-
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Dziewczyna uległa jego propozycji o faktycznie podzieliła się z nim swoją historią i przede wszystkim tym, dlaczego się tutaj znalazła. Mało jest przypadków, że ktoś od najmłodszych lat chce wskoczyć w mundur i ryzykować swoim życiem w imię czegoś, czego większość nawet nie rozumie. Znaczy Jesse był tak przypadkiem, ale – jak zaznaczono – marginalnym. Na co dzień o takich mrzonkach dzieci się nie słyszało, a już przede wszystkim pośród dziewcząt. Henderson był pełen podziwu dla każdej kobiety w kamaszach. Fakt, też musiał do tego dorosnąć, bo jako dzieciak – mając za jedyny wzór swojego ojca – uważał, że wojska nadaje się jedynie ktoś z prawdziwymi jajami. Po tym czasie wie, że nie jest to warunek konieczny. — Większość ucieka po prostu do innego stanu — stwierdził, skupiając swoje spojrzenie na niej. Wpatrzona była w jego opatrunki, chcąc chyba u ująć kontaktu wzrokowego w trakcie poruszania takich tematów. Nie dziwił jej się. Nie było to proste, a już w szczególności, gdy dzieliło się takimi historiami z mężczyzną, którego poznało się tylko dlatego, że zapomniał odejść na bezpieczną odległość od ładunku. — Z doświadczenia jednak wiem, że nieważne jak daleko się ucieknie – problemy magicznie nie znikają, gdy się ich nie widzi — powiedział zgodnie z prawdą. — Kiedyś będzie trzeba tam wrócić — dodał. — Ale spokojnie, ja tak moralizuję, ale wcale lepszy nie jestem. — Powody mieli różne, aczkolwiek parę wspólnych punktów dało się znaleźć. Problematyczne relacje z ojcami na coś się jednak czasem przydawały – łatwiej im było znaleźć wspólny język dzięki temu.
Nie myślał, że będzie poruszać ten temat. Skoro jednak Iris tak się przed nim otwierała, to czemu on nie miał zrobić tego samego? Dziewczyna sprawiała, że chciało mu się po prostu z nią rozmawiać – temat nie grał żadnej roli. — Ja w Stanach poza wymagającym ojcem zostawiłem też żonę i dziecko — zaczął. W końcu odnaleźli się spojrzeniem. Dziwnie czuł się, patrząc wprost w te jej czekoladowe oczy. — A kiedyś – jak już mi się ten gorący piasek znudzi - wracać będę już tylko do wymagającego ojca. — Rozwód nie był sfinalizowany, ba! Był to dopiero jego początek. Małżonka dopiero co poinformowała go o złożonych papierach. Sytuacja ta przerażała go bardziej niż niejedna misja. Nie dlatego, że tak mocno ją kochał i nie chciał, aby go zostawiała. To była dla niego po prostu zbyt nowa sytuacja – nigdy wcześniej w takiej nie był i nie spodziewał się, że w ogóle się w niej znajdzie. — I nie, nie zdradzałem jej na wyjeździe — zaznaczył od razu. Wiedział, jak to mogło wyglądać z boku, szczególnie, że większość jego kolegów niejeden rozwód miał już za sobą i to właśnie z tego powodu. Jesse tego nie rozumiał i nie potrafił też tego w żaden sposób usprawiedliwić. — Ani nigdzie indziej — wolał dodać.
— Mój ojciec? Dumny? — To nawet nie pasowało w jednym zdaniu. — Jakbym osobiście zakończył tutejszy konflikt to i tak nie byłby ze mnie dumny — powiedział pewnie, a lekkie rozbawienie można było wyczuć w jego głosie. Zaśmiałby się nawet, ale czuł, że wówczas gojące się rany na brzuchu przypomniałyby o sobie. Iris mogła myśleć, że przesadzał, ale gdyby poznała starego Hendersona to prędko by zrozumiała, co miał na myśli i że jego słowa są w stu procentach prawdziwe. — Uwierz mi, to jest ten typ człowieka, który wszystko robi lepiej od ciebie — dodał, przechylając głowę na bok. — Ale jestem pewny, że tak dobrze by o mnie nie zadbał tak jak ty teraz — powiedział prędko.
— Wiesz co, Iris — zaczął w pewnym momencie. — Warto było dać się tak poharatać, żeby teraz móc z kimś tak pogadać.
