ODPOWIEDZ
40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

01.
Uroczystości zaślubin są niemal tak wzruszające, jak sceny psiaków w filmach, które zaginęły, ale jednak wróciły.
Czy coś. Tak to szło. Może inaczej.
Stanley Dawson nigdy nie był dobry w przemowy, bycie empatycznym, wrażliwym, delikatnym, kochanym i wszystko, czego się oczekuje od świadków na ceremonii ślubu. Nie nadawał się. Dużo lepiej, gdyby Matthew wybrał na świadka dobrego kolegę z pracy, sąsiada, a nawet tego podstarzałego pana z ławki, który był po dwóch browarach i zalotnie puszczał oczka do przechodniów. Był całkiem sympatyczny, wyglądał na człowieka wykształconego, zwyczajnie w życiu mu nie wyszło i trochę średnio pachniał; generalnie nic, czego nie naprawiłoby paręset dolarów, ot co. Charakteru, życiowego podejścia i niewyparzonego języka prezesa naprawić nie mogło już nic; słowem wstępu. Skąd więc ten podły wybór?
Pomijając całą historię znajomości i przyjaźni — od gówniarzy, przez studia, po lata dorosłe i pierwsze wspólne wędkowanie — Stanley zwyczajnie… lepiej, aby stał z boku, cicho, tylko się uśmiechał i kiwał głową. Pan Młody, tymczasem, łączył z nim ogromne nadzieje, licząc na to, że świetnie sobie poradzi z poinformowaniem gości, kiedy mają rzucać kwiatki, kiedy się uśmiechać, kiedy się nie uśmiechać, kiedy milczeć i jaka piosenka powinna lecieć przy wychodzeniu z kościoła. To był ogromny kawał roboty jak dla kogoś, kto czasu na zapoznanie się z podobnym planem, potrzebował znacznie więcej, niż kilka godzin. Od ranka do przedpołudnia. W tym wszystkim — Matthew ewidentnie zapomniał, że Dawson także musiał mieć jakiś c z a s na przygotowanie się, upewnienie się, że prezent jest odpowiedni i na pewno niczego nie zapomniał, a także papierosa na odwagę, że kolejny dzień i wieczór, będzie musiał być duszą towarzystwa. Zwyczajowo mu to nie przeszkadzało, znający go ludzie określali go albo jako bardzo rozmownego, albo jako wycofanego i sztywnego, więc prawdopodobieństwo sukcesu wynosiło zawsze pięćdziesiąt procent.
Albo się uda, albo się nie uda.
I tym razem, gdy Stanley podjeżdżał swoim czarnym kabrioletem pod kościół — dach opuszczony, wiatr we włosach, okulary przeciwsłoneczne na nosie, z głośników bardzo głośne, jak na kościelne standardy, techno — wszyscy powinni byli pomyśleć, że się nie uda. Dawson miał jednak misję i z zapartym tchem wysiadał z fury, gotów ją wykonać, choćby nie wiem co, albowiem ceremonia zaślubin Matthewa i Joanne miała wyjść idealnie, łącznie z zagraną z głośników melodią z Parku Jurajskiego. Takie życzenie. Żadne tam, religijne, przyśpiewki. Nie i koniec. Stanley wchodził więc do kościoła krokiem dziarskim; nie skłonił się przy wejściu, ani przed ołtarzem. Nie uczynił znaku krzyża na swoim czole, ni klatce piersiowej, wodą święconą. Szukał pewnym i zdecydowanym spojrzeniem wzniesienia, na którym miałby znajdować się organista, szykujący się do ślubu, jeszcze nieświadomy, że tego dnia miał oddać fartucha i nie przytulić pewnej sumki za przygrywanie do składania przysięgi.
