Ręce mu opadły, no bo jak to po co miała mu mówić o tym wcześniej? Powinna mu powiedzieć od razu, a nie, przecież oni w Rio... No właśnie, co oni odpierdalali w Rio, a ona wiedziała o dziecku. Ściągnął do siebie brwi jakoś groźnie, chociaż wciąż był blady, zdenerwowany, zrezygnowany, ale też wzbierała w nim złość...
-
Jak kurwa nic by nie zmieniło? Pilar przecież to jest... - kaplica, jebany gwóźdź do trumny. KONIEC.
Tego ich nieidealnego, ale no jednak dobrego życia. Ryzykowania. Ruchania się gdzie popadnie. Jedzenia na mieście. Wychodzenia kiedy i gdzie chcą. Latania sobie do Rio z dnia na dzień. No wszystkiego koniec. A ona mówi, że to nic nie zmienia. I co kurwa?
Założy sobie na szyję nosidełko z bobasem i będzie zapierdalała na akcję, z pukawką ganiając się z bandziorami? A może dostanie je Madox i jak będzie w klubie ważył działki koksu, to drugą ręką będzie karmił bobo butelką?
To zmieniało kurwa wszystko.
Dlatego zaraz jej pytał, jak ona sobie to wyobraża, a ona co?
Normalnie.
-
Jak kurwa normalnie? - aż rozłożył ręce i się unosił, bo jak to normalnie? To co, nagle rzucają robotę, ona idzie na przedszkolankę, a on na właściciela warzywniaka i wychowują dziecko? A może całą gromadkę?
Ja pierdole, nie...
Madox nienawidził dzieci, były za głośne, były za narwane, za głupie, za rozwrzeszczane. Były jak on.
-
Zdarzają się? Mówiłaś, że nam się nie zdarzy, że kurwa nie musimy uważać - aż tupnął, bo był zły. Teraz to chyba na siebie, że nie uważał. Że w ogóle pozwolił na coś takiego. Koniec, skończyło się babce sranie, posuwanie się wszędzie. Może on naprawdę powinien pomyśleć o tej wazektomi, albo kurwa... celibacie?
Z tych nerwów chciał wziąć Sombrę na spacer, chciał...
Ale widział jej spojrzenie, no nie mógł wiecznie uciekać. Nie kiedy chodziło o nią. A teraz jeszcze o ich... dziecko.
Ja pierdole. Kurwa. O ich dziecko.
-
Nie no nie idę... Ja po prostu... Pilar... - jęknął i już lądował przy niej na kolanach. Jakby to była jakakolwiek inna laska, albo jakby to było jeszcze kilka miesięcy temu, to już by go tutaj nie było. Siedziałby w taksie na lotnisko. Ale to była Pilar. Teraz jego żona. A przecież jej tyle razy mówił, że on jej nigdy nie zostawi, nie puści, że zawsze będzie przy niej, nieważne jak kurewsko źle by było.
A teraz było strasznie.
Gorzej niż po grzybach, gorzej niż w balonie. Najgorzej na świecie. Bo to dziecko będzie miało tak przejebane, nie z nią, bo ona byłaby wspaniałą matką. Z nim. Z Madoxem jako ojcem.
Dopiero jej pytanie wyrwało go z tego dziwnego stanu, z tych chujowych myśli o tym jakim on będzie strasznym ojcem, najgorszym kurwa na świecie, jak jego stary.
-
Co? Pojebało cię Pilar? Nie - rzucił od razu i się do niej podsunął bliżej -
nie, po prostu... To... - nie umiał się wysłowić. Chyba drugi raz go zatkało, bo co jej miał powiedzieć? Że kocha ją nad życie i chciał tego ślubu najbardziej na świecie, tylko nie wyobraża sobie tego, że on zostanie ojcem. Bo tu nie chodziło o nią, chodziło o niego. Już chciał sięgnąć do niej ręką, może nawet ją przeprosić? Bo pomimo tego jak chujowo teraz było, strasznie, okropnie, nie do ogarnięcia, to przecież... powinien być dla niej wsparciem. Zawsze był. Starał się.
Ale zamiast tego, to między nimi wylądowało to zdjęcie.
Ich dziecka. Jak myślał Madox.
I dopiero wtedy to pytanie.
Myślisz, że to jest moje?
Sprawiło, że się zawiesił. Że chwilę zastanawiał się nad tym, bo może nie?
Może jest dla nich jeszcze jakaś nadzieja?
-
A czyje? - zapytał, a zaraz... Spadło na niego kolejne wiadro zimnej wody, tylko to było jakby jakieś orzeźwiające? Nie słuchał tego co nawijała mu Pilar, o tym, że gdyby była w ciąży to by nie piła i nie ćpała, i nie ryzykowała. Chociaż no nie, raczej nie...
Ale to znaczyło, że nie była. I teraz Madox poczuł się jakby zrzucił z siebie jakieś kajdany z zasranych pampersów i laktatorów, i innych takich ohydnych rzeczy.
A kiedy tak go do siebie szarpnęła, kiedy krzyknęła to...
NIE JESTEM W CIĄŻY.
To jakby z serca spadł mu ogromny kamień, jakby zdjęli mu z pleców okropny ciężar.