Iris Valentine
-
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Wrócić… nie wiem, na razie jest mi tu całkiem dobrze. Opalenizna mi pasuje, a piasek prawie przestał przeszkadzać. Poznałam fantastycznych ludzi, mam pracę, którą lubię… nawet języka zaczęłam się uczyć. Więc jeśli nie tu, zawsze mogę zostać po prostu na Bliskim Wschodzie. – wzruszyła lekko ramionami, bo naprawdę nie widziała się z powrotem w Toronto. Znaczy, jasne… podejrzewała, że kiedyś wrócić będzie musiała. I miała tam też mnóstwo ludzi, za którymi tęskniła, ale jednocześnie dużo bardziej polubiła tą wersję siebie… i to na tyle, że odsuwała od siebie myśl o powrocie.
Zresztą chyba nie tylko ona. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy stwierdził, że nie był dużo lepszy. Jeszcze tego nie wiedziała, ale jednocześnie nie zamierzała się z nim na ten temat kłócić. Może jeszcze się przekona! Albo i nie…
Bo nieprzyjemny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa, gdy usłyszała, że zostawił w domu żonę i dziecko. Powinna była się domyślić, prawda? To nie powinno być dla niej zaskoczeniem, a poza tym… nie powinno mieć dla niej żadnego znaczenia. Jednocześnie ścisk w żołądku tylko nabrał intensywności, gdy przyznał, że za jakiś czas już nie będą na niego czekać. Ona może nie, ale dziecko? Przez ułamek sekundy chciała dopytać, otworzyła nawet usta, ale ostatecznie ugryzła się w język. I uśmiechnęła się na żart o zdradzie… o ile można z niej żartować.
- Spokojnie, nie podejrzewałam cię o nią. Nie podejrzewam ludzi o najgorsze przy pierwszym spotkaniu. Dam ci parę dni, żebym zmieniła o tobie zdanie. – dodała przekornie, bo póki co… wydawał jej się porządnym facetem, ale tylko wydawał. Tak naprawdę go nie znała, zamienili ze sobą zaledwie parę słów i przez kilka sekund zdecydowanie za długo patrzyli sobie w oczy i może niepotrzebnie przeciągała moment, gdy opuszkami sunęła po jego skórze przy zmianie opatrunku. Ale nie znała go.
- I myślę, że jeśli to taki typ człowieka… to mógłby mieć inne zdanie na ten temat. – i pewnie zrobiłby to lepiej niż Iris, która na szczęście właśnie skończyła – Ale cieszę się, że jednak przeżyłeś jakoś ten brak Bonnie. Myślę, że jutro powinna już być. – zapewniła, uśmiechając się pod nosem i wstała, żeby wyrzucić gaziki, stare opatrunki i własne rękawiczki. Teoretycznie mogła go już zostawić, ale jakoś… wcale nie chciała. Odwróciła się przez ramię, gdy usłyszała swoje imię padające z jego ust. Uśmiechnęła się – To strasznie głupie, co teraz powiedziałeś, żołnierzu. – wyprostowała się i podeszła parę kroków bliżej jego łóżka – Jeśli miałbyś jeszcze kiedyś ze mną rozmawiać… zdecydowanie wolałabym, żebyś był przy tym cały. – dla niczego nie było warto się tak męczyć. No i nigdy nie miał pewności, że skończy tylko na takich obrażeniach, mogło być dużo gorzej… dużo! – To co? Leki przeciwbólowe i coś na sen, czy chcesz mi coś jeszcze opowiedzieć? – albo zapytać? Chociaż ona pytać nie powinna, nie powinna tego przedłużać. Robiło się późno, nie miała dzisiaj nocnego dyżuru, mogła lepiej spędzić ten wieczór… a mimo wszystko stała przy nogach jego łóżka, opierała się o jego ramę i wpatrywała się intensywnie w przystojną twarz mężczyzny, którego ledwie poznała, a którego towarzystwo sprawiało, że czuła się tak komfortowo i swobodnie. Tak... dobrze. Jakby znała go dużo dłużej.
Jesse Henderson
-
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Wiele łączyło go z Iris, a przynajmniej taki wniosek nasuwał mu się po tych kilku chwilach rozmowy. Miał wrażenie, że nadawali na podobnych falach, pomimo różnic, które rzucały się na pierwszy rzut oka. Może była to sprawka leków, które w międzyczasie mu podawali, a które jego umiejętności racjonalnego myślenia z lekka obniżały, a może faktycznie coś było na rzeczy? Ciężko stwierdzić, a przynajmniej teraz. Jesse nie skupiał się na tym, ile miligramów lekarstw już przyjął i jak na niego działały – wiedział jedynie, że miło mu z nią czas upływał, a to chyba było najważniejsze. — Dziękuję za łaskawość — powiedział, że śmiechem w głosie. Doceniał to oraz jej rozbrajającą szczerość. Również nie umknęło jego uwadze, że wspominała ona o pierwszym spotkaniu, a w tym kontekście oznaczało to, że myślała o kolejnych – to też trochę mu się podobało. — A na razie, jakie masz na mój zdanie temat? — dopytał. Nie spodziewał się czegoś innego, poza neutralną opinią, jednak zapytanie nic nie kosztowało.
