29 y/o
For good luck!
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przemoc, krew, przekleństwa, znęcanie się
001.

Słodka, pieprzona wolność.
Pierwsze co to zaczerpnął mocno powietrza w swoje płuca gdy tylko przekroczył granice więzienia, a na jego ustach pojawił się lekki uśmiech, nareszcie po pięciu latach odsiadki za kratami mógł odetchnąć pełną piersią, jego uśmiech poszerzył się na widok jego prawej ręki, która stał oparty o jego ulubiony motor - Harleya Davidsona. Jak on stęsknił się za tym pojazdem, chyba bardziej niż za jakąkolwiek kobietą, zawsze uwielbiał czuć ten powiew na swojej skórze podczas zawrotnych prędkości i manewrów, nie raz na pewno ryzykując swoje cenne życie.
Corvo! Kurwa, nareszcie udało się Ciebie wyciągnąć, dobrze Cię widzieć stary!
Głos jego przyjaciela był niczym miód na uszy, uściskał go na powitanie klepiąc lekko po plecach. Położył swoje wielkie ręce na ramionach mężczyzny odsuwając go na ich długość i spojrzał mu w twarz.
Ani nic się nie zmieniłeś przez te pięć lat, nadal masz ten brzydki ryj — śmiech wyrwał się spomiędzy jego warg, gdy przyjaciel wywrócił oczami i westchnął lekko na jego przytyk, Marco odsunął się od niego o dwa kroki, podchodząc do swojego motoru po którym przesunął lekko palcami czując znajomy, zimny metal, nikt nie miał prawa na niego wsiadać poza nim, zapewne przez te lata kurzył się w jego garażu.
Jest sprawa, ten Aless zaczął się panoszyć w naszej… organizacji, uznał, że to on jest prawowitym dziedzicem i nazwał się następcą, musisz coś z tym zrobić.
Aless.. Zawsze był zazdrosny o to, że to właśnie Marco został wybrany, gdy tamten wstąpił w szeregi mafii to próbował się wybić, ale Corvo mu to udaremniał, przesunął lekko spojrzenie na twarz przyjaciela.
Tak, zajmę się tym, niech dzieciak się nacieszy tą chwilą władzy, mam stare porachunki do załatwienia — wyrzekł po chwili lekko ochrypłym głosem, przez tych cholernych pięć lat miał twarz tej zdziry przed swoimi oczami, musiał najpierw pokazać jej kto tutaj tak naprawdę rządził, już zaczął wysyłając jej smsy, mimo że zdobycie telefonu za kratkami nie było zbyt łatwe, na szczęście mu się udało i dostał cynk od swojego informatora gdzie będzie dzisiejszego wieczoru.
Stary, nie martw się, będzie dobrze — sięgnął po kask na siedzeniu motoru i wsunął go sobie na głowę przerzucając nogę przez maszynę, żeby usiąść sobie wygodnie - cudowne uczucie mieć nad czymś kontrolę. — Widzimy się za parę godzin, muszę coś załatwić, a potem zajmiemy się tym… gówniarzem — puścił w jego stronę oko odpalając silnik, znajome buczenie i wibracje spowodowały, że poczuł się jakby znowu był w domu…

Miała być tutaj dzisiejszego wieczoru, została dostrzeżona przez jego informatora, który ośmielił się sprzedać rudowłosą za działkę, co też ludzie nie zrobią dla tych cholernych narkotyków, od razu przy wejściu uderzył go smród potu zmieszanego z alkoholem i zapewne z zielskiem, skrzywił się mimowolnie na ten zapach od którego zdążył się już odzwyczaić. Zanim tutaj przybył zawitał do swojego nowego apartamentu na Parkdale, wziąć gorący prysznic i wsunął na siebie nareszcie normalne ubrania, w których czuł się niczym ryba w wodzie, pasiak zdecydowanie nie pasował do jego urody. Przymknął na moment oczy gdy głośna muzyka zaatakowała jego bębenki, przeciskając się przez tłum ludzi na parkiecie w kierunku najbardziej zaciemnionego miejsca gdzie zajął miejsce.
Z tego co powiedział mu informator to ta ruda zołza tutaj pracowała, więc skierował swoje spojrzenie za bar i czekał aż się pojawi.
Przechylił lekko głowę na bok gdy ją ujrzał, wpatrując się w nią uważnie, czując ciężar swojego pistoletu schowanego pod koszulką na plecach, zimny metal drażnił jego skórę, ale przez te wszystkie lata nauczył się, że należy go trzymać przy sobie, razem ze schowanym nożem w kieszeni spodni, który miał służyć za plan B. Oparł się o oparcie swojego krzesła nie zwracając uwagi na przechodzących ludzi, którzy zasłaniali mu czasami na nią widok.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Są takie momenty w życiu, że człowiek spogląda w niebo i pyta: Co jeszcze? I los z chęcią dokłada kolejne problemy, bo przecież w kupie raźniej. Roztrzaskany Jaguar, testy na ojcostwo, kłótnia z Noe i wisienka na torcie w postaci wiadomości, które przyprawiały o mdłości. Wymarzone combo. Tylko, że nie miała humoru na tego typu żarty. A każdy kolejny SMS wzbudzał emocje, których przez lata nie dało się wyzbyć. Rosyjska ruletka. Wspomnienia, które z każdym słowem napływały, coraz mocniej napierając na instynkt, który kazał spierdalać jak najdalej od tego gówna.
