30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, agresja, broń
Czuła w kościach, że to byli ludzie Luny.
Pamiętała dokładnie, jak mówił jej, że ucięli sobie z nim pogawędkę w porcie, kiedy wrócił w środku nocy do domu, waląc rybami. Aktualnie znajdowali się jakieś dziesięć minut od portu, a do tego oni też przecież szukali Luciano. Tylko skąd kurwa wiedzieli o przekazaniu kasy? Skąd mieli informacje kiedy i gdzie oraz kto jest w to zamieszany? Kurwa jak, kiedy Ana wysłała Almie jedynie marne kilka kartek pod drzwi.
Kurwa.
Przeszła jej przez głowę jednak odpowiedź, ale jeśli okaże się prawdą, mogli mieć przejebane…
Może nawet zastanowiła by się nad tym chwile dłużej, połączyła pewne kropki w głowie, ale na to w tamtym momencie nie było czasu. Nie kiedy Rodrigo pierwsze wystartował do małolaty, a zaraz potem wbijał prawdziwy już pistolet prosto w klatkę piersiową jej męża.
Spięła się cała, gotowa rzucić się na wąsacza, nawet jeśli wiedziała, że nie miała żadnych szans. Ale przecież obiecała mu, że przestanie się wychylać, że chociaż spróbuje nie wpierdalać się w momentach, które tego nie wymagały, a tu… Madox chyba wiedział, co robił. Znał tych ludzi, dosłownie z imienia, wiec może powinna chociaż raz mu zaufać, zamiast wyrywać się do pomocy, jak na policyjną matkę Teresę przystało. Zamiast tego zacisnęła mocniej palce na nadgarstku Any. Trochę za mocno, bo dziewczyna syknęła z bólu, ale Pani Noriega nawet tego nie kontrolowała.
A potem zrobiła to jeszcze raz, kiedy Rodrigo znowu na nią spojrzał. Kiedy wypuścił ze swojej parszywej mordy zdanie o tym, że jego goryl lubił takie pyskate ślicznotki.
Nie odpowiadaj.
Nie odpowiadaj.
Nie odpowiadaj.
Nie odpowiadaj.

Powtarzała sobie jak mantrę, chociaż ripostę miała już na końcu języka. Nawet otworzyła kurwa usta i nabrała w płuca powietrza. Jedyne co ją przed tym powstrzymało przed wydaniem dźwięku to widok Madoxa i pierdolonej spluwy przyciśniętej do jego wątroby. Nie mogła ryzykować.
Możesz wybrać, który z gnojków idzie z nami.
Nie no, kurwa. Nie była w stanie stać obok tego objętnie. Ana jęknęła zaraz przy jej twarzy, a potem siorbnęła. Płakała? Jeszcze gorzej. Pilar złapała w płuca więcej powietrza, znowu powstrzymując soczyste chyba cię pojebało, które cisnęło się jej na język. Nie było takiej kurwa opcji, że oni wyjdą stąd z którymkolwiek z dzieciaków. Tylko chyba pyskowaniem wcale tego nie będzie w stanie rozegrać.
A po co wam tacy gówniarze? — prychnęła z lekką pogardą w głosie. Lubili twarde babki? No to proszę bardzo. — Więcej z nimi będziecie mieć kłopotów niż rozrywki — szarpnęła Anę jeszcze mocniej, a ta tylko kliknęła z bólu i już kompletnie się rozpłakała. — Słyszysz? Będzie ci tak jęczeć nad uchem i jaka to kurwa przyjemność? — rzuciła obojętnym tonem, lekko prześmiewczym, a potem pchnęła dziewczyną prosto w stronę Arana. Nie miała pojęcia, w którą stronę to wszystko pójdzie, ale przecież sprzeciw nie wchodził w grę. Nie kiedy kurwa to już nie była zwykła zabawa z dzieciakami czy jakimś pierwszym, lepszym Gangesem w barze w Rio. Skoro Madox mówił, że ludzie Luny byli niebezpieczni, to Pilar musiała mu wierzyć.
Ana poleciała do przodu i spadła na podłogę tuż pod nogami Arana. Ten wyszczerzył się po części zadowolony, ale wtedy ona zaczęła wyć jeszcze głośniej i się zanosić, ledwo łapiąc powietrze. Nawet jego po kilku sekundach zaczęło to irytować i rzucił jakieś fu pod nosem.
To może ty pójdziesz z nami, co, Pilar? — wycedził przez zęby wąsacz i podniósł ciemne spojrzenie na jej twarz. Nawet na moment nie opuścił broni, która mierzył w Madoxa i może nawet to byłby dobry moment, żeby Noriega mu ją wyrwał i strzelił mu w łeb, ale przecież nie mogli ich skrzywdzić. Nie kiedy Luna miał ich na świeczniku. Trzeba było grać w tą ich grę. I ona też musiała grać.
Poszłabym… — zaczęła, zarzucając ręce na biodra i łapiąc przelotnie czarne spojrzenie Madoxa, po czym z walącym w piersi sercem wróciła uwagą do Rodrigo. — Ale kto wtedy znajdzie dla was Luciano? — uniosła brew w górę, ewidentnie dając im do myślenia. Madox w pojedynkę nie mógł wiele, ona miała kontakty, przecież o tym dobrze wiedzieli, skoro wiedzieli też kim była. Musieli ją wcześniej prześwietlić odkąd zaczęła się kręcić z Madoxem. Rodrigo pokręcił wąsem, jakby się nad czymś zastanawiał, a potem zwrócił się do Noriegi.
Fajna — mruknął obleśnie. Nie dość, że śliczna, zadziorna to jeszcze mądra. Aż tak dobrze się ruchasz, że ją wyrwałeś? — zaśmiał się, jakby taki komentarz kogokolwiek kurwa z towarzystwa bawił. Cóż, no może jedynie Arana, bo prychnął pod nosem. — W każdym razie — odchrząknął i odsunął w końcu broń od Madoxa, klepiąc sobie lufą o rękę. — Widzisz, Pilar… wszystko super, tylko problem w tym, że tutaj sprawy załatwia się trochę inaczej niż wy… s u k i — znowu się wyszczerzył. — Tutaj kiedy ktoś robi cię w chuja, to dostaje kare. Prawda, przyjacielu? — odwrócił się na pięcie w stronę Madoxa. — A ci gówniarze tutaj z tego co wiem, zrobili cię w chuja. Nie sądzisz, że trzeba ich chociaż ukarać? Czy może kompletnie straciłeś jaja i zapomniałeś jak to się robi? — patrzył na niego wyzywająco, jasno dając znać, że od decyzji Noriegi zależał cały dalszy przebieg rozmowy i tego, co się stanie. Testowali go? Patrzyli, czy można mu ufać? Czy dalej był jednym z nich? Bardzo, kurwa, prawdopodobne.