— Byłaś jej godnym zastępstwem — stwierdził zgodnie z prawdą. Powiedziałby, że jej towarzystwo pasowało mu nawet bardziej niż Bonnie, jednak chyba nie wypadało. Miła, uprzejma, zabawna, a i leki na sen sama z siebie mu proponowała – same plusy. U Bonnie pojedyncze tabletki musiałby targować, na co w tym stanie mogłoby mu po prostu brakować sił i nie ugrałby tyle, ile potrzebował. — Mam nadzieję, że czasami jeszcze trafię na ciebie odwiedzając Bonnie — dodał. — Chyba, że nie musimy trzymać się ambulatorium na miejsce spotkań.
Następne jej słowa wskazywały, że faktycznie kolejne spotkanie wchodziło w grę i to nawet nie w ambulatoryjnych warunkach. Musiał przyznać, że odrobinę go to na duchu podniosło. Szczególnie, że wiedział, że godzina była już wystarczająco późno i nie powinien jej tyle przetrzymywać dla głupich pogawędek. — Mógłbym ci opowiadać coś całą noc — przyznał, poprawiając się na łóżku. — Ale wyglądasz na tak zmęczona, że pewnie w połowie byś mi usnęła — stwierdził zgodnie z prawdą. — Dzisiaj wezmę coś na sen, ale następnym razem tak szybko ci nie odpuszczę — dodał, licząc na „łaskawą” dawkę tabletek nasennych.
Iris też cały dzień na nogach spędziła, więc samolubnym byłoby, gdyby jeszcze ją zatrzymywał. Nie był jedynym pacjentem, a nawet najbardziej potrzebującym. Rozsądnym więc było dać jej już po prostu spokój. — Bonnie zawsze mi daje kilka takich czerwonych tabletek — powiedział, licząc, że dziewczyna sypnie mu trochę więcej specyfiku niż Bonnie – ona zawsze dokładnie mu to wyliczała ku jego niezadowoleniu. Wiedział, że co za dużo to nie zdrowo, ale na takiego chłopa potrzebna była końska dawka! — Odwdzięczę pięknym uśmiechem i kawą w bazowym barze — zaoferował śmiało.
Iris Valentine
-
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Godnym zastępstwem… naprawdę. Wpiszę to sobie w CV! – zaśmiała się szczerze rozbawiona, bo nigdy nie przypuszczała, że będzie w jakimkolwiek stopniu konkurować ze starszą koleżanką o uwagę i sympatię jakiegokolwiek żołnierza – Strach pomyśleć jak fantastyczna będę, gdy będę w jej wieku. – dodała jeszcze pół żartem, pół serio – I to nie jest aż tak duża baza, żołnierzu… jestem pewna, że gdzieś na siebie wpadniemy. – mogła nie pracować w niej długo, ale zdążyła się zorientować, że łatwo było wpadać wiecznie na tych samych ludzi. Czy to źle? Nie. Szybko wszyscy tu stawali się przyjaciółmi, szczególnym rodzajem rodziny… nic tak nie zbliżało jak takie miejsca.
- I było to całkiem sprytne… zrzucić winę na mnie. Że to niby ja mam podkrążone oczy, a nie ty jeszcze cierpisz po tym jak prawie wyleciałeś w powietrze. Niech będzie. Biorę to w całości. – tym bardziej, że zdążyła się zorientować, że mężczyźni, których tu spotykała nie należeli do miękkich… jeśli mówili, że boli na trzy to zazwyczaj było to sześć. Nie lubili się przyznawać do słabości i zdecydowanie za szybko chcieli stanąć na własnych nogach. I zupełnie nie mogła im się dziwić, więc też nieszczególnie próbowała z tym walczyć. Po prostu wstała i poszła po leki, o których mówił mężczyzna. Sposób w jaki o nich powiedział? Nie było trudno się domyślić, że stał za tym dużo większy problem niż aktualny uraz, ale od razu to skomentowała. Podała leki nasenne razem z przeciwbólowymi tworząc mieszankę, która naprawdę powinna mu pomóc przetrwać noc – Są lepsze sposoby na radzenie sobie z bezsennością, ale powiedzmy, że… po prostu liczę na tą kawę. – wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się pod nosem – Do zobaczenia żołnierzu. – dodała zabierając cały swój bałagan, który zrobiła dookoła jego łóżka przy tej zmianie opatrunków, pokręciła się jeszcze po klinice i zakończyła swój dyżur.
