ODPOWIEDZ
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
crimson teardrops falling like rain on the shore, decimated all of my dreams I used to adore
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

don't be afraid of monsters, or the vultures in the sky
see the static on the TV, feel the violence of the night
Giovanni Salvatore miał być jej wybawieniem.
Złotym biletem do świata żywych, z którego na własnej, ojczystej ziemi została wypędzona. Obietnicą zbudowania pewnego rodzaju normalności choć tej, do której przywykła, nie zdołała już odzyskać. Przez długi czas właśnie tym był, choć nie w sposób, którego się spodziewała.
Rodzina kojarzyła jej się z więzami, które uważała za ciepłe. Nawet jeśli jej definicja ciepła była dość elastyczna, dla Salvatore'a okazała się zbyt luźna, ponieważ jej kuzyn tego ciepła nie miał w sobie za grosz - a przynajmniej nie do niej. Zadbał jednak, by miała dach nad głową, możliwość pobytu w Toronto i przez okrągły rok jej przebywania w mieście głos jej z głowy nawet nie spadł.
Nie spodziewała się, że kiedykolwiek ta oaza chłodnego bezpieczeństwa przekształci się w zupełnie inne źródło zagrożenia.
Nie była pewna co wydarzyło się na tym przeklętym weselu i, podobnie jak wszyscy w jej rodzinie po stronie Mediolanu, przywykła do tego, że śluby wiązały się z komplikacjami. Przez myśl jednak nie przyszłoby jej, że Salvatore postanowi ogniście rozwiązać te komplikacje.
Oraz że to na nią spadną jakiekolwiek konsekwencje za to.
Poniekąd była sama sobie winna. Niepotrzebnie nawiązała znajomość z Rohanem, który z nieudanej randki przez nocną pomoc z przeciętym ramieniem przekształcił się wreszcie w strzelaninę na sali bankietowej. Niepotrzebnie dała się wciągnąć do tego świata, w którym wcale nie czuła się jak w domu.
W domu była bezpieczna, otoczona przez bliskich, którzy dbali o to, by zagrożenie nigdy nie zawitało w progu jej pokoju w rodzinnej posiadłości.
Tutaj nagle znalazła się we wnętrzu cyklonu a otaczający ją ludzie w najgorszym wypadku życzyli jej śmierci, w najlepszym zaś - jedynie tolerowali jej obecność.
Efekt tego był taki, że znów była zdana wyłącznie na siebie. Zdarzyło się to już drugi raz, więc można było rzec, że miała w tym już wprawę.
Ucieczka z sali bankietowej uświadomiła jej, że to nie ona, a sam Kim, mieli celownik na swoich plecach. Na wszelki wypadek jednak zaszyła się w swoim mieszkaniu na kolejne dwa dni świadoma tego, że nikt poza Salvatore'm nie wiedział gdzie tak naprawdę mieszkała.
Tkwiąc na kanapie i wpatrując się w obdrapaną farbę na naprzeciwległej ścianie nie mogła pojąć, w jaki sposób ta dziura stała się najbezpieczniejszym miejscem na tej planecie. Przez pierwszą dobę towarzyszyła jej trwoga, uparte sprawdzanie telefonu i wypisywanie do Giovanniego z tysiącem pytań, roszczeń, żądań i błagań. W drugiej stery nad jej losem przejęła nagle odnaleziona w jej sercu duma, z którą zablokowała jego numer - nie, żeby kwapił się na niego odpisać, zajęty z pewnością swoimi ważnymi rzeczami, bądź walczeniem o życie, bądź mordowaniem kolejnych osób przewijających się przez jego codzienność. Nie była pewna tego, co porabiał jej kuzyn całymi dniami i nieszczególnie ją to interesowało.
W poranek trzeciego dnia była już przekonana o tym, że nikt nie wiedział o jej pośrednim uczestnictwie w tej całej sytuacji i dalsze tkwienie w tym paskudnym mieszkaniu nie miało najmniejszego sensu. Z determinacją i pewnością siebie wmaszerowała pod prysznic i spędziła pod nim nieprzyzwoitą ilość czasu nim wreszcie, wychodząc na zimne kafelki i wyłączając wodę, uświadomiła sobie, że ktoś pukał do drzwi.
