Szybko wracam spojrzeniem do Gabrieli, ale kiedy do jej rąk trafiają papiery, które przyjechaliśmy odebrać to dosłownie wstrzymuję powietrze. Jej reakcja nie mówi mi nic - bo w zasadzie na każdą opcję mogła zareagować w ten sposób. Odprowadzam ją spojrzeniem. Myślę, że my obydwoje, ja i Noe, równie energicznie wyrywamy się do przodu żeby przeczytać co tam jest napisane, a kiedy widzę jego nazwisko na wynikach to czuję... Chyba wszystko na raz. Jednocześnie ulgę i zawód, radość i smutek. To pierwsze bo naprawdę nie jestem materiałem na rodzica, nigdy nie byłem i nie będę, nigdy w zasadzie nie chciałem być. Poza tym nie muszę się tłumaczyć przed Charlotte, czego bałem się w chuj od samego początku. To drugie bo właśnie uświadamiam sobie, że to koniec. Już wcześniej myślałem o tym co będzie ze mną i Gabą jeśli on okaże się ojcem i chociaż sama Gabriela mówiła przecież, że nic się nie zmieni to wiedziałem, że zmieni się dosłownie kurwa wszystko. Nie czarujmy się - dla niej i tego nienarodzonego chłopczyka to była najlepsza opcja - bezpieczna i stabilna, będzie miał dobrych rodziców, w końcu Noe od dawna ją kochał, może ona też pokocha jego? A ja? Ja... My... My właściwie nie nadawaliśmy się do tego, chociaż ja również byłem w niej zakochany na zabój. Ale może właśnie dlatego powinienem jej teraz pozwolić odejść i układać sobie życie z kimś kto zapewni jej... Im ciepły dom bez tego popierdolonego chaosu, który zawsze panował między nami. To jest jeden z tych nielicznych momentów w moim życiu, kiedy nie wiem co powiedzieć oraz kiedy żadne słowa nie wydają się odpowiednie. Powinienem mu pogratulować? Współczuć? Klepię go po ramieniu i przez zaciśnięte gardło w końcu rzucam - Ja... Poczekam na was przy aucie - bo to on powinien teraz przy niej być. I później. I do końca zasranego życia. Opuszczam na nos ciemne okulary, zanim moje oczy zrobią się zbyt szkliste i zbyt czerwone. Kieruję się na parking i do samochodu, chcę nawet wejść do środka, tylko nie mam kluczyków więc z braku laku opadam na krawężnik, wzdycham ciężko, czuję, że gdzieś w kącikach oczu kręcą się piekące łzy, więc czym prędzej przecieram je nadgarstkiem, po czym odpalam papierosa. Na jednym się pewnie nie skończy. Do dupy. Wszystko było do dupy. Znowu mam ochotę jechać na jebane Kilimandżaro głównie po to, żeby się rzucić z tego pierdolonego szczytu. Życie, ty kurwo, czemu zawsze musisz mi to robić? Wyciągam telefon, bo chce napisać do Wendy i do Peach, ale chociaż wystukuję wiadomość, a nawet dodaję oba numery, to ostatecznie rezygnuję. Kasuję. Wciskam komórkę spowrotem do kieszeni, zaś delikatnie trzęsące się dłonie zajmuję kolejnym papierosem.

Gabriela R. Blais Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
26 y/o
Welkom in Canada
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
absolwent dziennikarstwa i gość od pogrzebów
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kiedy ruda pokazała Patelowi tę idiotyczną aplikację ciążową z truskawką na ekranie, poczuł, jak kącik jego ust drga w mało kontrolowany sposób, ale kiedy Gabi odwróciła się do niego z tym swoim dziewczęcym uśmiechem cała złość z niego wyparowała. Poddał się nagłej zmianie frontu i nachylił się ku niej, słuchając wywodów o tym, że teraz bobas będzie miał już normalną twarz, a nie formę rozmazanej plamy.
- Dobra, trzymam cię za słowo z tą twarzą, bo ostatnio to wyglądało jak zdjęcie burzy piaskowej - rzucił z lekkim uśmiechem, czując, że dystans między nimi na moment znika. William musiał jednak wtrącić swoje trzy grosze o tanich liniach, porodach w samolotowych kibelkach i rzekomych talentach położniczych. Noe tylko przewrócił oczami, słuchając tej paplaniny. Irytowało go, że ruda zamiast uciąć ten absurdalny temat, tylko go podkręciła, dopytując Patela o szczegóły i narzekając na brak camemberta czy zakaz korzystania z sauny.
