ODPOWIEDZ
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
dotknięta przez słońce, dotknij mnie tam, gdzie ja zaczynam a nie kończę, przychodzisz do mnie w snach
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

066.
Theodora Darling była pół na pół - matka czarownica, ojciec mugol. Wiedziała, do czego służy karta płatnicza i nie dziwiła się, kiedy koledzy odpytywali ją, jak działa zamrażarka. Przechowywanie produktów bez wcześniejszego użycia zaklęcia Glacius? Totalnie podejrzana sprawa! Ostatnio tłumaczyła Primrose Honeybee, że telefon służy nie tylko do wysyłania zdjęć kotów. Prim tego nie pojmowała. Jak można mieć możliwość porozumiewania się natychmiast z każdym na całym świecie i zamiast tego wysyłać sobie zdjęcia futrzaków, które nawet nie przypominają kugucharów?
Uczestniczyły właśnie w zajęciach Opieki nad Magicznymi Stworzeniami i kontemplowały nad kocią krzyżówką z kitą podobną do lwiego ogona, kiedy profesor Barnaby Beastly - opiekun Puchonów - machnął różdżką, przyciągając za szatę jednego z Gryfonów, który za bardzo zbliżył się do zagrody z kugucharami.
Panie Fontaine, ma pan za dużo kończyn? — zwrócił się do chłopaka, na co Prim zachichotała, szturchając Teddy w bok. Darling posłała zdezorientowanemu Alvinowi rozbawione spojrzenie i złapała się za rękę, udając, że właśnie coś próbuje ją pożreć. Trzęsła się przez chwilę jak mała lunaballa, reflektując dopiero wtedy, kiedy opiekun domu posłał jej ostrzegawcze spojrzenie numer jeden.
Profesorze, profesor coś kręci — odezwała się, zerkając w kierunku zagrody. — Kuguchary nie są z natury agresywne. Newt Scamander wyraźnie podkreśla to w swojej książce. Mogą ugryźć, kiedy są przestraszone albo źle traktowane — powiedziała tonem znawczyni. Nie była mądrzejsza od profesora Beastly, ale niech profesor wie, że odrobiła pracę domową. Już i tak wystarczyło, że wczoraj oblała zaklęcia, bo pomyliła Reducio z Engorgio i zamiast zmniejszyć wazon, powiększyła go do takich rozmiarów, że rozwaliła połowę klasy pani Hocus.
Nie mogę się nie zgodzić, panno Darling. Ale to nie oznacza, że pan Fontaine musi od razu szukać z nimi bliskiego kontaktu. Jeszcze coś mu odgryzą, coś mu odpadnie i będzie kłopot. Pani Ouchington ma wystarczająco dużo roboty w Skrzydle Szpitalnym po tym, jak połowa szkoły złapała Kichawicę — odparł spokojnie i zaraz wykonał zamaszysty gest ręką. — A teraz dobierzcie się w pary. Puchoni z Gryfonami. Wiecie, jak bardzo zależy mi na zaciśnięciu więzi między domami — uśmiechnął się szeroko. Profesor Barnaby Beastly był pięćdziesięcioletnim, rubasznym mężczyzną ze śmiesznym, podkręconym wąsem. Dłonie miał wielkie i pulchne jak bochny chleba i wszyscy Puchoni traktowali go jak ojca.
Na błoniach zawrzało. Nagle zrobił się straszny harmider, a wokół rozbrzmiały dyskusje o tym, kto powinien być z kim w parze. I chociaż Teddy uwielbiała Prim, taka forma współpracy również jej odpowiadała. Od razu dopadła do Alvina i stanęła na palcach, żeby zmierzwić mu włosy. Jeszcze w zeszłym roku byli tego samego wzrostu, ale Fontaine przez wakacje przerósł ją o głowę. Profesor Beastly popatrzył na nich z powątpiewaniem i już chyba zaczynał żałować swojej decyzji - na śmierć zapominając, że ten duet był niereformowalny.
Do końca zajęć każda z par miała zajmować się wybranymi zwierzętami. Oczywiście tak, żeby nic ich nie upierdoliło albo nie pożarło. Teddy rozejrzała się w poszukiwaniu słodkich pufków, ale Primrose i Rory Reckless z Gryffindoru były tam pierwsze.
To może niuchacze? — zaproponowała, kiwając głową w stronę zagrody z puszystymi złodziejaszkami. — Tylko najpierw wyjmij z kieszeni wszystko, co się świeci, żeby nic ci nie zajumały — zastrzegła natychmiast. Wiedziała, że przyjaciel niespecjalnie uważał na zajęciach, więc wolała go lojalnie ostrzec. Nie mógł być orłem we wszystkim, prawda? Nawet jeśli nie był w niczym. Ona zresztą też nie, ale na swoje usprawiedliwienie mieli to, że nie byli Krukonami. Tiara nie umieściła ich w Ravenclawie bez konkretnego powodu.