Nie teraz.
Nie w momencie, gdy była odpowiedzialna za małą bezbronną istotkę, która rozwijała się w jej łonie. Kurczowo trzymała się tej iskierki nadziei, że był to okrutny żart po pijaku. Wysmarowała krótkie soczyste słowa do Madoxa, bo nikt inny nie wiedział o całej tej chujni we Włoszech. Może to był głupi zakład? Znowu się chłop naćpał i coś mu się ujebało w tej główce? Na bank w tym całym Rio nie próżnował ze swoją żonką, ale… Była już w drodze do pracy, gdy Pilar do niej napisała. Zaparkowała swój ukochany motocykl na swoim zaszczytnym miejscu i wbiła do klubu, posyłając uroczy uśmiech typiarze, która rządziła się pod nieobecność szefa. Nawet trzymała w dłoniach mały notatniczek, w którym zapisywała każde jej spóźnienie i przewinienie. Słodko. Kolejna skarga na biurku z Lapacho zostanie dostarczona dzisiejszej nocy.
Jak tak dalej pójdzie, to jednak ten segregator się przyda.
Zerknęła na swój telefon i cicho westchnęła, gdy zobaczyła nową utworzoną grupę. Przygryzła dolną wargę i delikatnie przekrzywiła głowę na bok, pozwalając, żeby kosmyki włosów luźno opadły na jej ramiona. Nie podobało jej się to. Typiara kolejny raz zapisała coś w swoim notatniczku, a ona, zirytowana tym, sięgnęła po zeszycik, żeby wjebać go do zlewu. Odkręciła wodę i ponownie skupiła się na wyświetlaczu, ignorując piskliwy głosik blondyny.
- Mhm… - odburknęła jedynie w odpowiedzi i stanęła za barem. Tutaj czuła się bezpiecznie. Klub był jebaną twierdzą. Makaroniarze nie byli mile widziani w Emptiness, a Madi miał konszachty z Latino Mafią. Zresztą było tutaj pełno kamer i ochroniarzy. Cokolwiek się odpierdalało, to mogło zaczekać.
Przywołała na swoje wargi leniwy uśmieszek, gdy jeden ze stałych klientów zawołał ją i kazał zrobić dwa drinki. Jeden dla niego, a drugi dla niej. Zaśmiała się i zahaczyła paznokciem o srebrny łańcuszek klienta, zmuszając go do tego, żeby mocniej się nachylił do przodu i zerknął w jej dekolt. Szepnęła mu coś do ucha, nie zdając sobie sprawy z tego, że pewne zielone oczy obserwowały każdy jej ruch.
Podsunęła drinka swojemu adoratorowi i pozwoliła mu włożyć napiwek pomiędzy swoje cycki. Sto dolarów. Całkiem nieźle. Puściła oczko mężczyźnie i ruszyła do kolejnego klienta. Zostawiając telefon na ladzie na chwilowe zapomnienie, póki był ruch. Żeby potem nie było, że olewa tę robotę. Przecież starała się o podwyżkę. Chociaż Madi będzie tak wkurwiony za tego Jaguara, że nawet w przeciągu kilku godzin mogła zostać bezdomna.

Marco Moretti
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
29 y/o
For good luck!
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie lubił gdy ktoś spoglądał na cośkogoś kto należył do niego, kącik jego ust zadrgał niebezpiecznie a spojrzenie stało się coraz bardziej przenikliwe, ojciec uczył go, żeby spoglądać na szczegóły, w miarę dobrze ubrany gość z sygnetem na serdecznym palcu lewej ręki, z szerokim uśmiechem, który na pewno zbajerował nie jedną kobietę. Leniwym ruchem wyciągnął telefon ze swojej kieszeni spodni wystukując znany mu odkąd skończył 8 lat numer telefonu - jego najlepszy przyjaciel. Wystarczyły tylko dwa słowa.
Jest sprawa.
Nie oczekiwał żadnych pytań, nigdy z jego strony nie było pytań, wysłał mu lokalizację i rozparty na krześle oczekiwał na rozwój sytuacji. Nie trwało to zbyt długo, jego przyjaciel był rozsądny i wiedział jak przeprowadzić akcję, żeby nikt niczego nie zauważył, aż uśmiechnął się na samą myśl, że miał tak zajebistą prawą rękę.
Leniwie wstał ze swojego krzesła ignorując dziewczynę, która właśnie do niego podchodziła zapewne chcąc się zapoznać, obrzucił ją tylko wrogim spojrzeniem kierując się do wyjścia, a potem w boczną uliczkę gdzie dzięki sprytowi jego przyjaciela została zaciągnięta ofiara.
Ta barmanka przy barze… — zaczął powoli opierając się ramieniem o kamienną ścianę budynku, wbijając spojrzenie w zdezorientowanego i na pewno pijanego mężczyznę, — ładna nie? Rozłożyła już przed Tobą nogi? — krzywy uśmiech pojawił się na jego ustach, a jego oczy zdradzały zdecydowanie zbyt wiele emocji, nie zwracał uwagę na pytania tego mężczyzny gdy nagle dwójka z jego ludzi pochwyciła go za ręce i zmusiła do klęknięcia na ziemi z impetem, który mógłby złamać nawet i kości. Zrobił krok w jego stronę, powoli, niczym czający się drapieżnik na swoją zwierzynę.