Guzik granatowej marynarki, idealnie skrojonej, był nadal pięknie zapięty, gdy wspiął się po schodach na podest. Jego mina nie mówiła niemal nic, gdy zachodził od tyłu drobnej postury muzyka, spodziewając się batalii i sprzeciwu, choć być może brał to wszystko zbyt poważnie. I wtedy także, gdy zatrzymał się w odpowiedniej odległości, nieznacznie odchrząknął, byleby zwrócić na siebie uwagę… całkiem młodego, jak na ten zawód, mężczyzny. Dzień dobry — bo choć wolałby powiedzieć cześć, tak z ich dwojga to on wkraczał w wiek bycia starszym panem. W każdym razie, nie szczęść boże. Nad naszymi przeklętymi duszami.zaszło nieporozumienie. Para młoda nie życzy sobie muzyki spod palców dławidudy — zdecydowanie nie powinien przekazywać tego w ten sposób, z absolutnie poważną miną, zaciętą i godną prezesa, którym, de facto, był. — chyba, że potrafisz grać na akordeonie. Jeśli nie, to życzeniem jest melodia z Parku Jurajskiego. Macie tu głośniki, żebym się podpiął blutufem do apple music? — i tymi magicznymi słowami, otoczka poważnego, dorosłego mężczyzny, poszła głęboko w las.
Przynajmniej nadal morda przystojna i ciało wyrzeźbione, kusząco opięte piekielnie drogim garniturem.
I ta zabójcza woń intensywnych perfum. Nie Dior Sauvage, bo j e s z c z e się szanował.

Harry Dillion
lawina
mickiewiczowania nie trawię
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Ach wesela… z jakiegoś dziwnego powodu, który nawet dla niego był kompletnie niezrozumiały, po prostu ubóstwiał ceremonie zaślubin. W swoim życiu miał okazję przebywać na kilku, bo chociaż jego rodzina nie należała do przesadnie licznej, to posiadała wyjątkową liczbę znajomych. A jak to bywa w rodzinach, zwłaszcza tych latynoskich, ludzie lubią trzymać się w kupie i pielęgnować relacje, co objawiało się również zaproszeniami na różnego rodzaju uroczystości. W zaślubinach było coś wyjątkowego, co nawet u Harry’ego powodowało mocniejsze bicie serca. Nie wiedział, czym to coś było, być może wiązało się to z szczególną uroczystością lub może też z faktem, że jedna osoba łączyła się z kimś na wieczność… bo w ich kościele właśnie tak było. Harry był bowiem katolikiem, więc dla jego rodziny ślub wiązał się z tym, że dwoje ludzi związanych było aż po grób, w zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu… a jego babka uważała nawet, że zaślubione dusze przebywały ze sobą nawet po śmierci w miejscu, do którego trafiały dlatego niezwykle istotne było dla niej to, by małżonkowie się jednak dogadywali, bo przecież nikt nie chciał utknąć w zaświatach z osobą, którą zdążyło się znienawidzić. Harry się z tym absolutnie zgadzał, a przynajmniej tak było do czasu, gdy nie postanowił rzucić religii w cholerę i uznać to za stek idiotycznych bzdur, którymi karmiło się ludzi.
   Śmiesznie się więc stało, że życie popchnęło go właśnie do pracy w kościele i to jeszcze anglikańskim. Jego babka, gdyby jeszcze żyła, pewnie parsknęłaby śmiechem na samą myśl o tym, że jej wnuk ateista został zmuszony do tego, by udawać organistę i mieszkać na plebani. A jej śmiech pewnie odebrałby jej dech w płucach, gdyby usłyszała, że początkowo rozważano by nie wpakować go w rolę księdza. Na szczęście na etapie szukania i kreowania mu nowej osobowości jakiś mądry psycholog uznał, że byłoby to zbyt przytłaczające i trudne dla osoby w jego położeniu. A on nie potrzebował więcej trudności. O jego roli organisty zdecydowała umiejętność grania na pianinie i fortepianie. Okazało się bowiem, że organy wcale nie były trudniejszym instrumentem i Harry potrzebował zaledwie kilku lekcji, by podłapać podstawy. Nigdy nie miał problemu z opanowaniem instrumentów, a dzięki swojej fotograficznej pamięci szybko uczył się nut i zapamiętywał, które klawisze miał naciskać i z jaką szybkością. Wcielenie się w organistę przyszło mu więc szybko i tak naturalnie, że zaledwie po kilku dniach ludzie zaczęli wierzyć w to, że właśnie nim był.
   Czasami i on oszukiwał się, że takie było jego życie od samego początku, dzięki temu łatwiej było mu wstać z łóżka i zacząć kolejny, paskudny dzień.