Madox ς(≖_≖ )ノ🔪
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, agresja, przemoc
Jeszcze pół roku temu Madox po prostu wskazałby jednego z gnojków, pewnie chłopaka, a może Anę? W końcu to był jej pomysł, a potem spokojnie poczekałby aż wywloką go z magazynu i znikną. Sam schowałby ręce do kieszeni i odszedł, nie przejmowałby się tym, że w tym momencie wydałby wyrok, na którego z tych dzieciaków. Bo wolałby na nich niż na siebie.
Wiedział to, czuł jak lufa pistoletu wbijała mu się w brzuch i czuł, że Rodrigo nie miałby problemu z tym, żeby pociągnąć za spust.
A potem poczuł, jak mięśnie na karku mu się spinają, kiedy odezwała się Pilar. Zwalczył w sobie chęć odchylenia do tyłu głowy, prychnięcia, po prostu stał niewzruszony przed Rodrigo.
Zerknął na Anę, kiedy Pilar ją szarpnęła, chyba wiedział w co grała. On też nienawidził, kiedy ryczały. I pół roku temu sam by jej za to pewnie wyjebał, ale kurwa. Teraz dużo rzeczy się w nim zmieniło, a wszystko za sprawą tej pyskatej brunetki, która stała za nim.
Madox znał Rodrigo, znał też Pająka, i musieli mieć dzisiaj nad wyraz dobre humory, że nie kazali się dziewczynie zamknąć, że już za to nie oberwała w twarz, aż by się nie uciszyła.
Dobre, albo może wręcz przeciwnie?
Dopiero kiedy Rodri odezwał się do Pilar, Madox się ruszył, zrobił krok w jego kierunku mocniej wbijając sobie lufę w podbrzusze.
- Ona nie - warknął Madox, a Rodrigo pokręcił głową z paskudnym uśmiechem, i może by coś powiedział, ale odezwała się Pani Noriega. A kiedy jej piękne, czekoladowe oczy odnalazły te jej męża, zupełnie już czarne, to Madox pokręcił głową. Nie chciał, żeby wdawała się z nimi w dyskusję, bo jak on nie bał się pyskować do Włochów, Rusków, czy innych Latynosów, to do nich... Bał się?
Nie. Ale po prostu wiedział, że tu nie odwrócą uwagi gadaniem, a tylko bardziej ich rozsierdzą.
Rodri patrzył na Pilar, kiedy się do niego odezwała, a w pewnym momencie oblizał lubieżnie wargi. Madox drgnął i w każdych normalnych warunkach już by mu wyjebał. Prosto kurwa w ten obleśny ryj. Ale poczuł jak pistolet mocniej wbija mu się w bok, kurewsko mocno. Nie skomentował zaczepki wąsacza, co było dziwne, bo przecież Madox nie przechodził koło takich okazji obojętnie, ale nie z tymi ludźmi. Tutaj nie było miejsca na żarty. I zaraz się o tym przekonali, kiedy Rodrigo zabrał pistolet, odwrócił się do Noriegi i spojrzenie wbił w jego oczy, a potem kazał mu wymierzyć karę. A mogli już być na zewnątrz z rękami w kieszeniach pakować się do samochodu i stąd odjechać. A teraz co?
A teraz kurwa nie obędzie się bez krwi na rękach. Na jego rękach.
Rodri wyciągnął w jego kierunku spluwę, był tak pewny, że oddawał mu swoją broń. Pewnie każdy z nich miał po kolejnej ukrytej pod marynarką. Możliwe też, że nie byli tu sami. Madox wiedział, że jeśli próbowaliby cokolwiek odwalić, to by ich zdjęli, całą jebaną czwórkę, bez mrugnięcia okiem.
Spuścił czarne spojrzenie na wyciągnięty w jego stronę pistolet.
- Wiesz, że nie lubię broni Rodrigo - rzucił, a Pająk parsknął.
Rodri za to pokiwał głową chowając sobie pistolet z tyłu za pasek od spodni.
- Wiem, przyjacielu... Ale to wcale dobrze o tobie nie świadczy, że nie podszkoliłeś się w strzelaniu... Ale nie ma to jak stara szkoła, nie Madox? - schylił się podwijając nogawkę eleganckich spodni, a z pokrowca, który nosił na łydce wyjął wojskowy nóż. Przerzucił go z jednej ręki do drugiej, a zaraz odwrócił w kierunku Noriegi, tak, że rękojeść wystawił w jego stronę, a ostrze skierował w swój brzuch. Jedno pchnięcie, tyle by wystarczyło.
Cały czas go testował. Sprawdzał. Czy Madox nie jest zdrajcą.
Skoro. Kurwa. Wziął jebany ślub z policjantką. Wiedzieli, na pewno to wiedzieli. O przekazaniu kasy też wiedzieli, obserwowali go. Madox doskonale o tym wiedział, bo nawet się z tym kurwa nie kryli. Od kilku dni jeździł za nim czarny SUV, czasem go gubił, ale... Czuł ich obecność. A najbardziej pojebane było to, że to wcale nie oni robili im zdjęcia. Ile kurwa było na tym świecie, w tym jebanym Toronto ludzi, który chcieli im zrobić krzywdę?
Wychodzi na to, że w chuj, więcej niż im przychylnych prawdopodobnie.
Wyciągnął rękę i chwycił nóż układając go sobie w dłoni.
Rodrigo odwrócił się do dzieciaków, ale najpierw spojrzał na Pilar, chociaż już wiedział, że jej Madox by nie dotknął, już wiedział, że to ona była dla niego najważniejsza. Znowu się do niej uśmiechnął, a potem spojrzał po małolatach.
- Wybierz sobie - wzruszył ramionami. Ryczeli już oboje i Ana i jej kolega.
- On - rzucił beznamiętnie Madox wskazując podbródkiem na chłopaka. Nie spojrzał na Pilar, nie mógł na nią spojrzeć, bo przecież wyobrażał sobie jej minę. Przecież doskonale wiedział, że ona tego nie popiera. Że zaraz by mu to wyrzucała...
Ale KURWA.
Musiał to zrobić, nie miał wyjścia. Nie teraz kiedy chciał wchodzić z Luną w układy, kiedy chciał się do niego zbliżyć. Jakieś jebane gnoje, które chciały wykorzystać Almę mu tego nie spierdolą. Na pewno nie dzisiaj.
Pająk podszedł do chłopaka i zacisnął wielką łapę na jego bluzie na karku, szarpnął go bliżej przyduszając własnym ubraniem.
- Palec? - zapytał Rodri, a Araña szarpnął chłopaka za rękę wyciągając jego dłoń wyżej - czy ucho? - pytał dalej Rodrigo, a Pająk szarpnął dzieciaka za ucho tak mocno, że poszła mu krew, spłynęła po pucołowatym policzku.
- Twarz - rzucił chłodno Madox.
- Tak myślałem, jednak niektóre upodobania się nie zmieniają - Rodrigo pokręcił głową. A Pająk zacisnął palce na ciemnych lokach chłopaka i odciągnął jego głowę na bok, odkrywając jego upstrzony pryszczami policzek. Noriega poprawił w dłoni nóż, jeśli zrobi odpowiednio płytkie cięcie, to nie zostanie mu nawet blizna. Musiał po prostu go drasnąć, tyle wystarczy. Liczył na to.
Zacisnął wytatuowane palce na żuchwie dzieciaka, który zaczął się szarpać, ale Pająk się nie zawahał, zamachnął się i go kopnął.
I dopiero teraz Madox wyrwał się do przodu.
- Zostaw... Bo ręka może mi się omsknąć - warknął przez zaciśnięte zęby, ale Pająk nie cofnął się nawet na pół centymetra. Stali na przeciwko siebie jak te dwa wściekłe psy, gotowe skoczyć sobie do gardeł.
- Panowie, kończmy to - wtrącił jak gdyby nigdy nic Rodrigo.
A Madox... zrobił to co musiał. Starał się to zrobić płytko, tak, żeby nie zostawić mu blizny, ale nie wiedział na ile mu się to udało. Dzieciak się szarpał, krzyczał, jego krzyk niósł się echem po magazynie. Pająk trzymał go mocno. A Noriega wyciął mu na policzku znak X, skóra pękała z łatwością pod naporem ostrego jak brzytwa ostrza, a krew polała się po twarzy i szyi dzieciaka.
Rodrigo patrzył na to z dziką satysfakcją. A kiedy Madox skończył i cofnął ostrze, podszedł do niego i poklepał go po potylicy.
- Dobrze Madox, wiedziałem, że jeszcze będą z ciebie ludzie - wyciągnął rękę po nóż, a Noriega oddał mu go posłusznie. Wciąż na nią nie patrzył, nie umiał, nie chciał. Nigdy nie chciał, żeby widziała go w takiej sytuacji, kiedy pochylał karku pod jakimiś gangusami, kiedy był im posłuszny, ale nie miał wyjścia. Nie dzisiaj.
Pająk pchnął chłopaka na ziemię.
Rodrigo jeszcze obejrzał się na Pilar, jeszcze posłał jej kolejny obrzydliwy uśmiech.
- Liczę, że jeszcze się spotkamy - odezwał się do niej - my na pewno Madox, dwanaście godzin, pamiętaj - poklepał Noriegę po ramieniu, a zaraz go wyminął i razem z Pająkiem ruszyli do wyjścia z magazynu.