Jeden z wielu, gdy towarzystwo Jesse stało się całkiem naturalne. Zmiany opatrunków, leki i godziny spędzone na rozmowie. Nawet Bonnie zauważyła, że przesiadywała przy jego łóżku znacznie częściej niż powinna… i że uśmiechała się przy nim trochę szerzej. Nie potrafiła powiedzieć dlaczego tak się działo. Nie musieli nawet rozmawiać o poważnych rzeczach i na głębokie tematy. Po prostu lubiła jego towarzystwo. Jednocześnie wiedziała, że ktoś taki jak on nie mógł się doczekać aż będzie mógł z tego więzienia wyjść. Jak bardzo źle o niej świadczyło, że ona wcale się na to nie cieszyła? Po prostu nie mogła dać tego po sobie poznać.
I dlatego kilka dni później wkroczyła na salę z szerokim uśmiechem.
- Ktoś tu ma dzisiaj szczęśliwy dzień. – rzuciła pogodnie i odkładając na łóżko torbę z jego rzeczami, które miał odzyskać przy wyjściu.
Jesse Henderson
-
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Jego zamierzenia jednak prędko zostały zweryfikowane, bo nie został wypuszczony po dwóch, trzech, a nawet i czterech dniach. Prawdę mówiąc, przestał nawet liczyć, a to dlatego, że czas upływał mu prędko oraz niespodziewanie miło. Warto jednak zaznaczyć, że nie cały czas, a jedynie ten, kiedy w godzinach służbowych (lub też nie) doglądała go zaznajomiona już ratowniczka. Miał wrażenie, że poświęcała mu sporo czasu, chyba więcej niż innym pacjentom, jednak nie narzekał, ba! Bardzo go to cieszyło, o czym na głos nie wspominał,
Przychodziła, gdy potrzebował medycznej pomocy, ale również wtedy, gdy po prostu potrzebował z kimś porozmawiać i nieważna była godzina. Chociaż, nie zawsze musieli rozmawiać – czasem po prostu jej towarzystwo mu wystarczało. Miał wrażenie nawet, że bardziej pomagała mu jej obecność niżeli podawane przez nią leki, aczkolwiek to mogło być już jego dopowiedzenie.
Jesse powoli dochodził do siebie. Rany się goiły, a on sam regenerował. Monitory coraz częściej pokazywały zadowalające wyniki sugerujące, że niewiele dzieliło go od opuszczenia ambulatoryjnych sal. Znaczy, parę razy już mu to się zdarzyło – nie dalej jednak niż pozwoliła na to towarzyszącą mu Iris. Trzeba było przyznać, że trochę jej każdego dnia wyczekiwał, a tego – nie było inaczej.
Była dość wcześnie. Henderson na dobrą sprawę niedawno dopiero się przebudził. Ledwo zdążył umyć zęby i wrócić do łóżka. Stanęła w drzwiach z uśmiechem – jemu było ciężko nie zareagować podobnie. No chłopaczyna po prostu ucieszył się na jej widok. — Każdy mój dzień jest szczęśliwy jak przychodzi do mnie moja ulubiona ratowniczka — powiedział, podnosząc się do pozycji siedzącej. — I nie, nie mówię o Bonnie — zaznaczył. Dopiero wówczas dostrzegł w jej dłoni torbę. Może i nie zwróciłaby jego aż tak, gdyby nie charakterystyczny brelok przy ramiączku. — Czyżby nadszedł ten dzień? — dopytał, chociaż już się domyślał. Ciężko było mu ukryć radość, którą poczuł momentalnie. Jesse nie mógł tyle siedzieć, a co dopiero leżeć; musiał coś robić. Szczególnie, że wiedział o ilości zadań swoich żołnierzy. Gdy leżał w ambulatorium, to na nich spadła jego robota i nadszedł w końcu czas, aby ich odciążyć.