Widziałem jak wsuwałeś jej za cycki banknot, która to była ręka? — wyjął nóż ze swojej kieszeni spoglądając najpierw na jedną, a potem na drugą rękę swojej ofiary, zacmokał delikatnie gdy zobaczył ten sygnet.
No tak, to właśnie ta, fajnie było ją… dotykać? — złość pojawiła się na jego twarzy gdy nachylił się nad mężczyzną, a śmiech wyrwał się z jego ust gdy zobaczył przerażenie w jego oczach. Przesunął leniwie krawędzią ostrza noża, którego wyjął ze swojej kieszeni po jego szyi, kierując się w kierunku ręki, właśnie tej którą wsuwał banknot za jej stanik.
Nie słuchał błagań, nie słuchał płaczu gdy ciął raz a stanowczo…
Odetchnął lekko gdy ponownie znalazł się w środku klubu, trzymając mały pakunek w ręce skierował się prosto w stronę baru, nie odrywając ani na moment spojrzenia od rudowłosej za nim, zajął miejsce, dokładnie to co jej adorator parę minut temu przywdziewając na ustach spokojny, ale niebezpieczny uśmiech.
Mam dla Ciebie prezent, lisico — wyrzekł po chwili gdy ich spojrzenia się spotkały i gdy w jego twarzy i oczach odszukała właśnie niego Gdy uchyli wieczko tego paunku zobaczy odciętą rękę mężczyzny, który wsunął za jej stanik banknot, z tym samym sygnetem zdobiącym jego serdeczny palec.
Właśnie się wykrwawia za rogiem, możesz mu pomóc albo… — uniósł lekko zakrwawioną rękę, ślady po swoim czynie, przechylając lekko głowę na bok — … uraczyć mi drinkiem i dzisiaj nikomu innemu nie przytrafi się krzywda — dokończył po chwili wiercąc ją spojrzeniem, który mogłaby porównać do spojrzenia bazyliszka.
Tylko, że ta nie zamieniłaby się w kamień - chyba.


Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, przemoc, drastyczne sceny
Nadzieja matką głupich jest.
Każdy nosił w sobie bliznę, której nic nie było w stanie zasklepić. Traumę, która odciskała swoje piętno na delikatnej psychice człowieka. Rudowłosa niewiele obawiała się w swoim życiu. Bezczelnie spoglądała nieraz samej śmierci prosto w oczy. Z łatwością wchodziła w to swoje małe szaleństwo witając każdy kolejny dzień, jakby miał być ostatnim. Oddawała się tym małym impulsom, które wytyczały jej drogę. Żyła każdą emocją i bawiła się do upadłego, nie zważając na wszelkie konsekwencje. Tyle, że to zwróciło uwagę mężczyzny, który był jeszcze bardziej popierdolony od niej.
Marco Moretti był jej przekleństwem. Skazą na jej barwnym życiorysie, która zniewoliła każdy aspekt jej wolności. Żeby ją odzyskać, musiała poświęcić wszystko. Oddać każdy pieprzony kawałeczek własnej duszy. Wykorzystała sytuację i zaatakowała, kiedy on najmniej się tego spodziewał. Ten czyn kupił jej pięć lat. Zamknęła na cztery spusty tamten rozdział swojego życia, żeby ruszyć naprzód bez niego. Odzyskać samą siebie, ale cena była wysoka. A teraz najwidoczniej przyszedł moment spłaty wszelkich długów.
Była w swoim osobistym piekle, z którego nie było już ucieczki. Przeszłość upomniała się nagle i brutalnie, gdy pakunek pojawił się przed nią na ladzie. Cały świat skurczył się do jego osoby. Głośna muzyka była jedynie szmerem w tle, gdy skupiała się na każdym jego słowie. Serce zamarło, gdy ich spojrzenia na moment się skrzyżowały, a jej ciało zadrżało pod wpływem emocji. Znów przejmował kontrolę, a ją to drażniło.
- Wolałam, jak mi szeptałeś lisico po Włosku. Jak to szło? – jej dłoń zastygła nad małym pudełeczkiem, gdy organizm walczył z mdłościami. Uniosła delikatne wieczko, a jej pełne radości oczy w tej chwili zionęły pustką. O ja pierdolę. On tego nie zrobił… Nie, nie, nie… Kurwa! Niesamowite jak ludzkie części ciała wzbudzały tak wiele emocji. W swoim życiu patroszyła i polowała na wiele zwierząt. Zabijała bez mrugnięcia okiem, ale tej jednej granicy nigdy nie umiała przekroczyć. A to, czego była świadkiem we Włoszech nieraz prześladowało ją w koszmarach.
- Mężczyźni zazwyczaj podarowują kobiecie diamenty. Wysyłają kwiaty albo oddają kluczyki do nowych samochodów. Nie postarałeś się. – serce waliło w jej klatce piersiowej jak pojebane. – Jesteś popieprzony. – wyszeptała, gdy uniósł dłoń i afiszował się ze swoją zbrodnią, nic nie robiąc sobie z tego, w jakim miejscu byli. Nerwowo rozglądała się po klubie, próbując wzrokiem odnaleźć ochronę.
