ODPOWIEDZ
21 y/o
For good luck!
165 cm
Cukiernik w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Kocham gwiazdy zbyt mocno, by bać się nocy”.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Otaczała ją ciemność, którą zakłócało jedynie światło pochodzące z telewizora. Siedziała opatulona swoim ulubionym kocykiem z Pikachu i oglądała w salonie maraton horrorów. W końcu padło na „Sinister”, bo miał całkiem fajne opinie, a jeszcze nie miała okazji obejrzeć tego filmu. Sama nie wiedziała czemu to sobie robiła. Jak na dziewczynę, która nieraz bała się własnego cienia, to masochistycznie katowała swój umysł strachem. I to w dodatku w nocy, gdy jej kochani bracia zostawili ją samą w domu. Głupio było jej przyznać, że po prostu bała się sama zostać w pustym domu. Albi już od kilku dni wspominał coś o jakiejś imprezie, a Benji wypalił nagle, że ma próbę zespołu. W tym oto pięknym stylu przybrała pozycję poczwarki pod kocem i wciskała w siebie drugą miskę popcornu, licząc że w końcu zmorzy ją sen i trochę odpocznie przed kolejnym maratonem w pracy.
Podskoczyła, gdy na ekranie nagle coś się pojawiło i wywaliła na podłogę cały popcorn. - No bez jaj... - wymamrotała zawstydzona swoim zachowaniem i cicho westchnęła patrząc na ten bałagan. Niepewnie zerknęła w stronę kuchni i przełknęła ślinę uzmysławiając sobie jak było już ciemno. Mogła wcześniej zapalić chociaż lampkę, ale po co?
- Jesteś odważna Clem. Nie zadzwonisz do braci. Raz na zawsze zerwiesz łatkę młodszej nieporadnej siostrzyczki i z dumą jutro im obwieścisz, że przeżyłaś samotnie tę noc. - próbowała zmotywować się do ruchu, ale nic z tego. Jej wyobraźnia wręcz szalała i była niemal pewna, że słyszała jakieś kroki na górze. Może to jakiś morderca? Przecież korespondowała z kilkoma osadzonymi i któryś ją w końcu znalazł? - To tylko twoja wyobraźnia. - mówienie do siebie nie wróżyło najlepiej, ale przecież nie mogła stchórzyć i wezwać Albiego lub Bena. Już i tak się z niej naśmiewali, że nieraz pakowała im się do łóżka jak naoglądała się głupot w internecie. Te filmiki o skinwalkerze naprawdę były tak realistyczne, że przez kilka dni w to wierzyła i podejrzliwie wpatrywała się w każdego psa mijanego na spacerze. Nie jej wina, że była podatna na tego typu rzeczy i wierzyła we wszystkie te paranormalne teorie. Zresztą uwielbiała ten dreszczyk emocji kiedy strach ogarniał ciało. Tyle, że nie lubiła spać sama po takiej dawce emocji.
Zarzuciła kocyk na swoje ramiona i biegiem popędziła do najbliższego pstryczka. Odetchnęła głęboko, gdy światło rozjaśniło pokój i czujnie rozejrzała się po nim. Ani śladu mordercy, ducha czy innego zjawiska. Była bezpieczna. Trzymając się ściany przekradła się niczym ninja do kuchni i zaczęła szukać zmiotki. Wtedy usłyszała to... Ktoś jakby skrobał paznokciami po drzwiach do domu. Z głośno bijącym sercem złapała za nóż i powoli zaczynała zmierzać w kierunku drzwi. Szuranie nie ustępowało, ale była zbyt przestraszona, żeby sprawdzić co to było. Ktoś próbował dostać się do środka?
Teraz już nie miała żadnych oporów. Zgarnęła z blatu telefon i wybrała numer Albiego. Nie odebrał. Później Benji. Nic, cisza. Przez chwilę nawet rozważała Deana, ale ten to nie dałby jej spokoju po takiej akcji. Zresztą i tak pewnie był na imprezie, więc... I wtedy to zobaczyła. Coś dużego poruszyło się na zewnątrz i nawet wywróciło kubeł ze śmieciami. Widziała to coś doskonale przez okno. Przestraszona wypuściła z dłoni telefon oraz nóż. To drugie próbowała złapać w locie, ale jedynie pokaleczyła dłonie, zostawiając plamki własnej krwi na panelach. Cofając się strąciła lampkę z komody, która roztrzaskała się, tworząc jeszcze większy bałagan w salonie. Jak oparzona pognała do swojego pokoju i zaryglowała się od środka w swojej szafie.
Na bank to był ten skinwalker!

albert thallman
benjamin thallman
gall anonim
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

DOROSŁOŚĆ BYŁA PRZEREKLAMOWANA.