   I dlatego właśnie, że jego życie było takie nijakie, tak bardzo cieszył się na myśl, że przyjdzie mu zagrać na czyimś ślubie. Byłby to jego pierwszy raz, więc żył tą myślą już od kilku dni. Ekscytacja była tak duża, że w dniu ślubu, już od samego rana nastrajał organy, żeby brzmiały tak dobrze, jak tylko się dało. Ubrał się nawet odświętnie, żeby nie odstawać na tle gości, chociaż i tak nie byłoby go widać.
   Do ceremonii zostało jeszcze kilkanaście minut, lecz Harry siedział już na swoim miejscu i przeglądał nuty, które i tak znał na pamięć. Już miał zacząć coś grać, gdy usłyszał za swoimi plecami czyjeś kroki i chwilę później – głos.
   – Akordeon? W kościele? – zapytał, jakby chciał, żeby mężczyzna powtórzył to, co przed chwilą powiedział. Nie miał pojęcia, kim był nieznajomy, ale lata spędzone w jednym z nowojorskich szpitali sprawiły, że zdołał poznać ten typ całkiem nieźle. – Niektórzy ludzie mają klasę – powiedział i chociaż normalnie byłby zachwycony zmianą oklepanego marsza weselnego na melodię z jednego z najwspanialszych filmów w historii kina, tak teraz był rozgoryczony. Odwrócił się w kierunku organ. – Akordeonu nie mam, ale umiem zagrać to – rzekł, po czym wygrał kilka nut melodii, którą każdy miłośnik kina znał ze sceny, gdy Alan Grant i Ellie Sattler widzą dinozaury po raz pierwszy. Nie znał osoby, na której ta scena nie wywarłaby wrażenia, a jeśli takie osoby istniały, to najzwyczajniej w świecie nie znały się na dobrym kinie. Swój krótki koncert zakończył początkowymi i najbardziej znanymi dziękami z Upiora w Operze.
   – Mamy głośniki gdzieś w zakrystii, ale nikt nie zgłosił, że trzeba je wyciągnąć… trochę niedopatrzenie z waszej strony – mruknął, odwracając się do mężczyzny. Niechętnie, ale musiał przyznać, że stojący przed nim facet był przystojny, a jego specyficzny sposób bycia tylko dodawał mu uroku. No co tu dużo mówić, był w jego typie, ale Harry nie mógł sobie pozwolić na to, by tak szybko się poddać. W końcu tak bardzo chciał zagrać na tym ślubie.

stanley dawson
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wielokrotnie — na tyle sporo razy, że aż wstyd było przyznać i bez odpowiedniego upojenia alkoholowego, za nic w świecie by o tym nie powiedział na głos — wyobrażał sobie samego s i e b i e na miejscu Pana Młodego. Niecały rok temu ukończył czterdziesty rok życia, a nadal nikt nie nosił jego nazwiska i nadal, on sam, nie miał na palcu iskrzącej obrączki, co sprawiało, że momentami było mu zwyczajnie przykro z tego prostego powodu. Oczami wyobraźni doskonale widział piękny garnitur, cudowne, drogie pierścionki w drobnym pudełeczku, wizję nocny poślubnej i długiej podróży po świecie, by zapięczetować miłość i instytucję, jaką było małżeństwo. Może i nie miał wspaniałego wzoru tejże relacji do tej pory, albowiem ani jego rodzice, ani dziadkowie, ani generalnie NIKT nie żył w szczęśliwym małżeństwie, ale Stanley marzył sobie przełamanie tej przykrej passy. Uczestnictwo, więc, na ceremonii i weselu jako g o ś ć, bywało całkiem bolesne. Jako świadek? Już w szczególności, albowiem swego rodzaju organizacja spadała na niego — z wieczorem kawalerskim w górach poradził sobie WYBORNIE — i zarazem ta świadomość, że to jednak nigdy nie będzie on, pukała od strony podświadomości, wewnętrznego ja, czy jakkolwiek inaczej zwał to Freud. Cóż więc mu zostało?
Albo popsuć ślub swojego przyjaciela, albo doprowadzić do tego, aby był niemal tak idealny, jak marzyłby tego sobie Stanley dla samego siebie.