- Nie dam się wciągnąć w twoje chore gierki. Wypierdalaj stąd w podskokach. Nie jesteś tutaj mile widziany. – warknęła maskując strach złością. Doskonale wiedział jak łatwo było ją rozjuszyć. – Nie igraj z ogniem, bo się sparzysz. Wiesz, gdzie mam twoje groźby? – odsunęła od siebie, to pierdolone pudełko. Z jednej strony miała ochotę biegiem rzucić się na pomoc temu mężczyźnie. Tyle, że wtedy niemal od razu wpadłaby w pułapkę tego psychola. Opuściłaby swoją bezpieczną przystań. Prosto pakując się w jego ramiona.
Żółć podeszła do jej gardła, gdy zrobiła krok do tyłu. Sięgnęła po telefon, który leżał na blacie i wybrała numer do swojego kuzyna. Połączenie zostało odrzucone. Czyżby dalej byli w tym pieprzonym samolocie? Kurwa.

Marco Moretti
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
29 y/o
For good luck!
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podobno wszystko co dzieje się w życiu ma jakiś cel, jednak w jego przypadku spotkanie Gabi było jednocześnie najlepszym ale i najgorszym momentem, gdyby wiedział, że ta kobieta wprowadzi go za kratki tak bezczelnie oddając go w ręce policji to sam przyłożył by jej spluwę do głowy i po prostu strzelił. Była uściśleniem wszystkiego co podobało mu się w kobietach ale jednocześnie nienawidził ją całym swoim sercem, a te pięć lat spędzone za kratkami tylko i wyłącznie spotęgowały tę rosnącą w jego ciele nienawiść do niej. Podczas gdy ona żyła normalnym życiem, ten walczył w nielegalnych walkach organizowanych na terenie więzienia, chociażby po to, żeby nie wyjść z wprawy, ale i także budować sobie pewnego rodzaju renomę i respekt, nawet wśród klawiszy.
Nie było łatwo przeżyć przez ten cały czas, nie było łatwo tak po prostu się dopasować, ale mu się udało i teraz był wolny, tylko za jaką cenę?
Volpe Rossa.
Zmielił te dwa słowa w swoich ustach, które chciały przejść przez jego gardło, ale tylko spojrzał na nią swoimi zielonymi oczami w gniewny sposób, przechylając lekko głowę na bok.
Nigdy nie usłyszysz już tych słów z moich ust, mam za to dla Ciebie inne określenia, jak na przykład… zdzira — mruknął po chwili milczenia, gdy uważnie się jej przyglądał jak otwierała pakunek, mogła udawać, ale zobaczył strach w jej oczach, nawet gdy próbowała zamaskować go złością, tak jak zawsze to robiła w jego towarzystwie. Gdy ją poznał to spodobała mu się właśnie przez ten cholerny cięty język i harde spojrzenie, nawet gdy była w nim nutka strachu, która w pewien sposób go pobudzała. Lubił dominować i mieć nad kimś władzę, więc nic dziwnego, że świetnie się kiedyś bawili razem.
Każdy ma w sobie odrobinę szaleństwa, kiedyś Ci się to podobało, zapomniałaś już? — spojrzał jej prosto w oczy, śmiejąc się lekko pod nosem. Przez ten czas gdy można by powiedzieć, że byli razem, dopuszczał się wielu karygodnych czynów, które jak miał wtedy wrażenie potęgowały tylko rosnące między nimi napięcie - seks też był dobry.
Nie szukaj ochroniarzy, mój przyjaciel zadbał o to, są zajęci dzięki czemu mogę z Tobą porozmawiać — mruknął mimochodem wyciągając rękę z pakunku, machając nią lekko przed nosem dziewczyny, napawał się tym jak ten mężczyzna krzyczał i błagał go o litość, to było tak k u r e w s k o pobudzające. Wrzucił z powrotem rękę do pudełka i zaśmiał się lekko na jej wybuch złości, przesuwając spojrzeniem po barze.
Ale ja dopiero przyszedłem i chce się napić drinka, najlepiej jakiegoś mocnego — mruknął sięgając do swoich spodni z których wyciągnął portfel, unosząc się lekko mogła zapewne zobaczyć zarys ukrytej broni za jego koszulką, którą włożył bardziej z boku a nie na plecy. Wyciągnął z portfela banknot i rzucił go na blat niby od niechcenia.
Musimy porozmawiać w cztery oczy i mam w dupie to, że nie chcesz tego. Tak samo jak mam w dupie to, że mogłabyś teraz zadzwonić na policję, chociaż zanim się tutaj pojawią to ja się ulotnie, widzisz tam tego gościa za mną? — obrócił się lekko na krześle barowym i pomachał ręką w kierunku postawnego mężczyzny, który wpatrywał się w bar uważnie, przesuwając czasami wzrokiem po przechodzących obok niego ludziach, było widać, że jest napięty i gotowy.
To mój ochroniarz, bywa bardzo przydatny i uwielbia obcinać ludziom kończyny, więc jeśli nie spotkasz się ze mną to zacznie to robić z innymi ludźmi, może zacznie od tej listy facetów, których przelecialaś? Jak miał pierwszy? Dean? — skrzywił się lekko gdy wymówił to imię, ale po chwili drapieżny uśmiech pojawił się na jego ustach, gdy nachylił się lekko nad barem, zmniejszając trochę dystans między ich twarzami.