Poszedł na kolejną w tym tygodniu imprezkę? Tak. Chciał się najebać? Tak. Udało mu się to? Oczywiście, wykonał plan w stu dwudziestu procentach.

Przychodzi matematyk do baru i mówi:
- Czas zamienić procenty na promile.

Ba dum tss.

Wracając do tematu, Albert doszedł do wniosku, że miał już na tyle dorosłe rodzeństwo, że w końcu mógłby wyjąć kij z dupy i zluzować majty - w końcu nie musiał im matkować przez całe życie, nie? Nie musiał już co pięć minut sprawdzać telefonu, nie musiał udawać tego odpowiedzialnego... NO ALE MNIEJSZA, NIEWAŻNE, WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ W DRODZE POWROTNEJ Z IMPREZY. Szedł ramię w ramię z jednym ze swoich ziomeczków, który uparł się, żeby odprowadzić Thallmana do domu (chyba aż tak źle wyglądał), no i właśnie wtedy poczuł potrzebę głębokiej dyskusji o ludzkiej egzystencji. - Mówię ci... życie to taka niesmaczna parówa - bełkotał do kumpla, wymachując rękami i prawie potykając się o własne buty na krawężniku. - Ojca straciłem. Matkę straciłem. Całe rodzeństwo... nie straciłem... musiałem ich utrzymać, czaisz? Całe życie zapierdalam, żeby mieli mleko i płatki... - jojczał, a ziomeczek poklepywał go po plecach, łącząc się z jego bólem. Ich rozmowa, niestety, została przerwana chwilę później, gdy zza krzaka wyłonił się wielki, tłusty szop pracz. - Ty patrz, jaki koczkodan - rzucił Ace pod nosem z poważną miną, zanim obaj z kolegą stwierdzili, że czas się ewakuować, zanim koczkodan ich zeżre.

Szli tak jeszcze przez dwie przecznice, zanim koleżka skręcił w swoją ulicę i zostawił pijanego Albiego samego naprzeciwko jego własnego domu. No dobra. Czas wejść do środka, ale najpierw... klucze. Albi poklepał się po kieszeniach dżinsów. Raz. Drugi. Trzeci. Szlag. Kluczy brak. Podszedł do drzwi i pociągnął za klamkę, ale były zamknięte. Chciał zadzwonić do Clem, żeby mu otworzyła, ale gdy wyciągnął komórkę z kieszeni okazało się, że po drodze zdążyła się rozładować. Kurwa. A co jak Clem już spała? Było już póóóóźno. Nie no, nie będzie budzić jej dzwonkiem, co nie? Był kochanym bratem. Niech Clem słodko śpi. Stary niedźwiedź mocno śpiiiii, hehehe. No i nagle pijany Albercik doznał przebłysku geniuszu. W kieszeni kurtki wymacał plastik. Kartę kredytową! - Wiem, jak to się rooobi - mruknął pod nosem, po czym podszedł do zamka i zaczął zamaszyście przeciągać kartą kredytową po szparze w drzwiach. W górę i w dół. Plastik skrobał drewno z dziwnym dźwiękiem, brzmiało to trochę jak jakieś drapanie pazurkami, bardzo zabawny odgłos, hahaha. Albert się nie poddawał, dalej machał kredytówką jak pojeb - przynajmniej dopóki karta nie pękła na pół. - No bez jaaaj - fuknął cicho. No i został z zamkniętymi drzwiami i bez karty. Słaby bilans. Nie rozumiał, dlaczego nie zadziałało - w hotelach i filmach działało...