Sięgnął po torbę, by zobaczyć, czy współpracownicy spakowali mu wszystko, czego w pierwszej kolejności potrzebował. Na szczęście nie dostrzegł żadnych braków ani nieprzyzwoitych żartów, których mógł się po swoich kolegach spodziewać. — A już się powoli tutaj zadomawiałem — przyznał z lekkim śmiechem. Miał tutaj już swoją poduszkę, ulubione książki na półce, a nawet lampkę nocną – prawie jak w swoim kontenerze. Tutaj było o tyle lepiej, że nie doskwierała mu samotność aż tak. — Głównie dzięki Tobie — przyznał szczerze, zerkając w jej kierunku. Przyzwyczaił się do jej obecności i zaczynał mieć wrażenie, że dziwnie będzie się czuć nie widując jej aż tak często jak do tej pory.
— Nic co dobre jednak nie trwa wiecznie — westchnął. Dobrym oczywiście nie nazywałby swojego stanu, przez który się pod opieką lekarzy znalazł, ale wszystko wkoło już prędzej. Postawił stopy na podłodze, odnajdując od razu swoje klapki. Podniósł szanowne cztery litery i chwycił za torbę. Za długo już w tych piżamach siedział – przydałoby się w końcu zaprezentować przed Iris jak człowiek. — Pozwoli pani, że Kopciuszek w końcu się przemieni, żeby móc robić prawdziwe wrażenie — rzucił żartobliwie, aczkolwiek podświadomie (lub też nie) faktycznie chciał wyglądać trochę lepiej, by ktoś – zupełnie nikt konkretny, w ogóle – zobaczył go w końcu w dobrym wydaniu.
Iris Valentine
-
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie mogła się dziwić jego radości i poniekąd cieszyła się, że to ona mogła mu ją sprawić. Zresztą wyrwała się po to na ochotnika, co tylko spotkało się z wymownym spojrzeniem starszej koleżanki… więc może tylko jej się wydawało, że dobrze się maskowała.
- To jest naprawdę kiepskie miejsce, żeby się zadomowić… o ile nie jesteś lekarzem, pielęgniarką albo ratownikiem. – uśmiechnęła się pod nosem i założyła ręce na piersi, przez krótką chwilę obserwując jak przegląda zawartość torby ze swoimi rzeczami – Ale cieszę się… – dodała, odnajdując męskie spojrzenie a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech – Cieszę się, że mogłam chociaż w małym stopniu ułatwić ten pobyt. Taka w końcu nasza rola, prawda? – gówno prawda dodała w myślach, ale na zewnątrz tylko beztrosko wzruszyła ramionami. Personel medyczny był po to, żeby postawić ich na nogi… i może trochę, żeby nie zwariowali z bezczynności. To właśnie robiła – z trochę większym zaangażowaniem niż w stosunku do jakiegokolwiek innego pacjenta. Naprawdę zdążyła go polubić przez cały ten czas, który spędził w klinice. I naprawdę pluła sobie w brodę, że sobie na to pozwoliła… bo nie wypadało! Zwyczajnie nie wypadało i to z wielu różnych powodów. Chociażby przez to, że w kraju czekała na niego żona i dziecko…
- Jasne. Nie przeszkadzam. – drgnęła, gdy zdała sobie sprawę, że mężczyzna chciał się przebrać i jak najszybciej stąd ewakuować – I uważaj Kopciuszku, żeby nie zgubić żadnego pantofelka. – rzuciła, robiąc krok w stronę wyjścia. Jeden i kolejny, ale jednocześnie ani na moment nie odrywała spojrzenia od jego twarzy. W rezultacie zamiast trafić w drzwi uderzyła w ścianę tuż obok nich, ale wystarczyło zrobić tylko krok w bok… wystarczyło. A zamiast tego ciągle tkwiła w miejscu – Tym bardziej, że wolałabym, żebyś chciał się spotkać ze mną… po prostu ze mną, a nie odzyskać jakąś zgubę. – dodała ciszej i od razu zagryzła wargę, bo to było takie głupie! Od razu mentalnie strzeliła sobie w głowę, ale było już za późno. Powiedziała, co powiedziała. I miała nadzieję, że tylko jej się wydawało, że jej policzki teraz paliły i nic nie było po niej widać – No w końcu obiecałeś mi kawę! Za te leki na samym początku! – wymyśliła wymówkę szytą na kolanie, chociaż nawet nie pamiętała, czy tak faktycznie było. Rozmawiali dużo… wszystko jej się teraz mieszało, a teraz chciała się tylko jakoś uratować przed niezręcznością.