W pierwszej myśli odczuła irytację tym, że któryś z sąsiadów bądź kurierów postanowił wybrać ten niedogodny moment by się do niej dobijać. Stanęła przed lustrem i nieśpiesznie owinęła się ręcznikiem, ignorując stojącego na wycieraczce petenta. Sięgnęła nawet do szczotki by ostrożnie przeczesać mokre włosy, ignorując dźwięk dzwonka, który rozległ się po raz kolejny.
I wtedy ta ospała, spóźniona druga myśl wreszcie wsunęła się do jej otumanionego pewnością siebie umysłu, zasiewając w nim zwątpienie. Ostrożnie stąpając bosymi stopami po podłodze podeszła do wizjera, zerkając na stojącego po drugiej stronie petenta.
Szpony trwogi zacisnęły się na jej klatce piersiowej gdy cofnęła się z przestrachem, dostrzegając osobę po drugiej stronie.
Nie mogła powiedzieć, by go znała. Nigdy wcześniej nie widziała jego twarzy co było pierwszą, ostrzegawczą flagą - wszak znała w tej okolicy wszystkich, na wszelki wypadek. Chodziło o to, jak wyglądał. W jaki sposób układała się jego sylwetka, jak jego ramiona były sztywne, nienaturalnie wyprostowane, jak ciało przykrywało eleganckie ubranie. Wiedziała, w jaki sposób wyglądali niebezpieczni mężczyźni. Potrafiła odróżnić ich od wszystkich innych na ulicy, ponieważ to wśród nich się w y c h o w a ł a.
- Kto tam? - spytała cicho, wyłącznie dlatego, że podejrzewała, że podchodząc do drzwi już zdradziła swoją obecność. Rozejrzała się wokół w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłaby uznać za przydatne, w tej złudnej nadziei na to, że w jakiś sposób byłaby w stanie się obronić.
Cicho stawiając kroki, przemknęła do kuchni i ostrożnie uchyliła szufladę, wyjmując z niej długi nóż.
- Może pan zostawić paczkę na wycieraczce! - rzuciła głośniej, śmielej, w tej desperackiej próbie rozbicia bańki własnej paniki czymś przyziemnym, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści noża.

Jonathan Welts
39 y/o
For good luck!
188 cm
let me take care of your money
Awatar użytkownika
I was wrong to say I loved her, I was wrong to think I’m right
When I told her it was over, well my darling, I had lied
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

02.
Giovanni Salvatore był zbawieniem. Dla kogoś, gdzieś, jakoś. W znaczącej kwintesencji definicji co dla kogo znaczyło pojęcie zbawienia.
Dla innych zbawieniem z kolei nie był w ogóle.
Kiedy Welts przypominał sobie ich ostatnią, jakże krótką wymianę uprzejmości nie mógł się zdecydować, po której stronie na szali umieścić to, co wtedy zaszło; jaki obraz Salvatore’a mienił się w jego głowie w momencie, w którym rzucone zostały na stół karty — a ku pokrzepieniu serca nie było ich wiele — pieniądze i nazwisko.
Elena Santorini.
Z tych Santorinich.
To było środek nocy, zajmij się tym i kompletne szczątki informacji.
Zajmij się tym. Słowa, które w jego świecie oznaczały jedno i nigdy, absolutnie nigdy, nie było co do tego wątpliwości. Zajęcie się sprawą oznaczało jej koniec. Zniknięcie. Zmiecenie z powierzchni ziemi i usunięcie z nadchodzących kronik czasu. Śmierć.
W przypadku Eleny Santorini zajmij się tym oznaczało zupełnie coś innego. Przeciwieństwo. Nie pożegnanie. Pilnowanie, żeby tego pożegnania nie było. Nagle z całkowitego końca łańcucha pokarmowego, przesunięto go gdzieś wyżej — bynajmniej nie w hierarchii — i z etykietą niania wysyłano chronić dupę baletnicy.
Widział raz jej występ. I tego też, tak jak Salvatore’a, nie potrafił umieścić na skali po żadnej stronie — tyle, że tutaj sprawa była prostsza. Jonathan Welts nie był fanem sztuki. Już tym bardziej tańca klasycznego. Mógł takiego rzecz jasna udawać i udawać perfekcyjne, ale nie zmieniało to sedna sprawy. Tego clue, które stanowiłoby istotę dojrzenia w delikatnie surowym i surowo delikatnym akcie pokazu gracji i niezaprzeczalnych umiejętności na drewnianych deskach teatrów czegoś więcej, niż tym, czym po prostu były. Tańcem.