Nagle w salonie rozbłysło światło, czyli... Clem nie spała! Chciał zerknąć do środka domostwa przez okienko obok drzwi frontowych, żeby sprawdzić, czy siostra już zmierzała, aby otworzyć mu drzwi, dlatego dał duży krok w tył i... wszedł prosto w rządek kwiatków doniczkowych, które postawiła tu jeszcze pierwsza właścicielka, kurwa jego mać. Stracił równowagę i zamachał ramionami, żeby ją odzyskać, ale nic z tego - poleciał jak długi prosto w stojący obok kosz na śmieci. Kubeł wywrócił się z głośnym łoskotem, śmieci rozsypały się po całym trawniku, ze środka z głośnym prychnięciem czmychnął ten sam tłusty szop, którego widział wcześniej, a Albert wylądował na plecach na środku tego pobojowiska. Przez chwilę leżał w bezruchu i gapił się w nocne niebo, a potem zaczął się śmiać pod nosem. Zamiast wstać, rozłożył ręce na trawie (ignorując fakt, że leżał tuż obok obierków po ziemniakach), po czym zaczął śpiewać. - I'M STILL STANDING, YEAH, YEAH, YEAH - śpiewał do księżyca, nie przejmując się ani Clem, ani sąsiadami, ani faktem, że on nie standing, tylko leżing. To była jego ulica, joł joł. - I'M STILL STAAANDING - zaśpiewał ponownie akurat w momencie, gdy usiadł na śmieciach, a na podjeździe pojawiła się jakaś postać...

benji
clem
25 y/o
For good luck!
184 cm
gitarzysta i wokalista w zespole The P!x3ls
Awatar użytkownika
shooting star, straight through the heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kurwa.

Znowu próba zespołu przeciągnęła się do jakichś kompletnie nielogicznych godzin. Tak jakoś się złożyło, że zamiast od razu się rozejść, zespół postanowił umilić sobie jeszcze dodatkowe dwie godziny, zapalając skręta, popijając piwko i obgadując kolejny plan działań na przyszłe miesiące. Miesiące. Zabawne, że Benjamin w ogóle planował swój los aż tak do przodu, skoro w końcu zaczynał tracić jedyny zmysł, który na dobrą sprawę przydawał mu się do tego, żeby w ogóle należeć do zespołu. Zespołu, który de facto sam stworzył, prosząc przyjaciół, żeby do niego dołączyli. No ale, anyways, starał się po prostu o tym nie myśleć, no nie? Głowa do przodu i do góry. To znaczy, do góry i do przodu. Jak zwał, tak zwał, wszyscy wiemy, o co chodzi. Kiedy dopalili ostatnie zielone bóstwo relaksu, pożegnał się z przyjaciółmi, chwycił BMX-a i czmychnął przez przedmieścia The Beaches, kierując się do domu. Dzisiejszej nocy było cholernie przyjemnie, więc gdy jechał, wiatr muskał mu twarz, a on jakoś tak slalomikiem przecinał ulicę, bo kto by pomyślał, że jazda na rowerze po zjaraniu się to nie jest najlepszy pomysł? No właśnie.

Zbliżając się powoli do miejsca zamieszkania, mógłby przysiąc, że z oddali słyszy jakąś w chuj słabą audycję do X Factora. W takich momentach tracenie słuchu naprawdę nie wydawało się najgorszą rzeczą na świecie, lol. Dobra, ale jak już sobie to pomyślał, to nagle jakieś bydle wyskoczyło mu przed koła. Tak spasionego szopa, czy tam skunksa, to on do cholery nigdy nie widział. Ledwo wykręcił kierownicę, wpierdzielając się w krawężnik, po czym wywalił się prosto na asfalt. - Kurwa jego mać! - prychnął pod nosem, leżąc przez moment na chodniku. Po chwili jednak się podniósł, rzucił swojego BMX-a w krzaczory na ich posesji i tak po prostu stanął kawałek dalej, wpatrując się w niebo. Jakiś taki witki i gibki się czuł, to na bank było to ziółko, które Aiden załatwił. Krawaciarze jednak wiedzieli, jak się zabawić, no cap.

No ale stał i stał, aż znowu usłyszał ten dźwięk, jakby kojot darł mordę gdzieś pod płotem. A kiedy spojrzał w kierunku tej niemiłosiernej niemelodii, zauważył… Albiego? Parsknął pod nosem, jeszcze przez chwilę stojąc w miejscu, co na bank mogło przypominać jakiegoś Slendermana, bo był ubrany cały na czarno niczym przestępca z Simsów. Tylko muzyczki do tego zabrakło, a jednak nie, hehe. - Cholera, Albi - mruknął, podchodząc do niego po chwili i pomagając mu wstać. - Śpiewanie zostaw mnie. -Podszedł z nim do domu, dopiero wtedy zauważając rozsypaną na kawałeczki kartkę przy drzwiach. - Serio? - spojrzał na Alberta rozbawiony. Wyciągnął klucze i wszedł do środka, jednak Benji jak to Benji był gapą, więc już w progu się wyjebał i wygrzmocił na panele. Jego dłoń poślizgnęła się na jakiejś cieczy, a kiedy po chwili uniósł ją do twarzy, zobaczył, że to była krew.

Krew?!

