ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Nie wiedział, co go podkusiło. Jego wyjście do marketu miało się zakończyć jedynie kupnem owocowych gum do żucia i swoich ulubionych chipsów. Nie wiedział dlaczego, ale smak śmietanki z czosnkiem nigdy nie był czymś, co uważałby za smaczne, niemniej jednak właśnie tym smakiem lubił się delektować wieczorami przy chłodnym piwie albo lampce wina, którą popijał z pastorem. Nigdy też nie sądził, że uda mu się dojść do porozumienia i nawiązać sensowną relację z jakimkolwiek duchownym, zwłaszcza że od osiemnastego roku życia jego stopa nie postała w kościele. Oczywiście życie lubi być przewrotne i zaskakiwać. A jego życie zaskoczyło go tak mocno, że do tej pory nie był w stanie się z tego otrząsnąć. Dlatego też potrzebował swoich wieczornych spacerów, paczki chipsów i jakiegoś alkoholu.
   Wstąpił do pobliskiego marketu, gdzie dość szybko odszukał alejkę z alkoholami i wziął sobie butelkę owocowego piwa, w którym, ku jego uciesze, znajdowało się więcej procentów niż w normalnym piwie. Nie chciał się upijać, ale przy spożywaniu alkoholu w sensownych ilościach pojawiał się pewien słodki stan, który on nazywał swoim golden zone, kiedy to policzki zaczynały być ciepłe, a głowa lekka, jakby zaczynała się unosić niesiona jakąś niewidzialną ręką. Właśnie w tym stanie chciał się znaleźć, gdy sięgał po butelkę. Na swoje szczęście zazwyczaj stronił od alkoholu, więc jego organizm nie był przyzwyczajony do tego, więc dość szybko zaczynał odczuwać skutki picia. Starał się nie upijać tak, by odcinało mu świadomość. Nie chciał tego i bał się, że stan taki mógłby wpakować go w niezłe tarapaty, a przecież musiał się pilnować.
   Z butelką mocnego piwa w dłoni szedł szukać swoich chipsów. Drogę przez alejki znał już niemal na pamięć i nietrudno było odnaleźć mu miejsce, gdzie, ku jego przerażeniu, znajdowała się ostatnia paczka. Na domiar złego przed nią stał mężczyzna. Harry nie czekał ze swoją reakcją zbyt długo, gdyż niemal w błyskawicznym tempie podszedł do mężczyzny i zgarnął mu sprzed nosa paczkę, zanim blondyn był w stanie jej dotknąć. Ich palce zetknęły się ze sobą, gdy obaj chcieli uchwycić paczkę chipsów, jednak to Harry okazał się szybszy. Jakże śmieszne rzeczy adrenalina robiła z człowiekiem. Dillion spojrzał na nieznajomego, po czym szybko odwrócił się i zaczął iść w stronę kasy.
   Nie wiedział, czy wynikało to z jego natury, czy z faktu, że pomieszkiwanie na plebani i codzienna praca w kościele sprawiły, że jego sumienie stało się głośniejsze, ale niemal od razu, gdy stanął przed kasą samoobsługową, w jego głowie odezwał się głosik, który powiedział mu, że zachował się jak ostatni pajac. Niechętnie wrócił w kierunku mężczyzny, który dalej stał przy regale z chipsami. Od chwili, w której Harry wygrał walkę o swoją paczkę nie minęło więcej niż kilkanaście sekund. Nie oddam ci paczki, ale mogę się podzielić, jeśli chcesz, tyle powiedział, starając się wydawać pewnym siebie, chociaż facet z którym teraz rozmawiał był od niego wyższy i pewnie silniejszy, chociaż Harry nie zdążył go jeszcze rozebrać wzrokiem i przeanalizować tego, co mogło się kryć pod ubraniem.
   I tyle wystarczyło, by wspólnie wyszli ze sklepu i znaleźli się w miejscu, w którym Harry nie miał jeszcze okazji się znaleźć.