baby lion🪄
Ostatnio zmieniony pn sie 03, 2026 6:16 pm przez teddy darling, łącznie zmieniany 1 raz.
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
27 y/o
For good luck!
189 cm
ratuje kotki z drzew
Awatar użytkownika
smoking cigarettes on the roof
you look so pretty and i love this view
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiciastko/dej
typ narracji3-os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

003.
Gdyby Alvin miał sporządzić listę miejsc, w których chciałby znaleźć się najbardziej, to zagroda kugucharów byłaby w ścisłej top 5, egzekwo z drzewem, na którym siedział wampus i klatka z lelkiem. I nie mógł nic na to poradzić — był absolutnym fanem zwierząt, stworzeń, bestii. Czy to mugolskich, czy magicznych, niech świat nazywa je sobie jak chce: jeśli nie było człowiekiem, to szansa, że Alvin Fontaine, ten gamoń (“g” jak w Gryffindor, to nie przypadek) z szóstego roku, pokocha je z miejsca całym sercem rosła o 50%. Dla niektórych żyjątek było to trochę, jak skazanie na obecność komara, dla innych jak czegoś równie natrętnego, ale może mniej irytującego.
Niemniej, taki już Alvin był. Będący wszędzie.
I jego kumpla, Henry’ego Gale’a, kompletnie nie dziwiło to, że jak tylko zaczęły się Opieka nad Magicznymi Stworzeniami, Alvin już upatrzył sobie kolejne miejsce, które zdobędzie. Nie zatrzymywał Fonteine’a, kiedy ten zbliżał się do zagrody, ewidentnie przyzwyczajony do równie szalonych pomysłów przyjaciela. Cóż. Profesor jednak nie był tak łaskawy i złapał gagatka (znowu na “g”, znowu nie przypadek), na co Alvin tylko podniósł łeb i udał niewiniątko. Jak zawsze. Przecież szerokim, szczerym uśmiechem mógł kupić wszystko. Prawda?
Ma pan za dużo kończyn?
Już rozdziawiał gębę bardziej, żeby odpowiedzieć, że dziękuje za troskę, ale wcale nie zamierzał zmieniać liczby czterech kończyn, kiedy dobiegł jego uszu chichot. Od razu się odwrócił, od razu spojrzał na Primrose, a potem na Teddy, na jej poczynania — na które odpowiedział spojrzeniem z kategorii ha ha, zaraz ja cię tak dziabnę — i znowu na Primrose. Uśmiech mu trochę spokorniał, ale wciąż był iście szczery, może nawet uroczy. I zerkał tak sobie na nią jeszcze chwilę, chociaż Henry już dawno był przy nim, a Teddy zaczęła się mądrzyć.
O wypraszam sobie — wtrącił wnet, słysząc odpowiedź profesora. Nie ten fragment o szukaniu bliskiego kontaktu, bo to jak najbardziej było prawdą. Na to drugie. — Pani Ouchington mnie uwielbia i na pewno by się bardzo ucieszyła na mój widok.
Może nie bez części lub całej kończyny, ale jednak twardo stał na swoim; jako zawodnik quidditcha i tak był u niej częstym gościem.
Potem padło magiczne polecenie o dobieraniu się w pary i wybuchł chaos, w trakcie którego Alvin tylko rzucił na Henry’ego szybkie spojrzenie, wzruszył ramionami i już się odwracał. I jak nie odskoczył w tył o pół kroku, kiedy nagle przed sobą zobaczył Darling!
Jezus... Znaczy... Na dwa jaja hipogryfa, Teds — wymamrotał, a ręka od razu poleciała mu na klatkę piersiową, kiedy tak udawał zawał. Dobrze, że mu zmierzwiła włosy, bo od razu spotulniał i spojrzał w dół. Na nią, wielce dumny, że wreszcie ją przerósł. — Popalało się na wakacjach, co?
No bo jak inaczej wytłumaczyć to, że nie urosła? Uwielbiał te mugolskie przekonania, a dzięki matce — mugolce z krwi i kości — mógł ich sobie czasem zaczerpnąć. Sam w końcu też spojrzał po najbliższej okolicy, szukając najciekawszych okazów, ale problem był jeden. Mianowicie wszystkie wydawały się ciekawe.
Dlatego decyzję zostawił Teddy.
Powoli spojrzał w dół na własne kieszenie. Na Darling. Potem z powrotem na kieszenie.