- Nic, po prostu podziwiam twój dobór tematów w poczekalni u lekarza. Poród nad Atlantykiem i ser pleśniowy to dokładnie to, co lekarz chce usłyszeć na wejściu - rzucił złośliwie. Nie miał zamiaru dalej licytować się z Williamem o to, który z nich ma lepszy humor. Zwłaszcza że wzrok recepcjonistki, która patrzyła na nich jak na patologiczną trójkę, trochę go denerwował.
Szedł krok w krok za Gabrielą, czując na plecach oddech Williama. Kiedy lekarz zaczął rozstawiać te swoje metalowe zabawki, a Gabi wdrapała się na fotel w jednorazowej spódniczce, odwrócił wzrok na monitor. Sprzęt faktycznie wyglądał mało przyjaźnie, ale nie było czasu na rozczulanie się nad estetyką ginekologii. Gdy na ekranie pojawił się czarno-biały obraz, Noe poczuł, jak uginają się pod nim nogi. Mały człowiek. W tej samej sekundzie dłoń Gabrieli wystrzeliła w jego stronę, szukając ratunku, więc Noe bez wahania złapał jej dłoń, pozwalając, by niemal zmiażdżyła mu dłoń. To chłopiec. Rozwija się prawidłowo.
Słowa te zawisły w powietrzu jak wyrok. Bill, stojący tuż obok, w przypływie emocji chwycił go za drugie ramię i wypalił Mamy syna, a Noe spojrzał na niego z góry, kompletnie oszołomiony. Chłopiec. Nowy facet w tym całym popierdolonym klanie. Ruda patrzyła na Williama, jakby sprawa była już jasna – pewnie geny Patela, bo przecież tylko tacy jak on przetrwaliby wszystkie szaleństwa z początku ciąży. A potem lekarz sięgnął po kopertę. Gabi dosłownie rzuciła się na kartki, wyrywając je lekarzowi z rąk. W gabinecie zapadła cisza, że słychać było jedynie szum klimatyzacji. A potem Blais rzuciła papiery na stół i po prostu wyszła, zostawiając ich samych. Niemal jednocześnie rzucili się do stołu z Willem, dopadli do kartek, że niemal rozdarli arkusz. W końcu jego wzrok zatrzymał się na samym dole strony. Prawdopodobieństwo ojcostwa: Noe... 99,9%. Świat wokół niego zawirował. Czuł, jak krew odpływa mu z twarzy, a w uszach zaczyna głośno szumieć. Nie William, nie żaden inny facet tylko on, Noe. Poczuł klepnięcie w ramię i odwrócił się powoli, patrząc na Patela jak przez mgłę. Mężczyzna wyglądał, jakby ktoś właśnie spuścił z niego powietrze. Powiedział, że poczeka przy aucie i szybko wyszedł, a chłopak został sam na środku pokoju, trzymając w ręku papier, który właśnie zmienił całe jego życie. Wybiegł na zewnątrz, omijając główne wejście i od razu skierował się na tyły, intuicyjnie wyczuwając, gdzie mogła się schować. W końcu znał ją najlepiej. Znalazł ją przy ogrodzeniu, a jej ramiona drżały od głośnego płaczu. Przykucnął przed nią, ale nie wyciągnął ręki, nie przytulił jej. Czuł, jak wzbiera w nim wściekłość wymieszana z żalem.
- Gabi - odezwał się cicho, a jego głos był spokojny, chociaż wyprany z ciepła. - Przestań na chwilę ryczeć i spojrzyj na mnie - poprosił, tym razem bardziej zdecydowanie. - Wiem, o co chodzi. Widziałem, jak na niego patrzyłaś, kiedy lekarz powiedział, że to chłopak. Byłaś pewna, że to jego. Chciałaś, żeby to był jego syn - rzucił bez owijania w bawełnę. - I teraz ryczysz tutaj nie dlatego, że jesteś w szoku. Ryczysz, bo jesteś cholernie rozczarowana, że to moje geny wygrały i że utknęłaś ze mną, a nie z nim. Też wolałbym, żeby to wszystko było prostsze. Ale jest, jak jest. Nic nie zrobimy - zakończył swój jakże emocjonujący wywód. Jeden problem może i został rozwiązany, ale przed nim stanął kolejny. Jak do cholery, ma o tym powiedzieć Charly?

William N. Patel Gabriela R. Blais
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Po całym tym cyrku w klinice – to już na bank pół miasta będzie wiedziało, że dwóch gejów znalazło sobie surogatkę. Proszę nie mylić z surokatką. Mamy syna… Żona lekarza zapewne przy kolacji usłyszy piękną historię o tym, jak dwóch mężczyzn dzielnie walczyło o spodnie w związku. Piękny moment pojednania, nie ma co. Bromance. Prawie nawet oddała im to dziecko, ale powstrzymała ją myśl, że to też jej geny. Jej mały dzielny chłopczyk. Którego wychowa na prawdziwego mężczyznę. Od razu jak zacznie chodzić powinna zapisać go na lekcje do Madoxa. A Riczi nauczy młodego gotować. A Noe… Chciał być w życiu dziecka, ale w jakim stopniu?