   – Umiesz otworzyć butelkę bez otwieracza? – zagaił do blondyna, jakby znali się już całymi latami. Jedli bowiem chipsy z jednej paczki, więc byli już prawie przyjaciółmi, dlatego też pytanie nie wydało mu się dziwne. Chipsy sprawiły jednak, że zachciało mu się pić, a jedyne co miał przy sobie to butelka piwa wepchnięta w tylną kieszeń jego spodni.

Wolfgang Welsh
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Jak na człowieka, który od niemal dwóch dekad zmagał się z bezsennością, wciąż nie mógł się z nią pogodzić. Nie potrafił zaakceptować tykania zegara bezlitośnie odmierzającego czas do poranku, który nadchodził za wcześnie i za późno zarazem, kończąc tym samym męki nocy i rozpoczynając dzień, na który nie był gotów. Nie mógł znieść tego, jak jego oddech stawał się nienaturalnie głośny pośród ciszy panującej w mieszkaniu; tworzył się tuż nad twarzą, lecz wydawał się unosić wokół niego, wypełniając całą przestrzeń sypialni. Nie cierpiał przewracania się z boku na bok w poszukiwaniu pozycji, która przyniosłaby jego ciału upragnione rozluźnienie. Czuł się więźniem własnego ciała i umysłu, skazanym na noc, która z metodycznym okrucieństwem torturowała go godzina po godzinie.
Czasem poświęcał noce na czytanie, licząc, że umysł zmęczy się uważnym śledzeniem tekstu, a powieki staną się ciężkie od słabego światła lampki nocnej stojącej na stoliku. Z rzadka ćwiczył w mieszkaniu, katując się pompkami, rozciąganiem i podciąganiem na drążku, wierząc, że doprowadzony do granic wytrzymałości organizm w końcu wymusi na nim sen. Od czasu do czasu sięgał po gin, by stępić myśli i rozluźnić napięte mięśnie. Pił ostrożnie, nie na tyle, by następnego dnia nie móc normalnie funkcjonować, lecz wystarczająco, by otępić gonitwę myśli i choć na kilka godzin oszukać bezsenność.
Tej nocy postanowił wyjść z domu, nie mogąc znieść siebie i swojego domu. Przemierzał ulice nie skupiając się na tym, dokąd prowadzą go nogi. Nie analizował drogi, mijanych ludzi i zmieniających się budynków. P r a g n ą ł zmiany. Czegoś, co mogłoby wybudzić go z marazmu, który dopadł go kilka miesięcy temu, wbijając szpony w jego barki i coraz mocniej zaciskając je na jego ramionach, próbowały zmusić go do padnięcia na kolana. Cholernie mało mu brakowało, by to zrobić.
Nie wiedział, jak znalazł się w sklepie. Ocknął się z otępienia, gdy zdał sobie sprawę ze swojej obecności w nim, stojąc w alejce z chipsami. Nie wiedział, od ilu minut wgapiał się w półkę z przekąskami, więc bez zastanowienia sięgnął po pierwszą lepszą paczkę, by móc jak najszybciej zapłacić i wyjść. Zanim zdążył ją pochwycić czyjaś smukła dłoń otarła się o jego palce i porwała ostatnią paczkę o niebiesko-fioletowym opakowaniu. Ze zdziwieniem spojrzał w bok na młodego mężczyznę, który obrzuciwszy go uprzednio szybkim spojrzeniem, obrócił się na pięcie i czmychnął w stronę kasy. Przez chwilę wciąż wpatrywał się w jego szczupłą, atletyczną sylwetkę, po czym skierował oczy ku chipsom. Co ja, kurwa, robię? Zniechęcony własnym zachowaniem i niezdecydowaniem chciał odejść, lecz wtem…
Znów pojawił się On. Tym razem Wolfgang przyjrzał mu się uważniej, poświęcając większą uwagę szarozielonym oczom, delikatnemu zarostowi podkreślającemu linię szczęki i włosom, których końcówki delikatnie zakręcały się tuż nad uszami i czołem.


Podzielmy się więc.
Zgodził się miękko, nie mając w perspektywie nic lepszego. Wychodząc z alejki, zgarnął czteropak małych puszek zawierający mix ginu z tonikiem, za które zapłacił wymiętym banknotem wyłuskanym z tylnej kieszeni jeansów.