Nie był — jeszcze — aż takim złamasem, aby skupić się na pierwszej opcji. Musiał więc sprawić, że wszystko pójdzie według planu i obejdzie się bez żadnych przykrości, które zniszczyłyby dzień Matthewa i Joanne. Na ten moment zdawało się, że jedyną przeszkodą pozostawał organista, o którym zapomniano. Swoją drogą; niezwykle młody, zgrabny i śliczny organista, który wpasowywał się w te przebrzydłe gusty pana prezesa, lubującego się w mężczyznach znacznie młodszych, drobniejszych i z pewną iskrą bycia m ł o d y m, o której on już dawno zapomniał. Do tej pory zupełnie inaczej wyobrażał sobie ludzi, którzy na podobnych stanowiskach pracowali. Przede wszystkim; nieprzyjemny zapach powinien być odczuwany już gdzieś… w granicy wspinania się po schodach. Nic podobnego, albowiem nozdrza Dawsona wypełniała woń kościelnych kadzideł i świeżych kwiatów, którymi ozdobiony był ołtarz, a także ławki, właśnie pod ceremonię. Robota świadkowej, jak nic. Zarazem — niższy. Nieco bardziej pulchny, z wadą wymowy, albo niemowa. No, jedno z dwóch? Oczywiście, że był ignorantem. Stanley wcale się z tym nie krył! Jego wyobrażenia zderzyły się więc ze ścianą, a w czystym szoku był w momencie, w którym nieznajomy mężczyzna miał odwagę na d y s k u s j ę. Dawson nie zamierzał nazywać tego sprzeciwem, w końcu dopiero rozpoczął tę nieprzyjemnę rozmowę, niemniej nie można było, młodemu jegomościowi, odmówić odwagi.
Nie mógł mieć najmniejszego pojęcia, kim Dawson był.
A jednak postawa Stanleya niemal krzyczała o tej jednej Karen i wezwaniu kierownika proboszcza tej wsi parafii.
Dopóki, niezwykle błyskawicznie, nie doszedł do wniosku, że może być to… zabawne.
Ot co.
Dobrze usłyszałeś — oznajmił krótko, albowiem jak na osobę, która musiała być młodsza o co najmniej dziesięć lat, organista nie mógł być aż tak zamknięty na nowoczesność. No i co, że to był kościół? Matthew z Joanne byli wierzący, więc mieli pełne prawo do przysięgania przed Bogiem. A to, czy Bóg wolał organy, czy akordeon, to nikt nie wiedział. Nieważne, czy służył Bogu, czy nie. — Pewnie, od A, do C, jeśli patrzymy na niemieckie wyroby. Ja jeżdżę klasą B, ale Matthew i Joanne będą C. Uważasz, że wówczas Park Jurajski nie wchodzi w grę? — brew poszybowała do góry, kiedy próbował wciągnąć w tę nierówną dyskusję młodzieńca, zakładając, że ten nie może znać się na samochodach. W przeciwieństwie do Dawsona, który zmotoryzowane pojazdy uwielbiał i były jego oczkiem w głowie, bo ani żony, ani męża, nie miał.
Chwilowo zamilknął, chcąc pozwolić, aby melodia wygrywana przez Harry’ego, dotarła do jego uszu. Usta zacisnął w cienką linijkę, gdy błyskawicznie rozpoznał jedną z ulubionych melodii, niemal tradycyjnie zakończoną Upiorem. Być może, lecz tylko być może, drobny grymas rozbawienia pojawił się na jego dojrzałej twarzy.
Był człowiekiem kultury. Zarówno filmoznawcą — z zamiłowaniem wystawiał opinie na letterboxdzie — jak i teatrologiem, bo widział Upiora w Operze i w Nowym Jorku, i w Londynie, i w Paryżu. Mógłby więc pokusić się nawet o stwierdzenie, że c a ł k i e m mu to zaimponowało, ale słowa nie opuściły jego ust; zacisnął za to zęby na miętowej gumie do żucia.
