ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
182 cm
złodziej kradnie co popadnie
Awatar użytkownika
ze Złotego Chłopca do rynsztoka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
wulgaryzmy, narkotyki
004
Większość ludzi myśli, że jak się mieszka na ulicy, to trzeba jebać na kilometr szczynami i potem. Bzdura. Stellan robił wszystko, żeby tak nie skończyć. W miarę możliwości zaliczał miejskie szalety albo darmowe łaźnie dla bezdomnych, mył się, jak tylko mógł, i prał ciuchy w rzece albo publicznych pralniach za parę groszy, które udało mu się wyżebrać lub ukraść. Chciał zachować chociaż resztki godności. Poza tym czysty bezdomny wzbudza mniejsze podejrzenia, kiedy kręci się blisko ludzi. Łatwiej wtopić się w tłum. A kiedyś wtapiać się nie musiał. Miał mieć wszystko: prywatne studia, świetną pracę, luksusowe życie, ale w wieku dwudziestu trzech lat stwierdził, że ma dość złotej klatki i zapragnął samodzielności. Chciał pokazać rodzicom, że bez ich portfela też sobie poradzi. No i pokazał. Wystarczyło, że raz noga mu się powinęła. Stracił pierwszą robotę, nie miał na czynsz, a zamiast zacisnąć zęby, zaczął szukać drogi na skróty. Towarzystwo, imprezy, trawa, potem coś mocniejszego na pobudzenie, aż w końcu obudził się z igłą w ręce. Wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie. Wylądował w rynsztoku. Dosłownie i w przenośni. Mógłby teraz wrócić do domu. Wiedział, że matka pewnie zapłakałaby się ze szczęścia, a stary wyłożyłby kasę na najlepszy odwyk, ale wstyd był silniejszy. Prędzej zdechnie z głodu, niż spojrzy im w oczy i powie, że mieli rację.
Właśnie wracał od swojego dilera. Jax to bezwzględny chuj, u którego nie ma zmiłuj ani brania na krechę, ale dzisiaj miał farta. Dwie godziny wcześniej pod galerią podszedł do jakiegoś zamyślonego kolesia w gajerze. Gość gadał przez telefon, a z tylnej kieszeni spodni wystawał mu portfel. Szybki ruch, i trzymał portfel w rękach, po czym zniknął w tłumie, zanim facet w ogóle zorientował się, co się stało. W środku było trzysta dolców. Od razu poleciał do Jaxa i teraz trzymał woreczek głęboko w kieszeni, kurczowo zaciskając na nim palce. Czuł, jak pot spływa mu po plecach, a serce bije jak oszalałe. Kiedy jesteś na głodzie, nie myślisz o niczym innym. Świat staje się czarno-biały, a jedynym celem jest dotarcie do bazy, gdzie nikt ci nie przeszkodzi. Jego bazą była ślepa uliczka za SIstering, które jak na ironię zajmowało się bezdomnymi, ale babkami. Dla niego to idealne miejsce, bo było dalekie od policyjnych patroli i innych ćpunów, którzy chętnie zrobiliby komuś krzywdę za te kilka gramów towaru. Szedł szybko, bo liczyło się tylko to, co miał w kieszeni. Czuł już ten moment, kiedy hera wejdzie w krew, a cały stres, wstyd i ból po prostu znikną, zastąpione przez ciepłą obojętność.