Tuve que hacerlo.
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, przemoc
W powietrzu było czuć kłopoty.
Pierdolone, niepodważalne, mafijne porachunki.
Wiedziała, że ludzie pokroju Rodrigo nie znali pojęcia litości, a bycie ludzkim było im obce, ale kurwa. Co ona tu w ogóle robiła? Jak mogła stać bezczynnie, zamiast ładować ich za kratki? Przez moment naprawdę zadawała sobie te pytania, przyglądając się na scenkę, która miała miejsce prosto przed jej oczami.
Dwój gangusów uwzięło się na durne dzieciaki, które po prostu chciały zarobić sobie trochę kasy. Źle zrobili, to fakt, powinni za to zapłacić, ale nie kurwa bólem fizycznym! Odpracować to jakoś u Almy, przyznać się przede wszystkim i żyć w jebanym wstydzie, musząc patrzeć jej codziennie w oczy — tego typu kary przewidywała dla nich Pilar. Szkoda tylko, że ona jako jedyna z tego towarzystwa.
Wybierz sobie.
Głos Rodrigo na moment zagłuszył szloch Any, a ciemne spojrzenie Pilar momentalnie wylądowało na jej mężu. Na mężczyźnie, którego przecież znała z każdej, możliwej strony. Wiedziała, jaki potrafił być czuły, jak pięknie kochał, jak umiał walczyć o innych, jak nieustraszony był. Ale na moment zapomniała chyba, że umiał też inne rzeczy. Że zanim pieprzył ją i kochał do szaleństwa, wiódł zupełnie inne życie. Życie, które teraz znowu go doganiało. Od którego nie dało się uciec. Wiedziała to, naprawdę to wiedziała, a jednak wiedzieć, a widzieć to na własne oczy, to były dwie zupełnie inne rzeczy.
Nie patrzył na nią.
Patrzył wszędzie tylko nie na nią.
Wiedziała o tym. Wiedziała też dlaczego. Ona również nie byłaby w stanie mu spojrzeć w oczy, gdyby musiała posunąć się do czegoś takiego. Tylko czy Pilar w ogóle byłaby w stanie? Cóż, gdyby on wciąż miał przystawiony gnat to serca albo głowy… pewnie tak. Pewnie też wzięłaby od Rodrigo nóż a nawet pistolet. Wszystko by dla niego zrobiła. Tylko czy Madox nie miał wyjścia? Chyba nie miał. Oboje nie mieli.
On musiał to zrobić.
A ona na to patrzeć.
Twarz.
Spięła się mocniej, kiedy usłyszała, z jak wielką łatwością i pewnością siebie zamiast ręki czy ucha wybrał twarz chłopaka. Jego nagły płacz i krzyk znowu wypełnił cały magazyn. Jęki i głośne błagam nie odbijało się od ścian i waliło echem po uszach. Wwiercało się w czaszkę Pilar do tego stopnia, że w środku aż ją skręcało. Sama chciała krzyczeć. Zgłosić pierdolony sprzeciw. Ja pierdole, przecież to były dopiero dzieci! Dzieci, które nic im nie zrobiły.
Stojąc tam kompletnie pozbawiona innych opcji i przyglądającą się jak z łatwością kopali chłopaka i przymierzali się do skaleczenie mu twarzy, przypominała sobie, jak bardzo nienawidziła tego świata. Pierdolonego półświatka. Ludzi, którzy czuli się bezkarni wobec własnych czynów i łamania prawa. Jakby mogła rozstrzelałaby ich jednego po drugim. Każdemu władowała kulkę prosto w łeb. Albo nie, w każde inne miejsce, żeby wykrwawili się powoli i w jebanym bólu. Za każdy jeden ból, jaki sprawili innym.
Ciało kazało jej się wyrwać do przodu. Zgłosić sprzeciw, kiedy Madox nachylał się nad w y j ą c y m już chłopcem, wzywającym swoją matkę. Matkę kurwa! Całe szczęcie głowa wciąż była świadoma. Wiedziała, że nie mogła się teraz wychylać, że wszystko by tym spierdoliła, że postawiałby ich w niebezpieczeństwie. Jego, bo musiałby ją ratować. No więc stała. Stała i patrzyła na ten okrutny akt. Oczy ją piekły. Serce się jej krajało. Na widok tego chłopaka w katuszach? Czy może jednak faktu, że oprawcą był jej mąż?
Przyzwyczaj się.
Musiała. Chyba nie miała innego wyjścia, prawda? Wiedziała, w co się pakowała wiążąc się z nim. Tylko czemu nagle jej kręgosłup moralny prosił się o pomstę? Złapała kilka głębszych oddechów, starając się wyrażać jak najmniej emocji. Widziała, jak Rodrigo co jakiś czas podnosi na nią spojrzenie. Krew lała się chłopakowi po całej szyi i ciuchach, a ona czuła, jak ma ją nawet w ustach, tylko akurat Pilar od nadmiernego przygryzania policzka. Kiedy skończył, wypuściła mocno powietrze z płuc, chociaż młody dalej krzyczał.
W takim razie do zobaczenia — odpowiedziała spokojnie, tonem zupełnie pozbawionym emocji, kiedy tylko Rodri ją zaczepił. Miała ochotę złapać jego twarz w ręce i sciągnąć ten parszywy ryj prosto do kolana, roztłuc mu ten uśmieszek i złapać nos z przemieszczeniem. Zamiast tego po prostu się do niego uśmiechnęła. Do jebanego zwyrola. A potem odprowadziła go wzrokiem, jak żegnał się z Noriegą i razem z pająkiem.
Poczekała chwilę aż nie znikną za starymi drzwami, a ich kroki nie ucichną i od razu rzuciła się do wyjącego na ziemi chłopaka, nawet na moment nie patrząc na Madoxa.
Poczekaj, trzeba to zatamować — rzuciła spokojnie, wciąż bez emocji, sięgając do torebki po chusteczki. Od razu wzięła wszystkie, nawet nie kłopocząc się z jedną i przystawiła to do policzka chłopaka. Ten zawył głośno, a Pilar złapała więcej powietrza. Nie mogła już słuchać tych krzyków. No kurwa nie mogła, bo jedyne co wtedy miała przed oczami to jak on… — Zamknij się — poprosiła grzecznie.
Ale on… — chłopak chciał wskazać ręką na Noriegę, ale chyba się bał.
On ci uratował dupę — wyjaśniła, chociaż kurwa ciężko jej to przechodziło przez gardło. — Jakby tego nie zrobił, to wzięliby cię ze sobą i kurwa uwierz mi, zrobiliby ci o wiele gorsze rzeczy — wyjaśniła, zresztą zgodnie z prawdą, patrząc jak nawet cała paczka chusteczek nie jest w stanie utrzymać przeciekającej krwi z policzka. — Kurwa, czekaj — rzuciła i od razu sięgnęła do sukienki, którą miała na sobie. Nie swojej sukienki, którą zaraz szarpnęła w miejscu, gdzie szedł szew i popruła materiał, robiąc sobie pieprzoną mini, tylko po to, żeby dać mu go do przyłożenia. — Trzymaj mocno — mruknęła i wstała.
Jedziemy do Almy. Wszyscy — oznajmiła, a Ana od razu zaczęła nawijać, że nie ma nawet takiej opcji. Pilar dosłownie z g r o m i ł a ją wzrokiem. — Po pierwsze ty nie masz tu kurwa nic do gadania, bo to wszystko twoja wina. To że twój kolega skończył ze szramą na twarzy też, więc zamknij się i się słuchaj. Po drugie trzeba go opatrzeć, przecież nie pójdzie z takim nacięciem do lekarza. A po trzecie masz się przyznać — i pewnie wymyśliłaby jeszcze pięć kolejnych powodów, dla których powinni skierować się do domu Almy tylko wtedy jej spojrzenie w końcu padło na ciemne, czekoladowe oczy. — Jedziesz sam, czy bierzesz któregoś z nich? — spytała równie beznamiętnie, chociaż serce waliło jej jakieś dwa razy ponad normę.