Jesse Henderson
-
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Wyjął koszulkę i już miał zrzucać z ramion tę, którą miał na sobie. Nie chciał mówić, że w wojsku wyzbył się wstydu, jednak przebieranie się w towarzystwie mężczyzny czy też kobiety nie sprawiało mu problemu. Szczególnie, że bokserki na swoim miejscu pozostawały. Nie wiedział jednak, jakie podejście ma do tego Iris – nie chciał jej speszyć, dlatego odwrócił się do niej plecami. Koszula, w której spał wylądowała na materacu łóżka, a w momencie, w którym miał zakładać czystą, usłyszał dźwięk, który sugerował, że pielęgniarka spotkała się z drzwiami. Ściągnął niżej bluzkę i zwrócił się w stronę brunetki, która tym razem stała praktycznie przy wyjściu.
I przez chwilę myślał, że się przesłyszał. Zmarszczył lekko brwi, próbując poprawnie połączyć wątki i przekonać się, że mamrotała pod nosem dokładnie to, co wydawało mu się, że mamrotała. W pewnym momencie, zaśmiał się krótko, kręcąc głową, bo zaczęło dochodzić do niego, co faktycznie usłyszał. — I tym właśnie wszystko popsułaś — powiedział, wpatrując się uważnie w speszoną brunetkę - był ubrany, więc domyślał się, że speszona była swoimi słowami a nie nim!
Uznał, że odległość między nimi była nieadekwatna słów, którymi chciał się z nią podzielić. Poza tym, wolał uniknąć sytuacji, że przypadkiem czegoś z jej ust by nie dosłyszał - wiek robił swoje, ale częsta obecność w okolicy głośnych detonacji również za to odpowiadała. Czasami po prostu nawet ochronniki słuchu nie wystarczały (a czasem po prostu ich w takich sytuacjach na uszach nie było, ale przedstawiciele Bezpieczeństwa i Higieny Pracy nie musieli o tym wiedzieć). — Zamierzałem pozostawiać po kątach swoje rzeczy, by mieć pretekst do odwiedzania cię tutaj — westchnął. — Rozumiem, nie jesteś zainteresowana zabawą w podchody — dodał, uśmiechając się szerzej. Fakt, on na takie rzeczy był już trochę za stary, ale ona? Trochę lat ich dzieliło, sądził, że młodsi takie rzeczy lubią. To nie tak, że bawiła go ta sytuacja, ale sprawiała, że czuł się ucieszony i może faktycznie, trochę rozbawiony – ale jedynie w pozytywnym tego słowa znaczeniu! I zupełnie tak, jakby nie znajdowali się w środku konfliktu zbrojnego. Chociaż bez tego konfliktu nawet by teraz nie rozmawiali.
— Ale mogłabyś chociaż dać człowiekowi się ubrać porządnie — zaczął, zerkając w dół. Może i udało mu się założyć świeżą koszulkę, ale poza tym dalej miał na nogach szorty z logiem swojego ulubionego klubu piłkarskiego oraz klapki, które na magazynie mundurowym otrzymał od ojczyzny. Brody też od przynajmniej tygodnia porządnie nie podcinał. Po prostu Jesse mógł i potrafił wyglądać lepiej. — zanim zaproszę cię na kawę — mówił, nawiązując do jej słów. Chociaż te leki były jedynie wymówką. — Albo jakiegoś drinka czy po prostu spacer, naprawdę cokolwiek — dodał. — Bo chcę się po prostu spotkać z Tobą — powiedział. Skoro chciała to usłyszeć, to nie miał problemu z powiedzeniem tego. Jesse był prostym chłopem - dostawał polecenie, wykonywał je. Widać, działał tak zawodowo jak i prywatnie. — Urocze masz te rumieńce — rzucił, puszczając oczko. Po tych słowach wrócił do torby, by wyciągnąć resztę rzeczy.
— Ale przyznaj, pomysł z Kopciuszkiem był bardzo dobry — powiedział, poniekąd oczekując pozytywnej odpowiedzi.
Iris Valentine
-
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Otrząśnij się, Valentine. Nie potrafiła powiedzieć, co się z nią stało. Dlaczego zachowywała się jakby postradała rozum. Wychodził ze szpitala, nie wracał do kraju, nie przenosili go na inną misję… świat się nie walił. Był tak samo popieprzony jak zawsze.