Kiedy jednak wyłonił się zza rogu budynku, zamarł. Kilkanaście metrów przed Stellanem, dokładnie na starych kartonach, trzech kolesi właśnie kopało jakiegoś chłopaka. Normalnie w takiej sytuacji odwróciłby się na pięcie i spieprzał, gdzie pieprz rośnie. Ulica szybko uczy najważniejszej zasady: nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, jeśli chcesz pożyć trochę dłużej. Jakieś porachunki, długi za ćpanie, kradzieże – tutaj każdy walczył o swoje i wchodzenie komuś w drogę zazwyczaj kończyło się tragicznie. A on miał przecież priorytet - czekający w kieszeni towar. Cofnął się o krok i schował w cieniu kontenera na śmieci. Chciał po prostu przeczekać, aż skończą go okładać i pójdą w pizdu, zostawiając wolną przestrzeń. Patrzył na to jednak przez dłuższą chwilę i coś zaczęło się w nim łamać. Faceci byli wyjątkowo brutalni. Tamten chłopak nawet się nie bronił. Leżał zwinięty w kłębek, trzymając ręce na głowie, próbując tylko chronić twarz przed kolejnymi uderzeniami butów. W świetle migającej latarni zobaczył jego twarz. Był młody. Na oko miał może z osiemnaście lat. Wyglądał na całkowicie bezbronnego dzieciaka z dobrego domu, który pewnie przez przypadek zapuścił się w te rejony albo podpadł niewłaściwym ludziom i poczuł skurcz w żołądku. To był ludzki odruch, który myślał, że już dawno w sobie zabił. Zrobiło mu się go cholernie żal. Zobaczył w nim siebie sprzed lat – kogoś, kto mógł popełnić błąd, ale na pewno nie zasłużył na to, żeby zostać zatłuczonym na śmierć w jakimś zasyfionym zaułku. Z jednej strony miał w kieszeni bilet do raju, na który ciężko pracował, ryzykując wpadkę. Chciał tylko usiąść, wbić igłę i zapomnieć o całym syfie. Z drugiej strony wiedział, że jeśli teraz stąd odejdzie albo będzie biernie patrzył, ten chłopak umrze, a jego śmierć pójdzie na jego sumienie. Wstyd, który nosił zmieszał się z poczuciem winy, które dopiero miało nadejść. Nie mógł na to pozwolić. Nie dzisiaj.
- Ej, zostawcie go, chuje! Pały już jadą, właśnie po nich zadzwoniłem! - wrzasnął, wychodząc z cienia prosto w ich stronę, a faceci natychmiast przestali kopać chłopaka i odwrócili się w jego kierunku. Zobaczył w ich oczach zaskoczenie, a chwilę później wściekłość.
Coś ty powiedział, szmaciarzu? Chcesz być następny?
- Słyszałeś, kurwa! - nie ustępował, choć serce waliło mu młotem. Wyciągnął z kieszeni rękę, udając, że trzyma w niej telefon. Wiedział, że ryzykuje jeśli zorientują się, że blefuje, ale ulica nauczyła go jednego: musisz być pewny siebie, nawet jak masz pełne gacie. Goście wymienili szybkie spojrzenia, bo dobiegł z oddali dźwięk syreny policyjnej. Ruszyli szybko w stronę alejki, znikając za rogiem, po drodze śląc jeszcze groźby pod jego adresem. Dopiero kiedy usłyszał, że ich kroki całkowicie ucichły, wypuścił powietrze z płuc. Spojrzał na leżącego na ziemi chłopaka, zwiniętego w kłębek, a towar w kieszeni palił żywym ogniem, jednak wiedział, że teraz nie może go tu zostawić.
- Żyjesz czy nie? - zapytał, starając się mówić spokojniej, żeby go nie straszyć. - Wezwać pomoc? Karetkę, cokolwiek? Mów, kurwa, bo nie wiem, co robić.

młody podopieczny gówniak
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
20 y/o
For good luck!
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Kolejne dni mijały, a misja, której się podjął zdawała się być coraz bardziej trudniejsza. Oscar zaczynał wierzyć, że przyjazd do Toronto był jednak błędem. Jasne, dawno porzucił marzenia, że uda mu się odnaleźć brata pod kolejnym adresem, który udało mu się zdobyć, niemniej czuł, że z każdą kolejną chwilą oddala się od niego coraz bardziej. Skąd w ogóle pewność, że jeszcze tu było? Kanada była sporej wielkości, więc informacja właśnie o tym mieście mogła być zwyczajnie nieaktualna. Co, jeśli się wyprowadziła? Jak niby miał się dowiedzieć gdzie, skoro nawet nie znał jego imienia. Na litość wszystkiego, gdyby tylko szukanie w mediach społecznościowych było łatwiejsze lub gdyby opanował umiejętności hakerskie. A tak musiał sobie radzić prowizorycznie, licząc na jakiś cud. Zupełnie, jakby nagle Bóg miał się nad nim zlitować i zesłać mu karteczkę z potrzebnymi danymi. Jak chociażby numer ubezpieczenia społecznego, bo po nim to już łatwa droga do osobnika, na którego nazwisko był.