- Albi… chyba mieliśmy włamanie - rzucił przerażony. Zaraz potem krzyknął, ale tak trochę bardziej z chrypką, bo przecież bał się, że ktoś tam jeszcze z nimi był, co nie i ich usłyszy, - CLEM?!

albi
clem
21 y/o
For good luck!
165 cm
Cukiernik w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Kocham gwiazdy zbyt mocno, by bać się nocy”.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

A propos zapierdalania Albiego na utrzymanie rodzeństwa, to płatki się skończyły, a mleko w kartonie zakładało nową cywilizację, która planowała wysłanie bomby atomowej i zainfekowanie lodówki pleśnią oraz innym syfem. To było jednak nic w porównaniu z tym, co przeżywała najmłodsza z rodzeństwa Thallman. To właśnie ona musiała stawić czoła inwazji pieprzonych Skinwalkerów. Bracia zakazali jej oglądania takich głupot, a teraz, gdy przyszło co do czego, to jej wiedza była znikoma. Powinna mocniej skupić się na oglądaniu Supernatural. Bracia Winchester od razu odwaliliby jakieś piu piu i kung fu, a ona jedynie zdołała zamknąć się w szafie. Przeklinając własną głupotę, gorączkowo rozglądała się za czymkolwiek, czym mogłaby się obronić. Przecież nawet dziecko w pierwszym odruchu zajrzałoby do szafy. Raczej wątpiła, że sukienką udusiłaby taką poczwarę. Zresztą jak zabijało się skinwalkera? Ogniem? Odrąbaniem głowy? Boże, zginie jak pierwsza lepsza blondyna, która odłączyła się od grupy, żeby wysikać się w lesie.
Szczypała ją rana na dłoni, a łzy napływały do oczu, gdy hałasy na dole były coraz głośniejsze. Na moment zastygła, gdy drzwi frontowe się otworzyły, a coś ciężkiego grzmotnęło o podłogę. Czyżby Skinwalker zmieniał postać? Ja pierdolę... Wymacała w czeluściach szafy buta... Obcas... To chyba nadawało się do obrony? Ścisnęła mocniej swoje narzędzie zbrodni i zdusiła jęk rozpaczy, gdy to coś na dole zaczęło wołać jej imię. Kurwa. Ta kreatura na nią polowała!
Przycisnęła dłoń do ust, gdy szloch chciał wyrwać się spomiędzy warg. Jej myśli galopowały jak stado koni, ale nie była zdolna nic wymyśleć. A co jeśli jej bracia wrócą? Co jeśli Albi zostanie zamordowany w salonie, bo ona przywołała to gówno do nich? Gdyby miała tylko telefon... Ten został jednak na dole i leżał na panelach. Nie mogła dopuścić do tego, żeby Benji albo Albi zapłacili za jej ciekawość najwyższą cenę.
Uchyliła ostrożnie drzwi od szafy i zerknęła przez szparę na swój pokój. Nikogo tutaj nie było. Hałasy wciąż dochodziły z dołu, a ona spojrzała na buta w swojej dłoni. Christian Louboutin!

- Nie ma mowy! Dałam za te buty fortunę! - z namaszczeniem odstawiła bucik na półeczkę i zaczęła grzebać w poszukiwaniu nowej broni. Spanikowana nowymi odgłosami - najwidoczniej to coś zaczęło powoli wchodzić na górę - chwyciła za kolejną parę szpilek, licząc w duchu, że tym razem to nie było nic markowego. Musiała mocniej szarpnąć, żeby wyrwać obcas spomiędzy ubrań, ale przy tych manewrach straciła równowagę i uderzyła bokiem o inne półki. A zawartość szafy wyleciała na zewnątrz, rozchylając mocniej drzwiczki. Poleciała na podłogę, lądując plecami na kartonie, w którym przechowywali sztuczną krew, którą kupił Albi w internecie, gdy przebierali się za wampiry ze Zmierzchu. Tyle, że on kupił cały litr, bo było taniej. A teraz cały ten woreczek poszedł się jebać i wsiąkał w dywan i jej cute piżamkę.
Cała umorusana lepką mazią sztucznej krwi starała się podnieść z podłogi, przyciskając dłoń do brzucha, w który wbił się obcas, gdy upadała.
- Proszę... Nie zabijaj mnie... - załkała, czołgając się powoli w stronę okna, gdy to coś stanęło w drzwiach od jej pokoju. I to było na tyle z całej brawury!