To jak, lisico? Będziesz współpracować czy mam użyć siły?
Nie patyczkował się, doskonale wiedziała do czego był zdolny i co potrafił zrobić, jak nie sam to rękoma innych ludzi, którzy byli mu posłuszni nawet po pięciu latach jego nieobecności tutaj.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Podobno pomiędzy miłością a nienawiścią jest cienka granica. Kiedyś w tych zielonych oczach widziała chorą fascynację. Chęć posiadania na wyłączność czegoś, czego ona nie była w stanie mu oddać. To był pierdolony rollercoaster, pełny gniewu i tej rozkoszy, która przez moment władała każdą pieprzoną komórką organizmu. Przez tamten rok zdołała poznać dwie jego strony. Tę, która odbierała wszystko, pozostawiając jedynie za sobą zgliszcza. I tę stronę, która potrafiła czule przytulić ją do piersi, bojąc się, że tym razem przesadził i wyrządził jej krzywdę, której nie był w stanie wymazać nawet czas. Po tych emocjach nie było jednak już żadnego śladu. Zastąpiła je obustronna złość, a ten żar pomalutku przeradzał się w płomień.
- Cóż za szczyt kreatywności. Nigdy nie mów nigdy.
Volpe Rossa. Ten pseudonim stał się ironią wymierzoną prosto w jej twarz. To on trzymał w swoich dłoniach dobre karty, a ona czekała na rozwój ich małej rozgrywki. Każdy ekosystem miał swoją hierarchię. Nawet jeśli lis był drapieżnikiem, Marco pozostawał pieprzonym psem myśliwskim. To on prowadził polowanie. A ten mały prezent był pokazem jego władzy. - Oh, skarbie, dalej uwielbiam ten dreszczyk emocji. Tylko twoje zagrywki już mi się znudziły. - odparła słodko, przymykając na kilka sekund oczy, gdy bawił się swoją nową zabaweczką. Zacisnęła mocniej palce na blacie, walcząc z mdłościami, które były kolejną oznaką słabości. Gdyby tylko udało jej się podejść bliżej i ukraść jego broń. Może jego ludzie dopadliby do niej i zakończyli jej żywot szybciej niż zdołałaby pomyśleć, że to już koniec, ale byłoby warto. Zaciągnęłaby go ze sobą na samo dno.
Uśmiechnęła się leniwie, gdy przyłapał ją na tym spojrzeniu, a cichy śmiech wyrwał się z jej ust.
- Dean? Śmiało. Ostatnio miałam akurat spalić jego motocykl. Wyświadczysz mi tym wielką przysługę. - rzuciła od niechcenia, ale ruszyła swoje zgrabne cztery litery i wzięła czystą szklankę. Zgarnęła z półki jedną z lepszych whisky i uniosła brew w niemym pytaniu. Nie czekając na żadną odpowiedź z jego strony, nalała odpowiednią ilość alkoholu do szkła. Dodała kilka kostek lodu i nawet limonkę dla ozdoby. Poleciała dosłownie po łebkach. Nie zasługiwał na nic wyszukanego.
- Twój drink. - chlusnęła mu trunkiem prosto w twarz i odstawiła pustą szklankę na ladę. Przeciągnęła paznokciem po jego dolnej wardze, zbierając resztkę whisky. Posmakowała jej i z uznaniem kiwnęła głową. - Pierdol się. - wyszeptała prosto w jego usta i odsunęła się gwałtownie, żeby uniknąć jego wybuchu. Zgarnęła banknot z blatu i wcisnęła go pomiędzy swoje piersi, tak jak wcześniej zrobił to amant, któremu odkroił dłoń. - Reszta jest dla mnie jak mniemam? Miło się rozmawiało.
Co teraz, kochanie? Jak mnie wywabisz z mojej lisiej norki?

Marco Moretti
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
29 y/o
For good luck!
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie przyznałby nigdy przed samym sobą, że w pewnym momencie po prostu stracił dla niej głowę, podobała mu się w każdym aspekcie, a jej temperament i cięty język dopełniał tylko i wyłącznie całość. Myślał, że to co było we Włoszech w pewnym momencie było prawdziwe, ale jak zawsze życie wyświadczyło mu siarczystego policzka. Była chodzącym utrapieniem za które kiedyś Marco z pewnością oddałby swoje życie, ale teraz? Nienawiść rodziła się przez te długie pięć lat odsiadki, tylko dlatego, że to ona przyczyniła się do jego zamknięcia oddając go w łapy federalnych, gdyby mogła cofnąć czas to zrobiłaby to ponownie?
Tak naprawdę, to Ty wszystko spieprzyłaś — wyrzekł po chwili milczenia, Gabi znała jego zalety jak i wady, wiedziała, że pod tą maską mężczyzny, na którego pseudonim drżeli ludzie w jego organizacji potrafił ukrywać się tak naprawdę wrażliwy chłopak, tylko że w tym momencie nie było po nim żadnego śladu… To ona przyczyniła się do tego, że stworzyła potwora. Zacmokał delikatnie na jej słowa a westchnienie opuściło jego rozchylone lekko usta, gdy rzucił wzrokiem na pudełko z ręką.