Westchnął. Nie mógł się teraz poddać. Nie po to przebył kilkaset kilometrów, na dodatek wsiadając do samochodów obcych ludzi, z których każdy mógłby okazać się mordercą (tak, Oscar miał nad wyraz wysoce rozwiniętą umiejętność balansowania na granicy, igrając z bezpieczeństwem), by nagle poddać się nieprzychylnym myślom. On tu musiał być! Koniec kropka. Nie powinien nawet zakładać innej możliwości wierząc we własną intuicję. Gównianą, to prawda, ale momentami bardzo pomocną.
Szkoda, że dzisiaj postanowiła zrobić sobie wolne. Wybrała tak zajebisty moment, że Oscar już marzył, żeby jej podziękować, kiedy nadarzy się okazja. Źle skręcił, powinien to wyczuć. Przez kilka dni nauczył się, które rejony są lepsza, a które gorsze. Dobra orientacja w terenie mu się przydawała, zawsze był dobry w odnajdywaniu drogi. A jednak to właśnie dzisiaj coś poszło ostro nie tak i zamyślony niemal wpakował się w łapska trzech dryblasów, z który każdy kolejny zionął większą głupotą. Szare komórki poszły się jebać przykryte testosteronem pompowanym w mięśnie. Wspaniale, takiego towarzystwa potrzebował. Kumple będą z nich niecodzienni!
Zanim się spostrzegł, leżał na ziemi. Racjonalnie biorąc, nie miał z nimi najmniejszych szans. Nawet jeden położyłby go na łopatki, a trzy było zwyczajną przesadą. Był chudy, młodszy i nie miał nawet jednej piątej takiej siły, jaką mieli oni. Gdzie równe szanse? Gdzie jakikolwiek honor? Jak miał się bronić, skoro miał świadomość, że i tak nie wygra? Może kiedy nie będzie reagował, znudzą się nim, niczym pies nową zabawką, która była fajna tylko przez chwilę? Szansa istniała, chociaż ryzykował, że w ten sposób zatłuczą go na śmierć znacznie szybciej.
Czuł ból, który ogarniał jego ciało z każdy kolejnym ciosem. Czym sobie zasłużył? Nie jego wina, że jeden z nich uznał, że w y g l ą d a na geja. Cóż za spostrzeżenie! Nie przypominał sobie, by miał to wypisane na twarzy, a jednak coś skłoniło ich do takiego stwierdzenia. Delikatna buźka, którą odziedziczył po matce? A może kruche ciało, tak dalekie od prawdziwego mężczyzny? Może niegroźnie wyglądający wzrok, który nie wykrzykiwał niemych obelg w stronę każdego, na kogo spojrzał? Jeśli posiadał cokolwiek z tego, nie było to w żadnym razie podstawą, żeby się na nim wyżywać. Nie zaczepił ich, nie powiedział nawet słowa, a mimo tego stał się workiem treningowym, który należało okładać, zdobywając punkty.
Skrzywił się, osłaniając głowę. Tego zawsze go uczono - jak dostajesz wpierdol, leż i chroń łeb. Nie chciał stracić przytomności, chociaż mogłaby okazać się zbawieniem, dając ulgę przeciążonym komórkom, które nie wyrabiały w dostarczaniu do mózgu informacji o bólu. Jeszcze trochę, a zwariuje! Czy to był ten dzień, w którym miał umrzeć, nie poznawszy nawet swojego starszego brata, dla którego tu przyjechał? Wspaniała śmierć - w zapyziałym zaułku miasta, które powinno być nowym życiem.
Czyjś głos na chwilę przyniósł odpoczynek. Buty przestały trafiać w jego posiniaczone ciało, dając mu chwilę na złapanie oddechu. Ile żeber złamał? Czy wątroba była cała? splunął krwią, która nagromadziła się w jego ustach i otworzył oczy, nie pamiętając by je w ogóle zamykał. Dostrzegł jakiegoś młodego mężczyznę, zaledwie kilka kroków dalej. Czy on zwariował? Nie miał szans. Ratunek ratunkiem, Malone był mu wdzięczny, ale to było samobójstwem.
Nie miał siły by mu to wykrzyczeć. ledwo miał ją na kolejny oddech czując, jak kłuje go w płucach, a każdy ruch dostarcza kolejną porcję bólu. No zajebiście.