Przez chwilę szli po prostu przed siebie w milczeniu jedząc chipsy z trzymanej przez chłopaka paczki. Wolfgang delikatnie skrócił krok, by synchronizować się z nieznajomym.
– Jasne – odparł z cieniem uśmiechu i ostrożnie, by nie ubrudzić szkła tłustymi palcami, chwycił butelkę i otworzył ją za pomocą zapalniczki. Kapsel ustąpił z cichym syknięciem, a z butelki wydobył się zapach owocowego aromatu. Oddał mu alkohol i napoczął własną puszkę, chowając pozostałe do kieszeni katany.
– Wolfgang – dodał wyciągając napój w stronę bruneta, dając mu znak, by stuknęli się na powitanie.
– Co robisz, gdy nie możesz zasnąć? –

Harry Dillion
gall anonim
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Nie sądził, że mężczyzna się zgodzi na to, by podzielili się paczką. I początkowo Harry żałował, że w ogóle zdecydował się na to, że zapytał go o to. Bo przecież mógł po prostu iść i kupić chipsy i zapomnieć o mężczyźnie, którego pewnie nie spotka już nigdy w życiu. W końcu Toronto było niesłychanie dużym miastem. No ale słowo się rzekło i trzeba było iść w to dalej. W swoim dawnym życiu Harry nie miałby nic przeciwko temu, by jakiś randomowy mężczyzna mu towarzyszył. Oczywiście w Nowym Jorku spotykanie i wchodzenie w interakcje z randomowymi mężczyznami było dość ryzykowne, bo nigdy nie było wiadomo, czy nie trafiło się na jakiegoś gangusa albo narkomana, którego jedynym celem była kradzież albo gorzej. Niemniej jednak cóż miał w tej chwili do stracenia. Poza tym, pomimo tego, że nie znał blondyna, to nie wydawał mu się on niebezpieczny.
   Na szczęście nie doszło jeszcze do niczego złego, więc powoli zaczął się uspokajać i poziom jego dyskomfortu znacząco spadł. Odkąd został zmuszony do przeprowadzki do Toronto jego paranoja się zwiększyła, nad czym zaczął ubolewać. W Nowym Jorku był nieco bardziej spontaniczny i rozrywkowy i być może jego oferta z dzieleniem się chipsami wynikała właśnie z tego, że jego dawne ja doszło do głosu.
   Im dłużej szli, tym bardziej komfortowo się czuł. Po dłuższej chwili czuł się już pewnie w towarzystwie nieznajomego. Na jego twarzy zagościł nawet lekki uśmiech, gdy tylko usłyszał znajomy odgłos odgazowywanej butelki. Dźwięk otwieranego kapsla wydał mu się w tym momencie całkiem pocieszający i w tej samej chwili zrozumiał, jak może czuć się alkoholik w chwili picia alkoholu, którego odmawiał sobie przez cały dzień. Było to naprawdę uzależniające uczucie. Przyjął od mężczyzny puszkę i przystawił sobie jej szyjkę do ust, by upić pierwszy, nieśmiały łyk.
   Piwo okazało się smaczne i orzeźwiające, chociaż nie było z lodówki. Trochę nad tym faktem ubolewał, niemniej jednak pogoda nie wydawała się odpowiednia do picia zimnych napojów. Spojrzał przed siebie na krajobraz oświetlony lampami ulicznymi. Światło padało jednak tylko na drogę, którą spacerowali, a po swojej prawej stronie mieli nieprzeniknioną ciemność, zupełnie jakby świat kończył się właśnie tuż obok ich stup. Był to kuszący widok, który mówił mu, że wystarczyłoby tylko zrobić kilka kroków w bok, by zanurzyć się w nicości i pozbyć się tego całego bagażu i ciężaru, który spoczywał gdzieś w jego żołądku. Nęciło go to… oddałby bowiem wiele, by na chwilę rozerwać się i zapomnieć o wszystkim. Jego myśli mogłyby dryfować wokół tego tematu długo, niemniej jednak z rozmyślań wyrwał go głos mężczyzny.