Zdefiniuj świeci — mruknął ostrożnie, bo technicznie rzecz biorąc cukierki w folijce nie świeciły, tylko odbijały światło, jakaś zbłąkany guzik to bardziej połyskiwał, zawieszka do kluczy w kształcie złotego znicza to raczej błyszczała, a kapsel od butelkowanego piwa lśnił, ale... ale dużo zależało co Teddy miała na myśli. Wyciągnął to wszystko i trzymał w otwartych łapach przed nią. — Czasami mi się wydaje, że sam jestem w połowie niuchaczem.
To miałoby nawet sens. Większy, niż można by się spodziewać.
Ej, a jakbyśmy w sumie spróbowali na świecidełko zgarnąć ich uwagę, złapali po jednym i wyprzytulali? Nie wierzę, że nikt tego jeszcze nie próbował. — Wbrew swojemu pierwotnemu planowi, Alvin rzucił te wszystkie przydasie gdzieś na bok i zaczął iść w stronę niuchaczy, na tyle wolno, żeby przyjaciółka mogła go szybko dogonić. Urósł, nogi miał dłuższe, to i kroki większe stawiał! Spojrzał na nią nagle, mrużąc oczy, grając wielce podejrzliwego, bo przecież właśnie go olśniło. — A tak poza tym, to co to za wymądrzanie się? Startujesz do krukonów? Będziemy rzucać colovaria?
Miał nadzieję, że nie. Ostatnio nie wyszło mu to za dobrze.

squishy squish 🦡💛
Ostatnio zmieniony wt sie 04, 2026 8:17 am przez Alvin Fontaine, łącznie zmieniany 2 razy.
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
dotknięta przez słońce, dotknij mnie tam, gdzie ja zaczynam a nie kończę, przychodzisz do mnie w snach
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miała lepszego kumpla od Alvina Fontaine’a. Oczywiście była jeszcze Prim, ale trudno było porównać do siebie tak dwie skrajne osobowości. Honeybee była jej przyjaciółką, powierniczką zwierzeń i współlokatorką w dormitorium. Z kolei Alvin był… Alvinem. Teddy nie zliczyłaby nawet, ile mieli razem przygód odkąd zjawili się w Hogwarcie. Skumali się już na pierwszym roku i tak już zostało.
Jedynym momentem, w którym rywalizowali na poważnie, było boisko do quidditcha. Oboje reprezentowali swoje domy, co czyniło ich stałymi gośćmi w Skrzydle Szpitalnym. Darling grała jako ścigająca, więc nie lądowała tam tak często jak jej kolega z drużyny, Benny Greenfield, który był obrońcą, ale dalej była narażona na ataki tłuczków, kiedy pałkarze trochę zaspali. Pani Ouchington szybciutko ratowała sytuację, rzucając przy drobniejszych urazach zaklęcie tworzące ciasne opatrunki. Za to kiedy raz wypadła jej łąkotka, nawet Episkey nie załatwiło sprawy i musiała spędzić w łóżku cały tydzień, zanim strasznie słodki wywar zaczął działać. Zawsze mogło być gorzej, prawda? Lepiej tak niż pić kredowy, gorzki eliksir o posmaku wapna, który odbudowywał kości.
Fuj, nie tykam tego smrodu — skrzywiła się ostentacyjnie, kiedy Fontaine wspomniał o papierosach. Jej ojciec swego czasu popalał w swoim warsztacie, ale kiedyś mama stwierdziła, że nie będzie całowała się z popielniczką i kategorycznie zakazała mu palić. Możliwe, że po cichu rzuciła na niego jakiś urok powstrzymujący go od sięgnięcia po używki. — Już nie zachowuj się jak półolbrzym — zastrzegła, bo może i Gryfon podskoczył, to daleko było mu do szczycenia się wzrostem. Akurat przerośnięcie Darling to żadne osiągnięcie, nigdy nie była przecież zbyt wysoka.
Wypuściła powietrze przez nos, przyglądając się rzeczom, które Alvin zaczął wyciągać z kieszeni szaty. Każda z nich błyszczała wystarczająco, żeby wybrane przez nich stworzenia mogły się tym zainteresować.
W połowie mugol, w połowie niuchacz — zgodziła się z nim i pokręciła głową. — Lepiej odłóż wszystko. Dla nich nie ma znaczenia, czy coś jest wartościowe, czy nie. Nawet papierek po cukierku może wydać im się potencjalnym skarbem — wyjaśniła i znów zabrzmiała tak, jakby pozjadała wszystkie rozumy. Co ona, zmądrzała przez te wakacje? Niemożliwe.
Uniosła brwi i spojrzała pobłażliwie na Gryfona. On z kolei chyba do reszty zdurniał. Albo po prostu nic się nie zmienił. To dobrze, bo jeszcze porzuciłby biedną Teddy i znalazł sobie jakieś inteligentne towarzystwo.