Interwencja pomogła. Jakimś magicznym sposobem nieznajomemu udało się przepędzić trzech rosłych osiłków, którzy spieprzyli, przeklinając pod nosem. Co to były za czary? przymknął ponownie oczy, przekręcając się na plecy i nieruchomieją. Bolało go dosłownie wszystko, włącznie z godnością, kiedy łzy popłynęły z oczu. Tak mimowolnie, nieplanowane.
-Nie mam… nie mam ubezpieczenia - wyrzucił z siebie. Jak niby miałby zapłacić za pobyt w szpitalu? Do wesela się zagoi, prawda? - Żyję… chyba. Powiedziałbym, żebyś mnie uszczypnął, ale to już będzie masochizm - westchnął, krzywiąc się zaraz. Nie zasłużył na takie traktowanie. - Dzięki za pomoc. To… było głupie - przechylił lekko głowę, by pozbyć się kolejnej porcji krwi z ust. Zakaszlał przy tym, a ciałem wstrząsnęły konwulsje.

Stellan Thompson
27 y/o
For good luck!
182 cm
złodziej kradnie co popadnie
Awatar użytkownika
ze Złotego Chłopca do rynsztoka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez dłuższą chwilę stał nad nim w milczeniu, słuchając, jak jego chrapliwy oddech miesza się z szumem miasta. Serce waliło mu w piersi jak szalone, a krew tętniła w skroniach tak mocno, że aż kręciło mu się w głowie. Adrenalina, która skoczyła mu do góry, kiedy drżał przed tymi trzema typami, zaczęła powoli opadać, ustępując miejsca doskonale znanemu,m głodowi. Towar w kieszeni ciążył jak pieprzony głaz.
Wyglądał na kogoś z zupełnie innego świata, nie pasował do tej zasyfionej alei. Leżał posiniaczony, zmaltretowany, na kartonach Srellana, na których jeszcze niedawno próbował przespać zimniejsze noce. Kiedy wyszeptał z trudem, że nie ma ubezpieczenia i żeby go nie zawozić do szpitala, w pierwszym odruchu miał ochotę na niego nakrzyczeć. Dzieciak prawie wypluwał płuca, z ust sączyła mu się strużka gęstej, ciemnej krwi, a on martwił się o rachunki medyczne.
Ty jesteś naprawdę jebnięty, wiesz o tym? – rzucił chłodno, chociaż w głębi duszy poczuł dziwne ukłucie. – Leżysz tu z rozbitą gębą, wypluwasz krew, a martwisz się o pieprzone ubezpieczenie? W Kanadzie za ochronę życia w nagłym wypadku nikt cię od razu do więzienia za długi nie wsadzi, ale skoro tak bardzo boisz się papierków, to chociaż się nie ruszaj. Dostałeś parę solidnych kopyt w klatę, nie wiemy, czy nie masz tam nic połamanego. Jak zaczniesz się szarpać, a jakieś pęknięte żebro przebije ci płuco, to będzie po zabawie.
Chłopak zwinął się w kłębek, trzymając za bok, a z jego oczu poleciały łzy. Widział ten ból. Znał go aż za dobrze, tylko że jego ból pojawiał się od środka, kiedy skręcało go z braku chemii, a nieznajomego był efektem przemocy. Kiedy powiedział, że to, co zrobił, było głupie, nie mógł się nie zgodzić. Miał sto procent racji. Normalny ćpun, bezdomny śmieć z tej dzielnicy po prostu odczekałby w cieniu, aż tamci skończą, zabrałby z ciała to, co wartościowe i poszedł zaćpać na boku, o on ja zachował się jak jebany bohater z taniego filmu.
- Jasne, że to było głupie - mruknął, przecierając dłonią twarz. Czuł, jak pot spływa mu po karku. - Mogłem dostać taki sam wpierdol jak ty albo leżeć obok ciebie z kosą w brzuchu, ale ci kolesie to były zwykłe karki bez mózgu. Na hasło policja srają w gacie, poza tym… nie mogłem patrzeć, jak cię zatłuką. Wyglądasz na kogoś, kto zapuścił się w nie tę uliczkę, co trzeba.