   – Ach… – zaczął nagle wyrwany z rozmyślań, chcąc przedstawić się swoim prawdziwym imieniem, szybko jednak przemienił je w westchnięcie. – Harry – stuknął swoją butelką o aluminiową puszką, z której rozległ się dźwięk powstających i pękających bąbelków. Uśmiechnął się w jego kierunku, przyglądając się twarzy mężczyzny teraz oświetlonej pod tak dziwnym kątem, że połowa jego twarzy wydawała się ostra niczym wyciosana z kamienia jakiś równie ostrym narzędziem, podczas gdy druga, skryta nieco w cieniu zdawała się ulepiona z miękkiej i gładkiej gliny. Gdyby był artystą, albo gdyby miał jakikolwiek talent, to pewnie zechciałby namalować jego portret jako obraz dualizmu ludzkiej natury… czy coś. W sumie przyjemniej było myśleć o tym, niż o swoich własnych problemach.
   – Hah – prychnął słysząc jego pytanie, nie dlatego, że uważał je za głupie, ale dlatego, że mężczyzna trafiał w temat, który ostatnimi czasy był mu wystarczająco bliski. – W sumie najczęściej po prostu gapię się na sufit i liczę na to, że szybko zasnę – odpowiedział szczerze. Prawda była taka, że nie miał zbyt wielu możliwości radzenia sobie z bezsennością mieszkając na plebani. Nie mógł wstać z łóżka i oddać się jakimś aktywnością fizycznym, żeby zmęczyć swoje ciało. Jedyne co mógł, to obejrzeć coś na laptopie, chociaż WiFi na plebani było wyjątkowo kiepskie, albo poczytać książki, których wybór również był ograniczony. – A ty? Kładąc się spać staram się po prostu chodzić do łóżka zmęczony – przyznał w końcu, chociaż pomimo pracy, którą robił w kościele i na plebani to jego przyzwyczajony do kilkunastu godzinnych, szpitalnych dyżurów organizm, nie był w stanie traktować tego jako wyczerpujący wysiłek.

Wolfgang Welsh
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Starte, wysłużone deski deptaka miękko uginały się z każdym kolejnym krokiem. Naniesiony piasek delikatnie szurał pod stopami, a słony zapach wody mieszał się z subtelną wonią towarzysza. Lawendą? Wolfgang mógłby przysiąc, że wyczuł ją, gdy pochylił się w jego stronę oddając piwo. Kojarzyła mu się z rodzinnym domem, z krzewami zasadzonymi przez matkę wzdłuż ścieżki prowadzącej do frontowych drzwi. Z przyjemnością. Z beztroską. Odprężył się, gdy ponownie wdarła się do jego nozdrzy, kiedy Harry przysunął się nieznacznie, by mogli stuknąć się napojami.
– Cześć, Harry mruknął z uśmiechem rozciągniętym na wąskich wargach. Pozwolił sobie na kilka przeciągłych spojrzeń, rzucanych pomiędzy sylwetką rozmówcy a pogrążonym w mroku widokiem deptaka, jakby sam nie był jeszcze w stanie zdecydować, który widok przyciągał go bardziej. Delikatny wiatr targał czarne kosmyki chłopaka tuż nad czołem. Był niższy i o wiele młodszy, jego twarz wciąż miała młodzieńczy, chłopięcy wyraz z łagodnymi rysami.
Westchnął ciężko na odpowiedź nieznajomego, bo jego słowa nie przyniosły mu odpowiedzi, której poszukiwał. Czy naiwnie liczył, że Harry poda mu nieznane dotąd remedium na bezsenność? Może odrobinę.
– Taaaak – przeciągnął słowo, zawierając w tej jednej sylabie całe zrezygnowanie, jakie czuł w sobie względem swojej przypadłości. – Też tak czasem robię, ale gapienie się nie pomaga – wyznał ponuro, odgarniając włosy za ucho, odsłaniając tym samym trzy małe kolczyki w kształcie złotych kółeczek.