-
Ja pierdole... Jak dobrze - odetchnął z ulgą, i sam się do niej wyrwał, a zaraz zamknął jej usta w agresywnym, krótki pocałunku -
ja jebie, ale się wystraszyłem - pokręcił głową i zaraz lądował na podłodze na plecach, na zimnych kafelkach, klatka piersiowa wciąż chodziła mu szybko, a serce waliło jak szalone, ale teraz już chyba ze szczęścia...
Które trwało jebane dziesięć sekund.
Kurwa.
Przekręcił na bok głowę, wbijając w nią spojrzenie, kiedy tak coś kalkulowała, a potem patrzyła w telefon.
-
Pilar… Nie wkurwiaj mnie - warknął mrużąc oczy, a zaraz zbierał się z podłogi -
nie rób sobie ze mnie jaj - wycedził przez zęby, bo tak podejrzewał, że teraz to ona już się z niego zgrywa, żeby mu jeszcze dowalić. Przysunął się do niej, a zaraz zaglądał w jakąś apkę z kropelkami z bejbikami i innym szitem. Aż uniósł obie brwi, bo tam miały być te jebane kropelki, przez cały ich wyjazd do Rio, a nic nie było. Jeszcze brakowało, żeby teraz na ekranie telefonu pojawił się jebitny napis - Gratulacje zaciążyłaś! I fanfary.
Madox walnął głową w ścianę odchylając ją do tyłu. A zaraz przesuwał się po podłodze tak, żeby usiąść przed nią, opierał jej ręce na kolanach i zaglądał głęboko w oczy.
-
Czekaj... Może jednak dostałaś? Sprawdzę... - widział to spojrzenie, które mu posłała, więc cofnął rękę, którą już opierał na jej udzie. Zerwał się z podłogi -
ja pierdole... Kurwa - kopnął kosz na pranie. Już wyszedł z łazienki i Pilar mogła słyszeć jak zrzędzi pod nosem i szura butami. Ale zanim jeszcze wyszedł z mieszkania, to wrócił do toalety -
jak mam powiedzieć? Test ciążowy? Czy to ma jakąś specjalną nazwę? - zapytał jak dziecko we mgle. No ale prawda jest taka, że nigdy wcześniej, żadne jego poprzednie laski nie kazały mu
iść sobie po test -
o kurwa, pięć minut, żeby dobiec do apteki, bo zaraz ją zamykają - spojrzał na zegarek, a Sombra zakręcił się dookoła podekscytowany, że pójdzie z nim, Madox jednak wskazał mu podłogę -
zostań - a zaraz Pilar -
pilnuj mamy... Ja pierdole, pilnuj pani, zostań... - bo skoro on był psim tatą, to Pilar psią mamą, oby kurwa nie była jednak tą mamą. Trzasnął drzwiami i zbiegł po schodach mijając po kilka stopni na raz, a potem biegiem do apteki na rogu ulicy, bo dochodziła dwudziesta druga i zaraz mieli ją zamykać. Zdążył w ostatniej chwili. A kiedy wpadł do środka i stanął przed regałem, z którego zerkały na niego zaślinione, pucołowate twarze różnorodnych bobasów, to znowu go zemdliło. Podeszła do niego aptekarka i zapytała czy może mu pomóc, bo już zamykają.
-
Może mi pani dać taki, żeby było sto procent pewności? - dziewczyna zerknęła na niego z politowaniem i powiedziała, że takie testy, to nigdy nie jest, że trzeba zrobić badania, bla bla bla.
Zdjęcie USG. Takie jak tamto z podłogi.
Dla pewności, dla świętego spokoju, Madox wziął chyba dziesięć różnych testów, każdy inny, każdy z innym dzieckiem. I kiedy tak szedł ulicą, to czytał etykietę tego z jakimś Latynoskim bejbikiem. Akurat w drzwiach do kamienicy wpadł na babę z warzywniaka. Upadł mu ten test i ona go podniosła, a potem spojrzała na niego wielkimi oczami.
-
A co to Madito? - zapytała go, jak taka matka, bo w sumie to trochę taka była dla nich, jak matka, największa plotkara w kamienicy. Madox pokręcił głową zrezygnowany.
-
Pilar jest chyba w ciąży - rzucił, a babka zaraz go ściskała i mówiła jak to wspaniale. A potem jeszcze o tym, że William już jej powiedział o ślubie, że szkoda, że ich nie zaprosił, ale gratulacje i takie tam. Stał z nią na klatce chyba z osiem minut. A potem nawet chciała iść z nim na górę, żeby być z nimi w tej ważnej chwili, ale Noriega się wykręcił, że chcą to jednak najpierw przetrawić sami.
I znowu co trzy stopnie, wspinał się po schodach na górę. A w duchu prosił babkę Carmen Sandiego, żeby jednak okazało się, że Pilar nie jest w ciąży. Wpadł do mieszkania, z dwoma reklamówkami tych testów, i jednym, który trzymał w ręce i już go otworzył, żeby przeczytać etykietę.
Me estás tomando el pelo? ﮩـﮩﮩ٨ـ
ﮩ٨ـﮩﮩ٨ـ