Madox (づ˶˃⤙˂˶)づ
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Nie odezwał się słowem, kiedy Rodrigo znowu odwracał się do Pilar. Nie patrzył na nią. Jego czarne spojrzenie odprowadziło Rodriego i Pająka do drzwi magazynu. Klatka piersiowa unosiła mu się w niespokojnym oddechu, a serce w piersi szalało na najwyższych obrotach, adrenalina krążyła w żyłach.
Zrobił, co musiał.
Nie miał wyjścia. I on, i jego żona doskonale to wiedzieli, że gdyby się zawahał, to oni sami wywlekli by stąd któreś z tych dzieciaków i wtedy nie skończyłoby się na policzku, na powierzchownej rance. Albo co gorsza ich brudne łapy sięgnęłyby po nią, po Pilar, a na to na pewno nie mógł pozwolić. Nie mógł też spalić swojej przykrywki, pokazać im, że on też był zdrajcą, nie teraz, kiedy Luna chciał się z nim spotkać, chciał z nim gadać.
Nikt z policji nie gadał z Luną, był nieuchwytny, a on miał być pierwszy. Nie mógł tego spierdolić, nie tak. Nie dzisiaj. Kiedy to miała być prosta akcja.
Kiedy Pilar doskoczyła do chłopaka, to jego ciemne spojrzenie spoczęło na niej, na tym jak patrzyła na ranę, którą on przed chwilą wyciął.
Wiedziała, że musiał to zrobić?
Zdawała sobie sprawę?
A może miała go za jednego z tych zwyroli? Dużo kurwa pytań kręciło mu się po głowie. A ten jebany dzieciak ciągle wył.
- Zamknij kurwa ryj! - warknął - nie mogę go słuchać - dodał i kiedy jego żona przykładała mu te chusteczki, to Madox odwrócił się na pięcie. Przeszedł po magazynie. Był zły, wkurwiony, wściekły.
Że musiał to zrobić.
A mogli stąd po prostu wyjść, zostawić te gnoje i sobie iść, ale ona...
Odwrócił się do Pilar i może nawet gotowy był jej robić wyrzuty z tego powodu, że się im sprzeciwiła, że już od początku z nimi nie współpracowała, ale wtedy ona powiedziała to on ci uratował dupę
Rozumiała go?
Ona chyba naprawdę go rozumiała. Jego intencję, to że nie chciał temu gnojkowi zrobić krzywdy, ale nie miał wyboru. Nie miał wyjścia. Zatrzymał się w miejscu zaciskając dłonie w pięści. Chowając je do kieszeni kurtki.
Kiedy Pani Noriega zarządziła, że jadą do Almy, to przez chwilę chciał się jej sprzeciwić, powiedzieć, że w dupie ma Almę. Bo miał. Teraz kurwa w tym momencie wszystkich innych miał w dupie, liczyło się tylko jej bezpieczeństwo, a wiedział, że już nie była bezpieczna. A on miał dwanaście godzin na podjęcie decyzji. Nie zamierzał już tracić ani jednej.
I kiedy na niego spojrzała. Kiedy Pilar wreszcie ośmieliła się spojrzeć mu w oczy. Kurwa. Te jej oczy.
- Sam - warknął i nawet nie czekając na to, żeby się pozbierali, odwrócił się na pięcie i wyszedł z magazynu. I tak miał do pokonania jeszcze kilkaset metrów, bo samochód zaparkował dalej. Wytatuowanymi palcami przesunął po karoserii Forda, kiedy go mijał.
A kiedy Pilar wyszła z budynku z dzieciakami, a Ana pomagała jej prowadzić swojego kumpla, to jeszcze obejrzał się na nich. Jeszcze chciał się do nich wrócić.
Zawahał się, ale potem poprawił kurtkę, pod którą schowany miał pistolet i wyciągnął z kieszeni spodni telefon. Odszukał numer, nie zapisany, ale dzwonił do niego dzisiaj rano.
- Luna. Daj mi czterdzieści minut i będę na miejscu - rzucił beznamiętnie do słuchawki i się rozłączył.
Wsiadł do SUVa, widział jeszcze jak Ford przejeżdża niedaleko. Odpalił silnik i pojechał za nią, mogła go widzieć we wstecznym lusterku. Ale w pewnym momencie dodał gazu i ją wyminął, a potem przed nią przyhamował, zaczepił ją, prowokował ją, żeby znowu się ścigali?
Nie, bo na pierwszej lepszej prostej dał więcej gazu, a Ford nie miał szans dogonić beemki. Madox jej zniknął.
A kiedy dotarła do domu Almy dostała od niego wiadomość.
madox
nie czekaj na mnie i nie martw się, wziąłem psa
Wiadomość...
Kiedyś często to robił, zabierał ze sobą na akcje Sombrę, pies był tak wyszkolony, że nie bał się wystrzałów, gotowy był go bronić. Jedyna ochrona, na którą on mógł liczyć, bo przecież nie na jakąś protekcję policji, czy półświatka.
Tylko on i jego pies, jego kurwa przyjaciel. I dzisiaj też zamierzał z nim wejść w pierdoloną paszczę lwa. Telefon zostawił w domu, na szafce przy drzwiach, bo doceniał to, że jego żona była śledczą i pewnie z łatwością mogła go po nim namierzyć. Ale nie dzisiaj.
Bo to co zamierzał zrobić, musiał zrobić sam.
Chociaż nie do końca, bo doberman siedział koło niego na fotelu. Madox sięgnął do niego ręką, żeby poklepać go po łbie. Podrapać za uchem.
- Sombra, volvemos a ser dos - Sombra, znowu zostaliśmy we dwóch, pies podniósł na niego głowę, jakby to rozumiał. Sombra zawsze lubił kobiety, jak jego pan, ale do Pilar miał słabość, też jak jego właściciel. Chodziła za nią po domu jak cień, a wystarczyło jedno słowo Madoxa pilnuj, żeby nie opuszczał jej na krok, spał przy łóżku, kiedy Noriega zerwał się wcześniej, a ona jeszcze wylegiwała się w pościeli. Na spacerach to jej zawsze przynosił zabawkę, chociaż Madox miał więcej siły i mógł mu ją rzucić dalej, to on i tak zaczepiał Pilar.
Obaj ją uwielbiali.
- Nie patrz tak na mnie, muszę to zrobić - rzucił Noriega znowu patrząc na swojego psa - to będzie szybka akcja, wejdziemy tam i wyjdziemy, a na kolację dostaniesz... stek - nawijał, kiedy Sombra szarpnął się do niego bliżej, żeby polizać go po uchu.
Miał tylko pogadać z Luną. Pokazać mu, że się go nie boi.
Nie chciał, żeby Pilar znowu oglądała go tak, jak dzisiaj, kiedy uginał się przed jakimiś gangusami. Już nie zamierzał. I miał to powiedzieć Lunie w twarz.

solitario.
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Trzeba było się zając tymi dzieciakami. Niezależnie od tego, czyli byli na nich źli, wkurwieni, czy sami chcieli ich rozszarpać. Gówniarz zakrwawił już wszystkie chusteczki, jakie mu dała, a skrawek sukienki, który przyciskał do policzka również nasiąkał szkarłatną cieczą. A do tego ciągle szlochał. Płakał jak dziecko, kiedy kilkanaście minut temu wymachiwał fałszywą bronią w ich kierunku. Przecież każda, jedna osoba w tym towarzystwie zdawała sobie sprawę, że gdyby nie durny pomysł Any z wyłudzeniem pieniędzy od niczego niewinnej sąsiadki, to nic z tego nie miałoby miejsca. Nie byłoby tutaj ludzi Luny, a już na pewno nie byłoby ich.
I chyba to wkurwiało Pilar najbardziej.
Może gdyby nie te pierdolone listy z pogróżkami, już dawno szukaliby Luciano w zupełnie innych miejscach, może nawet mieliby jakieś poszlaki. A oni? Oni skupili się na jebanym szantażyście, który okazał się być jej ukochaną sąsiadką, która prawie codziennie przychodziła pilnować jej syna. Noriega nie wiedziała, jak Ana będzie w stanie teraz spojrzeć Almie w oczy po tym, co zrobiła. Ona by nie potrafiła. Ale to ich problem.
Podniosła się do góry wraz z ogłoszeniem, ze wszyscy jadą do domu ciężarnej, a jej spojrzenie zatrzymało się na Noriedze. Serce bilo jej mocno w piersi. Czuła, że któreś z nich albo nie wytrzyma, albo wieczorem dojdzie do jakiegoś mordobicia. Widziała przecież, że w nim też to siedziało, to co zrobił, to co m u s i a ł zrobić. Ona też tłumiła w sobie wiele rzeczy. Pewnie gdyby byli tu sami, już by się na niego wydzierała. Ale nie byli. Trzeba się było zająć tymi szczylami, żeby nie spowodowali teraz więcej kłopotów.
Sam.
Otworzyła szerzej oczy, kiedy tak na nią warknął i nawet rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale wtedy on odwrócił się na pięcie i nawet nie pomagając jej zebrać krwawiącego gówniarza z ziemi, po prostu sobie poszedł.
Madox! — mógł słyszeć jeszcze jak krzyczy jego imię. Jak układa każdą, jedną literę na ustach i chce, żeby został. Miała złe przeczucia. Nienawidziała nie przegadywać z nim tych spraw, a on… po prostu sobie poszedł. Chociaż przecież zaraz i tak mieli się spotkać.
Razem z Aną pozbierała gówniaka, który chodzić też średnio mógł, bo skopali mu brzuch, ale jakoś udało im się załadować do samochodu. Ruszyła Fordem na ulice Toronto i chociaż przez te kilka sekund, kiedy Madox próbował się z nią ścigać jej myśli zeszły z tych ciężkich tematów. Nawet uśmiechnęła pod się pod nosem, gdy po raz kolejny ją zajechał. A potem odjechał. I cały kurwa jej dobry humor razem z nim.
A potem było już tylko gorzej.
Smsa przeczytała kiedy Alma z wielkim jezus Maria co się stało na ustach wybiegła przed som i zaczęła wyciągać chłopaka, który nawet okazał się mieć imię — George. Z matczyną troską podeszła do jego rany, nawijając, że trzeba się nim zająć, a potem porozmawiają, chociaż po jej mienie było widać, że powoli już łączyła kropki w spojrzeniach, jakie posyłała Anie. Pilar jednak za nic się na tym nie skupiła, już szarpała za telefon i wypisywał wiadomości do Noriegi.

esposa🌹💍
co?
Wykonano 3 połączenia
nie
Madox, kurwa, co ty odpierdalasz?!
Wykonano 4 połączenia
zatłukę cię, jak coś ci się stanie
Wiadomość...

Zadzwoniła do niego jakieś dwadzieścia razy, jak nie więcej.
A potem chciała zebrać się i jechać. W dupie miała Alme i tych gówniarzy. Liczył się tylko on. Tylko gdzie ona mogła go szukać? I dlaczego do kurwy zabrał z domu psa? Tysiące pytań mnożyło się w jej głowie i naprawdę dużo kosztowało ją to, żeby wejść do domu ciężarnej. Nawet nie usiadła na żadnym krześle — po prostu łaziła z jednej strony do drugiej, kiedy Alma opatrywała Goerga.
Nie.
Nie było kurwa opcji, że ona tu wysiedzi.
No, gadaj — warknęła na Anę, kompletnie pozbawiona spokoju i wyrozumiałości, jaką miała w sobie jeszcze chwile temu. Wszystkie jej myśli fiksowały się na Madoxie, na ludziach Luny, na każdej, jednej, durnej rzeczy, którą mógł teraz zrobić. I szczerze? Nie wiedziała, czy usiedzi nawet do momentu, w którym Ana przyzna się, że to ona próbowała szantażować swoją sąsiadkę.

