Milczenie rozrosło się, jak pobliski brud, osiadły grubą warstwą na ścianach zewnętrznych alejek. Miles świadomie przy tym na moment porzucił słowa i robił to głównie dla pogłębienia poczucia intymności i dla zapamiętania tego momentu z czysto egoistycznych pobudek: bo mu się podobało i nie widział powodu, by zakopywać tę chwilę w niepamięci; i też dlatego, że nie odczuwał dzisiaj wstydu. Przeciwnie... czuł wyraźnie, jak w okowach ciała zalęga miękka przyjemność, która częściowo wyrzucała z niego całe wcześniejsze znużenie i zmęczenie tygodniem.
O to chodziło, prawda? By pozbyć się niechcianego napięcia i tonażu emocji.
Dialektyka jego ciała mówiła za niego: wyprost pleców i śmiałość spojrzenia świadczyły o tym, że bez krzty winy godził się z impulsywnością własnej decyzji. Nie żałował ani jednej sekundy pocałunku, i ani jednego muśnięcia cudzego ciała, pomimo tego, że stawiało to ich relację pod znakiem zapytania. Bliskość, która była konsekwencją dzisiejszych emocji zdawała się jednak przychodzić mu dziś naturalnie i była znacznie silniejsza, niż chęć pozostawienia tej relacji „po staremu”. Jakby w rwącym nurcie życia droga z prądem znaczyła właśnie to – cielesne zespolenie z kimś, kto zwyczajnie mu się podobał fizycznie.
To jedyna forma „przywiązania”, której nie uznawał za obciążającą.
W trakcie, gdy mężczyzna odsunął się od ściany, Miles obserwował go przez chwilę, domyślając się, że pewnie właśnie teraz się rozejdą, a jedyny posmak wcześniejszego pocałunku pozostawał mu już tylko na języku. Potarł więc kciukiem o wargę, choć w zupełnie innym celu, niż robił to sam Castillo. Roztarł w ten sposób na poduszce ust dotychczasową, męską obecność, zapamiętując ją jako mieszankę smaku krwi Diego, ale również jako siłę nacisku jego chętnych na pocałunek ust. Sam drgnął w tym czasie nieznacznie, gotowy ruszyć w kierunku wyjścia z alejki, gdyby nie cień ruchu obok niego i niemal natychmiastowe, towarzyszące temu pchnięcie.
Sapnął krótko, zaskoczony, gdy wąskie gardło alejki i prąd owiewającego go powietrza zostały zastąpione chłodnym, niemal wilgotnym powietrzem zacienionego magazynku.
Ciężkie kliknięcie przy drzwiach nie tylko zamykało pewien rozdział tej znajomości, ale również wzmagało napięcie i świadczyło o tym, że przestali grać już w kotka i myszkę. Jednoznacznym tego dowodem było dociśnięcie Milesa do płaszczyzny drzwi i mrowiąca ciało bliskość Diego. Dreszcz, urywkowy, będący wynikową brutalnego nacisku między udami, przebiegł wzdłuż kręgosłupa niespodziewany, ale również nieodtrącony przez niego, gdy mruknął cicho, z przyjemnością, opierając potylicę na twardościach desek. Oddech Howarda ocieplił tym samym wąską przestrzeń między nimi, osadzając się na skórze szyi Diego, co w zasadzie było ledwie preludium tego, co czuł we własnym wnętrzu, buchającym już teraz od pożądania i pociągu,.
Kurwa, przemknęło mu przez myśli, bo nie spodziewał się takiego (szybkiego) obrotu sprawy, przekleństwo nie doszło jednak drogą do zwykle przyzwoitych ust, gdy spojrzał na kolegę, prowadzony jego dłonią:
—
Wszedłbym po dobroci, gdybyś powiedział — mruknął rozbawiony, prawie ocierając się przy tym wargami o cudze. Nie szarpał się, biodra mimo wszystko poruszyły się jednak minimalnie do przodu, jakby sprawdzając ucisk palców na sobie, a przy tym ocierając się nieznacznie o kolano osaczającego go Castillo.
Ciało przyjmowało na siebie gorąc dotyku z nadgorliwą wręcz ochotą, garnąc w usta powietrze tuż przed narzuconym pocałunkiem. Przyjmował przy tym ciosy bliskości w formie cudzego naporu i cudzego języka, koncentrując się na obiekcie bieżącej fascynacji. Na smaku Diego, jego odurzającym zapachu – znajomym, ale nigdy wcześniej tak wyraźnym. A także na mokrości pocałunku i agresywnym tempie, któremu się poddawał, odwracając poprzednie role, by w szczelinę ust wpuścić zachęcającego gościa.
Kolejny dreszcz, tym razem mocniejszy, szarpnął kręgosłupem Milesa, gdy pod wpływem nachodzących na siebie bodźców, zorientował się, jak bardzo tego potrzebował. I jak chętnie był w stanie to zakomunikować chrapliwym sapnięciem, czy bezwładną dotąd ręką, która teraz wsunęła się pod materiał cudzej koszulki, podwijając ją, by dotrzeć do kolejnych połaci nagiej skóry. Ciepło pod palcami buchnęło nowym doznaniem i nową potrzebą. Buchnęło także w niego rosnącym podnieceniem, które nagle, wtłoczone w spodnie, uzewnętrzniło się wstępnym stwardnieniem.
—
Za wolno... — mruknął ciut prowokacyjnie, oderwany na chwilę od pocałunku, by w kolejnej sekundzie docisnąć wargi do pulsującej szyi Diego, traktując ją ustami i językiem. To kolejny skrawek skóry, którego Miles pożądał.
Zwykle działał bardziej powściągliwie i dozował przyjemność... dziś ta spadła na niego jak ciężkie imadło i kazała krzyczeć mu o więcej.
Dłoń spod koszulki naparła na cudzą pierś i próbowała go odsunąć; przesunąć linę kontroli na swoją stronę, gdy nacisnął na niego ciałem, niwelując resztki dystansu.
Diego Castillo