Schylił się, ostrożnie chwytając go za ramię, żeby pomóc mu usiąść i oprzeć się o ścianę. Przyjrzał mu się uważniej w nikłym świetle latarni ulicznej. Zobaczył w nim samego siebie sprzed kilku lat. Myślał, że jest niezniszczalny, dopóki świat nie zweryfikował jego marzeń.
Jak masz na imię? – spytał, siadając obok niego na ziemi. Towar w kieszeni znowu zaczął go piec. W głowie miał wyliczony każdy ruch, potrzebował tego jak powietrza, ale obok siedział dzieciak, który mógł w każdej chwili stracić przytomność i się udusić własną krwią. – Nazywam się Stellan i powiem ci jedno: musimy cię stąd zabrać, zanim tamte chuje zorientują się, że blefowałem. Dasz radę wstać? – spytał, wstając pierwszy i podając mu rękę. Zrobił to powoli, żeby go nie wystraszyć. – Mój apartament jest parę metrów stąd, pod zadaszeniem. Nie ma tam luksusów, ale jest sucho, mam parę czystych szmat, żeby przemyć ci tę gębę i nie wieje tak jak tutaj. Przemyślimy, co zrobić z twoim stanem, ale jeśli masz zamiar tu zemdleć, to mów od razu, bo na plecach cię nie poniosę. Nie mam na to siły. - Czekał, aż podejmie decyzję, bo w głowie bezustannie krążyła mu myśl o woreczku. Jeśli pomoże temu chłopakowi dojść do siebie, będzie musiał w końcu wziąć to, po co poszedł. Tylko tym razem zrobienie tego na oczach kogoś, wydawało się jeszcze bardziej upokarzające niż kiedykolwiek wcześniej. Ulica po raz kolejny przypomniała mu, że nie da się po prostu uciec od tego, kim się stało, ale pomoc temu dzieciakowi była jedyną rzeczą, która na pięć minut pozwoliła Stellanowi znowu poczuć się jak człowiek, a nie jak pieprzony wyrzutek.
Oscar Malone
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
20 y/o
For good luck!
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Z całą pewnością nie można było od niego teraz wymagać racjonalności. Był poobijany i poniekąd nawet nie wiedział do końca, co się działo na około niego. Bolała go każda kończyna i część ciała, o których pewnie normalnie zapominał, nagle uświadamiając sobie jak wiele mięśni, kości i komórek znajdowało się w ludzkim ciele. Kurwa, nie planował dostać takiego mordobicie, rad jedynie, że udało mu się uchronić twarz przed brutalnymi ciosami zadawanymi w dzikim szale. Jeszcze tego mu brakowało, żeby zęby stracił albo oślepł. Na takie rarytasy nie mógł sobie pozwolić, nie mając kasy, żeby później latać do specjalistów.
Zakaszlał raz jeszcze, krzywiąc się w momencie, kiedy zabolały go żebra. Wspaniale, jak miał się teraz panoszyć po mieście, skoro pewnie miał je połamane? Jak miał wspinać się na okna, żeby tylko znaleźć się w budynkach, w których zostawiono je otwarte? Westchnął. Dosłownie całe życie szmatą w pysk i to bez opamiętania. Żarty żartami, ale to już zakrawało na sadyzm ze strony wszechświata, który nie odpuszczał chłopakowi ani na chwilę.
Obrócił się tak, żeby widzieć cokolwiek. Wpatrzył się w swojego wybawcę, który szybko znalazł się przy nim. Zabawne, że w pierwszej chwili urzekło go, że był przystojny, jakby to w ogóle miało teraz jakieś znaczenie. Cóż, ostatecznie z ładnymi ludźmi jakoś chętniej się współpracowało.
