ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zaproszenie było jak zwykle krótkie. The Collector’s Wake. Z krótką adnotacją: Bring something beautiful you can bear to lose. I nic więcej.


Na długim, mahoniowym stole w bibliotece nie było ani jednego talerza. Zamiast kolacji leżały przedmioty. Dziesiątki przedmiotów. Srebrna papierośnica z wygrawerowanymi inicjałami. Polaroid z wyblakłym podpisem na odwrocie. Szmaragdowa kolczyk. Stara pozytywka. Pęk kluczy przewiązany aksamitną wstążką. Pierwsze wydanie powieści z pozaginanym grzbietem. Porcelanowa figurka charta. Jedwabny szal pachnący czyimiś perfumami. Rolex bez wskazówek.
Każdy z gości zostawił coś przy wejściu. Nikt nie pytał dlaczego. Edward jedynie dziękował, odkładając przedmiot na stół z ostrożnością kustosza, który właśnie przyjmuje nowe dzieło do kolekcji.
— Wszystko, co kochamy, prędzej czy później trafia do kogoś innego — powiedział tylko raz, zanim zniknął w tłumie. Każdy z gości musiał zostawić jeden przedmiot, tylko po to, aby przy wyjściu zabrać inny - obcy, nowy. To jak anonimowa wymiana skarbu.
(…)

Była druga w nocy. Dom zdążył już zapomnieć, że kiedykolwiek miał być elegancki. Kryształowy żyrandol uginał się pod ciężarem marynarek, jedwabnych szali i kilku elementów garderoby, których właścicieli nikt nie próbował nawet odnaleźć. Na schodach ktoś spał, obejmując jak poduszkę aksamitną pufę. Fortepian od ponad godziny służył za barek, zastawiony kieliszkami, butelkami burgunda i porzuconymi kartami do pokera.
Muzyka przestała być tłem. Teraz prowadziła cały dom. Ciężki bas odbijał się od drewnianych boazerii, mieszając z echem śmiechu, tłuczonych kieliszków i rozmów, które zaczynały się od filozofii, a kończyły wyznaniami składanymi ludziom poznanym czterdzieści minut wcześniej. I to tylko w tych mniej odważnych, wstydliwych przypadkach.
W oranżerii para tancerzy wirowała nago między palmami, jakby zapomnieli, że ktokolwiek na nich patrzy. Kilka metrów dalej ktoś czytał na głos fragment Portretu Doriana Graya, skutecznie zagłuszany przez grupę architektów kłócących się o to, czy brutalizm można uznać za romantyczny.
Na tarasie otwarto kolejną skrzynkę szampana. W ogrodzie ktoś rozpalił niewielkie palenisko, choć było zdecydowanie zbyt ciepło, by potrzebować ognia. Ludzie siedzieli wokół niego bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, przekazując sobie kieliszki, papierosy i historie, których prawdziwości nikt nie zamierzał sprawdzać. Jeden z młodzieńców był kompletnie nagi. Jego skóra z przyjemną, wręcz karmelową opalenizną błyszczała i i dobijała ciepłe światło ognia. Ktoś polewał idealnie płaski brzuch szampanem, a zebrani dookoła nie mogli doczekać się alkoholu wypitego z tej żywej rzeźby.
Edward przechodził przez ten chaos z zadziwiającym spokojem. Zabierał z czyichś rąk pusty kieliszek tylko po to, by chwilę później wcisnąć w to samo miejsce pełny. Nie próbował zatrzymać szaleństwa. Pilnował jedynie, żeby wyglądało pięknie.
To właśnie wtedy wpadł na niego. Dosłownie. Edward, wycofując się tyłem z biblioteki z kieliszkiem szampana w dłoni, otarł się ramieniem o wysokiego mężczyznę stojącego przy framudze. Kilka złotych kropel rozlało się na parkiet, ale on nawet nie spojrzał na kieliszek.
[akapit]Spojrzał za to na niego. Był wysoki. Niepokojąco przystojny. I wyglądał, jakby przez ostatnią godzinę próbował przekonać samego siebie, że dobrze się bawi. Edward zmrużył lekko oczy. On bowiem był już w pełni wesoły. Jego tęczówki wręcz błyszczały od nadmiaru alkoholu i naskórków, a twarz jaśniała w uśmiechu. Przez chwilę przyglądał mu się z rozbawieniem, przechylając głowę na bok.

