trochę przekleństw i trochę krwi
Bezwiednie chowa nóż do kieszeni torby od laptopa.
"Po cholerę tu, kurwa, przylazłaś?"
—
Po cholerę... — parska krótko.
Dobrze powiedziane, prawie mówi, patrząc na niego spode łba – a przynajmniej
w jego kierunku, bo unika patrzenia mu w oczy. Lekki grymas pojawia się na jej twarzy. Ciągle słyszy tykanie tego zasranego zegarka. Jak to możliwe, skoro jest schowany w rękawie ramoneski? —
Po swoje rzeczy, oczywiście —
oczywiście. Brzmi – chyba – wystarczająco przekonująco – w końcu nie miała planów go szukać, dopóki nie zorientowała się, że zostawiła z nim swojego Glocka.
Jak mogłam o nim zapomnieć?
Ostatecznie dobrze się stało, że go zostawiła – to znaczy pistolet. Woli nie wyobrażać sobie, co
mogło się stać, gdyby nie zorientowała się, że Percival nie wyjechał z Edmonton.
Dlaczego? Prawie o to pyta, ale ostatecznie – to nie jest odpowiedni moment. Muszą działać szybko i zdecydowanie. I na szczęście Gardner też zdaje sobie z tego sprawę. Najwyraźniej potrzebował dostać cios nożem, żeby potraktować zagrożenie poważnie – zagrożenie, na które próbowała go nieskutecznie uczulić odkąd tylko zauważyła podążający za nimi samochód.
Zasrany szowinista.
"Auto jest po drugiej stronie".
—
Wiem — rzuca mimowolnie. Sama kieruje kroki w stronę łóżka; sięga do poduszki, by zdjąć z niej poszewkę i zwinąć ją w ciasny wałek. Zaraz mimowolnie robi pospieszny krok w stronę Percivala – nie dlatego, że spieszno jest odebrać swoją torbę z jego dłoni – widzi, jak się chwieje. Niemal wyciąga w jego stronę ręce, ale co by zrobił ten niedorzeczny mężczyzna, gdyby próbowała go podtrzymać?
Zamiast tego, wciąż ciężko oddychając, odbiera z jego rąk swoją torbę, w zamian wręczając mu poszewkę.
—
Dociśnij mocno do rany — mówi. Na jej twarzy na moment maluje się szok, gdy Gardner tłumaczy, gdzie ma kluczyki do auta. Nie zamierza sprawdzać, czy jest pewien swojej decyzji, więc szybko podchodzi jeszcze bliżej, by sięgnąć do przedniej kieszeni jego spodni, właściwie bez zastanowienia...
które być może by się przydało, bo nie jest gotowa na mieszankę emocji, którą wywołuje jego zapach mieszający się z zapachem krwi. Jej oddech na chwilę staje się nierówny, a Peregrine przymyka powieki. Poczucie winy dominuje w tej mieszance.
To wszystko powinno było skończyć się na tym, jak zatrzasnął jej drzwi swojego gabinetu przed nosem.
Zaciska palce na kluczyku i niemal odskakuje jak oparzona – przecież
muszą się spieszyć. Rzuca szybkie spojrzenie w stronę napastnika, który wydaje z siebie pomruk. On też nie został obezwładniony na zawsze.
Kieruje się w stronę drzwi i przemierza drogę, którą wcześniej tu przyszła. Nie odwraca się, by kontrolować pozycję Percivala – zamiast tego nasłuchuje uważnie jego kroków. Gdy znajdują się na zewnątrz, ruchem ręki zatrzymuje Gardnera, zanim wyjdą zza ściany budynku. Obserwuje miejsce, w którym parkuje białe Audi – nie stoi zbyt daleko od BMW, więc Helena czeka, aż drugi mężczyzna nie wysiądzie po trzykrotnym sprawdzeniu zegarka. Czeka, aż ten zniknie w głównym wejściu do motelu, zanim nie odwraca się do Percivala. Kiwnięciem głowy daje sygnał do działania.
Czuje się dziwnie za kierownicą BMW. Może czułaby większą satysfakcję, gdyby sprawy nie miały się inaczej.
Milczy całą drogę, niezależnie od tego, czy Percival coś mówi, czy też milczy. Skupia się na znalezieniu odpowiedniego miejsca – kieruje się w stronę centrum, a jej wybór w końcu pada na dość elegancki, nowoczesny hotel. Pewnie ma elektroniczne zamki – ona by je złamała, ale zbirów z Audi nie podejrzewała o odpowiednie umiejętności.
—
Zaczekaj tu — mówi, gdy znajdują się już w lobby. Z zakrwawionym ramieniem za mocno zapadałby w pamięć. Podchodzi do recepcji. Nie ma czasu na zastanowienie – prosi o jeden dwuosobowy pokój. Potem przekonuje młodego recepcjonistę, że
doniesie mu dokumenty, które zostawiła w pracy, ale z samego ranka
specjalnie dla niego pofatyguje się do biura. Uśmiecha się i śmieje z własnego nieogarnięcia. Recepcjonista odpowiada śmiechem, wyrozumiale przyznając, że też potrafi być roztargniony. Podaje jej kartę. Helena mruga do niego na odchodne; spojrzeniem daje Percivalowi do zrozumienia, by ruszył za nią w stronę windy.
Gdy jej drzwi zamykają się za nimi, oddycha głęboko, odrobinę drżąco. Jeszcze trzyma się w ryzach; musi. Nie tylko zdaje sobie sprawę z tego, że musi jeszcze zachować spokój odpowiednio długo, by opatrzeć jego ranę – nie chce też
znowu stracić przy nim kontroli nad sobą. Nie może sobie na to pozwolić.
Drzwi windy otwierają się, Helena wypada z niej, znowu bez wypowiedzenia jednego słowa. Odszukuje odpowiedni numer pokoju i otwiera drzwi.
—
Siadaj — mówi, rzucając na łóżko swoją torbę i odszukując w niej apteczkę. —
I odsłoń ranę – dodaje tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Percival Gardner