Z naszej? Powinniście być przygotowani na wymagania Pary Młodej. Obecność Jezusa i księdza to jedno, techniczna organizacja, to… — urwał, byleby rozejrzeć się po wnętrzu kościoła swoim znanym, krytycznym okiem. — drugie — zakończył z westchnieniem tak długim, że godnym człowieka chronicznie zmęczonego. Sięgnął dłonią do własnej twarzy, aby dwoma palcami rozmasować nasadę nosa. W namyśle wygładził zarost, nim nie pochylił się nieznacznie nad organistą i jego sprzętem, nie łamiąc kontaktu wzrokowego. — Domyślam się, że nie zdążymy. Ile wołasz za rezygnację z Upiora i pozostanie przy samym Parku Jurajskim? Jestem świadkiem, zapłacę podwójnie, ale musi być idealnie. Cudem ich namówiłem na rezygnację ze Star Warsów, bo są oklepani — ten s e k r e t zdradził mu ściszonym tonem głosu, zupełnie, jakby zdradzał recepturę na cheeseburgera w popularnej sieci jedzenia fast-food. Palcami przesunął po instrumencie, niecierpliwie stukając opuszkami w drewno, gdy z natłoku emocji — stresu, oczywiście — drugą dłonią rozpiął tą cholerną marynarkę. — to tylko moja dobra wola. Mam całą playlistę, więc to poświęcenie. A więc? Jak będzie… eh, jak się nazywasz?
Bo kolejną negatywną cechą charakteru Stanleya było ta zakorzenione głęboko przekonanie, że należało mu się wszystko i nikt nie mógł mu odmówić.
A coś mu podpowiadało, że układ z urokliwym organistą, może być nawet niezły.

Harry Dillion
lawina
mickiewiczowania nie trawię
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Czy Harry wyobrażał sobie siebie na ślubnym kobiercu? Pewnie za dzieciaka, niemniej jednak, kiedy tylko dorósł na tyle, by być kumatym i pojmować, w jaki sposób funkcjonuje ten świat zrozumiał, że nigdy nie stanie przed ołtarzem. Nie dlatego, że nie chciał, bo wiele by pewnie oddał za taką możliwość, ale dlatego, że nie mógł. W kościele katolickim nie było bowiem mowy o ślubach osób tej samej płci, więc jedyne co mógł robić, to żyć w świecie fantazji, gdzie wolno mu było robić wszystko, co tylko chciał. Rzeczywistość była nietolerancyjna dla osób takich, jak on. I przez wiele długich lat walczył z tym, by zaakceptować to, jakim się urodził. Bo czemu niby los sprawił, że nie był normalny i nie mogły podobać mu się jego koleżanki? Czemu wszechświat popychał jego oczy by skupiały się na opinających krocze spodenkach noszonych przez kolegów. Było to nie fair i zupełnie pozbawione sensu. Był katolikiem, a więc jedyne co mógł zrobić, to nienawidzić się za to, że tak właśnie wyglądała jego rzeczywistość. Bujanie w obłokach i fantazjach było więc przyjemną ucieczką.
   Sporo czasu zajęło mu to, by dojrzeć do tego, by zrozumieć, że jest w pełni normalny i jedyną abnormalnością było to, jak funkcjonował ten świat. Na to jednak nie mógł nic poradzić, jednak w miarę dorastania zaczął dostrzegać, że nie było aż tak tragicznie, jak mu się wydawało. A odejście z kościoła tylko wzmocniło te odczucia. I nie zrezygnował z wiary dlatego, że był gejem, a Kościół Katolicki wypowiadał się o jemu podobnych ludziach w sposób mało pochlebny. Po prostu nie potrzebował w swoim życiu Boga ani też żadnej siły wyższej, która byłaby jego drogowskazem. Bo co to niby znaczyło, że ludzie są dobrzy tylko dlatego, że nie chcą trafić do Piekła? To i hipokryzja sprawiały, że nie był w stanie traktować Kościoła, jako poważnej instytucji. Dorósł również do tego, by zacząć uznawać ślub jako czystą formalność, więc gdy tylko pozbyło się z tego obrazka Boga, wizja ta, w której gra główną rolę, stała się nieco bardziej namacalna.