-A to z pewnością. Jakbym nie był, pewnie nadal siedziałbym w domu, chociaż… to niespecjalnie się od niego różni - rzucił i nawet starał się uśmiechnąć, co wyszło dość krzywo, ale liczyły się dobre chęci. Gdyby ktoś go zapytał, nie potrafiłby odpowiedzieć, czy te zbiry czy własna matka lali go bardziej. Oba przypadki zostawiały piętno, ale chyba duszę bolało bardziej to, że rodzicielka traktowała go w taki sposób. obcych mógł jakoś usprawiedliwić, na przykład niedojebaniem mózgowym, ale mama? Dla niej nie było wytłumaczenia. - Nie umieram, więc to chyba się nie wpisuje w nagłe ratowanie życia? Chyba, że planujesz mnie dobić, albo pozbawić przytomności to wtedy dzwoń, bo nie chce, żeby moje ciało bezdomne psy zeżarły - zaśmiał się chrapliwie pozwalając, żeby łzy płynęły. Czuł się wyjątkowo żałośnie i niczego nie mógł na to poradzić. Cała ta sytuacja, do tego nieoczekiwana troska, której normalnie nie doznawał. Ciemnowłosy poświęcał mu zdecydowanie więcej uwagi, niż rodzice przez całe jego życie. - Jesteś lekarzem? To byłby dopiero plot twist - westchnął, na chwilę przymykając oczy. A może by tak zasnąć? Sen był dobry na wszystko i podobno ciało szybciej się wtedy regenerowało. Ale co jak się nie obudzi? Mało kusząca propozycja.
-To miłe, wiesz? I odważne, i może nawet bohaterskie. Jesteś jak taki Batman tylko bez drogiego wdzianka - zauważył, pozwalając sprowadzić się do pozycji siedzącej. Chłód ściany zadziałał trochę kojąco, chociaż zmiana pozycji spotęgowała ból promieniujący od strony żeber. Skrzywił się widocznie, dłonią ocierając usta. Tyle dobrego, że się nie porzygał. - Bo zbłądziłem. Nie tu planowałem skręcić, ale coś gdzieś poszło nie tak. Wielu tu macie ulicznych gangusów, którzy czają się w alejkach? Wolałbym wiedzieć, Toronto to jednak nie mój konik - odparł, wzdychając. jeszcze chwila i ciało na tyle przyzwyczai się do bólu, że przestanie mieć aż takie znaczenie. Był przyzwyczajony, kolejne blizny nie robiły na nim aż takiego wrażenia. Bolała duma i myśl, że tu miało być lepiej.
-Oscar, to ma jakieś znaczenie? - wpatrzył się w niego, pozwalając dłużej wodzić wzrokiem po jego twarzy. No serio przystojny, a Malone miał słabość do przystojnych miłych osób. Jakaś trauma, ewentualnie syndrom, którego nazwy nie znał. - Stellan, fajne, chociaż nietypowe. Brzmi tak bogato i dostojnie. Jesteś pewien, że nie pomyliłeś światów? Wstać? Te, bohater, ja wiem, że ty jesteś niezniszczalny, ale ja czuję się jak kupa gówna - uśmiechnął się i nawet lekko ramieniem go trącił, kiedy siedział obok, czego zaraz pożałował, bo zapiekło. Potrzebował jeszcze chwili. - Mieszkasz na ulicy? Trochę nie wyglądasz. Powiedziałbym, że… jesteś jakimś młodym księciem czy coś. Wiesz, jak w tych wszystkich filmach. nieść mnie nie musisz, nie jestem księżniczką, ale możesz mnie wesprzeć, bo jak zaliczę glebę to już się nie podniosę - odparł i powoli zaczął się podnosić, mając ścianę za podporę. W głowie mu się zakręciło niemiłosiernie, aż syknął. To będzie przeprawa życia. - Dobra, to co Stel, gdzie dokładnie jest ta twoja willa? Bo długo tak nie postoję, a wydaje mi się, że słyszę tupot czyichś nóg.

Stellan Thompson
27 y/o
For good luck!
182 cm
złodziej kradnie co popadnie
Awatar użytkownika
ze Złotego Chłopca do rynsztoka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słuchał jego chrapliwego kaszlu i patrzył, jak próbuje wycierać krew z ust, wykrzywiając przy tym gębę w jakimś krzywym uśmiechu. Czuł, jak ten pieprzony woreczek z towarem w kieszeni waży z każdą sekundą coraz więcej. Głód w żołądku skracał mu lont, a ten chłopak, zamiast po prostu zamknąć się i zbierać siły, zaczynał nawijać jak najęty. Zrobiło mu się go na sekundę żal, ale zaraz odsunął tę myśl. Nie przyszedł tu roztrząsać czyichś traum. Sam miał własne bagno. Potem wyjechał z kolejną mądrością – że przecież nie umiera, więc to chyba nie jest nagłe ratowanie życia, a na koniec palnął z tym durnym śmiechem, żeby dzwonił po karetkę dopiero, jak postanowi go dobić albo pozbawić przytomności, bo nie chce, żeby jego ciało zjadły bezdomne psy. Zaśmiał się chrapliwie, z oczu leciały mu łzy, a on stał nad nim i zastanawiał się, czy tamci kolesie nie uszkodzili mu mózgu. Był żałosny i kompletnie ok odklejony, ale z jakiegoś powodu wylewał z siebie potok słów, jakby panicznie bał się ciszy. A kiedy wypalił z pytaniem, czy jest lekarzem i że to byłby dopiero plot twist, Stellan nie wytrzymał. Lekarzem, kurwa? On? Bezdomny ćpun ze strzykawką w kieszeni? Przewrócił więc tylko oczami.