Nie złapiemy ich gołymi rękami. Widziałeś, jakie są szybkie? Arresto Momentum rozwiązałoby problem, ale wtedy bylibyśmy bardziej ugotowani niż ziemniaki w kuchni skrzatów — mruknęła konspiracyjnym tonem, jednocześnie wyciągając z kieszeni swoje rzeczy.
Wśród nich był zegarek na złotym łańcuszku - pamiątka po zmarłym dziadku, dwie wsuwki do włosów oraz metalowa oprawka do mugolskiego pióra, z której Prim zawsze stroiła sobie żarty.
Wywróciła oczami, kiedy przyjaciel uraczył ją komentarzem o Krukonach. Teraz to go poniosło! Zasłużył sobie na potraktowanie Silencio i jedyne, co ją przed tym powstrzymało, to uważne spojrzenie profesora Beastly'a.
A może zawsze byłam mądra, tylko do tej pory tak dobrze się z tym kryłam? — przeniosła wzrok na Alvina. Gapiła się na niego z poważną miną, ale zaraz wybuchła głośnym śmiechem, a ten rechot zgiął ją w pół. Potrzebowała chwili, żeby się opanować. MĄDRA. Dobre sobie! Theodora Darling chyba pozamieniała się z żądlibąkami na łby. — No dawaj, zmień mi kolor szaty, Fontaine. Pewnie wyjdzie ci z tego jakieś gówno Rogogona. A teraz spróbujmy je po prostu nakarmić, dobra? Może wtedy dadzą się chociaż pogłaskać — zaproponowała i sięgnęła po papierową torbę z przysmakami. Nie liczyła na to, że uda jej się przytulić któregoś niuchacza, ale fajnie byłoby sprawdzić, czy mają miękkie futerko. Co mogło pójść nie tak? W przypadku tej dwójki pewnie wszystko.

chaser 🦁❤️
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
27 y/o
For good luck!
189 cm
ratuje kotki z drzew
Awatar użytkownika
smoking cigarettes on the roof
you look so pretty and i love this view
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiciastko/dej
typ narracji3-os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zachowuj się jak półolbrzym. Alvin Fontaine zamrugał. Spojrzał dookoła, bardzo szybko, żeby ostatecznie zerknąć prosto przed siebie. Idealnie ponad głową Theodory Darling. Półolbrzym. Wyśmiała go, tak po prostu, a przecież była to półprawda. Jak półolbrzym.
Pogadamy, jak przerośniesz gnomy ogrodowe, darling — skomentował tylko, pozwalając sobie na tę czułą uszczypliwość z grą słowną między jej nazwiskiem a słówkiem po angielsku. Półolbrzym półniuchacz Alvin zgodnie z wolą boskiej teddy’owskiej faktycznie wszystko odłożył, zostawiając świecące fanty w trawie. I znowu uderzyło go to, jaka mądra była! Rzucił jej spojrzenie, które gdyby mogło, właśnie dodałoby mu trzy znaki zapytania nad głową, a twarz mu się skrzywiła w wyrazie bezdennego zaskoczenia, zdezorientowania i czegoś jeszcze, czegoś co bliskie było zniesmaczenia, ale takiego w stylu tych nadętych bufonów-ślizgonów. Swoją drogą, to nie bez powodu się rymowało. Tak, jak Fontejn Piwo Kremowe Mi Lej.
Nie ugiął się pod pobłażliwym spojrzeniem Puchonki, bo był gotowy na jej próby wyperswadowania mu planu z łapaniem niuchaczy. Na nieszczęście dla niej, był też zbyt pozytywnie nastawiony do wszystkiego dookoła, żeby tak po prostu przyjąć jej — ha tfu — mądrości. Chociaż nie, nie do końca, bo przecież podrzuciła pomysł, jak rozwiązać problem prędkości zwierzaków.
Arresto Momentum w takim razie! — palnął, bo resztę niby słyszał, ale wpuścił jednym uchem, wypuścił drugim — zupełnie jak wszystko, co mu nie leżało. A nie leżało mu dużo rzeczy i dziwnym trafem wszystkie krążyły wokół zasad, reguł, tego co mu nie wolno, tego co się nie powinno... A przysięgał uroczyście, że będzie knuł coś niedobrego. Zresztą, bycie ugotowanym bardziej, niż ziemniaki, to byłby problem ich z przyszłości, a Alvin żył teraźniejszością pełną gębą.
Popatrzył na to, co wyciągała, krzyżując przy tym ręce na klacie prawie nonszalancko. Prawie. Brakowało tylko, żeby się oparł o pień drzewa i udawał, że nic go w życiu nie obchodzi. I nim się zreflektował, to na tekst “może zawsze byłam mądra, tylko do tej pory tak dobrze się z tym kryłam?” parsknął głośno, trochę jak prosiaczek, ale jednak bardziej jak półniuchacz. Wtedy dojrzał wielce poważną minę Teddy i na ten ułamek sekundy sam się ogarnął — zamrugał, wyprostował, odchrząknął, kiwnął łbem na tak, tak, oczywiście — nim zaczął się śmiać razem z nią. Jego może co prawda nie zgięło, ale ramiona mu się trzęsły, a zębami świecił, jakby co najmniej startował w reklamie Oral-B.