albert thallman
benjamin thallman
gall anonim
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Albert leżał sobie spokojnie na stercie obierków, a trawnik falował jak wzburzone morze, kiedy nagle nad jego zwłokami zmaterializowała się ciemna postać Mrocznego Kosiarza. A więc nadszedł jego koniec. No trudno. Żegnaj, Thalio Rosenhell. Ace nawet nie drgnął, gotowy zaakceptować swój los z rąk Mrocznego Kosiarza, i już układał sobie życie na nowo z Marią Skłodowską-Curie, bo lubił łebskie babki, a w niebie pewnie każdy był piękny i młody, kiedy... dopiero po chwili do niego dotarło, że gapił się na niego jego własny rodzony brat. Zachichotał pod nosem i dał się podciągnąć Benowi do góry. A TO CI DOPIERO AMBARAS, HIHIHI. Jezu, nogi miał jak z galarety. Zaraz podreptali w stronę werandy, gdzie Benji odkrył resztki jego karty kredytowej. Serio? - Co serio? Srerio - wybełkotał, próbując zachować powagę, ale tylko się dziwnie skrzywił, bo nie do końca panował nad swoją mimiką, ups. - Chiński plastik, oszukali mnie - skwitował, po czym przetoczył się za bratem przez próg.

No i wtedy Benji się wyjebał. HIHIHI. Albert stał tuż za nim, chichotał pod nosem i próbował złapać pion, przytrzymując się framugi, dopóki Benji nie uniósł zakrwawionej dłoni i nie zaczął gadać o WŁAMANIU. - Pierdoliiiiiisz - wymamrotał. Oho, w głowie pijanego Ace’a logika właśnie wykręcała się na drugą stronę. No bo… włamanie? DO ICH TWIERDZY? KTO, KURAAA, ŚMIAŁ?! Zamiast jednak wpaść w panikę, wtoczył się głębiej do korytarza. - CLEEEM? Czy fortepian dalej stoi w salonie?! - zawołał, parskając kompletnie niedopasowanym do sytuacji śmiechem. No i w odpowiedzi z góry dobiegł cichy, rozdzierający szloch i paniczne wołanie o litość.


Proszę... Nie zabijaj mnie...


Okej, to był ten moment, gdy przestał liczyć się fortepian i obierki na plecach. Ruszyli z Benjim na górę, potykając się o własne nogi i stopnie. Wpadł do pokoju Klimy jak burza I WTEDY TO ZOBACZYŁ. Ciemno, rozrzucone szpilki, a na środku pobojowiska siedziała sobie Klementyna, trzymająca się za brzuch i płacząca z przerażenia. JA JEBIE. Zrobiło mu się zimno i gorąco zarazem. - Ooo kurwa, Clem?! Kto ci to zrobił?! - wrzasnął Albert, a świat zawirował w zawrotnym tempie, gdy zrobił dwa chwiejne kroki do przodu i runął na kolana tuż obok siostry. Złapał ją za ramiona, a jego twarz pobladła z przerażenia, gdy ogarnął wzrokiem całe jej ciało. CAŁE WE KRWI. - JESTEŚ RANNA! - zawołał. Zaczął dotykać jej twarz i ramiona, nic nie robiąc sobie z tego, że cały brudził się we krwi. We. Krwi. Własnej. Siostry. Przeraził się na całego. - Nie umieraj! Benjamin! Dzwoń po pogotowie, dzwoń na policję, dzwoń do papieża, kurwa, nasza siostra odchodzi! Benji, trzymaj ją, ona stygnie! Słyszysz mnie, nie zamykaj oczu, myśl o… szczeniaczkach! - plótł Ace, po czym przytulił Clem do swojej klatki piersiowej, ignorując fakt, że brudził sobie ubranie krwią. Odgarnął lepiące włosy z czoła młodszej siostrzyczki i spojrzał prosto w jej przerażone oczy. Jezu! Zamiast pilnować domu, chlał na imprezie! To była jego wina! Wokół wszystko wirowało, sufit tańczył, a Clem pachnąca truskawkami i cukrem wyglądała jak chodząca śmierć. - Benji, ja jestem złym bratem. Clem, przepraszam, że zjadłem twoje płatki śniadaniowe w zeszłym roku - zawył dramatycznie i chwycił blondynkę za twarz. - Te cynamonowe. Przepraszam. Nie odchodź, słyszysz?! - załkał prawie, po czym potrząsnął Klementynką jak workiem ziemniaków, bo w tym stanie to się nie dało inaczej.

klima
benio
ODPOWIEDZ

Wróć do „#9”