Obiecywał, że nigdy Cię nie dotknie, ale nie przywykłem wierzyć ludziom. Wprawdzie ma jeszcze jedną rękę, ale dla efektu mu ją połamałem — lekki uśmiech rozjaśnił jego usta. Marco w każdym aspekcie był po prostu popieprzony, ojciec wychowywał go w dobrej wierze, ale to dopiero po tym co go spotkało z ręki Gabi stał się potworem bez żadnych wyrzutów sumienia, szedł po trupach do celu, po prostu.
Wiesz, że jeśli nie on to prędzej czy później znajdę kogoś na kim Ci zależy, nie ważne kto to będzie, ale zniszczę go, tak jak Ty zniszczyłaś mnie — jego oczy delikatnie zabłysły, a kącik ust rozjaśnił się w delikatnym, ale szyderczym uśmiechu, przy tej kobiecie musiał w pewnych momentach trzymać swój temperament na wodzy, nawet gdy robiła wszystko, żeby go wyprowadzić z równowagi.
Chociażby jak ten drink.
Zamknął oczy gdy poczuł jak ciecz rozlewa się po jego twarzy, zacisnął ręce, które spoczywały na barze w pięści, mogła zobaczyć jak jego ciało całe się napina, ale nie dawał jej tej chorej satysfakcji. Takim posunięciem rozjuszyła tylko i wyłącznie lwa, którym w tym momencie był patrząc na swoją ofiarę.
Jej dotyk na jego wardze był niczym… wzdrygnął się tylko lekko, ale nie dał po sobie poznać, gdy leniwie przesunął językiem po dolnej wardze smakując drinka, który mu zrobiła. Przesunął ręką po twarzy pozbywając się resztek trunku z niej i odetchnął lekko.
Chciałabyś, żebym się pierdolił — wyrzekł po chwili swoim lekko ochrypłym głosem, wbijając w nią zielone oczy.
Zniszczę wszystkich, których kochasz, ludzi na których Ci zależy, a nadal chcesz brnąć ze mną w te gierkę? — kącik jego ust drgnął lekko, gdy zsunął się z siedzenia przy barze, sięgając po swój telefon, wykręcił numer i przyłożył go do ucha.
Załatw mi dane wszystkich ludzi z których spotyka się pewna ruda zołza, wiesz która. Pewnie będzie trzeba uciąć parę kończyn, będziemy losować jak w ruletce, ciekawe komu odetniemy kutasa.
Przesunął spojrzenie na dziewczynę i puścił jej oczko.
Wsunął telefon po rozmowie do kieszeni swoich spodni.
Dobrze jest mieć wszędzie informatorów, czekam na zewnątrz, masz dziesięć minut — dodał jeszcze odsuwając się od baru, kierując w kierunku wyjścia spokojnym krokiem. Gdy uderzył go chłód powietrza na zewnątrz sięgnął po paczkę papierosów w swojej kieszeni, odpalając jednego i delektując się jego smakiem.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Spieprzyłaś...
I po co od razu te nerwy? Pięć lat odsiadki i od razu tak mocne słowa. Podobno takie miejsca kształtowały charakter, czy coś. To co dla niego było zdradą, dla niej było biletem ku wolności. Cały pieprzony rok czekania na odpowiednią chwilę, żeby wyrwać się spomiędzy jego zaborczych ramion. To nie było życie. Tylko pierdolona egzystencja, gdzie każdy obserwował najmniejszy jej ruch. Żadne pieniądze nie były w stanie wynagrodzić jej tego, że czuła się przy nim jak mały ptaszek złapany w złotą klatkę. Używki były jedyną drogą, żeby nie zwariować w tamtym świecie, gdzie pozwalała mu wierzyć, że to co ich łączyło, było prawdziwe. Każde czułe słowo, które skierowała w jego stronę myśląc o innym mężczyźnie, którego naprawdę kochała.
Jej koszmar powrócił. Znów pojawił się w jej życiu, a ona gorączkowo zastanawiała się, jak pozbyć się tego problemu. Miała zbyt wiele do stracenia. Bała się tego, do czego zdolny był Marco, ale jednocześnie nie była w stanie się przed nim ukorzyć. Prowokowała go, licząc na jakiś błąd. Na rysę w jego zbroi, którą znowu mogłaby wykorzystać.
- Strasznie dużo zachodu, jak na jedną zdzirę. - kontrolował się? Skoro tak bardzo jej nienawidził, to dlaczego posługiwał się innymi zamiast wycelować całą tę tłumioną złość na niej? Jeden subtelny dotyk... Jego reakcja wiele zdradzała, ale nie była już pewna, co było jego grą.
- Usłyszałam dziś, że jestem egoistką. Nie możesz zniszczyć czegoś, czego nie mam. - powiedziała w miarę spokojnym głosem, ale przez jej myśli przeleciały wszystkie imiona. Była gotowa odsunąć wszystkich od siebie, jeśli tylko to miało zapewnić im bezpieczeństwo. Zrobiła to raz, więc mogła po raz drugi poświęcić siebie dla dobra najbliższych. Dupek. Pierdolony kutas, pogrywał sobie z nią. Dziesięć minut... Prychnęła pod nosem, odprowadzając wzrokiem mężczyznę do wyjścia.
Dopadła do telefonu i wystukała krótką wiadomość, czując, jak z jej płuc uchodzi powietrze. Miała przesrane. Czemu w takich chwilach czas leciał nieubłaganie? Kogo znajdą? Kto będzie pierwszy na liście? Riczi? Roska? Noe? William? Madox? Pilar? A może któryś z jej przyjaciół?