Zamienię Ci, słowo daję, tylko poczekaj — mruknął odnośnie zmiany koloru szaty i naprawdę planował to zrobić! Zwłaszcza teraz, kiedy Teddy uważała, że gdyby rzucił colovaria — zaklęcie, które sam opanował do tego stopnia, że miniony rok zaczął od przypadkowego zmienienia koloru lewej brwi Henry’ego na jaskrawopomarańczowy, czego kumpel do dzisiaj mu nie wybaczył — wyszłoby z tego gówno Rogogona. Nie żadne eleganckie błękity, nie głęboki granat czy aksamitny szafir, nie żaden inny piękny odcień niebieskiego. Gówno. Rogogona.
Ekhem — zaczął, odkasłując ostentacyjnie. — Raz wyszło całkiem znośne khaki, okej? Khaki to szanowany kolor. Khaki noszą ludzie, którzy wiedzą, co robią, nosząc khaki.
Sam też złapał za przekąski.
Ludzie w khaki wyglądają poważnie — kontynuował, przy okazji potrząsając torebką i zaraz ją otwierając. — Okej, dobra, może nie Henry, ALE to nie mój problem. Tobie na pewno by pasowało.
I to miał być koniec tematu, bo wiedział, że i tak jej nie przekona do tego, że jak wyjdzie faktycznie gówno Rogogona, to będzie wyglądać w nim ślicznie. Skupił się zatem na niuchaczach, swoich pół-pobratymcach. Gapił się na każdego po kolei, na to puszyste futerko, na łapki jakby stworzone do grzebania w cudzych kieszeniach, na oczy połyskujące z inteligencją wyraźnie ukierunkowaną w jednym konkretnym: co tu można zabrać. Jak mogli istnieć ludzie i nie-ludzie, którzy nie czuli względem nich natychmiastowej, całkowitej, kompletnie bezwarunkowej sympatii? Alvin właśnie postanowił nie ufać takim ludziom i nie-ludziom.
Nakarmić — powtórzył za Teddy, kiwając łbem. — Prosta sprawa. Mamy kontakt wzrokowy.
I faktycznie miał! Z dwoma, co lepsze, więc to już chyba jakiś sukces? Albo chciały mu wyłupać oczy, bo zgodnie z teorią Teddy, nieważne czy coś było wartościowe czy nie, wszystko co się świeciło, miało być ich — a jego oczy właśnie błyszczały w słońcu. Przezorny zawsze ubezpieczony, więc zrobił sobie nad brwiami daszek z dłoni i postąpił krok do przodu.
Niuchacz zrobił krok do tyłu.
Alvin się zatrzymał.
Niuchacz się zatrzymał.
Okej — mruknął do Teddy, nie odwracając głowy, bo nie wolno było tracić kontaktu wzrokowego, a właśnie mierzył się z jednym wzrokiem i żadne go nie przerywało, jak w jakimś serialu kowbojskim, gdzie lada moment ma się coś wydarzyć, ale suspens jest jeszcze na etapie, że nigdy nic nie wiadomo. Drugi niuchacz właśnie bardzo dyskretnie z pełnym nie-widzisz-mnie profesjonalizmem zaczął zbliżać się do puchatego kolegi. — Teds, ten z prawej chce mnie oskubać. Widzę to. On wie, że widzę. My obaj wiemy, że on wie, że widzę. I szczerze, doceniam tę energię, to chyba jakiś mój przodek.
Wierzył, że skoro miał przy sobie skrytą Krukonkę, to Teddy zajmie się logistyką karmienia, a on ewentualnie będzie egzekutorem wykonawczym.
Niuchacz numer trzy zrobił ostrożny krok.
Mam teorię, że gdybyśmy zaśpiewali coś spokojnego, to by pomogło.


throw the quaffle, baby 💫
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
dotknięta przez słońce, dotknij mnie tam, gdzie ja zaczynam a nie kończę, przychodzisz do mnie w snach
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Już dawno przerosła gnomy! Miała porównanie, bo w wakacje wraz z mamą łapała je i wyrzucała je z ogrodu, bo te wyżerały im buraki. Tata próbował oszacować straty, ale ostatecznie stwierdził, że on to pierdoli i niech jego czarownice radzą sobie z tym same. Teddy podejrzewała, że po prostu brzydził się gnomów, więc wolał nie mieć z nimi nic wspólnego. Ale nie można mu się dziwić, pan Darling był mugolem i chociaż przez prawie dwie dekady obracał się w świecie czarodziejów, to dalej nie potrafił przywyknąć do niektórych dziwactw.