Krótki, lecz rozbawiony śmiech wyrwał się z jego ust na zasłyszane pytanie. Odchylił głowę w górę, by popatrzeć na chwilę na ciemne niebo gęsto upstrzone gwiazdami. Mógłby mu opowiedzieć o wszystkich sposobach, które stosował, by poradzić sobie z bezsennością. O drinkach, ćwiczeniach, czytaniu, słuchaniu audiobooków, dotyku własnej dłoni na ciele. O tych wszystkich beznadziejnych, bezskutecznych metodach. Lecz nie miał na to siły. Nie chciał rozwodzić się nad swoimi porażkami.
– Najwidoczniej to odpowiedział z rozbawieniem, zataczając wolną ręką w powietrzu, by podkreślić, że ma na myśli tę konkretną sytuację. Ich wspólny spacer, drinki w dłoniach, szum wody rozbijającej się o brzeg, czyjaś o b c a obecność u boku.
Odwrócił głowę w jego stronę, pozwalając sobie na nieskrępowane spojrzenie. Błękitne oczy błądziły chwilę po tej młodzieńczej twarzy. Lubił ten typ urody u mężczyzn, ten chłopięcy urok, który sprawiał, że upływający czas nie dodawał im lat, lecz obchodził się z nimi łagodniej, wygładzając ostre krawędzi i pozostawiając miękkość rysów. Przesunął wzrokiem po jego sylwetce, zatrzymując się na chwilę na dużych dłoniach pokrytych gęstą siatką niebieskich żył przebijających przez skórę.
– Skąd jesteś, Harry? – Zagadnął lekko, sięgając do paczki po przekąskę. – Nie brzmisz jak Kanadyjczyk – zauważył wkładając do ust chipsa. Ziemniak przez chwilę chrupał między zębami, zanim go przełknął. – No, może po prostu nie brzmisz jak ktoś urodzony w Toronto – dodał po chwili namysłu kierując swoje spojrzenie na ścieżkę przed nimi. Nie było zresztą niczym dziwnym, większość osób zamieszkujących miasto nie pochodziła nawet z Kanady, a Toronto spłynęło ze swojej wielokulturowości. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni, by wydobyć z nich paczkę papierosów i za pomocą zębów wysunął jednego z nich. Potrząsnął paczką, zwracając na nią uwagę Harry’ego w niemym pytaniu chcesz też jednego? Po chwili błysk z zapalniczki zalśnił w półmroku, rozświetlając na ułamek sekundy fragment twarzy i dłoń, a cichy trzask kółka odbił się pomiędzy jego oddechem a szumem wody, gdy niewielki płomień zatańczył na wietrze zanim spotkał się z końcówką papierosa. Drewniany smak tytoniu rozszedł się po jego ustach, wdarł w płuca wraz z rześkim, kanadyjskim powietrzem po to, by za chwilę poszybować ku niebu w postaci szarego dymu. Niesiony wraz z wiatrem znad wody owiał ciemną czuprynę chłopaka.
– Masz jakieś ulubione miejsce w mieście? Osobiście kocham obserwatorium – odgiął głowę, by móc popatrzeć w niebo, automatycznie namierzając Lirę dzięki jasno świecącej Wedze. – Organizują nocne obserwacje astronomiczne i, o Boże… - urwał i westchnął lekko, jakby pozbywał się jakiegoś zachwytu, którego nie potrafił ubrać w słowa. – To jest m a g i c z n e. –


Harry Dillion
gall anonim
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

      Chodząc po deptaku czuł się, jakby spacerował po miękkim mchu. Nie był przyzwyczajony do natury, bo jako nowojorczyk jedyną naturę, jaką oglądał to Central Park. Spacerując teraz po deptaku czuł się przez chwilę jakby szedł leśną, miękką dróżką, nawet jeśli sceneria zupełnie odbiegała od wyobrażeń. Było jednak przyjemnie. Podobała mu się taka ucieczka od życia. Było to wyjątkowo spontaniczne i w sumie przypominało mu również jego życie w Nowym Jorku, gdzie pozwalał sobie na taką spontaniczność znacznie częściej i chętniej. Brakowało mu takiej beztroski i chwili wytchnienia od udawania.