- Powiedz mi… - odezwał się, jakby zadawał pytanie staremu znajomemu.
- Gdybyś mógł wiedzieć dokładnie, jak skończy się twoje życie… chciałbyś? - Nie czekał od razu na odpowiedź. Uniósł kieliszek, dopił resztkę szampana i uśmiechnął się pod nosem.
- Ja chyba nie. To zepsułoby całą zabawę. - Odstawił pusty kieliszek na najbliższy parapet.
- A teraz druga teoria. - Wskazał na niego palcem z przesadną powagą.
- Albo jesteś śmiertelnie znudzony… albo właśnie poznałeś miłość swojego życia i jeszcze o tym nie wiesz… - ale gdy kontynuował swój wywód, z salonu dobiegły ich piski i zamieszanie. Ktoś właśnie zemdlał na samym środku, pociągając za sobą szal wiszący na żyrandolu. Kryształy i metalowa rama stawiły opór. Ledwie kilka pomniejszych elementów urwało się i z cichym łoskotem opadło na drewniany parkiet.

Miles Howard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

007.
Emocje już nie tylko rozciągały się na deskach podłogi pod postacią pijanych, tańczących szalenie ludzi. W tym eleganckim, nieznanym mu domu intymność i kontrowersja zdawały się bowiem przybierać nowy, niebezpieczny kształt, daleki od standardów, które Miles znał z codzienności. Nigdy wcześniej nie był w takim miejscu, gdzie zachowania i nastroje zaproszonych gości wychodziły poza wszelkie granice rozsądku. Zupełnie nie tego się spodziewał, gdy Ethan – jego kolega jeszcze ze studiów – zaprosił go tutaj w ramach towarzystwa, sugerując mu, by ubrał się elegancko i modnie (nie powiedział przy tym, że na wejściu straci swoją ulubioną, aksamitną poszetkę, wyrwaną mu z kieszonki przez kolegę). Spoglądając pokątnie na nieznajomych, bezceremonialnie pieszczących się po udach i wpółnagich korpusach, wątpił teraz w wartość założonych ubrań. Pierwszy raz sam przed sobą musiał też przyznać, że biologia – w jej głęboko fizycznej odsłonie – ukazywała przed nim więcej, niż miał ochotę doświadczyć. Nagość nie była wprawdzie tematem tabu dla jego lekarskiego oka, ale cudze ręce: zachłanne, pożądliwe, niemal z agresywną niecierpliwością chwytające wszystko co się rusza (a takie mógł z łatwością wskazać wśród przynajmniej kilku nieznajomych)... budziły w nim rosnący niesmak, stemplem grymasu odbity na dojrzałej twarzy Howarda.
Krótka zmarszczka, jako pokłosie jego własnego nastroju, przecięła jego czoło, gdy ostatecznie, nie potrafiąc odnaleźć swojego kolegi wśród tłumu obecnych, oparł się zrezygnowany w losowym przejściu, które jak mu się wydawało, było rozsądnym punktem poszukiwań. Ethan prędzej czy później musiał tędy przejść, by wyjść z posiadłości.