- Kurwa! - wsunęła palce we włosy, wbijając paznokcie w skórę głowy. Nie miała wyboru. Musiała do niego wyjść. Zgarnęła z blatu nóż i popędziła w kierunku drzwi, ignorując nawoływania przełożonej. Gdyby Madox nie zamknął swojego gabinetu i wcześniej powiedział jej, gdzie trzymał broń, to może zabiłaby sukinsyna, a tak musiała improwizować. Wypadła przez te cholerne drzwi w ostatniej sekundzie.
- Punktualność nie jest moją mocną stroną. - powoli zaczęła schodzić po schodach, obserwując uważnie każdy jego krok. - Naprawdę potrzebujesz całego tego towarzystwa, żeby mnie przestraszyć? To żałosne. Jeden przeciw ilu? Nawet najgorsza kanalia nie chowa się za plecami swoich ludzi. W seksie też cię już wyręczają? - splunęła pod jego nogi, ale zrobiła gwałtowny krok do tyłu, gdy uniósł dłoń. Kurwa, pokazała mu swoją niepewność, gdy on tylko zaciągnął się papierosem. Serce waliło jej jak oszalałe, ale zmusiła się do zrobienia kroku naprzód.
Głupia.
- Czego ode mnie chcesz? Nie mam nastroju na twoje gierki. - wyciągnęła spomiędzy jego palców tego cholernego papierosa i odrzuciła go na chodnik. Zamachnęła się, żeby wbić ostrze noża w jego brzuch.

Marco Moretti
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
29 y/o
For good luck!
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez ich rok intensywnej znajomości nauczył się, że w każdym aspekcie rudowłosa była nieprzewidywalna, nie chciał jej wypuścić ze swoich rąk, bo Marco zawsze potrzebował tego cholernego uczucia sprawowania kontroli jak i władzy, ona znalazła pewną furtkę, którą wykorzystała i trafił do więzienia na pięć długich lat, ale teraz tutaj był i szyderczo patrzył w jej oczy obiecując, że zamieni jej życie w samo piekło. Traktował ją być może trochę jak słowika, którego należy trzymać w złotej klatce, nikt nie mówił, że był rozsądnym człowiekiem, raczej podchodził do tego wszystkiego bardziej egoistycznie, nie wiedząc, że przez ten cały czas planowała wyrwać się z jego sideł.
Teraz zastawiał nowe, żeby kawałek po kawałku zniszczyć jej życie.
Jestem bardzo pamiętliwym człowiekiem, kiedy ktoś ze mną zadziera to może skończyć tylko i wyłącznie w grobie, nie widzę innej opcji — wyrzekł po chwili z lekkim uśmiechem na ustach, jakby w tym momencie mówił o pogodzie, a nie o morderstwie. Wiedział, że Gabriela nie należała do najgłupszych kobiet, wiedział także po błysku w jej oku, że trafił w czuły punkt, nie dał po sobie jednak tego poznać, bo oboje grali w tę popieprzoną grę.
Jeszcze zanim opuścił lokal to jej pomachał, tak jakby było oczywiste, że ta wyjdzie na zewnątrz - musiała.
Dym drażnił jego płuca gdy zaciągał się powietrzem stojąc przed budynkiem, rozkoszując się, że muzyka, która dudniła w środku była tutaj o wiele ciszej, już powoli zaczynała go po prostu boleć głowa. Ostentacyjnie spojrzał na zegarek na swojej ręce gdy ta wypadła przez drzwi na zewnątrz, pozostało jej zaledwie parę sekund, ale tutaj była co znaczyło, że zależało jej na bliskich i na tym życiu, które sobie tutaj zbudowała przez te pięć cholernych lat.
Zerknął przez ramię na swoich ludzi, którzy stali oparci o najbliższy samochód i wzruszył lekko ramionami na jej słowa, uważnie się jej przyglądając, niczym drapieżnik, który śledził swoją ofiarę. Wiedział, że ta może posunąć się do pewnych rzeczy, które na pewno by mu się spodobały i nauczył się, że przy niej musiał być czujny. Nie był już tym mężczyzną, który tych parę lat temu trzymał ją w ramionach i pozwalał sobie na chwilę normalności w swoim popapranym życiu gdy byli sami.
Jak to mówią, przezorny zawsze zabezpieczony — wyrzekł po chwili zaciągając się ponownie papierosem, mogła dostrzec znany błysk zadowolenia w jego oku gdy zrobiła gwałtowny krok do tyłu jakby się go bała…
Władza.
Kontrola.
To dawało mu pewnego życiowego kopa, który powodował, że czuł się zdecydowanie lepiej.
Czego chcę? Musisz mi zadośćuczynić te pięć lat — wyrzekł po chwili spokojnym głosem, patrząc jak rzuca jego papierosa na ziemię, jego dawna Gabriela na pewno wzięła by go w usta i zaciągnęła się dymem, czyżby tak się zmieniła?
Otworzył już swoje usta, żeby coś powiedzieć gdy ta zrobiła ruch, wprawdzie jego reakcja była spóźniona o jakieś dwie sekundy, ale udało mu się zablokować ręką lecące w jego kierunku ostrze, poczuł tylko jak to przecina jego skórę.