Och, przymknij się — skarciła go, kiedy chyba za bardzo wziął sobie do wspomniane zaklęcie do lwiego serca. Mało mieli kłopotów? Teddy dopiero co odbębniła szlaban u profesora Brewstera po tym, jak wraz z Alvinem próbowali stworzyć większą wersję eliksiru Rozdymającego przez podwojenie wszystkich składników. Kociołek zaczął wypluwać pianę, a ten troll umysłowy Fontaine zapytał jeszcze, czy może zabrać trochę wywaru dla mamy. DLA MAMY. Chyba nie trzeba wspomnieć o tym, ile wstydu się najedli, kiedy otwierali swoje Wyjce?
Naprawdę nie chciała wchodzić z nim w dyskusję na temat tego, w stopniu zaawansowania była ich umiejętności rzucania zaklęcia, które zmieniało kolory obiektów. I brwi Henry'ego. Colovaria to nie było takie hop siup! No i oboje byli w zaklęciach raczej średnie. Ale nie średnie na Nędzny. Raczej na Okropny. Tak mówiły SUM-y. Jak oni zadawali z roku na rok, to było naprawdę zadziwiające. W Hogwarcie można było w ogóle powtarzać rok? Czy ktoś kiedykolwiek czegoś nie zdał? Darling nie mogła przypomnieć sobie takiej sytuacji. Nawet wylecieć nie dało się stąd tak łatwo i trzeba było się nieźle nagimnastykować. Inaczej dawno by ich tutaj nie było, co nie?
Khaki to gówno Rogogona — posłała Gryfonowi rozbawione spojrzenie. — Na jedno wyjdzie. Chcesz ze mnie zrobić Krukonkę czy wysłać do armii? — złapała go za szatę i dźgnęła między żebra. — I khaki nosi profesor Yarrow. Na brodę Merlin, ona to dopiero wygląda w tym fatalnie! To zdecydowanie nie jest jej kolor — powiedziała z myślą o nauczycielce Zielarstwa. Profesor Krwawnik miała beznadziejne poczucie stylu.
Czy mogli otworzyć zagrodę i wejść do środka? Pewnie nie, ale jak inaczej mieli dokarmiać niuchacze? Profesor Beastly zupełnie tego nie dograł. Wychylanie się przez ogrodzenie groziło upadkiem i tarzaniem się w ich odchodach. To zawsze lepsze niż gówno Rogogona. Mimo to Teddy uchyliła furtkę i wpełzła do środka, bardzo starając się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Kątem oka obserwowała poczynania przyjaciela, który wymieniał podejrzliwa spojrzenia z magicznym stworzeniem.
Oskubać? — powtórzyła po nim. — Alvin, ty nie masz nawet złamanego galeona — rzuciła wesoło, bardzo zadowolona z własnego żartu.
Przystanęła w miejscu, nie do końca przekonana jego teorii. Mieliby śpiewać? Teraz? Tutaj? Usiłowała sobie przypomnieć, czy w ogóle niuchacze lubią muzykę, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Wypuściła powietrze przez nos, przestępując z nogi na nogę, a potem wystawiła rękę z przysmakiem, ale żadne zwierzątko nie zwróciło na nią uwagę. Na Alvina za to już tak. Stał się w centrum zainteresowania. Może to przez jego błyszczące, białe zęby? Może chciały mu je wydrzeć z gęby i skitrać w swojej kieszeni bez dna?
I zrób swój ostateczny ruch. Nie bój się, ona też chce cię. Tsaa, to trudne - musisz być odważny. Nie pozwól tej chwili wymknąć się daleko — zaczęła nucić pierwszą piosenkę, która przyszła jej do głowy. No co? Każdy przecież zna Fatalne Jędze! — Ale ty też śpiewaj — poleciła, patrząc wyczekująco na Gryfona. Sama nie będzie robiła z siebie kociołkowej sieroty przed niuchaczami!

magic works 🎶
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
27 y/o
For good luck!
189 cm
ratuje kotki z drzew
Awatar użytkownika
smoking cigarettes on the roof
you look so pretty and i love this view
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiciastko/dej
typ narracji3-os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

OcH pRzYmKnIj SiĘ — powtórzył za nią, niby specjalnie siląc się na modulowanie głosu, by brzmiał jak ten Teddy, ale jednocześnie robiąc go mocno pokracznym, trochę autystycznym, trochę karykaturalnym. Oczywiście, że wiedział, że mają za dużo kłopotów. Za dużo, czyli w jego mniemaniu o jakiś tuzin za mało i należało to bezsprzecznie, natentychmiastowo naprawić. Co to była jedna kara? Jedna? Żałosne. Jeśli mieli przejść do historii Hogwartu, to przecież nie jako najwybitniejsi uczniowie.