Chaos był tu najdotkliwszą i najbardziej odczuwaną stałą nocy – wił swój własny kokon, zaciągając w ciepłe, kuszące pielesze większość zebranych w domu osób. Twarze gości tymczasem, nieskończenie nieprzytomne, przypominały zbiorowy portret grzeszności, a ich powyginane niekiedy ciała, wydarte z jakichkolwiek społecznych norm, pozostawiały za sobą nierozwiązane cienie zagadek i niejednoznaczności. Choćby chciał, nie potrafił wskazać choćby jednej osoby, która w tym miejscu kierowała się... prawdą.
Kłębowisko kłamstw i przewinień miało tutaj swój własny trakt, a na nim aż kurzyło się od nieprzyzwoitości. Nie był specjalnie pruderyjny (może nieco tylko sztywny), był jednak uparcie powściągliwy, gdy przy intensywności obrazów i udziwnień tego wieczoru szukał spokoju. Był nawet skłonny zignorować wpadkę z nieznajomym, wpychającym mu się wprost na ramię, gdyby nie to, że ten, zupełnie nieoczekiwanie, postanowił go zagadać.
Hm?
W pierwszym momencie podniósł wzrok z podłogi na mężczyznę i wyrwany z marazmu chwili przyjrzał się jego oczom — W tym momencie chciałbym raczej wiedzieć jak skończy się ten wieczór... — przyznał szczerze, bezpośredniością i absolutną szczerością równoważąc wszystkie te bajki, które zdawali się opowiadać wokół siebie inni — ...i gdzie do diabła jest Ethan — dodał ciszej, do siebie, wzdychając bezradnie. Ręce, do tej pory skrzyżowane na ramionach, zostały przez niego opuszczone, gdy przetarł dłonią wierzch marynarki na barku, sprawdzając przy tym, czy kieliszek z zawartością szampana, nie pozostawił na nim śladu. Suchość pod palcami wskazywała jednak, że krople trunku wylądowały na parkiecie.
Nie wierzę w m...
W gardle korytarza dobiegł niespodziewany pisk i dźwięk upadających elementów żyrandola (o czym przekonał się dopiero po wejściu do salonu), przerywając próbę odpowiedzi. Plecy Howarda niemal automatycznie oderwały się wtedy od drewnianej framugi, a on poruszył gwałtownie korpusem w kierunku dobiegającego zamieszania. Po kilku pierwszych tonach potrafił określić, że zgiełk ten wynikał z ogólnej paniki. Nie raz był tego świadkiem na oddziale w szpitalu. Teraz więc, czując się w obowiązku do pomocy – jako że w pomoc pijanych gości nie wierzył – pierwszy zaangażował się w działanie. Widząc na podłodze nieprzytomną sylwetkę, uderzony jednocześnie buchem gorąca po wejściu – wynikającym pewnie z ilości osób i z podkręconego przez kogoś niepotrzebnie ogrzewania, pierwsze co zrobił, to otworzył na oścież okno.
Dajcie jej trochę przestrzeni! — rzucił krótko i stanowczo, przepychając się między ciekawskimi ciałami, by dotrzeć do nieprzytomnego ciała kobiety pośrodku salonu. Klękając na podłodze, linia spojrzenia Milesa przypadkowo i ponownie przecięła się z tęczówkami gospodarza, choć wciąż nie miał pojęcia, że to właśnie ten mężczyzna to legendarny Edward Wentworth, o którym niejednokrotnie słyszał już dzisiejszego wieczoru (dzisiejszej nocy?).
Tyle zostało z nudy.
Niewątpliwie zwracał się do niego. Bliżej niezidentyfikowana nutka utkwiła mu wtedy na końcu języka, mogąc zarówno oznaczać pretensję, jak i odrobinę przekory. Nie rozwiązał przed Edwardem tej zagadki, gdy przerwał kontakt wzrokowy i pochylił się do kobiety, chwytając za nadgarstek celem zbadania jej pulsu.