Te voy a matar a golpes.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
40 minut...
Dokładnie 36 i pół, tyle zajęło mu dojechanie we wskazane przez Lunę miejsce, dochodziła dwudziesta druga, samochodowa nawigacja wydała z siebie charakterystyczny dźwięk i kobiecym, robotycznym głosem, po hiszpańsku odezwała się jesteś na miejscu.
W środku jebanego lasu. Było ciemno, tylko światła samochodu przecinały mrok oświetlając ścieżkę, która ciągnęła się dalej.
Zanim Madox wysiadł z auta, poklepał jeszcze po łbie psa.
- Waruj - rzucił mu komendę, a kiedy otworzył drzwi i doberman wyskoczył, a on wysiadł, to Sombra zakręcił mu się pod nogami. Pilnował go. A jego wyczulone uszy zaraz stanęły, kiedy gdzieś niedaleko usłyszeli trzaśnięcie samochodowych drzwi. A potem prosto w oczy oświetliły ich reflektory. Madox na początku nie widział wcale tej postaci, ale pies stanął przed nim szczerząc zęby.
- Miałeś być sam, dupę też ze sobą zabrałeś? - rzucił znajomy głos - Sombra leżeć - doberman drgnął na dźwięk swojego imienia, ale nie odpuścił.
Rodrigo stanął przed Madoxem, a z nim Pająk.
- Wy chłopaki, zawsze w centrum wydarzeń - rzucił Noriega. Mógł się ich tutaj spodziewać. Luna miał dużo ludzi, ale Rodrigo był jednym z tych zaufanych, to przecież Madox wiedział. Znali się nie od dzisiaj.
Doskonale pamiętał dzień, kiedy Rodri przyszedł po raz pierwszy do klubu składając mu propozycję. Lata temu.
Ale tu nie chodziło wcale o nich, bo za Rodrigo stanął jeszcze jeden mężczyzna, elegancki, w czarnym garniturze i koszuli, jego włosy wyróżniały się na tle nocy, białe jak śnieg.
Luna, jebany duch.
Madox już raz go widział, ale wtedy był jeszcze gnojkiem, wtedy jeszcze nie zakładał nigdy, że kiedyś wyląduje w tym miejscu, w którym był teraz. Żeby rozmówić się z Luną i mu sprzeciwić.
- I widzisz, trzeba było tak od razu Madox, obyłoby się bez tego całego pożaru... - zaczął, a Noriega drgnął, Luna nawet nie krył się z tym, że to jego sprawka - moi ludzie z remontem uporają się w dwa tygodnie i wtedy... - nie dokończył, bo Madox wystąpił do przodu.
- Nie - rzucił pewnie.
- Co nie? - zapytał Luna, ale nie ruszył się z miejsca, między nimi wciąż stał Rodri i Pająk.
- Nie wejdziesz do mojego klubu - warknął. A Luna parsknął śmiechem. Pokręcił głową.
- Głupi jesteś Madox.
Później wszystko potoczyło się szybko. Za plecami Madoxa dźwięk łamanej gałęzi, pies odwrócił się w tamtym kierunku, warknął i rzucił się zaciskając mocno szczękę na ręce jakiegoś kolesia z bronią, wytrącił mu ją. Madox sięgnął po swój pistolet, ale zdołał tylko na nim zacisnąć palce, a Pająk wystartował do niego, poczuł tylko uderzenie w potylicę, rękojeścią spluwy, tak zakładał. Zamroczyło go, a kiedy dostał drugi raz, to kompletnie go odcięło.

Ciemność.

A mieli nie pozwolić jej rozgościć się w swoim życiu. Mieli współpracować, już zawsze razem. Ramię w ramię, póki śmierć ich nie rozłączy.
Madox nie zakładał, że to przyjdzie tak szybko.
Że zaledwie dwa jebane dni po ślubie, będzie czuł oddech Kostuchy na karku. Czuł go, a potem poczuł zapach benzyny.
Siedział w klubowym samochodzie, zegarek w aucie wskazywał 22:40, auto śmierdziało paliwem, całe wnętrze, on też. Sombra skomlał w bagażniku. Słyszał go, i jakieś poruszenie na zewnątrz.
Nie zastanawiał się, nacisnął przycisk, który otwierał bagażnik samochodu, ale zanim pies z niego wyskoczył, to on też otworzył drzwi, wypadł przez nie na leśną ściółkę, zarył twarz w mokry mech, też jebał benzyną. Chcieli go tu kurwa spalić. Żywcem.
Pies rzucił się na kolejnego kolesia z bronią, na Pająka, wytrącił mu pistolet. Ale obok stał jeszcze Rodri, on swoją broń podniósł celując w Madoxa.
Noriega szybko zebrał się z ziemi.
- Sombra do mnie! - zawołał, a doberman puścił napastnika, doskoczył do swojego pana. Wystarczyło spierdolić w las, między drzewa. To mogło się udać...
Nie tym razem. Ptaki w zaroślach poderwały się do lotu, kiedy leśną ciszę przeszył huk wystrzału. Sombra skoczył, a potem upadł ciężko na ziemię, a Madox zaraz obok niego na kolanach.
Krew.
Na rękach miał pełno krwi.
- Nie, nie, nie... Przyjacielu. Nie kurwa. Nie - przesunął rękami po ciele dobermana, oberwał, ale jeszcze dychał, jeszcze skomlał. Podniósł głowę. I kiedy Madox się nim zajął, to Rodrigo i Pająk odjechali.
Zostawili go w tym lesie. Z rozpierdolonym samochodem. Z konającym mu na rękach przyjacielem.
Madox zerwał się na równe nogi i doskoczył do schowka swojego samochodu, nie nadawał się do jazdy, poprzecinane kable, podejrzewał, że gdyby tylko go odpalił to sam wysadziłby go w powietrze. Miał tylko nadzieję, że go nie przeszukali. Wywalił wszystko ze schowka, a na samym tyle w pokrowcu po okularach znalazł stary telefon, jeszcze taki z klawiaturą, bo ten swój zostawił przecież w domu.

A jeśli Pilar go znalazła to mogła odczytać kolejną wiadomość, która przyszła o 22:48, od nieznanego numeru, znowu bez żadnych innych informacji.
numer nieznany
to było drugie ostrzeżenie... trzecie będzie ostatnie, może ona?
Wiadomość...

- Pilar… Pilar zjebałem... - odezwał się w słuchawce głos Madoxa, dzwonił z nieznanego numeru, a połączenie było bardzo słabej jakości, to co mówił odbijało się echem w telefonie - musisz... mnie znaleźć, jestem... esie. Akimś uwa sie - zaczęło przerywać, urywać słowa, bo on przecież bez przerwy kręcił się koło samochodu, ale zaraz opadł na kolana koło swojego dobermana. Wytrzymaj przyjacielu, wytrzymaj - koło Scarborough, nie jedziesz na klify, tylko w drugą stronę, musisz tam odbić, wjazd do lasu numer... - nawijał jej, ale zaraz znowu poderwał się z kolan, zaraz znowu przeszedł wokół samochodu, a połączenie znowu zaczęło się ścinać - ...ynaście, aban ył twarty. Ateria ada. Urwa. Ilar... - rozłączył się, bo padł mu telefon.
Nie no kurwa. Przecież to będzie pierdolony cud, jeśli ona go znajdzie. Jebany kurwa cud.
Ale Madox na niego liczył. Od szlabanu odjechał jakieś trzy kilometry. Nie mógł tu bezczynnie siedzieć i czekać. Z bagażnika samochodu wyjął koc, owinął nim Sombrę i chociaż pies był ciężki, to ruszył w tamtym kierunku. Czuł na piersi urywany oddech jego przyjaciela. Na rękach jego ciężar, a na policzku... ciepłą krew.