- Lekarzem? Pojebało cię do reszty? - rzucił opryskliwie, kręcąc głową. - Prędzej wykończę cię tym staniem, niż cokolwiek wyleczę. I zamknij się z tą karetką, nikt tu nie będzie po nikogo dzwonił.
Gdy porównał go do Batmana, i gadać, że to było miłe, odważne i bohaterskie, poczuł, jak skręca go w żołądku. Nie był żadnym pieprzonym bohaterem z komiksów, bie miał drogiego wdzianka, nie walczył ze złem, po prostu zadziałał w nim jakiś durny odruch, którego nie zdołał jeszcze zabić. Schylił się i chwycił go ostrożnie za ramię, pomagając mu usiąść prosto przy ścianie. Znowu syknął z bólu, a kiedy rzucił, że po prostu zbłądził i dopytywał, czy w Toronto na każdym kroku czają się tacy gangusi w alejkach, zrezygnowany pokręcił głową. Kiedy wykrztusił swoje pytanie, czy jego imię w ogóle ma jakieś znaczenie, złożył ręce na klatce piersiowej i spojrzał na niego z góry.
- W sumie? Żadnego - rzucił chłodno, z cwaniacką nawijką, do której zdążył się już przyzwyczaić na ulicy. - Równie dobrze mogę na ciebie wołać gówniarz, szczeniak albo po prostu ofiara losu. Pasuje do ciebie idealnie, zważając na to, jak tu wylądowałeś. Nie myśl sobie, że jak odgoniłem tych trzech gości, to nagle jesteśmy kumplami od serca. Mówię ci, jak jest. Jesteś po prostu kolejnym gówniarzem, który spierdolił sprawę i wpadł po same uszy.
A potem padły słowa o imieniu, że brzmi bogato i dostojnie, i że wygląda jak jakiś młody książę z filmu. Trafił w samo sedno, co go totalnie zmieszało i przez głowę przemknęła mu nagła myśl: czy ten cały Oscar przypadkiem nie jest gejem? Sypał komplementami, a Stellan miał wrażenie, że zamiast bać się oprychów, szczeniak ocenia, czy jest w jego typie. Jeszcze tego by brakowało, żeby w tym całym szambie musiał go podrywać pobity gówniarz. Zrobiło mu się gorąco, a w przełyku stanęła mu gorzka klucha. Gdyby tylko wiedział, ile kasy jego starzy wydawali na jego zachcianki i jak wyglądało jego życie, zanim na własne życzenie stoczył się w rynsztokowe szambo, spaliłby się ze wstydu. Przełknął ślinę, maskując zmieszanie złośliwym parsknięciem i machnięciem ręki.
- Zamknij już gębę z tymi filmami, młody, bo od tego twojego pierdolenia głowa mnie boli bardziej niż ciebie żebra - mruknął z irytacją, żeby odciągnąć jego uwagę od swojej osoby. - Żaden ze mnie książę, a ten zaułek to nie bajka z Disney’a. A co do gangusów... To jest Toronto, jak skręcasz w nieoświetloną uliczkę po zmroku, to nie oczekuj, że spotkasz tu panienki z kwiatuszkami, a ty z tą swoją delikatną buźką wyglądasz jak chodzący cel.
Kiedy powiedział, że wcale nie jest niezniszczalny, nazwał się kupą gówna i żartobliwie szturchnął go ramieniem, po czym od razu zsyknął z bólu, Stellan zrozumiał, że to całkiem bezbronny chłopak i chociaż twierdził, że nie jest księżniczką i nie trzeba go nieść, to wiedział, że sam nie zrobi nawet trzech kroków.