Edward Wentworth
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Na krótką chwilę cały dom wstrzymał oddech. Muzyka grała dalej, ale jakby z drugiego końca świata. Kilka osób odruchowo odsunęło się od kobiety leżącej na parkiecie. Inni, przeciwnie, podeszli bliżej, napędzani tą samą ciekawością, która od stuleci kazała ludziom zatrzymywać się przy wypadkach i płonących budynkach. Ktoś nerwowo się roześmiał. Ktoś inny zaproponował wodę, choć nikt nie wiedział komu. W powietrzu mieszał się zapach rozlanego burgunda, drogich perfum i wosku ze świec, które zdążyły już wypalić się do połowy.
Edward nawet nie drgnął. Stał z pustym kieliszkiem w dłoni, obserwując, jak nieznajomy jednym zdecydowanym ruchem przecina tłum. Ludzie rozstępowali się przed nim niemal odruchowo. Nie dlatego, że wiedzieli, kim był. Dlatego, że on wiedział, co robi. To było rzadkie. Większość osób obecnych tej nocy próbowała wyglądać interesująco. On jeden wyglądał, jakby interesowało go coś więcej niż własne odbicie w cudzych oczach.
Edward poczuł, że mimowolnie się uśmiecha.
- Ethan... - powtórzył cicho pod nosem, smakując obce imię, jakby mogło mu coś powiedzieć. Prawda była taka, że nigdy nie kontrolował listy gości. Nie pamiętał nawet imion wszystkich mijanych i witanych osób.
- Mam nadzieję, że istnieje. Byłoby przykro odkryć, że uciekasz przed wyimaginowanym przyjacielem. - Dopiero wtedy ruszył. Powoli. Może nawet przez moment poczuł drobne ukłucie zazdrości o nieznajomego Ethana.
Z tą samą niespieszną elegancją, z jaką kilka godzin wcześniej układał na mahoniowym stole cudze skarby. Minął kobietę płaczącą bardziej z przejęcia niż ze strachu, ominął chłopaka próbującego bezskutecznie zebrać rozsypane kryształki żyrandola i schylił się po jeden z nich. Maleńki, zimny od marmurowej posadzki pryzmat zatrzymał między palcami. Uniósł go pod światło. Przez chwilę obracał, obserwując jak świat rozpada się na drobne tęcze.
- Tyle zostało z nudy. - Zaśmiał się cicho.
- Nie. - pokręcił delikatnie głową. Odwrócił wzrok w stronę mężczyzny klęczącego przy kobiecie.
- Tyle zostało z grawitacji. - Schował kryształ do kieszeni marynarki, jakby właśnie znalazł kolejny eksponat do swojej kolekcji. W głowie słyszał cichy szum. To musiał być alkohol, może nawet pomieszany z narkotykami. Przez pewien czas zdawał się wręcz nie zauważać leżącej na podłodze kobiety.
- Wiesz, co jest zabawne? - Nie podniósł głosu. Nie było takiej potrzeby. Stał wystarczająco blisko, a zebrane dookoła osoby powoli traciły zainteresowanie.
- Miałem zamiar zaproponować ci coś znacznie mniej odpowiedzialnego. - Uniósł dłoń, gładząc kieszeń marynarki.
- Ale chyba właśnie zepsułeś mi plan. - Westchnął teatralnie.
- To okropnie niewygodne spotkać o drugiej w nocy jedynego człowieka w tym domu, który ma odruch ratowania innych. - Na jego twarzy znów pojawił się ten charakterystyczny uśmiech. Lekki. Trudny do rozszyfrowania.
- To prawie nieuczciwe. - Odwrócił głowę w stronę tłumu, który powoli odzyskiwał oddech.
- A ja tak bardzo lubię ludzi z pięknymi wadami. - ściągnął na moment wargi, gdy nagle z tłumu wypadły dwie młode dziewczyny. Obie trzymały szklanki z wodą. Zakołysały się, prawie trącąc równowagę. Jedna z nich wylała niemal połowę zawartości na perski, miękki dywan.
Za wysokimi oknami salonu noc zdawała się należeć do zupełnie innego świata. Taras pulsował ciepłym światłem lampionów, które kołysały się leniwie na letnim wietrze, rzucając złote plamy na biały kamień. Ktoś wspiął się na balustradę z kieliszkiem szampana uniesionym wysoko ponad głowę, jakby wygłaszał mowę do gwiazd, choć nikt już go nie słuchał. Dwie dziewczyny tańczyły boso na mokrych deskach, zostawiając za sobą ślady rozlanego prosecco, a kilku mężczyzn siedziało na krawędzi fontanny z nogami zanurzonymi w wodzie, przekazując sobie butelkę burgunda, papierosa i zdania urwane w połowie, jakby kończenie myśli było stratą czasu.
Jeszcze dalej, przy palenisku, płomienie odbijały się w kieliszkach niczym małe pożary zamknięte w krysztale. Co chwilę ktoś wybuchał śmiechem, ktoś obejmował pierwszą lepszą osobę, ktoś tańczył samotnie z zamkniętymi oczami. Alkohol nie był już napojem. Stał się częścią krajobrazu. Rozlewał się po marmurowych parapetach, błyszczał na poręczach schodów, spływał po nadgarstkach i szyjach, jakby tej nocy wszystko miało zostać ochrzczone szampanem.
Edward uwielbiał ten moment. Chwilę, w której przyjęcie przestawało być zbiorem ludzi, a stawało się jednym organizmem. Oddychało ciężko, nierówno i zachłannie. Z jednego pokoju dochodził śmiech, z drugiego muzyka, z trzeciego czyjś płacz. Wszystko działo się jednocześnie, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Jakby dom przestał mieć ściany, a jedynie pulsujące serce.

Miles Howard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „#113”