   Przekrzywił lekko głowę, patrząc dalej na mężczyznę. Idealnie ułożone włosy, odpowiednio przycięty zarost i garnitur skrojony na miarę, ale jednocześnie opinający się dokładnie w tych miejscach, w których miał się opinać, ale w taki sposób, żeby nikt nie posądził noszącego go właściciela o to, że w uwagach dla krawca wyraźnie poprosił o taki konkretny krój. Mężczyzna sprawiał wrażenie starannie zaprojektowanej nonszalancji, która pasowała do niego niemal idealnie. Był to ten typ człowieka, który Harry znał od podszewki i który z jednej strony mógł irytować i wkurzać, ale z drugiej okazać się całkiem przydatny. Wystarczyło wiedzieć tylko, za którą strunę pociągnąć i Harry postanowił to sprawdzić.
   No bo co innego miał w tej chwili do roboty?
   – Nie potrzebuję tutaj lekcji alfabetu – wstał, nie dając za wygraną tak łatwo. Mężczyzna może i był przystojny i w jego typie, ale nie byli w klubie, a Harry dalej był nakręcony na granie kościelnych psalmów. Nie był jednak głupi i wiedział, że jeśli przychodzą bogacze i czegoś żądają, to najrozsądniej było im to dać. Nie miał więc zamiaru stawać na drodze szczęściu (i rozkazom) pary młodej, bo pewnie na koniec dnia i tak dostałby za to po uszach.
   – Uważam, że nie ma romantyczniejszej sceny niż pierwsze spotkanie Granta i Sattler z brachiozaurami – kiwnął głową z uznaniem. Bo musiał przyznać, że trzeba było być nie tylko odważnym, ale i kreatywnym, by pokusić się o tę melodię na swoim ślubie. I to zasługiwało na pochwałę. On sam nie wiedział, jaką melodię mógłby wybrać, ale ścieżka dźwiękowa do Parku Jurajskiego nagle zaczęła mu się wydawać zachęcająca.
   – Cóż… pracuję tu dopiero od miesiąca i nikt mnie o takich planach nie poinformował – zaczął, pocierając skronie, udając, że stara się sobie przypomnieć, czy ktoś faktycznie mu mówił o tym, że nie będzie musiał grać na tym ślubie. Być może fakt ten wyleciał mu z głowy, jednak kto mógł mieć mu to za złe? W końcu miał na głowie inne sprawy niż pamiętanie o tym, że jego umiejętności gry na organach nie będą potrzebne na ślubie jakich zupełnie nieznanych mu ludzi. Był zbyt zajęty użalaniem się nad sobą.
   – To czy zdążymy zależy tylko od tego, jak szybko będziesz w stanie wyciągnąć głośniki – wstał z krzesła, które ustawione było przy organach i przeciągnął się tak, że dało się usłyszeć ciche strzyknięcie w jego łokciu – pozostałość po dawnym urazie. – No chyba że te mięśnie, które masz, są tylko do wypełniania i opinania rękawów? – zagaił, uśmiechając się. Obok tego faktu również nie mógł przejść obojętne. I tak, wiedział, że jego rozsądek rozpalał się teraz do czerwoności i krzyczał, że powinien się uspokoić i zachowywać profesjonalnie, niemniej jednak usta miał szybsze niż logiczne myślenie i mówił to, co mu ślina na język przynosiła. Dopiero po jakimś czasie przyjdzie pora na zastanawianie się nad ewentualnymi konsekwencjami swojego zachowania. Ale nie teraz.
   – Jestem Harry – powiedział, instynktownie wyciągając dłoń przed siebie, jakby ich spotkanie przy organach miało stać się początkiem jakiejś głębszej i dłuższej znajomości. – Tak się składa, że już mi zapłacono za ten ślub[ /b] – odpowiedział. Oczywiście to nie tak, że pieniądze by mu się nie przydały, bo z chęcią przygarnąłby kolejną sumkę, niemniej jednak mężczyzna zepsuł mu nieco humor, więc teraz Harry miał ochotę odpłacić się tym samym. – Myślę, że idealny świadek zgodziłby się wynieść głośniki – stwierdził. – Chodź za mną – powiedział, wymijając mężczyznę i kierując się w stronę schodów, by po kilkunastu sekundach znaleźć się na dole i zmierzać do zakrystii.

stanley dawson
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”