-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Świat jest jednak mały, Bennett- mruknął pod nosem, parkując auto pod trzypiętrowym budynkiem z lat osiemdziesiątych.
Mieszkanie Diego wyglądało dokładnie tak, jak można się było spodziewać po facecie, który większość życia spędzał w restauracji. Zapach starego drewna, kawy i męskich perfum - ten sam, który Lexie czuł rano na swojej koszulce - unosił się w powietrzu. W salonie stała potężna, kanapa, która rzeczywiście pamiętała lepsze czasy, a naprzeciwko niej stary, kineskopowy telewizor.
Diego wszedł pierwszy, rzucając klucze na komodę w przedpokoju. Ściągnął bluzę, zostając w zwykłym, czarnym t-shircie, który opinał jego szerokie ramiona. Odwrócił się do Lexiego, mierząc go ciężkim, nieprzeniknionym spojrzeniem spod ciemnych brwi.
- Łazienka jest po lewej, jeśli chcesz zmyć z siebie ten dzień - odezwał się, wskazując głową drzwi na korytarzu. - Na kanapie masz koc i poduszkę.- zrobił kilka kroków w stronę aneksu kuchennego, żeby wstawić wodę na obiecaną herbatę, ale zatrzymał się przy barowym blacie. Jego wzrok spoczął na twarzy młodszego kucharza. Pustka i zmęczenie w oczach chłopaka mieszały się teraz z czymś nowym - z tym dziwnym, chłodnym spokojem, który Diego zauważył już w restauracji, tuż przed wyjściem.
Castillo oparł się dłońmi o blat, przyglądając się Bennettowi w słabym świetle kuchennej żarówki.
- I jeszcze jedno, żebyśmy mieli jasność - zaczął cicho, a jego głos znów zniżył się o oktawę, odzyskując tę surową, męską powagę. - W samochodzie byłeś podejrzanie cicho. Nie wiem, co tam teraz kalkulujesz w tej swojej pyskatej głowie, ale przypominam ci zasady tej nocy. Przyprowadziłem cię tutaj, żebyś dożył do rana. Herbata, kanapa, sen. Nic więcej nie ma dzisiaj w menu, jasne? - bo tak trzeba było, a chłopak ledwo trzymał się na nogach. Nie było mowy o żadnych.. O żadnym wychodzeniu poza ten plan, nie ważne co sobie wymyślił.