Aktem ruchu ciała w rytm muzyki.
Spojrzał w górę starego apartamentowca ostatni raz. Zgasił papierosa, poprawił ciemnoszarą marynarkę przewieszoną przez ramię i ruszył w stronę klatki, a potem schodami w górę, aż nie zatrzymał się pod odpowiednim numerem.
Jedenaście.
Pukanie rozeszło się echem po korytarzu. Raz, drugi, trzeci.
Cisza.
A potem małe kroki. Delikatne, ostrożne. W tym wszystkim kompletnie słyszalne. Cień, którym zaszedł wizjer — a patrzył prosto w niego — zdradził ją w ten sam, brutalny sposób.
Ale Jonathan czekał. I czekał. Nie liczył ilości uderzeń serca minęło, ale kiedy zapytała kto tam?, wiedział już, że ona wie. Musiała wiedzieć. Nie mógł jednak odmówić jej posiadania osobliwego poczucia humoru, kiedy po zobaczeniu go i tak pociągnęła kwestię dalej, każąc mu zostawić paczkę na wycieraczce.
A może się nie znał i nie zorientował, że burmistrz popchnął ustawę o podniesieniu budżetu na usługi kurierskie i od jakiegoś czasu każdy dostawca nosił garnitury szyte na wymiar z Saville Row.
Wsłuchując się w miękkie dźwięki odchodzących kroków, nie mógł też nie oddać jej jednego. Testowała jego cierpliwość jak zawodowi przeciwnicy, za którymi normalnie był wysyłany.
Darujmy sobie tę szopkę — odezwał się kiedy wróciła, próbując w głowie zgadnąć, co właśnie trzymała; po co poszła. Broń? Telefon? Wazon? Nóż? Nie miał pojęcia ile Elena Santorini miała w sobie finezji, ale oczekiwał — liczył — że wkrótce się dowie. — Nalegam.
Wiedział za to, że on tej finezji nie miał za wiele. Nacisnął na klamkę, nie łudząc się, że zamek ustąpi pod naporem. Nie ustąpił, ale dał za to garść innych informacji: jak liche były to drzwi, jak łatwo byłoby je wyłamać z zawiasów i że być może wystarczyłoby tylko odpowiednio uderzyć barkiem, żeby…
Głos Salvatore’a mignął mu w łbie, jak łomot. Zajmij się tym. Inaczej, niż do tej pory.
Jonathan Welts postąpił krok do tyłu, z powrotem na wcześniejsze miejsce i odchrząknął.
Otwórz drzwi, mia cara. Naprawdę nie mam ochoty hałasować i użerać się z Twoimi sąsiadami. — Miał nadzieję, że zorientowała się już, że w razie konieczności mógłby to zrobić i nie byłby to żaden większy problem. — Twój kuzyn uznał, że potrzebujesz towarzystwa i chociaż mam głęboko odmienne zdanie na ten temat, to o reszcie wolałbym rozmawiać bez świadków.
Szuranie za drzwiami po drugiej stronie pionu ucichło. Sąsiad, sąsiadka, ktokolwiek to był, zrozumiał przekaz.
Nate poprawił powoli mankiety koszuli i przeniósł ciężar ciała na prawą nogę. Dalej czekał.
Jak nad wyraz cierpliwy anioł stróż, którego nowe obowiązki irytowały bardziej, niż sam przedmiot ich wypełniania.
Giovanni Salvatore nie był jej wybawcą.
Jonathan Welts też nie miał nim być.


Elena Santorini
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
crimson teardrops falling like rain on the shore, decimated all of my dreams I used to adore
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zawsze wiedziała, że ten dzień nadejdzie.
Wyczuwała go, niczym zapach poprzedzający nadciągającą burzę. Nie wiedziała jak daleko znajdowały się ciemne chmury, dostrzegała jednak ich linię na horyzoncie. Świadomość, że wiatr mógł wysłać je w jej kierunku w każdej chwili towarzyszyła jej odkąd weszła na pokład samolotu w Mediolanie rok temu i wysiadła na płycie lotniska w Toronto.