- Myślałam, że ludzie w twoim wieku i na twoim stanowisku już nie bawią się w podchody. – dodała przekornie, bezczelnie nawiązując do sporej różnicy wieku między nimi. Kącik ust drgnął jej w rozbawieniu, ale nie potrafiła inaczej, gdy widziała jego uśmiech. Ba! Jego rozbawienie. Nawet jeśli zdawała sobie sprawę, że głównie mogło wynikać z jej absurdalnego zachowania… - Więc nie mogę tego przyznać, żołnierzu. – bo pomysł z kopciuszkiem mógł być dobry, gdyby wszystkiego nie zepsuła. Gdyby tylko potrafiła ugryźć się w język i nie wychodzić przed szereg ze swoimi pomysłami. Bo czy nie lepiej było, żeby to on sobie przypomniał o złożonej obietnicy? Czy nie lepiej byłoby, gdyby to on przyznał, że chciał się z nią spotkać poza wojskową kliniką? Bo teraz… gdy mu to tak bardzo z a s u g e r o w a ł a – było to w ogóle szczere? W głowie Valentine pojawiła się nagle masa wątpliwości, że przecież dlaczego w ogóle miałby chcieć się z nią spotkać.
- Nie mam żadnych rumieńców. – dodała pewnie, a przynajmniej starała się zabrzmieć pewnie, a przy okazji też się wyprostowała i ściągnęła mocniej brwi, żeby nie było żadnych wątpliwości. Ona się zarumieniła? No gdzie! Absolutnie – I przestań ze mną flirtować, Henderson. To niepoważne, gdy robisz to w szortach! Gorzej byłoby tylko w bokserkach. – dodała wreszcie decydując się wyluzować i rzucić żartem. Bardzo nieodpowiednim, ale to jednak był żart… więc można było przymknąć na to oko. Uśmiechnęła się pod nosem i przesunęła spojrzeniem po jego sylwetce, znowu. I wcale się z tym jakoś bardzo mocno nie kryła – Ja jestem ubrana, więc… – mogła flirtować, wiadomo! Chociaż bądźmy szczerzy… Iris Valentine miała zerowe umiejętności flirtowania – Naprawdę na to liczę, że gdzieś wyjdziemy. Bo będzie mi brakować mojego ulubionego pacjenta. W końcu pierwszy, który mi powiedział, że jestem lepsza niż Bonnie. – kącik ust drgnął jej w rozbawieniu – Wyjdziemy po koleżeńsku, oczywiście. – dodała, chociaż sama w to nie wierzyła. Na pewno nie ze swojej perspektywy.
Jesse Henderson
-
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Z Iris było trochę inaczej. Nie zamierzał z nią iść na front, planować misji, czy też wspólnie neutralizować nieprzyjazne siły i środki. Na dobrą sprawę, lepiej byłoby, gdyby unikał nawiązywania z nią bliższych relacji - chociażby z racji na funkcję, jaką pełnił w swoich strukturach. Dla własnego dobra, ale również i jej. I to nie tak, że tego ani razu o tym nie pomyślał, dzieląc się z nią swoimi przemyśleniami - dość często mu się to zdarzało! Problem polegał na tym, że pielęgniarka niemalże od początku wzbudziła w nim niemałą sympatię, przez którą ciężko było mu z nią nie rozmawiać. O wszystkim i o niczym. Ewidentnie miała coś w sobie, co sprawiało, że na samą myśl Henderson łapał się na uśmiechaniu. I nie chodziło jedynie o aparycję, bo to też musiał przyznać - miło było na nią po prostu popatrzeć. Jednak najlepsze w tym wszystkim było to, że to nie był największy z jej atutów. — Dlatego najpierw chciałem się ubrać! — powiedział, a w jego głosie słychać było ewidentnie rozbawienie. Do tej pory flirty mu w głowie nie były. Teraz w sumie też nie, jednak w jej przypadku samo to przychodziło, tak naturalnie. Z tyłu głowy w końcu wciąż miał słowa małżeńskiej przysięgi, bo chociaż papiery rozwodowe już w sądzie leżały, to jednak oficjalnie nadal był żonatym mężczyzną. I nie miało znaczenia, że nie był w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz tak cieszył się na widok żony, tak jak na widok Iris. Z jakiegoś w końcu powodu ich małżeństwo ku końcowi zmierzało.
— . . .więc możesz mnie tak bezpośrednio podrywać? — zapytał, wyjmując z torby spodnie, które założył, uprzednio zdejmując szorty, które tak we flirtowaniu raziły Iris. Oczywiście odwrócił się do niej plecami na tę chwilę. — Teraz już możemy rozmawiać jak równy z równym — stwierdził, dopinając ostatni guzik. Może jeszcze brakowało mu butów, jednak klapki nie powinny być faux pas w tym wypadku.