Zresztą, Alvin uważał, że nie byli tragiczni w nauce. Byli specjalni. Że specjalnej troski? Tego fragmentu nigdy już nie słuchał.
No i matka zawsze mu powtarzała think outside the box, my lil boy no i on to sobie wziął bardzo do serca i za ten sławny box uznał naukę.
Ale że co, że Krukoni nie nadają się do armii? Wojenki to za niskie progi na te piękne, błyskotliwe umysły? Nie dla psa kiełbasa, ta? Propo kiełbasy, Teds. Jestem głodny. — Nie żartował. Jego brzuch jak na zawołanie wygrał im marsz kościelny. No ale wlazł za Teddy do zagrody, oczywiście nie spuszczając wzroku z niuchaczy tak, jak one nie spuszczały swojego wzroku z niego i wtedy go tknęło. A co jeśli to była pułapka? Jeśli to był jakiś etap wracania na rodzinne strony i zaraz go tu zamkną? Czy taki czeka go los? Siedzenia tutaj i czekania na zajęcia z Opieki nad Magicznymi Stworzeniami, żeby ograbić jakiegoś ucznia z jego świecidełek albo udawać, że da się pogłaskać, a potem haps go za rękaw, zaciągnąć w głąb zagrody i uciec przez otwartą furtkę, bo ci kretyni na pewno zostawiliby ją otwartą?
Czy Teddy zamknęła furtkę za sobą?
Nie spojrzał, bo nie mógł, bo kontakt wzrokowy z pobratymcami był ważniejszy.
Puchonka miała jednak kompletną rację co do tego, że nie miał przy sobie złamanego galeona. Był biedny jak mysz pod Klubem Ślimaka... albo nie. Te myszy pewnie opływały w luksusach.
I o, taką myszą mógłby być.
Akurat robił sobie w głowie solidne za i przeciw, wciąż w pełnej walce na spojrzenia z niuchaczami, kiedy usłyszał Fatalne Jędze.
Fatalne faktycznie to było.
Zamrugał, prawie odwracając wzrok, dosłownie w ostatniej chwili się orientując, że hola hola, nie wypada. Niuchacz akurat się ruszył, jakby sam mu chciał powiedzieć "hola hola kolego, gdzie to z tymi oczkami łypiesz na boki?". Także Alvin nie łypał oczkami na boki. Jedyne boki na które łypał to wtedy, gdy przesuwał spojrzenie z jednego niuchacza na drugiego, a z drugiego na trzeciego. Uniósł nawet ręce w obronnym geście niewinności. Spokojnie praciociu Berto, już na was patrzę.
Ale ty też zaśpiewaj.
No, miało to sens. To był jego pomysł. To byłoby niepoważne, gdyby wykonywanie zostawił tylko Darling. Zresztą, mało co zostawiał jej do robienia w pojedynkę. Jaki byłby z niego kolega, gdyby tak robił? Lojalność była istotna w sercu tego konkretnego Gryfona. Dlatego Fontaine wziął się wyprostował, wypiął klatę do przodu i zaczął o nią stukać dłonią, wybijając rytm.
Na na na na na, na na na, czy kto młody z świerzbem ostrym, czy kto stary z łbem łysego, na na na na — zaczął śpiewać, bo przecież nie zaśpiewa Fatalnych Jędz, których tekstów i tak nie znał. Jak widać, hymn własnej szkoły też średnio pamiętał.
A niuchacze niewzruszone, gapiły się na nich dalej. I przysiągłby, że się jeden najeżył, o ile można to było tak nazwać.
Dobra, dobra, na spokojnie, izi pizi lemon skłizi, dobra? — mruknął i wreszcie spojrzał na Teddy, szepcząc do niej: — Ciocia Berta nigdy nie lubiła hymnów.
Odchrząknął. Wziął głęboki wdech. Spojrzał na niuchacza znowu, niuchacz dalej patrzył na niego.
Jesteśmy jagódki, małe jagódki, mieszkamy w lasach zieloooonych zielonych. Oczka mamy czarne, buźki granatoooweeeeee nieee? To też nie? — Bo tym razem drugi niuchacz zaczął się obniżać do gleby i Alvin nie miał bladego pojęcia czy to oznaczało aprobatę czy nie. Najlepiej, jakby mu zaczęły klaskać, przynajmniej taki sygnał by zrozumiał. Pokręcił głową. — Oooo paaaanieee, to ty na mnie spojrzaaaałeeeeś...
Alvin Fontaine nie wiedział, albo nie chciał wiedzieć, jakie uczucia właśnie targają profesorem Beastlym na widok tego wszystkiego. Ale jakby miał strzelać, to na pewno był zadowolony.


