don't be afraid of monsters, or the vultures in the sky
see the static on the TV, feel the violence of the night
Giovanni Salvatore miał być jej wybawieniem.
Złotym biletem do świata żywych, z którego na własnej, ojczystej ziemi została wypędzona. Obietnicą zbudowania pewnego rodzaju normalności choć tej, do której przywykła, nie zdołała już odzyskać. Przez długi czas właśnie tym był, choć nie w sposób, którego się spodziewała.
Rodzina kojarzyła jej się z więzami, które uważała za ciepłe. Nawet jeśli jej definicja ciepła była dość elastyczna, dla Salvatore'a okazała się zbyt luźna, ponieważ jej kuzyn tego ciepła nie miał w sobie za grosz - a przynajmniej nie do niej. Zadbał jednak, by miała dach nad głową, możliwość pobytu w Toronto i przez okrągły rok jej przebywania w mieście głos jej z głowy nawet nie spadł.
Nie spodziewała się, że kiedykolwiek ta oaza chłodnego bezpieczeństwa przekształci się w zupełnie inne źródło zagrożenia.
Nie była pewna co wydarzyło się na tym przeklętym weselu i, podobnie jak wszyscy w jej rodzinie po stronie Mediolanu, przywykła do tego, że śluby wiązały się z komplikacjami. Przez myśl jednak nie przyszłoby jej, że Salvatore postanowi
ogniście rozwiązać te komplikacje.
Oraz że to na nią spadną jakiekolwiek konsekwencje za to.
Poniekąd była sama sobie winna. Niepotrzebnie nawiązała znajomość z Rohanem, który z nieudanej randki przez nocną pomoc z przeciętym ramieniem przekształcił się wreszcie w strzelaninę na sali bankietowej. Niepotrzebnie dała się wciągnąć do tego świata, w którym wcale nie czuła się jak w
domu.
W domu była bezpieczna, otoczona przez bliskich, którzy dbali o to, by zagrożenie nigdy nie zawitało w progu jej pokoju w rodzinnej posiadłości.
Tutaj nagle znalazła się we wnętrzu cyklonu a otaczający ją ludzie w najgorszym wypadku życzyli jej śmierci, w najlepszym zaś - jedynie tolerowali jej obecność.
Efekt tego był taki, że znów była zdana wyłącznie na siebie. Zdarzyło się to już drugi raz, więc można było rzec, że miała w tym już wprawę.
Ucieczka z sali bankietowej uświadomiła jej, że to nie ona, a sam Kim, mieli celownik na swoich plecach. Na wszelki wypadek jednak zaszyła się w swoim mieszkaniu na kolejne dwa dni świadoma tego, że nikt poza Salvatore'm nie wiedział gdzie tak naprawdę mieszkała.
Tkwiąc na kanapie i wpatrując się w obdrapaną farbę na naprzeciwległej ścianie nie mogła pojąć, w jaki sposób ta dziura stała się najbezpieczniejszym miejscem na tej planecie. Przez pierwszą dobę towarzyszyła jej trwoga, uparte sprawdzanie telefonu i wypisywanie do Giovanniego z tysiącem pytań, roszczeń, żądań i błagań. W drugiej stery nad jej losem przejęła nagle odnaleziona w jej sercu duma, z którą zablokowała jego numer - nie, żeby kwapił się na niego odpisać, zajęty z pewnością swoimi
ważnymi rzeczami, bądź walczeniem o życie, bądź mordowaniem kolejnych osób przewijających się przez jego codzienność. Nie była pewna tego, co porabiał jej kuzyn całymi dniami i nieszczególnie ją to interesowało.
W poranek trzeciego dnia była już przekonana o tym, że nikt nie wiedział o jej pośrednim uczestnictwie w tej całej sytuacji i dalsze tkwienie w tym paskudnym mieszkaniu nie miało najmniejszego sensu. Z determinacją i pewnością siebie wmaszerowała pod prysznic i spędziła pod nim nieprzyzwoitą ilość czasu nim wreszcie, wychodząc na zimne kafelki i wyłączając wodę, uświadomiła sobie, że ktoś pukał do drzwi.
W pierwszej myśli odczuła irytację tym, że któryś z sąsiadów bądź kurierów postanowił wybrać ten niedogodny moment by się do niej dobijać. Stanęła przed lustrem i nieśpiesznie owinęła się ręcznikiem, ignorując stojącego na wycieraczce petenta. Sięgnęła nawet do szczotki by ostrożnie przeczesać mokre włosy, ignorując dźwięk dzwonka, który rozległ się po raz kolejny.
I wtedy ta ospała, spóźniona druga myśl wreszcie wsunęła się do jej otumanionego pewnością siebie umysłu, zasiewając w nim zwątpienie. Ostrożnie stąpając bosymi stopami po podłodze podeszła do wizjera, zerkając na stojącego po drugiej stronie
petenta.
Szpony trwogi zacisnęły się na jej klatce piersiowej gdy cofnęła się z przestrachem, dostrzegając osobę po drugiej stronie.
Nie mogła powiedzieć, by go znała. Nigdy wcześniej nie widziała jego twarzy co było pierwszą, ostrzegawczą flagą - wszak znała w tej okolicy wszystkich, na wszelki wypadek. Chodziło o to, jak
wyglądał. W jaki sposób układała się jego sylwetka, jak jego ramiona były sztywne, nienaturalnie wyprostowane, jak ciało przykrywało eleganckie ubranie. Wiedziała, w jaki sposób wyglądali niebezpieczni mężczyźni. Potrafiła odróżnić ich od wszystkich innych na ulicy, ponieważ to wśród nich się w y c h o w a ł a.
-
Kto tam? - spytała cicho, wyłącznie dlatego, że podejrzewała, że podchodząc do drzwi już zdradziła swoją obecność. Rozejrzała się wokół w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłaby uznać za przydatne, w tej złudnej nadziei na to, że w jakiś sposób byłaby w stanie się obronić.
Cicho stawiając kroki, przemknęła do kuchni i ostrożnie uchyliła szufladę, wyjmując z niej długi nóż.
-
Może pan zostawić paczkę na wycieraczce! - rzuciła głośniej, śmielej, w tej desperackiej próbie rozbicia bańki własnej paniki czymś przyziemnym, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści noża.
Jonathan Welts