Corvo!
Usłyszał swój pseudonim za plecami, gdy chwycił mocno rękę dziewczyny w nadgarstku, może nawet zbyt mocno wykręcając rękę, żeby ta upuściła nóż na ziemię, kopnął go parę stóp dalej, szarpiąc ją mocno w swoim kierunku, wykręcając jej rękę do tyłu i ustawiając ją plecami do swojego torsu, drugą rękę objął za szyję tak, że miała usta w zgięciu jego łokcia.
Zacmokał z dezaprobatą.
Nadal taka zadziorna i wyszczekana, muszę przyznać, że trochę za tym tęskniłem, ale kurwa z nożem? — zaśmiał się lekko nachylając nad jej uchem, owiewając je swoim ciepłym oddechem, a ustami przesunął lekko po górnej krawędzi jej ucha.
Spływajcie, ja się nią zajmę, widzimy się później — rozkazał swoim ludziom, którzy patrzyli sceptycznie na tę scenę, ale po chwili rozległ się dźwięk odpalanych silników.
Ty złotko idziesz ze mną — mruknął, musieli zejść z widoku to po pierwsze bo nie wiedział czy ochrona nie zaczęła już ich szukać, szarpnął ją w kierunku ciemnego zaułka za klubem nie będąc delikatny gdy popchnął ją na ścianę, przytrzymując jedną ręką.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Pięć lat składania do kupy swojego życia. Pięć pieprzonych długich lat odzyskiwania tego, co utraciła przez związek z tym mężczyzną. Odwyk i tułanie się po świecie, jakby przypadkowi ludzie spotkani na drodze mieli jakimś cudem naprawić coś, co zostało wyrwane z jej piersi. Jedna spontaniczna decyzja podjęta po pijaku przywiała ją z powrotem do Toronto. Dopiero odzyskiwała dawne życie, a teraz znowu miała to stracić przez jego obecność. Najwyraźniej klątwa babki Carmen Sandiego nadal miała się świetnie i zamieniała jej los w chodzącą katastrofę. Tyle, że gdzie to szczęście, które powinno nagle się objawić na samym końcu tej wyboistej drogi? Nie miałaby nic przeciwko, gdyby jakiś meteoryt teraz uderzył o ziemię.
- A ty mi rok? To jakaś licytacja? Bo zapomniałam portfela. – jej głos aż ociekał ironią, gdy coraz bardziej się zbliżała. Miała ochotę wsunąć pomiędzy miękkie wargi papieros i zaciągnąć się nikotyną, ale z ciężkim bólem serca musiała odsunąć wszelkie używki. Jego chwilowe zaskoczenie uświadomiło jej, że nie wiedział o ciąży. O tym jednym szczególe, którym mogła go zaskoczyć w najmniej odpowiednim dla niego momencie. Wkurwi się? Wykorzysta tę słabość przeciwko niej? Ile mogła przed nim ukrywać swój stan? Dopiero była w dziewiątym tygodniu, więc jej brzuch był jeszcze płaski, ale co potem?
Musiała to zakończyć.
A desperacja kierowała ludzi do radykalnych środków. Zamachnęła się, przecinając jego skórę. Za mało. Za wolno. Kurwa. Sapnęła, gdy wytrącił z jej dłoni jedyną broń, jaką dysponowała. Mogła rozegrać to lepiej, ale jak zwykle mądra była dopiero po szkodzie. Wystarczyło choć raz najpierw pomyśleć, zamiast od razu działać.
- Pusnsaj! – wściekle rzucała się w jego żelaznym uścisku. Wbiła swoje zęby w jego ramię, próbując wyswobodzić się z jego ramion. Wyśmienicie radziła sobie z bronią wszelakiego typu. Od małego jeździła z ojcem na polowania, ale w walce wręcz była beznadziejna. Wbiła obcas w stopę tego debila, ale ten ani drgnął, przywykły do bólu. Znieruchomiała dopiero, gdy poczuła jego usta muskające wrażliwy płatek jej ucha. Niemal jęknęła na tę subtelną pieszczotę, zdradzając przed nim kolejny fakt. Bo mimo tej całej nienawiści, to jej ciało reagowało na jego obecność.
- Hijo de puttaskurwysyn.
- Vete a la mierda spierdalaj. Wycedziła i skrzywiła się, gdy gwałtownie uderzyła plecami o ścianę. Dłonią zasłoniła brzuch, przez co cały impet uderzenia przyjęła barkiem. Pieprzony sukinsyn. – Skoro chcesz mnie zabić, to dalej! I tak już mnie szukają! Moja familia z radością cię wykończy w odwecie! – wyszarpnęła zza jego paska pistolet i bez wahania odbezpieczyła broń. Wycelowała w jego brzuch i nacisnęła na spust.
Magazynek był pusty…
- Mogłam się tego spodziewać… - spomiędzy jej ust wyrwał się cichy śmiech. No tak, nie bez przyczyny tak się afiszował ze swoją spluwą. Znał jej możliwości. Wiedział, że na strzelnicy nie miała sobie równych.
Chyba nie miała wyboru.
- Tęskniłam… - odrzuciła pistolet na ziemię i oparła się wygodniej o ścianę. Chciał rozmawiać? To proszę bardzo.

Marco Moretti
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”