Maria Perez była jego.
Była jego żoną i matką jego dzieci.
Javier Perez był jej.
Całym światem. Jej wielką miłością, którą zapłonęła
dawno, dawno temu pośród barcelońskich ulic skąpanych w słońcu. Mężem, przy którym czuła całkowite spełnienie
do czasu, a także człowiekiem, który przez pewien czas był jedyną opoką w tej zimnej i kanadyjskiej rzeczywistości. Ojcem jej dzieci był też, troskliwym i dobrym, ale i zapracowanym —
podobno — dla dobra ich wszystkich. Nie przypuszczała, że z biegiem lat stanie się jej utrapieniem. Że to on będzie jej bólem oraz jej samotnością, a ostatecznie powodem wszystkich tych pęknięć rysujących się na jej sercu, których nawet ona, znawczyni sztuki kintsugi, nie potrafiła posklejać na nowo.
Donnie Bowen nie był jej.
Nie był też
tylko chłopakiem jej córki... a na pewno nie był nim w jej oczach, kiedy go poznała po raz pierwszy. W tłocznym i dusznym klubie, gdzie uświadomił jej, że wciąż można na nią spojrzeć w taki sposób, o którym jej mąż dawno już zapomniał. Na nowo rozpalił ogień, którego jej własny mąż nie potrafił podtrzymać… może był zbyt
zmęczony? Albo zbyt zajęty wzniecaniem ognia między nogami swoich kochanek, ale nie o nim mowa, a o Donniem, który jednej nocy stał się jej przebudzeniem z tego zimowego kanadyjskiego snu, a innego dnia stał się jej największym zagrożeniem, bo finalnie okazał się chłopakiem Aurelii. I nie to w tym było najgorsze, a fakt, że dla Marii nigdy nie był
tylko nim. Był powiewem świeżości, tchnieniem życia, sekretem, którego nie chciała wyjawiać ani przerywać.
Krew go zalewała. Widziała to, ale nie rozumiała prawdę mówiąc. Po tylu latach spokoju i obojętności do ich domu i małżeństwa wdarło się coś zupełnie nowego. Słabość do zielonookiego adonisa? Owszem, ale nie o tym mowa. Javiera coś ugryzło! Aż się zagotował, a ona tylko stała i obserwowała wracając pamięcią do swoich własnych wybuchów, gdy to ją krew zalewała i gdy to jemu z płaczem zdradę wypominała. Dobrze pamiętała jego obojętność, której jej nie szczędził, gdy po nocnych nieobecnościach i alkoholowym upojeniu zagrzewał miejsce na skraju łóżka z dala od niej. Może powinna odpłacić się pięknym za nadobne? Udawaniem, że nic się nie stało?
O b o j ę t n o ś c i ą .
Nie. Nie potrafiła być obojętna, kiedy zaczynał swoją demonstrację siły, choć początkowo próbowała. Chociażby wtedy, gdy poczuła szarpnięcie za włosy, a jego usta dotknęły jej skóry. Szorstki zarost drażnił jej skórę, a ona nawet nie drgnęła. Nie, gdy robił to w taki sposób. Nie, gdy takie słowa opuszczały jego usta. Była chłodna i niedostępna… a jednak okazało się, że Perez po wielu latach znów potrafił sprawić, że zrobiło się
gorąco. Powoli czuła to palące ciepło w swoich żyłach.
Wściekłość czuła.
Co chciałabyś usłyszeć?
Że zwykłem tam chodzić na drinka po pracy?
Czy że pozwoliłem sobie od czasu do czasu przespać się z jakąś kobietą, bo moja żona zawsze była zmęczona?
Ręka świerzbiła ją, by go uderzyć. Nie wierzyła, że naprawdę te słowa wyszły z jego ust. Tych samych, które kiedyś czule całowały jej usta pomiędzy kolejnymi wyznaniami miłości. To było tak głupie, że aż śmieszne. Zaśmiała się, parsknęła prosto w jego twarz, na która zmuszona była patrzeć.
To prawda, była cholernie zmęczona trzymaniem w ryzach całego tego pieprzonego domu. Rodziny. W chwilach, kiedy on wolał chlać po barach i leczyć swoje zawodowe traumy między udami przypadkowych lasek wyrwanych w The Painted Lady. Miała do tego prawo, do cholernego zmęczenia, bo pilnowała by ich całe rodzinne życie nie rozsypało się w pył, gdy on emocjonalnie był niedostępny. Fakt, że próbował tłumaczyć własne skurywsyńsywo jej wycieńczeniem, było tak słabe, że zabrakło jej na moment słów iiiiii wtedy na dokładkę rzucił nazwiskiem Bowena.
Serce w piersi zabiło m o c n i e j.
W pamięci wciąż miała ich ostatnie rozstanie. Przy krzewie róży, w pośpiechu. Nie przyłapał ich, choć światło w jego sypialni zaświeciło się, gdy w pracowni rozległ się hałas. Więc skąd te przypuszczenia? Czy mógł widzieć kątem oka to zapatrzone w nią zielonookie spojrzenie, wtedy w kuchni podczas rodzinnego zapoznania? Czy mógł dostrzec te ukradkowe spojrzenia, gdy opowiadali o Barcelonie? Wiedziała, że nie mógł mieć niczego poza domysłami napędzanymi zazdrością.
Niczego nie miał.
Blefował.
Stał w kuchni rozgorączkowany i zazdrosny, ale poza domysłami nie miał nic. Gdyby tak było to zaraz przy wejściu na stół rzuciłby jej zdjęciami, bilingami
z rozmów których nie prowadzili, czymkolwiek… zamiast tego stosował jakieś słabe chwyty próbując ją zastraszyć, ale Maria założyła maskę. Nie zamierzała się do niczego przyznawać, ani z niczego tłumaczyć.
Dać mu taką satysfakcję?
Nie ma takiej opcji.
Spojrzała na męskie palce zaciśnięte na brodzie i zahaczające o policzek, a później znów podniosła na niego chłodne spojrzenie. —
Donnie Bowen? — powtórzyła spokojnie, choć z lekkim politowaniem. —
Llegas más de una década tarde con estos celos —
spóźniłeś się o kilkanaście lat z tą zazdrością; jak na to, że uwięził jej podbródek w dłoni mówiła całkiem wyraźnie i liczyła, że dobrze ją zrozumie, bo nie zamierzała się powtarzać. —
Te están nublando la mente, Javier, si ves una amenaza en el novio de tu propia hija —
mąci ci ona w głowie, Javier, skoro w chłopaku swojej córki widzisz zagrożenie; dodała niespiesznie sięgając dłonią do jego nadgarstka zaciskając ją.
Stanowczo.
—
Suéltame —
puść mnie; rozkazała mu czując, że i ją krew zalewa —
Y no vuelvas a justificar el tirarte a otras mujeres con mi cansancio. Nunca más! —
i nigdy więcej nie tłumacz moim zmęczeniem swojego rżnięcia innych kobiet, wysyczała napierając na jego nadgarstek próbując odsunąć jego dłoń od swojej twarzy.
Nigdy więcej.
Poza swoimi domysłami nie miał nic, a ona nie zamierzała mu dać niczego więcej.
el hipócrita