Pilar zjebałem
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Miała złe przeczucia.
Czuła w kościach, że pojechał zrobić coś czego nie powinien.
A przecież mieli spotkać się u Almy, mieli porozmawiać, ogarnąć wszystko razem. A jednak — on nagle podjął decyzje sam. Zapomniał, że od teraz mieli robić to razem. Jako małżeństwo. Że wszystko, co on zadecyduje, będzie miało swoje skutki u Pilar. Jak widać miał to gdzieś. Wiedział swoje i wykazał się z e r o w y m poszanowaniem dla ich małżeństwa.
Była na niego zła.
Wkurwiona wręcz.
A jednak ponad wszystko i tak z tych wszystkich emocji najbardziej czuła strach. Bała się o niego. Nie miała pewności, ale domyślała się, że pojechał się spotkać z Luną. Sam mówił jej w samolocie, że miał dwadzieścia cztery godziny, żeby podjąć decyzję, dzisiaj Rodri powiedział mu, że dwanaście. Kurwa. Znowu złapała za telefon.
esposa🌹💍
błagam cię, kurwa
nie rób nic głupiego
I odbierz ten pierdolony telefon!!
Wykonano 4 połączenia
Wiadomość...
Jak mogłaś mi to zrobić, Ana? — Alma po raz kolejny pociągnęła nosem. Minęło już dobre dziesięć minut od tego, jak ciężarna dowiedziała się prawdy, a ona wciąż nie potrafiły się dojść.
Tłumaczyłam ci, że potrzebowałam tych pieniędzy dla ma…
Zostawiałam cię samą z moim synem! — krzyknęła kobieta, dopiero wtedy zwracając na siebie uwagę Pilar. Nie słuchała ich wcześniej. Nie miała pojęcia o czym dokładnie dyskutowały, ale mogła się domyślać. Przesunęła spojrzeniem po ich twarzach, a potem jeszcze na Georga, który siedział na drugim końcu stołu, grzebiąc w telefonie.
Nic tu po niej.
Muszę iść — rzuciła nagle, ściągając na siebie spojrzenie wszystkich obecnych w pomieszczeniu.
Jak to? Pilar, ale przecież… — Alma próbowała coś jeszcze mówić, nie chciała zostawać sama, ale Noriega miała już zupełnie inne priorytety. — Błagam cię, nie zostawiaj mnie z tym samej.
Przepraszam — tylko tyle jej odpowiedziała, po czym zgarnęła kurtkę i w tej wciąż potarganej sukience wyszła z domu. Nie powinna tego robić, a jednak bez najmniejszych skrupułów zabrała forda Almy i skierowała się do ich mieszkania. Jechała zdecydowanie za szybko. Prawie spowodowała wypadek, ale nic z tego nie było ważne. Liczyło się dotrzeć tam jak najszybciej, żeby… no właśnie co? Co ona kurwa liczyła, że tam zastanie? Jego? Przecież wiedziała, ze go tam nie było.
Wpadła do środka zdyszana. Po psie nie było ani śladu. Było pusto. Przez plecy przeszedł ją chłodny dreszcz, a serce od razu przyśpieszyło. Wyciągnęła telefon, próbując znowu się do niego dodzwonić. Jaki kurwa wylał się z niej gniew, kiedy komórka zadzwoniła na jednej z szafek. A potem już tylko ból, kiedy przyjebała pięścią w szufladę i rozdarła sobie knykcie.
Nie wiedziała, ile czasu spędziła w mieszkaniu. Ile łaziła od ściany do ściany w nieskończoność, zaklinając tą całą babkę Carmen, żeby miała go w opiece. Potem nawet zbiegła na dół i wpakowała się do swojego starego samochodu, żeby pojechać do klubu, tylko kurwa, klub był przecież zamknięty i do remontu. A kiedy na jego telefon przyszła wiadomość… pomimo strachu i gniewu odetchnęła z ulgą. Bo skoro oprawca dał mu drugi ostrzeżenie i wysłał do niego wiadomość: zostawił go żywego. Myślał, że Madox miał przy sobie telefon i że to przeczyta. Aż na moment odrzuciła głowę w tył i złapała kilka głębszych wdechów.
Zapierdoli go.
Jak nie zrobili tego oni, ona była gotowa go kurwa zapierdolić.
I wtedy jak na zawołanie zadzwonił jej telefon. Szarpnęła się na fotelu, wyciągając komórkę z tylnej kieszeni. Numer nieznany. Bez najmniejszego zawahania wcisnęła zieloną słuchawkę i przystawiła wyświetlacz do ucha. Serce stanęło jej na moment, kiedy usłyszała po drugiej stronie swojego męża.
Gdzie jesteś?! — warknęła, prawie krzycząc. Co jej było po tym, że mówił, że zjebał. To akurat wiedziała już dawno. Potrzebowała konkretów. Lokalizacji. — W czym jesteś? W lesie? — źle go słyszała. Jego każde jedno słowo było przerywane przez słaby zasięg. Coś tam jednak zakodowała, kierunek, w którym powinna się kierować. Nawet nie czekała na koniec rozmowy — włączyła głośnomówiący, rzucając sobie telefon na kolana i przekroczyła kluczyki. Z piskiem opon wyjechała na ulicę w stronę wielkiego lasu. — Które wejście? Halo? Naście ile? Kurwa Madox!! — wydzierała się na niego, chociaż on nawet jej nie słyszał. Nie miała pojęcia, gdzie dokładnie był. Jakie naście? Miała aż dziewięć naście do wyboru i skąd miała wiedzieć, która była prawidłowa. Musiała jechać po kolei do każdej.
Nogę na gazie miała kurewsko ciężką. Żyłowała samochód na maks jego możliwości, a kiedy w końcu dojechała do ścieżki, zaczęła przesuwać się wzdłuż wjazdów na odpowiednie sektory. Pierwsze dziesięć kompletnie zignorowała. Dopiero przed jedenaście zwolniła i rozglądała się na boki. Włączyła długie światła, żeby nie tylko lepiej widzieć, ale tez żeby ją było lepiej widać. To właśnie wtedy zobaczyła na ścieżce ślady. Świeże ślady po samochodzie, których nie zdmuchnął jeszcze wiatr. Prowadziły prosto jeszcze przez kilka zjazdów i chociaż nie miała pewności… musiała zaryzykować. Ruszyła do przodu aż do siedemnastki i to w nią wjechała ostro, rozrzucając na bok piach i o mały włos nie przejeżdżając Madoxa. Wyhamowała w ostatniej chwili, dostrzegając jego sylwetkę, a zaraz potem wypadła z auta.
Ja pierdole, co ty kurwa zrobiłeś?! — wydarła się, gotowa autentycznie rzucić się na niego z pięściami. W tym czasym czasie miała ochotę go przytulić. Zabić i kochać jednocześnie. Kwintesencja ich całej relacji. Złapała jego szyję w ręce i dokonała szybkich oględzin. Czuła pod palcami gdzieś w okolicy głowy wielkiego guza, widziała też masę krwi, ale zaraz okazało się, że to wcale nie była krew jej męża. — Kurwa, Sombra — coś ścisnęło ją w środku, a gorycz rozlała się po przełyku. Doberman jęknął cicho, jakby dosłownie kilka wdechów dzieliło go od tego, żeby skonać w ramionach swojego pana. Zrobiło się jej słabo. Może to nie był jej pies, ale kurwa traktowała go jak członka rodziny. — Do auta, już! — rzuciła stanowczo, nawet nie pytając się go, co się tutaj odejbało. Na to jeszcze przyjdzie czas. Teraz musieli zawieść spa do weterynarza i to kurwa w trybie pilnym. Otworzyła mu drzwi od strony pasażera, a kiedy tylko wsiadł do środka z psem, zatrzasnęła je z hukiem. Szkło przy szybie zadrżało niebezpiecznie, prawie pękając, a ona wskoczyła za kółko.
Twój telefon — warknęła wkurwiona i cisnęła nim na deskę rozdzielczą, a następnie z impetem rozpędziła turkusową Toyotę. — SMSa dostałeś — chciała mu dać znać, że go widziała. Że już wiedziała, że coś odjebał z ludźmi Luny, chociaż nie miała pojęcia co. A wystarczyło, żeby kurwa pojechał z nią do Almy. Wystarczyło, żeby traktował ją jak swoją partnerkę. Na równi. — Mam jechać pierwsze do szpitala czy do weta? Który z was potrzebuje więcej pomocy?