friendship is magic🎶
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
dotknięta przez słońce, dotknij mnie tam, gdzie ja zaczynam a nie kończę, przychodzisz do mnie w snach
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Grabił sobie ten Fontaine coraz bardziej. Nie dość, że gadał jakieś głupoty o Ravenlawie, to jeszcze ją przedrzeźniał! Teddy nic nie miała do tego domu, miała wśród koleżanek kilka Krukonek, ale to nie było jej miejsce. Dlatego, kiedy Alvin znów zaczął mielić jęzorem, uderzyła go pięścią w ramię.
No teraz, to mnie zwyczajnie obrażasz — powiedziała, dając mu do zrozumienia, że w ogóle nie powinien zastanawiać się, nad umieszczaniem jej gdzie indziej. Była Puchonką z krwi i kości. Tiara przydziału wiedziała, co robić, kiedy przydzielała ją do domu. Co prawda zastanawiała się przez moment, czy jednak nie dać ją do Gryffindoru, ale o Ravenclawie nie wspomniała ani słowem. Nie dziwota. Znała ciekawostki na temat magicznych stworzeń i roślin, ale to nie wystarczyło, żeby mianować ją Krukonką.
Uniosła brwi, słysząc głośne burczenie w brzuchu przyjaciela. No z takim nagłośnieniem, to mógł występować w Żabim Chórze.
Chyba wytrzymasz do kolacji? — spojrzała na niego pobłażliwie. Te zajęcia były ich ostatnimi, ale miały potrwać jeszcze dobrą godzinę. — A w ogóle to niedawno był obiad. Masz spust, chłopie — tym razem zamiast go bić z miłości, wyciągnęła rękę i poklepała go po brzuchu.
Nie rozumiała, co nie tak było w jej piosence. Każdy szanujący się czarodziej znał Fatalne Jędze. Widać, że Alvin miał w sobie więcej z mugola niż czarodzieja. Patrzyła na niego z rozdziawionymi ustami. Marysia była lekko w szoku. Niuchacze też patrzyły na niego z rozchylonymi ustami. Trudno było jednak stwierdzić, czy zachwycają się jego talentem czy są absolutnie zażenowane. Darling oczywiście obstawiała to drugie.
Co to za szajs? — skrzywiła się, dając sobie paznokcie u stóp obciąć, że Fontaine w drugiej części wyśpiewał jakąś papieską pieśń. — Cicho, już cicho — przystawiła palec do ust, bo niuchacze wydawały się trochę poirytowane muzyką. Profesor Beastly, który łypał na nich spode łba również. — Chyba je zdenerwowałeś — wyszeptała, wskazując na trzy, rozglądające się dookoła stworzenia. Nie wyglądały tak, jakby miały rzucić się na dwójkę głupiutkich uczniów i obedrzeć ich z szat.
Zamiast tego czmychnęły między nogami Teddy i wyminęły Alvina, rzucając się w kierunku uchylonej furtki. Bo - oczywiście - żadne z nich jej nie zamknęło. Puchonka spojrzała wymownie na Gryfona, bo to ona wchodził ostatni, ale teraz to już niczego kompletnie nie zmieniało, bo niuchacze puściły się pędem przed siebie w stronę Zakazanego Lasu. Zupełnie, jakby się zmówiły! Darling przełknęła głośno ślinę i spojrzała na Fontaine'a.
Aha i co teraz? — zamrugała kilkakrotnie, przenosząc wzrok na nauczyciela. Profesor Beastly właśnie tłumaczył innemu Gryfonowi i innemu Puchonowi, że lunaballe nie opuszczą swojej nory, jeśli nie ma akurat pełni księżyca. — Mówimy mu, czy... — urwała, zerkając niepewnie na Alvina. To chyba nie był najlepszy pomysł, a profesor może się nie wścieknie, ale będzie zawiedzionych ich postawą. A to było gorsze od złości i szlabanu. Kiedy Teddy słyszała, że kogoś rozczarowała, czuła się okropnie. No bo czarownica powinna czarować, a nie rozczarowywać, co nie? W końcu pokręciła głową i złapała Fontaine'a za rękaw szaty, ciągnąć go w kierunku furtki, za którą przeszli i zamknęli, żeby nie wypuścić pozostałych niuchaczy, które niespecjalnie były zainteresowane ucieczką.
Ty tam, a ja tam — wskazała najpierw w lewo, a potem na prawa. Musieli jakość ominąć nauczyciela, zanim zorientuje się, że brakuje nie tylko zwierząt, ale też dwójki uczniów. — Spotykamy się na rozwidleniu przy północnej granicy — powiedziała i ruszyła w swoją stronę. Jeszcze tylko raz obejrzała się przez ramię, czy Alvin aby na pewno zaraz nie wpakuje się w kłopoty jak mandragora w cudzą doniczkę.

Alvin Fontaine
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”