Gdyby Alvin miał sporządzić listę miejsc, w których chciałby znaleźć się najbardziej, to zagroda kugucharów byłaby w ścisłej top 5, egzekwo z drzewem, na którym siedział wampus i klatka z lelkiem. I nie mógł nic na to poradzić — był absolutnym fanem zwierząt, stworzeń, bestii. Czy to mugolskich, czy magicznych, niech świat nazywa je sobie jak chce: jeśli nie było człowiekiem, to szansa, że Alvin Fontaine, ten gamoń (“g” jak w Gryffindor, to nie przypadek) z szóstego roku, pokocha je z miejsca całym sercem rosła o 50%. Dla niektórych żyjątek było to trochę, jak skazanie na obecność komara, dla innych jak czegoś równie natrętnego, ale może mniej irytującego.
Niemniej, taki już Alvin był. Będący
wszędzie.
I jego kumpla, Henry’ego Gale’a, kompletnie nie dziwiło to, że jak tylko zaczęły się Opieka nad Magicznymi Stworzeniami, Alvin już upatrzył sobie kolejne miejsce, które zdobędzie. Nie zatrzymywał Fonteine’a, kiedy ten zbliżał się do zagrody, ewidentnie przyzwyczajony do równie szalonych pomysłów przyjaciela. Cóż. Profesor jednak nie był tak łaskawy i złapał gagatka (znowu na “g”, znowu nie przypadek), na co Alvin tylko podniósł łeb i udał niewiniątko. Jak zawsze. Przecież szerokim, szczerym uśmiechem mógł kupić wszystko. Prawda?
—
Ma pan za dużo kończyn?
Już rozdziawiał gębę bardziej, żeby odpowiedzieć, że dziękuje za troskę, ale wcale nie zamierzał zmieniać liczby czterech kończyn, kiedy dobiegł jego uszu chichot. Od razu się odwrócił, od razu spojrzał na Primrose, a potem na Teddy, na jej poczynania — na które odpowiedział spojrzeniem z kategorii
ha ha, zaraz ja cię tak dziabnę — i znowu na Primrose. Uśmiech mu trochę spokorniał, ale wciąż był iście szczery, może nawet
uroczy. I zerkał tak sobie na nią jeszcze chwilę, chociaż Henry już dawno był przy nim, a Teddy zaczęła się mądrzyć.
—
O wypraszam sobie — wtrącił wnet, słysząc odpowiedź profesora. Nie ten fragment o szukaniu bliskiego kontaktu, bo to jak najbardziej było prawdą. Na to drugie. —
Pani Ouchington mnie uwielbia i na pewno by się bardzo ucieszyła na mój widok.
Może nie bez części lub całej kończyny, ale jednak twardo stał na swoim; jako zawodnik quidditcha i tak był u niej częstym gościem.
Potem padło magiczne polecenie o dobieraniu się w pary i wybuchł chaos, w trakcie którego Alvin tylko rzucił na Henry’ego szybkie spojrzenie, wzruszył ramionami i już się odwracał. I jak nie odskoczył w tył o pół kroku, kiedy nagle przed sobą zobaczył Darling!
—
Jezus... Znaczy... Na dwa jaja hipogryfa, Teds — wymamrotał, a ręka od razu poleciała mu na klatkę piersiową, kiedy tak udawał zawał. Dobrze, że mu zmierzwiła włosy, bo od razu spotulniał i spojrzał w dół. Na nią, wielce dumny, że wreszcie ją przerósł. —
Popalało się na wakacjach, co?
No bo jak inaczej wytłumaczyć to, że nie urosła? Uwielbiał te mugolskie przekonania, a dzięki matce — mugolce z krwi i kości — mógł ich sobie czasem zaczerpnąć. Sam w końcu też spojrzał po najbliższej okolicy, szukając najciekawszych okazów, ale problem był jeden. Mianowicie wszystkie wydawały się ciekawe.
Dlatego decyzję zostawił Teddy.
Powoli spojrzał w dół na własne kieszenie. Na Darling. Potem z powrotem na kieszenie.
—
Zdefiniuj świeci — mruknął ostrożnie, bo technicznie rzecz biorąc cukierki w folijce nie świeciły, tylko
odbijały światło, jakaś zbłąkany guzik to bardziej
połyskiwał, zawieszka do kluczy w kształcie złotego znicza to raczej
błyszczała, a kapsel od butelkowanego piwa
lśnił, ale... ale dużo zależało co Teddy miała na myśli. Wyciągnął to wszystko i trzymał w otwartych łapach przed nią. —
Czasami mi się wydaje, że sam jestem w połowie niuchaczem.
To miałoby nawet sens. Większy, niż można by się spodziewać.
—
Ej, a jakbyśmy w sumie spróbowali na świecidełko zgarnąć ich uwagę, złapali po jednym i wyprzytulali? Nie wierzę, że nikt tego jeszcze nie próbował. — Wbrew swojemu pierwotnemu planowi, Alvin rzucił te wszystkie przydasie gdzieś na bok i zaczął iść w stronę niuchaczy, na tyle wolno, żeby przyjaciółka mogła go szybko dogonić. Urósł, nogi miał dłuższe, to i kroki większe stawiał! Spojrzał na nią nagle, mrużąc oczy, grając wielce podejrzliwego, bo przecież właśnie go olśniło. —
A tak poza tym, to co to za wymądrzanie się? Startujesz do krukonów? Będziemy rzucać colovaria?
Miał nadzieję, że nie. Ostatnio nie wyszło mu to za dobrze.
squishy squish 