A jednak choć zawsze wiedziała, że ta chwila wreszcie ją dopadnie, nie zrobiła nic by móc się na ten moment przygotować.
Nie miała przy sobie broni - a nawet jeśli, nie potrafiłaby z niej przecież skorzystać. Jej wzrok panicznie rozglądał się po wnętrzu mieszkania, którego tak nie znosiła, a które teraz wydawało się jej ostatnią linią ochrony. Spojrzenie pomknęło w stronę okna - ileż to razy przy nim stała, sondując okolicę, sprawdzając zaparkowane samochody? Nie miało zejścia pożarowego, było zbyt wysoko.
Balkon?
Może przeszłaby na sąsiedni, gdyby znalazła w sobie odpowiednio dużo odwagi. Ale co później? Nie widziała Jamesa od wielu tygodni, prawdopodobnie już się wyprowadził, jego miejsce zajął ktoś inny. Normalni ludzie byli o tej porze w pracy, ona zresztą też byłaby, gdyby po wczorajszym spektaklu nie miała wolnego.
Zawsze uważała się za osobę inteligentną. Stojąc jednak przy drzwiach, zza których wydarło się włoskie określenie, doszła do wniosku, że od samego początku była skrajną idiotką.
Nawet teraz - trzymając w dłoni nóż. Co miałaby z jego pomocą zrobić? Miałaby nim dźgnąć? Myśl o ostrzu zagłębiającym się w ciele i fali szkarłatu wypływającej z rany wzbudziła w niej mdłości. Wiedziała, że nie jest w stanie. Nie była w stanie.
Miała r o k i nie przygotowała się na tę ewentualność w żaden sposób.
- Nie spodziewałam się gości - odparła, licząc na to, że grube drzwi jej mieszkania wygłuszą drżenie nerwów, które wybrzmiało w jej głosie.
Była w pułapce.
Zamek był mocny - jedyna zaleta mieszkania w Parkdale - ale nie był w stanie sprostać komuś, kto wiedział, jak takie zamki otwierać, bądź użyłby w tym celu broni. Okna odpadały, drzwi też. Jej telefon, gdzie był jej telefon?
Zorientowała się, że został na stoliku w sypialni.
Była i d i o t k ą.
- Chwilka - dodała, z braku innych opcji, jakby jej potencjalny morderca miał zaczekać jeśli bardzo go o to poprosi. Może nawet pozwoli jej się ubrać nim zamknie dłonie wokół jej szyi i wydusi z niej życie?
Jej wzrok, skanując nieustannie otoczenie, wreszcie zatrzymał się na kwiatach. Po każdym spektaklu dostawała ich na pęczki. Niektóre, te dawane przez pracowników teatru, wracały do nich każdego wieczoru by zostać wręczone przy następnej okazji w ramach recyklingu, którego nigdy nie doświadczyłaby w Mediolanie. Te mogła zabierać dopiero na koniec tygodnia.
Ale tych wręczanych jej przez inwestorów nikt nie kazał jej trzymać w teatrze.
Jej spojrzenie przemknęło po pięknych różach, ich czerwonych pęczkach rozwiniętych w optymalnym stadium rozwoju. Musiało ich tam być z dwadzieścia - dlatego umieściła bukiet w największym wazonie, jaki posiadała.
Odstawiła nóż na stolik, wyjmując kwiaty. Woda z wazonu wylądowała w ozdobnej misie, w której trzymała klucze i drobne przedmioty, część z niej chlusnęła na podłogę.
- Zapraszam! - rzuciła, na zachętę, podchodząc z powrotem do drzwi.
Drżącymi dłońmi, wciąż w ręczniku i z mokrymi włosami lepiącymi się do twarzy, otworzyła zamek - nie uchyliła jednak drzwi sama. Schowała się za nimi, czekając, aż mężczyzna zrobi to za nią, z ciężkim, kryształowym wazonem w dłoniach uniesionym wysoko nad głowę.
Po to, by zamachnąć się nim prosto w jego głowę gdy drzwi wreszcie się uchylą.

Jonathan Welts
ODPOWIEDZ

Wróć do „#11”