¿Qué coño has hecho?
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i śmierć psa, ciężkie
To miała być kolejna szybka akcja...
Jak to przekazanie forsy, które tak koncertowo się zjebało, mógł się spodziewać, że ta wycieczka do lasu i moment, w którym on sprzeciwi się Lunie wcale nie skończy się lepiej.
Na co liczył?
Że pogłaskają go po główce i powiedzą mu, dobrze Madox, skoro nie chce nas w klubie, to tak będzie.
No kurwa, pojebało go.
Ale nie chciał w to wciągać Pilar, nawet jeśli mieliby go odpierdolić, to nie chciał, żeby jej stała się krzywda. Nie mógł na to pozwolić. Dlatego pojechał sam, z psem, z jego najwierniejszym przyjacielem, który też przecież już był z nim od lat.
Nigdy nie zakładał, że tej nocy go straci.
Nawet w najczarniejszym scenariuszu. Bo przecież Madox ich nigdy z góry nie zakładał. Wszystko się uda.
A znowu zjebało się konkretnie, i poczuł to dopiero kiedy siedział w tym przesiąkniętym benzyną wnętrzu samochodu, ale chyba rzeczywiście czuwała nad nim babka Carmen Sandiego. Bo się obudził, wyskoczył... Tylko czemu nie czuwała nad jego psem?
Próbował zatamować krwawienie, ale kula siedziała w środku, a rana wciąż pluła czerwoną cieczą, którą Madox już miał wszędzie. Na twarzy na szyi i na rękach.
Znalazła schowany w samochodzie telefon i zadzwonił... do niej. Nie wiedział czy ludzi Luny wciąż nie ma w lesie, czy nie czyhają tylko na to, żeby teraz odjebać ich oboje, nie widział w końcu tej wiadomości, która przyszła do niego na telefon. Ale tak kurewsko się bał... o to, że straci przyjaciela. Przecież to tylko pies, ale dla Madoxa była członkiem rodziny, może kurwa najważniejszym w całym jego życiu, bo nigdy go nie zawiódł. Był z nim kiedy było źle, kurewsko źle, a tyle razy ile on mu uratował życie, to by nie zliczył. Dzisiaj dwa razy, a za trzecim...
Nie no kurwa nie, to nie mogło się tak skończyć.
Nawijał Pilar w słuchawkę gdzie ma jechać, chociaż nie wiedział nawet czy go słyszała, on ją słabo, źle. A głos mu się łamał. Chyba nigdy nie słyszała go takiego...
Bo przecież on nigdy aż tak się nie bał.
Wtedy, kiedy Rosa do niej strzeliła, albo kiedy porwał ją Dalton, ale w pierwszej sytuacji szybko okazało się, że jest cała, że to tylko ucho, a w drugiej... musiał zachować zimną krew.
Dzisiaj nie potrafił. Sam w środku tego pierdolonego ciemnego lasu. Z psem, który ledwo zipiał, na rękach. Cały był brudny, bo po drodze brodził chyba po kolana w błocie. A krew, tą czuł w nosie i na języku, kiedy przesunął nim po spierzchniętych wargach. Miał ją wszędzie, krew i błoto.
A kiedy z oddali usłyszał warkot silnika, a potem zobaczył światła reflektorów, to się zatrzymał. Wszystkie mięśnie go piekły, czuł te na rękach, które paliły żywym ogniem, ale co z tego? I tak by się nie poddał, chociaż kiedy Pilar zahamowała tuż przed nim, to opadł na kolana, położył psa w kocu na ścieżce.
Ja pierdole, co ty kurwa zrobiłeś?!
Co on zrobił?
- Zostaw - szarpnął jej się wyrywając, kiedy zaczęła go oglądać, chociaż przecież sam zrobiłby to samo. Zaczął od niej - pomóż - poprosił ją patrząc na nią wielkimi, ciemnymi oczami. Razem wsadzili Sombrę na tylne siedzenie podnosząc go na kocu, Madox nie czuł rąk, ale i tak wpakował się do niego uciskając ranę, ale pies był coraz bardziej zimny, a jego oddech ledwo wyczuwalny - już, jeszcze trochę, zaraz ktoś ci pomoże - nawijał Noriega tuląc do siebie psa, a kiedy Pilar rzuciła mu telefon, to nawet nie niego nie spojrzał. Nie w tej chwili, kiedy kurwa doberman patrzył na niego tymi smutnymi, brązowymi oczami. A Madox czuł, że się żegnają - będzie dobrze - wiedział, że nie będzie. Byli dobre pół godziny od miasta, i chociaż już w samochodzie, to i tak za daleko.
- Do weterynarza, kurwa Pilar - rzucił z wyrzutem - Rodrigo go postrzelił - wyjaśnił jej powagę sytuacji. Ale nie dodał, że celował do niego, że mało brakowało, a mogłaby jutro dostać telefon, że jej męża znaleźli w jego samochodzie, w lesie, spalonego na popiół. Albo kurwa z dziurą w głowie.
Mogło być gorzej.
Ale Madoxowi i tak serce pękało na pół.
Nie odzywał się nic całą drogę, a w pewnym momencie pochylił się niżej nad dobermanem, bo nie czuł już jego oddechu. Nie wyczuwał bicia serca.
Nie. Kurwa. Nie.
I kiedy Pilar zajechała pod najbliższą klinikę weterynaryjną, to zaraz wypadł z auta, wyciągnął Sombrę, ale jego łeb opadł mu już bezwładnie z ramienia, zniósł go do środka, a zaraz położył na wózku, z którym doskoczyła do niego jakaś pielęgniarka. I zabrali go na salę, weterynarz założył na uszy stetoskop, żeby sprawdzić czy serce jeszcze bije. A kiedy Pilar do nich dołączyła, to Madox zaraz... wtulił się w nią. I kiedy lekarz osłuchiwał psa, to Noriega pokręcił głową.
- Nie no kurwa... Nie mogę - rzucił i wyszedł z salki, cały upierdolony w błocie, we krwi, swojego kumpla. Na korytarzu obejrzeli się na niego chyba wszyscy, ale się nie zatrzymał, wyszedł przed budynek, żeby przysiąść na schodkach, musiał złapać świeżego powietrza, bo miał wrażenie, że zaraz się udusi.
Weterynarz zbadał psa, ale zaraz spojrzał na Pilar. Złożył stetoskop ściskając go w palcach.
- Przykro mi, ale... serce się zatrzymało - powiedział smutno.

No puede ser, joder, no doy crédito.
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, śmierć psa
Warczał na nią, wyrywał się jej, kiedy jedyne co chciała, to sprawdzić, czy wszystko było z nim okej… I chociaż miała ochotę się na niego wydrzeć, trzepnąć go, tak doskonale widziała te wielkie, zaszklone oczy, to jak ledwo trzymał swojego psa na rękach, a ten konał zawinięty w koc. Był to widok, który chyba na długi czas wwierci się jej w głowie i będzie śnił po nocach. Bardziej niż to, jak rył chłopakowi X nożem na policzku.
Kurwa.
Pomogła Madoxowi załadować Sombre na tylne siedzenie, a sama wleciała na fotel kierowcy. Odpaliła Toyotę i ruszyła do wyjazdu z lasu. Szkoda, że Gaba rozpierodliła Jaguara, bo wtedy, gdyby przycisnęła, byliby o jakieś dziesięć minut szybciej, może nawet więcej. Może ścigałaby ich policja i rozjebali się po drodze przez prędkość, ale przynajmniej mieliby jakikolwiek szanse, żeby uratować dobermana. A tak? Tak trzeba było się toczyć pierdolonym żęchem, który ledwo wyciągał sto dwadzieścia.
Przed przygodnią zahamowała z piskiem opon. Całym jej ciałem szarpnęło w sekundę. Dobrze, że w całym tym amoku zapięła pasy, bo już by przeleciała przez przednią szybę. Odpięła pas i ruszyła do tylnych drzwi, żeby otworzyć je dla Madoxa. Widziała, jak głowa Sombry opada bezwiednie na jego ramieniu, jak już wcale nie skomlał pod nosem, jak jego wierne oczy… nie patrzyły na nich z nadzieją. W ogóle nie patrzyły.
Madox… — co chciała mu powiedzieć? Sama postawić diagnozę? Nawet nie zdążyła, bo on już poleciał ze swoim przyjacielem do środka, gdzie zajęła się z nim pracownica przychodni. Zabrali go od razu na sale operacyjną. Pilar tylko zatrzasnęła drzwi, nawet nie zamykała auta, co było kurewsko głupim pomysłem, ale przecież to było najmniej istotne w tym momencie. Wleciała zaraz za nimi, a on… wtulił się w nią jak małe dziecko. Schował twarz w jej szyi. Czuła jak cały się trzęsie, jak bardzo się bał. Madox Noriega się bał. O swojego wiernego towarzysza. O psiaka, który był z nim przez całą podróż w Toronto. Który widział jego wzloty i upadki, który nie raz uratował mu życie. Który nigdy go nie opuszczał.
A teraz zrobił to na zawsze.
Wiedziała to. Tuląc go do ciebie, zaciskając palce na jego plecach i gładząc ujebaną w błocie koszulkę, ona już wiedziała, że pies tego nie przeżyje. A jednak stałą w milczeniu, dając mu jeszcze te ostatnie chwile nadziei. Tej kurwa głupiej nadziei, która niby umierała ostatnia, ale przecież też była matką głupich. Madox zawsze zakładał te pozytywne scenariusze, wierzył, że jakoś to będzie, ale nawet jego szczęście musiało się kiedyś skoczyć. Chociaż gdyby Pilar tylko wiedziała, że Sombra swoim ostatnim aktem uratował mu życie…
Nie no kurwa… nie mogę.
Rozluźniła uścisk, kiedy się jej wyrwał, a następnie odprowadziła go do wyjścia spojrzeniem. Złapała kilka głębszych wdechów, bo nawet nie zdawała sobie sprawy, że sama drżała. Tyle się dzisiaj wydarzyło. Głowa jej parowała. Dosłownie mózg ją bolał od nadmiernego myślenia, a sama wizja tego, przez co będzie przechodził jej mąż, kiedy tylko dowie się, że psa nie dało się odratować… Było jej słabo. Niedobrze. Ale pomimo tego podeszła do stołu, na którym leżał doberman. Słysząc diagnozę lekarza, skinęła jedynie głową, wpatrując się w spokojną już twarz psa. Wyciągnęła dłoń do przodu i delikatnie przesunęła po ulepionej w krwi sierści.
Będę za tobą tęsknić — mruknęła smutno, a samotna łezka spłynęła po jej policzku. — Byłeś dobrym psiakiem — takim, który zawsze czuł, kiedy coś było nie tak, który przychodził pocieszyć i chował się, kiedy dali z Madoxem po sobie koty. Który warczał na wrogów, a przyjaciół traktował z uśmiechem i merdającym ogonem. Dobry pies. Złoty nawet. Taki, jakiego Pilar całe życie chciała mieć. I chociaż nie miała go długo… I tak była wdzięczna za ten czas.
Co teraz? — spytała spokojnie, przecierając mokry policzek i podnosząc spojrzenie na lekarza.
Cóż, mogą państwo zabrać ciało, jeśli sobie tego życzycie i zrobić własny pochówek lub wybrać kremację indywidualną. Jest też opcja kremacji zbiorowej… — zaczął wymieniać, jakie mieli opcje. I chociaż Pilar spodziewała się, co będzie chciał wybrać Madox i tak musiała się go zapytać. Powiedzieć mu. Kurwa.
Czy on… może tu jeszcze zostać? Mąż na pewno chciałby się odpowiednio pożegnać — ciężko przechodziły jej te słowa przez gardło. Mężczyzna jednak skinął głową i oznajmił, że umyją go za ten czas z całej krwi i zawiną w koc. Pilar znowu dygnęła, a następnie skierowała się do wyjścia z sali. Serce waliło jej jak szalone. Oddech miała ciężki.
Ogarnij się.
Skarciła się w myślach. To nie był czas na bycie egoistką. Nie mogła nawet sobie wyobrazić przez co Noriega musiał teraz przechodzić. I chociaż no kurwa obwiniała go za to co się stało, bo to byłą tylko i wyłącznie jego wina, że nagle mu odjebało i pojechał bez jej wiedzy spotkać się z gangusami, tak nie mogła teraz go tym obarczać. Teraz musiała być wsparciem. Przeszła przez kolejne drzwi, widząc jego sylwetkę i przysiadła się obok. Spokojnie uniosła rękę i osadziła ją na jego szorstkim policzku, a kiedy tylko na nią spojrzał, ona pokręciła głową, dając mu jasno do zrozumienia, co tam się stało.
Przykro mi — tylko tyle mogła powiedzieć nim nie szarpnęła go za fraki do siebie. Nim nie przykleiła go do własnej piersi takiego brudnego i kompletnie rozbitego, ze złamanym sercem.
Trzymała go mocno.
Prawie jakby chciała go rozgnieść we własnych ramionach, chociaż tak naprawdę po prostu chciała go uziemić. Dać mu znać, że była, żeby ją czuł. Że nigdzie się nie wybierała. I chociaż swojego wiernego przyjaciela stracił, ona wciąż tu była. Wierna mu, niezależnie od tego, co by się nie działo. Nie był w tym sam. Teraz ten ból i smutek mogli dzielić na pół.