— Mam tylko nadzieję, że innym pacjentom tyle czasu po godzinach nie poświęcasz, żebym zaraz po jakiejś zmianie mógł cię gdzieś porwać — powiedział, chcąc poniekąd zorientować się, czy to co wcześniej podejrzewał było prawdą. Szczerze na to liczył, chociaż nie chciał dać tego po sobie poznać. Może i nie mieli zbyt wielu możliwości, ale Jesse spędził tu już wystarczająco dużo czasu, by wiedzieć, gdzie i kiedy się zakręcić, aby spędzić czas w warunkach chociaż trochę podobnych do “normalnych”. — Oczywiście, że po koleżeńsku — rzucił od razu. — Ja o niczym innym nie myślałem — dodał, chociaż trochę kłamstwa w tym było. — Wszystko inne byłoby nieprofesjonalne — pokręcił głową. To akurat był fakt, ale nie martwiło go to zbytnio, a przynajmniej teraz. Dziewczyna ewidentnie mu się podobała, ale wiedział, że nic z tego raczej nie będzie. Niemniej jednak, miło było porozmawiać, poflirtować, pośmiać się tak, jakby za murami bazy nie toczyła się faktyczna wojna. Jego mała namiastka często brakującej normalności. Poza tym, wiele z tego co do tej pory robili było nieprofesjonalne i żadnemu z nich to jakoś nie przeszkadzało.
— Czyli co, spakuje się, odbiorę jakiś wypis i potem mam znikać i więcej się nie pojawiać? — dopytał, zerkając po sali. Za dużo rzeczy do zbierania nie miał. Wydawało mu się nawet, że do tej torby wszystko mu się zmieści. — I tak będę — powiedział od razu. — Ktoś ci w końcu będzie musiał zmiany tutaj urozmaicać — dodał. — Postaram się przychodzić tylko na rozmowy i bez ran do opatrywania — mówiąc to, przyłożył wręcz teatralnie dłoń do klatki piersiowej w ramach obietnicy. Wątpił, że będzie w stanie się tego trzymać, ale naprawdę się postara. — Ach, i przyjdę pewnie jeszcze po ten lepszy sposób na sen.
Iris Valentine
-
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
I dlatego tak bardzo dawała sobie po głowie, że zachowywała się jak zauroczona nastolatka, a nie dorosła profesjonalistka. Była sama sobą naprawdę mocno rozczarowana, ale jednocześnie Henderson miał w sobie coś takiego, że… nie potrafiła inaczej. Nie potrafiła powiedzieć, czy kiedykolwiek wcześniej złapała z kimkolwiek tak dobry kontakt. Tak… naturalny. Fascynowało i przerażało ją to jednocześnie.
Uśmiechnęła się pod nosem – Równy z równym to spora przesada, żołnierzu. – rzuciła przekornie, bo w żadnym, nawet najmniejszym stopniu nie byli sobie równi. Szczególnie wzrostem i to oczywiście do niego piła. Szczególnie, gdy dystans między nimi w jakimkolwiek stopniu się zmniejszał, a ona musiała podnosić głowę, żeby na niego spojrzeć – I oczywiście, że poświęcam wszystkim tyle czasu. Chyba nie myślałeś, że coś czyni cię… wyjątkowym? – odbiła piłeczkę, ale uśmiech czający się w kąciku jej ust był bardziej niż wymowny i oczywistym było, że nie… zdecydowanie nie poświęcała innym tyle czasu. A już na pewno nie chciała nigdzie z nimi wychodzić, spędzać z nimi wieczorów albo dni wolnych od pracy… nie chciała się z nimi spotykać poza ambulatorium. Henderson? Z nim było inaczej. Po koleżeńsku oczywiście!
- Nie chcę cię tu więcej widzieć jako pacjenta, Jesse. – bo każdy kolejny raz mógł być bardziej dramatyczny i opłakany w skutkach, a ona nie chciała, żeby coś mu się stało. Po koleżeńsku! – I do zobaczenia. – dodała, ostatni raz się do niego uśmiechnęła i wreszcie wycofała się do drzwi. Zdecydowanie za późno. Zdecydowanie zdążyła powiedzieć za dużo… i dlaczego wspomniała o koleżeńskim charakterze tej znajomości? Przecież to oczywiste! Dlaczego w ogóle pomyślała, że mogłoby być inaczej skoro mężczyzna miał w domu żonę? Tylko zrobiła z siebie idotkę! Na pewno! I właśnie dlatego pomimo tych wszystkich zapewnień i obietnic była święcie przekonana, że nigdy więcej nie będzie dane im się spotkać.
Całe szczęście, że się myliła.
/koniec
Jesse Henderson