   – Wiesz, w sumie to masz lekki vibe kompozytora – przyznał, odwracając od niego swoje spojrzenie, które to skierował na deski deptaka. Pomimo tego, że nie były one równe i pewnie łatwo było się potknąć, to on zrobił to dlatego, żeby ukrócić swoje wgapianie się w mężczyznę. Musiał przerzucić spojrzenie na coś innego i deski były jedynym sensownym obiektem. Pomimo przyjemnej atmosfery, deptak nie miał zbyt wiele do zaoferowania, co w sumie stało się niezwykle przyjemnym pretekstem do tego, by skupić się na swoim towarzyszu. Jego towarzystwo, chociaż niespodziewane, okazało się przyjemną odskocznią.
   – Spodziewałeś się czegoś lepszego, co? – zapytał retorycznie, bo nie potrzebował od niego odpowiedzi. Już sama mina blondyna była wystarczającą odpowiedzią. Zaśmiał się. – Moja babka zawsze mówiła, że jak człowiek nie może zasnąć to po prostu nie jest zmęczony – kiwnął głową z poważną miną. Cóż… po części pewnie mógłby się z nią zgodzić, ale nie zawsze była to prawda. Bezsenność rządziła się swoimi prawami. Niewątpliwie jednak ruch, intensywny wysiłek pomagał. Tak samo jak odpowiednie środki farmakologiczne, którymi wspierała się chociażby jego babka. Harry jednak nie brał niczego, więc najczęściej po prostu leżał na łóżku i pozwalał na to, by sen go po prostu odwiedził.
   Na kolejne pytanie nie odpowiedział od razu. Domyślił się, że w końcu ono padnie, jednak nie spodziewał się, że tak szybko i bez dania mu możliwości na przygotowanie się do odpowiedzi. Przystawił sobie butelkę do ust i pociągnął kilka powolnych łyków, przez co opróżnił połowę zawartości. Jebany akcent, jedyna rzecz, której nie był w stanie zmienić i udawać. Oblizał usta, hdy jego wargi przestały dotykać szkła.
   – Moi rodzice pochodzą z Vancouver, a ja urodziłem się w Maine, wróciliśmy do Kanady gdy miałem osiemnaście lat, a od kilku miesięcy mieszkam tutaj – odpowiedział, przygotowanym przez specjalistów scenariuszem. Oczywiście mogli wymyślić każdą inną historię, jednak przez sam wgląd na to, że nie był w stanie udawać akcentu innego niż ten amerykański, to jego pochodzenie było dość łatwe do ustalenia. Sam fakt, że postanowiono wpakować go do Stanów i pozwolić żeby tam się wychowywał sprawił, że mógł w ten sposób tłumaczyć braki w swojej wiedzy na temat kanadyjskiego życia. Chociaż wiedzę tę stopniowo i sprawnie uzupełniał.
   – Nie miałem okazji odwiedzić obserwatorium… – zastanowił się. Nie miał okazji odwiedzić sporej ilości miejsc, więc nie wiedział dokładnie, co mógł odpowiedzieć. Zastanowił się jednak nad tym przez chwilę, pozwalając by cisza, która zapadła była przerywana jedynie miękkimi odgłosami ich kroków. – Jestem wikarym i organistą w kościele Świętego Jana – zaczął, jakby to miało po części tłumaczyć, dlaczego nie miał okazji na zwiedzanie. – Anglikańskim – wyjaśnił, żeby uniknąć niekomfortowych spojrzeń. Anglikanie mieli nieco bardziej liberalne podejście co do tego, jak mieli zachowywać się księża niż katolicy, za co Harry był wdzięczny. – Byłem jednak w Akwarium Ripleya – przypomniał sobie. Była to pierwsza atrakcja, którą odwiedził i do której zabrał go proboszcz kościoła. Spodobało mu się oglądanie morskich stworzeń, którymi normalnie nigdy by się nie zainteresował.
   – No a ty, kim jesteś? – odbił piłeczkę, przerzucając uwagę na mężczyznę, o którym zresztą również niewiele wiedział.

Wolfgang Welsh
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
ODPOWIEDZ

Wróć do „Woodbine Beach & Boardwalk”