Madox :pocieszacz:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i płacz
Jeszcze miał nadzieję, kiedy jechali tą wysłużoną Toyotą, a Pilar cisnęła pedał gazu do oporu, kiedy jego wytatuowane palce dociskały ranę, która już nawet nie krwawiła, a pies się uspokoił i nie skomlał, to i tak jeszcze wierzył w to, że go uratują. I nawet kiedy niósł go w ramionach i nie czuł ani jego oddechu, ani jego serca na piersi, ale przecież już byli przed kliniką, tam na pewno ktoś mu pomoże, wierzył w to.
I kiedy na ustach jego żony ułożyło się to zrezygnowane Madox, chciał jej nawet powiedzieć, żeby nawet tak nie mówiła, nie zaczynała, bo jutro będą znowu grać w piłkę. Pójdą na spacer do parku i na suki. Może nie jutro, ale za tydzień, bo przecież musi być dobrze. Musiało być.
Bo przecież Sombra nie zginął przez niego.
I dopiero kiedy położył go na metalowym stoliku, na tym chłodnym blacie, a głowa dobermana opadła na bok, to dopiero wtedy... zaczęło do niego docierać.
Najpierw wpadł w ramiona Pilar, w nich szukał pocieszenia, spokoju, bo tylko ona umiała go uspokoić, kiedy się wkurwiał i kiedy smucił. Wtulił się w nią, zaciągając znajomym zapachem, przytulając szorstki policzek do jej szyi, chowając twarz w zmierzwionych, czarnych kudłach.
I znowu w niego uderzyły jej słowa.
Co on zrobił.
Gdyby nie zabierał ze sobą psa, to on teraz spałby spokojnie w ich mieszkaniu, czekał aż wrócą i potem nie pozwolił im nawet zdjąć butów, bo już by się cieszył, jakby nie widział ich pół roku, a to zaledwie kilka marnych godzin. A przez niego on leżał teraz tutaj, cały we krwi.
Martwy.
Nie... Nie mógł być martwy.
Ale gdyby nie on, to Madox na pewno by był.
Nie mógł na to patrzeć, nie chciał tego słyszeć, a przecież widział już po weterynarzu, że to koniec. Że już mu nie pomogą.
Musiał wyjść. Przewietrzyć się, złapał w płuca chłodniejsze powietrze, chociaż te paliły, od wysiłku, a może z żalu, który się w nim zbierał. Najpierw przeszedł do samochodu, ale zaraz cofnął się do schodków prowadzących do kliniki, opadł na nie ciężko. Głowę schował między kolanami.
Co on zrobił...
Co zrobił Luna. Ten facet nie cofnie się przed niczym...
Jakoś tak odruchowo sięgnął do kieszeni, spojrzał na telefon, na tą wiadomość, którą mu wysłał.
Następna może być ona.
Teraz to dopiero poczuł jak wzbiera w nim jakaś pierdolona panika. A gdyby to była Pilar, gdyby na nią poczekał, gdyby zabrał ją ze sobą, do jakiegoś jebanego lasu. Albo do portu.
Umarłby razem z nią.
Chociaż teraz też, jakaś jego cząstka odeszła razem z Sombrą. Będzie za nim tęsknił, kurewsko. Bo był najlepszym psem na świecie. Jego przyjacielem. Jego pierdolonym aniołem stróżem, który dzisiaj oddał za niego życie.
Dopiero, kiedy poczuł obok siebie Pilar, kiedy usiadła obok niego, to podniósł głowę, żeby na nią spojrzeć, ale wcale nie chciał tego słyszeć. Chociaż widział już po jej minie, co się stało, a kiedy go dotknęła, to cały zadrżał.
Przykro mi.
Jemu też było przykro, tak kurwa przykro, że kiedy szarpnęła go do siebie, to znowu wtulił się w nią mocno. Objął ją ramionami, dociskając do siebie tak, że to aż bolało, ale i tak gorszy ból nosił teraz w sercu. Nosili go oboje.
Bo może to był jego pies, i on wychowywał go od szczeniaka, ale przez te ostatnie pół roku, on też z wszystkimi czterema łapami pchał się do życia Pilar. Uwielbiał ją i za nią też by zginął.
Musiała dać mu chwilę, żeby pozbierał myśli. Pozbierał siebie. Bo serce waliło mu w piersi szaleńczo, a płuca ledwo łapały oddech. Ale ona była ukojeniem. Zawsze dla niego nim była. W każdej sytuacji.
I kiedy w końcu się zebrali z tych schodów i trzeba było tam wrócić. Stawić jeszcze raz czoła temu co się wydarzyło, to ona też była przy nim, trzymała go za rękę. Zaciskał mocno palce na jej dłoni. Kiedy weszli do salki, a Sombra leżał już w czystym kocu zwinięty w kłębek, jakby spał. Zmęczony po całym dniu szaleństwa. Taki spokojny, dostojny.
Madox jeszcze poklepał go po łbie.
- Żegnaj przyjacielu... Dziękuję - za to, że uratował mu życie, za wszystko. Że przez pierdolone osiem lat był jego aniołem stróżem. A dzisiaj dopełnił tą rolę, poświęcając się dla niego.
Najpierw Madox chciał ze sobą zabrać psa, pochować go... gdzieś. Tylko właśnie pojawiło się pytanie gdzie. Niby były cmentarze przeznaczone dla zwierząt, ale to mu jakoś nie pasowało. Nie chciał go tam zostawiać samego. Zbiorowa kremacja w ogóle nie wchodziła w grę, więc zostało tylko...
- I jak kupimy ten dom z ogródkiem i z huśtawką z opony, to wtedy go pochowamy pod drzewem - wyjaśnił Pilar, kiedy już popodpisywali wszystko, opłacili kremację i wychodzili z kliniki. On wciąż brudny, wciąż z pękniętym na pół sercem, ale teraz oprócz żalu i bólu pojawiło się też kolejne uczucie.
- A Lunę zapierdolę za to co zrobił - rzucił wkurwiony, wsiadając do jej samochodu na miejsce pasażera. Szarpnął za pas, raz, drugi i trzeci, w końcu go puścił - Jebany Rodrigo za to zapłaci - nabrał w płuca więcej powietrza wypuszczając je nosem. Był wściekły.
Teraz to już na pewno Luna nie miał co liczyć na współpracę z jego strony. Pozostawała tylko jedna ważna kwestia.
Siedziała przed nim na miejscu kierowcy i wciąż jeszcze trzęsącymi się dłońmi znowu chciała mu pomóc z pasem.
Ale Madox się szarpnął, złapał ją za ręce, i zaraz pochylił do niej.
- Już wiesz, że z tymi ludźmi nie ma żartów? - zapytał zaglądając jej w oczy. W tych jego było teraz widać ogień. Paliło go od środka. Uczucie, które znał, ale które kiedyś pogrzebał, bo Madox się nie wychylał. Ale tym razem nie zamierzał położyć po sobie uszu. Tym razem postanowił... pomścić swojego przyjaciela, a to oznaczało jedno - muszę odjebać Lunę - bo skoro odmowa nie wchodziła w grę, to co innego mu pozostawało?

Adiós, amigo mío ִֶָ. ..𓂃 ࣪ ִֶָ🪽་༘࿐
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
ODPOWIEDZ

Wróć do „Port of Scarborough”