- Dobra, stój spokojnie i nie świruj, zanim walniesz o beton - rzucił, robiąc krok w jego stronę. - Złap się mnie za kark, tylko mocno i nie puszczaj. - Chwycił go pod ramię, biorąc na siebie większość ciężaru. Sam ledwo trzymał pion, nogi miał miękkie, pot zalewał mu oczy, a zęby zaciskał tak mocno, że aż strzelało mu w szczęce. W głowie miał tylko jedną myśl: dobić do kąta, rzucić go na szmaty, dać mu wody i w końcu wyciągnąć ten pieprzony woreczek ze strzykawką. - Moja willa jest tam za śmietnikiem - rzucił przez zęby, ciągnąc go wolno przez ciemną alejkę. Każdy krok był drogą przez mękę, ból w jego własnym ciele mieszał się z ciężarem Oscara. - Trzymaj się mnie i nie zemdlej. Drugi raz cię z tego dołka wyciągać nie będę, bo sam ledwo powstrzymuję się, żeby nie paść na pysk.
Gdy w końcu dotarli posadził go ostrożnie na kartonach, uważając, żeby nie uderzył plecami o ścianę.
- Niezły pałac, co? - mruknął pod nosem, klękając przy nim. Wyciągnął z kąta butelkę z wodą, którą rano napełnił w miejskiej toalecie oraz resztki starej, ale czystej koszulki, która służyła za ręcznik. Polał szmatę wodą i spojrzał na chłopaka. W półmroku jego twarz wyglądała jeszcze gorzej niż pod latarnią. - Siedź cicho - powiedział, przykładając mokrą szmatę do jego ran. Przez chwilę przemywał mu twarz w milczeniu, zmywając zaschniętą krew i brud. Jego dłonie, choć drżały z głodu narkotykowego, działały delikatnie. Nie chciał mu zadać więcej cierpienia, niż już dostał od tamtych skurwieli. W głowie powróciły wspomnienia z domu - kiedy był mały i rozwalił kolano na rowerze, matka też tak przy nim klękała z mokrym gazikiem. Odepchnął tę myśl najszybciej, jak mógł. Nie miał prawa tak myśleć. Był tylko bezdomnym ćpunem, który właśnie robił za ratownika medycznego dla obcego dzieciaka. Zrobił, co mógł. Odłożył szmatę na bok i sięgnął do kieszeni, macając plastikowy woreczek ze strzykawką. Spojrzał na Oscara. Chłopak siedział, oddychając nieco spokojniej. Poczuł, jak oblewa go fala wstydu. Miał wyciągnąć igłę na jego oczach? Zaćpać tuż obok dzieciaka, którego przed chwilą wyciągnął z opresji i który, szukał jakiejś nadziei? Z drugiej strony wiedział, że jeśli zaraz tego nie weźmie, to za pół godziny zacznie się zwijać w drgawkach na jego oczach, a wtedy wizerunek bohatera szlag trafi. Ulica zawsze stawiała go pod ścianą, ale dzisiaj ta ściana była wyjątkowo twarda.
Opadł plecami na ścianę budynku, nie dbając już dłużej o to, co Oscar co sobie o nim pomyśli. Jego ciało nie mogło czekać ani minuty dłużej - ręce trzęsły mu się tak mocno, że omal nie upuścił woreczka. Zaczął przygotowywać działkę z precyzją, do której przyzwyczaiła go ulica. Zacisnął pasek na przedramieniu, obnażając pokrytą bliznami skórę, po czym bez wahania wkłuł się w żyłę i wcisnął tłok do samego końca. To było to. Zbawienie. Błogi, lepki płyn rozlewający się po ciele w ułamku sekundy odepchnął głód, ból w mięśniach, wspomnienia o bogatym domu i calutki ten pierdolony wstyd. Świat wokół stracił ostre krawędzie. Był bezpieczny, wolny od własnej głowy, zatopiony w złudnym raju, za który sprzedał swoje życie, a poturbowany młodzik leżący obok stał się tylko odległym szumem na skraju świadomości.
Oscar Malone
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
ODPOWIEDZ

Wróć do „Sistering”