Co teraz?
Zniszczyła mu życie. Koncertowo dołożyła mu problemów i do tego postawiła jego nowy związek pod znakiem zapytania. Order przyjaciółki roku ląduje do…
Przestań ryczeć… Nienawidziła płakać. Czuła się nieswojo na myśl, że ktoś widział jej moment słabości. Ogarnij się. Każdy w dupie ma twoje emocje. Musisz sobie poradzić sama – jak zawsze.
Uniosła głowę i spojrzała na przyjaciela, który był rozjebany psychicznie niemal w tym samym stopniu co ona. Tak jej się przynajmniej wydawało, ale te słowa… Wydawało jej się, że niczego już od niego nie oczekuje. Te słowa rozjebały jednak wszystko. Nastała cisza. Siedziała z rozmazanym tuszem na policzkach, gdy łzy wciąż spływały w dół. Przez moment tylko patrzyła na niego z rozchylonymi ustami. Coś w niej puściło. Złość wyparła szok. Zamachnęła się. Włożyła w ten jeden cios całą swoją siłę, którą miała biorąc pod uwagę pozycję, w której siedziała i stan. Na jego policzku był różowy ślad po jej dłoni. Wstała, nie przejmując się tym, że spódniczkę miała mokrą od trawy, a na udach były pojedyncze źdźbła i grudki ziemi. Gdyby miała jaja, byłyby teraz wywalone.
- Kurwa, Noe. Pomyliłeś się chyba z przeznaczeniem. Dziękuję bardzo za to, że ubrałeś w tak ładne słowa to, co rzekomo czuję. – nawet nie siliła się na przyjemny ton. Patrzyła na niego z góry z odrazą wymalowaną na twarzy. – Miałeś przestać robić mi jazdy o pierdolonego Patela. A pierwsze co robisz, gdy dowiadujesz się o ojcostwie jest interpretowanie mojego pieprzonego spojrzenia! To jest chore! A te uszczypliwości? Siedziałeś obrażony jak w podstawówce, gdy przeze mnie musiałeś pozostać po lekcjach! Kurwa! Ile razy mam ci powtarzać, że też jesteś dla mnie ważny! Chciałam, żebyś jechał. Żebyś był przy mnie! Nie wiem… Przytulił mnie i powiedział, że jakoś to ogarniemy! A on? Billy jak nikt odwraca moją uwagę od problemów swoim gadaniem! I to pieprzone lotnisko trzymało mnie w ryzach! Ale ty przez swoją zazdrość widzisz tylko to, co chcesz! – krzyczała, nie przejmując się tym, czy ktoś ich słyszy, czy nie. – I tak przez chwilę myślałam, że jest jego, bo jako jedyny z całego tego grona ćpał tyle, co ja! A ja się nie oszczędzałam od początku tej ciąży! Więc mam cię błagać o wybaczenie, że tak pomyślałam?! Ustaliliśmy ostatnio, że nie będziemy razem. Co ci do tego, jakimi uczuciami darzę Billa?! Znowu wracasz do początku! Mam kurwa tego dość! Starałam się, ale ta przyjaźń nie ma sensu! W dupie masz moje uczucia! Moje problemy! Rodzinki też nie będziemy udawać! Pierdolę to. Kontaktuj się ze mną tylko w sprawie dziecka! – popchnęła go i przywaliła pięścią w ścianę budynku, bo jeszcze zaraz ktoś wezwie gliny i ją przymkną. – Będę przy aucie. – odwróciła się na pięcie, wkurwiona na cały świat, nie rejestrując nawet, że krew kapała z jej palców. Pieprzeni mężczyźni. Ich pierdolony testosteron. Minęła Patela, (dalej mam ochotę go przytulić), który wciąż siedział na krawężniku z papierosem pomiędzy palcami. Otworzyła samochód, wślizgując się na miejsce kierowcy. Nie miała siły prowadzić. Nie miała siły już na nic. Sięgnęła do swojej torby z Maka i wyciągnęła shake. Ironia. Pomylili zamówienie. Zamiast waniliowego dostała truskawkowego. Jakby ktoś u góry dawał jej sygnały.
Zaczęła się śmiać, trzymając w dłoni różowy kubeczek.
Pojebane to jak lato z radiem.

William N. Patel
Noe Villeneuve-Scott
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”